Rodzinny park atrakcjiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Izabela Pietrzyk, 2015

Projekt okładki

Luiza Kosmólska

Zdjęcie na okładce

© Nagib El Desouky/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Katarzyna Kusojć

Bronisława Dziedzic-Wesołowska

ISBN 978-83-8069-552-8

Warszawa 2015

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

I NIE MÓW NIC.

KOCHA SIĘ ZA NIC.

NIE ISTNIEJE ŻADEN POWÓD DO MIŁOŚCI.

Paulo Coelho

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ 1

Wiktoria przykleiła nos do szyby i podziwiała krajobraz za oknem. W światłach latarni tańczyły ogromne białe płatki, które w niczym nie przypominały normalnego styczniowego śniegu; wyglądały raczej jak efekty specjalne ze starego, uroczo tandetnego filmu. Po zasłanych białym dywanem chodnikach kroczyli mężczyźni, wystrojeni w garnitury i długie płaszcze, a obok nich truchtały wyfiokowane kobiety – niemal wszystkie ubrane w długie suknie i zamszowe szpileczki. Panowie czasami służyli im ramieniem, a czasami zostawali w tyle, gdyż eleganckie damy, z zarzuconymi niedbale na ramiona futrami, biegiem pokonywały dystans dzielący drzwi samochodów od głównego wejścia do Teatru Polskiego. Drobiły rozpaczliwie na niebotycznych obcasach i popiskiwały za każdym razem, kiedy cieniutki pantofelek trafiał w głębszą zaspę.

Teatr stał dokładnie naprzeciwko i Wiktoria powinna już oswoić się z konsekwencjami tak niebanalnego sąsiedztwa, znowu jednak dała mu się zaskoczyć kolejną scenografią, tym razem w zimowej odsłonie.

Kupiła to mieszkanie dwa miesiące temu, gdy od pierwszego wejrzenia zakochała się w urokliwej kamienicy i oplatających ją krętych zaułkach, którymi można było na sto sposobów zejść do nabrzeża Odry. Wspinając się nimi w przeciwnym kierunku, potrzebowała pięciu minut, aby trafić do parku, a dziesięciu, by znaleźć się w samym centrum miasta. Mimo że codziennie przemierzała wąskie uliczki, wciąż jeszcze zdarzało jej się pobłądzić w zakamarkach starej dzielnicy. Nie martwiła się tym, bo za każdym razem odkrywała coś nowego: albo cudnej urody odrestaurowaną, wymuskaną kamienicę z pracowniami modystek na parterze, albo podwórko, na którym czas zatrzymał się w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia i ani myślał przyjąć do wiadomości, że na świecie nastał już dwudziesty pierwszy wiek. Ignorowali to również właściciele zakładów usługowych przycupniętych w oficynach, z chylącymi się do ziemi trzepakami i ze stertami wyrzuconych na środek rupieci: kawałkami mebli, fragmentami metalowych ram, dziurawymi garnkami, pojedynczymi butami, obudowami radioodbiorników, abażurami, zwojami kabli…

Któregoś dnia postanowiła odwiedzić jedno z takich podwórek, żeby oddać do szewca buty, które nieopatrznie zostawiła na środku przedpokoju, zapomniawszy o niewybrednej Cykorii. Czteromiesięczne szczenię dostało imię na cześć swoich rodziców: Cykora i Kolii, ale Wika coraz częściej zastanawiała się nad przechrzczeniem suczki. „Błyskawica” pasowałoby lepiej – tak skuteczną była niszczycielką. Małe ząbki obracały wniwecz, co popadnie, a najciekawsze, że owych ząbków kompletnie nie interesowały zabawki wyprodukowane specjalnie dla rozbrykanych psiaków. Wręcz przeciwnie – tylko one pozostawały nietknięte. Reszta domostwa była pokąsana, poszarpana, pogryziona lub przynajmniej zmemłana. Ten smutny los spotkał między innymi obcasy nowiutkich i nieprzyzwoicie drogich kozaczków. Wiktoria najpierw wystraszyła się, czy Cykorii nie zaszkodzi połknięty kauczuk, a kiedy się okazało, że wszystko zostało przyswojone i wydalone, poczuła do suczki wdzięczność za oszczędzenie cholewek.

Wrzuciła buty w reklamówkę i poszła do szewca. Z pewnym trudem odnalazła opuszczone podwórko, na które przypadkowo trafiła kilka dni wcześniej, gdy wracała ze spaceru z Cykorią. Zbłądziła wtedy kolejny raz, chociaż nabrała przekonania, że orientuje się już nieźle w skrótach między bramami. Nadrobiły drogi, ale dzięki temu odkryła następne „czarodziejskie lustro”, jakich pełno było w tej dzielnicy. Ponownie miała ochotę tamtędy przejść, więc potraktowała obojętnie lśniące blichtrem wystawy na parterach odrestaurowanych kamienic i z uporem szukała zapyziałej oficyny. Minęła powyginany trzepak, hałdę węgla, stertę rupieci i dotarła do drzwi zakładu. Nacisnęła klamkę, a potem rozglądała się dookoła i wdychała zapachy, węsząc niczym Cykoria. Tak jak podejrzewała, właściciel warsztatu – podobnie jak podwórko – gwizdał na dwudziesty pierwszy wiek. Miała wrażenie, że po wejściu do środka stała się małą dziewczynką, którą mama wysłała z całą torbą butów wymagających natychmiastowego podzelowania. Patrzyła na obdrapane ściany, na stare linoleum pokryte kawałkami różnych dywanów, na brudną, naderwaną kotarę, zza której widać było toporny stół i narzędzia rodem z czasów króla Ćwieczka, na podchmielonego mężczyznę tarabaniącego się do niej zza tej kotary…

– W młockarnię wpadły czy jak? – Z niekłamanym zdumieniem oglądał żałosne resztki po obcasach.

– Nie. Piesek je pogryzł. – Uśmiechnęła się do pijanego jak szewc szewca, rozkoszując się wonią żrącego kleju, wieloletniego brudu i naprawianych w nieskończoność starych butów.

– A pani aby pewna, że to pies? – Podniósł na Wiktorię rozchwiany wzrok. – Może na rynku kupiła pani od Ruskich małego niedźwiedzia albo jakieś inne dzikie coś?

– Zapewniam, że to pies. – Nie przestawała się uśmiechać. – Da się coś z tym zrobić?

– A co ma się nie dać... – Uniósł nonszalancko ramiona i zastygł w tej pozie. – Nie da to się trzasnąć drzwiami obrotowymi, królowo złota…

– Super! – ucieszyła się Wiktoria, nieco zdziwiona, że szewc wie już o istnieniu drzwi obrotowych. Nic bowiem nie wskazywało na to, że opuścił swój warsztat od lat sześćdziesiątych. Wyglądał dokładnie tak samo jak całe jego królestwo. I nawet pachniał podobnie. – Czyli zrobi pan te obcasy od nowa?

– A co mam nie zrobić? – Lustrował skutki niszczycielskiej działalności Cykorii. – Ale trochę to będzie kosztować. Cały spód trza robić od nowa. Wymiana glanka, sztukowanie…

– Ile? – przeraziła się, nie wnikając, czym jest glank. A może glanek?

– Ja wiem? – Czochrał się po głowie. – Ze trzydzieści, a może i czterdzieści złotych? Tak do pięćdziesięciu trza rachować.

– Niech będzie. – Odetchnęła z ulgą, bo czymże było pięćdziesiąt złotych wobec kasy, jaką przepuściła na kozaczki?

– No to piszemy… – Szewc wyciągnął bloczek spod lady i wsunął fioletową kalkę pod pierwszą stronę. – Jak królowa raczy się nazywać…?

Miała wrażenie, że przeniosła się nie tylko w czasy dzieciństwa, ale jeszcze w dużo bardziej odległe rejony. Pijany facet, dziwna sceneria i to nazwanie jej królową…

Przypomniał jej się cytat z ukochanego Bułhakowa:

„– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.

– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus”.

Wyszła z zakładu, oszołomiona wizytą w nierealnej czasoprzestrzeni. Długo nie docierało do niej, że ma już prawie czterdzieści lat i matka dawno przestała wysyłać ją do szewca albo magla. Teraz raczej wysłałaby ją do… diabła?

Miała rację, bo wbita w lata, bezdzietna i niezamężna córka rzeczywiście stanowiła życiową porażkę Janiny – była źródłem jej wiecznych trosk oraz utyskiwań. Na dodatek nie uległa swatowskim zakusom matki i wciąż uciekała z zastawionych na nią małżeńskich sideł. Zamiast dziękować za narajanie kawalerów i skwapliwie z którymś z nich stanąć na ślubnym kobiercu, odrzucała zaloty, jakby nie wiedziała, ile wiosen sobie już liczy. Matka załamywała ręce, nie pojmując, dlaczego to niewdzięczne dziecko tak bardzo różni się od swojej starszej siostry Amelii, która, dla odmiany, napawała dumą rodzicielkę: wydała się za marynarza, urodziła im dwójkę wnuków, no i prowadziła dom, o którym aż miło opowiadać sąsiadkom oraz obcym ludziom spotkanym przypadkowo w kilometrowej kolejce do lekarza pierwszego kontaktu.

No ale cóż – konstatowała niezmiennie Janina, rozmyślając o swoich córkach – Mela zawsze była dobrym i grzecznym dzieckiem, a Wika od urodzenia chadzała własnymi ścieżkami. Już taka widać jej natura…

Być może przez tę naturę, a być może odurzenie wonią kleju, po wyjściu od szewca kolejny raz zabłądziła. Tradycyjnie skończyło się cudownym odkryciem: trafiła do piwnicznej izby oferującej za bezcen bliżej nieokreślony asortyment. Wiktoria domyśliła się, że co bardziej przedsiębiorczy lokatorzy pobliskich oficyn zamiast wyrzucać niepotrzebne rzeczy na środek podwórka, znosili je do tego Sklepu Osobliwości – jak szybko ochrzciła w myślach odkryte lokum. Postanowiła coś kupić, ale niełatwo było zdecydować się na konkretny przedmiot. W końcu wybrała stary, szydełkowany obrus, uznawszy, że idealnie pasuje do jej mieszkania.

Urządziła je pod dyktando Emilki, osiemnastoletniej siostrzenicy, która oprócz niebanalnego języka miała też niebanalne plany na przyszłość: marzyła o studiowaniu dizajnu w megawypasionej warszawskiej uczelni. Obyta w temacie nastolatka postanowiła, że nowe mieszkanie ciotki powinno zmierzać w kierunku bowaryzmu – nurtu w dizajnie, który wyraża tęsknotę za nierealnym.

– Czaisz? – tłumaczyła Emilka. – Robisz jeden luk na chatę i od razu wiesz, że lokator odgradza się od brzydoty świata. Co my tu mamy? Trochę nierealne fantazje, duża emocjonalność, lekkie nieprzystosowanie do rzeczywistości, wybujałe marzenia, sentymentalizm…

 

Szydełkowany obrus idealnie odgrodzi Wiktorię od brzydoty świata, udowodni, że ma trochę nierealne fantazje i jest sentymentalna. Brak przystosowania do rzeczywistości potwierdzała też wizyta u pijanego szewca i wgapianie się w śnieg, który wirował pod latarniami, by spaść na głowy dumnie kroczących mężczyzn i biegnących do teatralnego wejścia kobiet obutych w zamszowe szpileczki…

Stała z przyklejonym do szyby nosem i napawała się bajkowym widokiem za oknem. Uwielbiała obserwować budynek Teatru Polskiego, odkąd się wprowadziła. Szybko zauważyła, że ten gmach prowadzi podwójne życie: udawał niepozorną szarą myszkę, która nagle potrafi zamienić się w królową. Tak jak teraz…

Rozogniona światłami ceglasto-beżowa elewacja i wybrzuszony, piaskowany fronton wyglądały w ten mroźny wieczór niczym oaza ciepła, do której gnały panie i niespiesznie zdążali panowie. Pretensjonalnie duże płatki śniegu podsycały wrażenia…

Nic dziwnego, że sto lat temu urzędowali tu wolnomularze – pomyślała Wiktoria, utrwalając w pamięci surrealistyczny obrazek, żeby przywołać go, jeśli któregoś dnia zwątpi w piękno świata. Lubiła robić takie „zdjęcia w głowie”…

Dzwonek komórki odkleił Wiktorię od szyby. Po dłuższej chwili znalazła go na komodzie, obok zegara z mosiężną baletnicą.

– Cześć, mała – ucieszyła się, zobaczywszy imię siostrzenicy na wyświetlaczu. – Widziałaś, jak śnieg sypie? Coś pięknego, prawda?

– Widziałam, widziałam… – zaburczała Emilka bez cienia entuzjazmu. – Zjarałam się tym pięknym śniegiem lepiej niż skrętem z rzeżuchy.

– Przestań. Gdybyś mogła teraz zobaczyć mój widok z balkonu, tobyś inaczej mówiła. Za chwilę rozpoczyna się spektakl, więc tłumy walą do teatru… – Opisywała ze szczegółami pejzaż, chociaż była pewna, że dziewczyna nie przerywa ciotce tylko przez grzeczność. Zakończyła więc szybko. – No tego nie da się oddać słowami!

– Ale miło, że próbujesz… – Dyskretne ziewnięcie potwierdziło przypuszczenia Wiktorii. – Ciekawe, czy byłabyś równie wniebowzięta, gdybyś musiała to wszystko odśnieżać. Se w końcu żyły pochlastam durną szuflą albo komuś nią przywalę!

– Domyślam się, że odśnieżałaś dzisiaj. – Nie chciała rozeźlić nastolatki, więc z trudem powstrzymała wybuch śmiechu.

– Dzisiaj, wczoraj, przedwczoraj... Co się budzę, mam dzień świra, świstaka i spoconej świni! Więc jeszcze ty mi nie dowalaj, dobrze? Wystarczą mi zwały śniegu! – Emilka prychała po każdym zdaniu. – Powiedz lepiej, jak się miewa Cykoria. Urosła?

– Urosła. I jest bardziej zachwycona śniegiem niż ja. – Stłumiła kolejny atak wesołości. – Nic więcej nie powiem, bo jeszcze bardziej ci dowalę.

– Wycziluj – uspokoiła ciotkę w swoim języku, który był swoistym połączeniem polskiego i angielskiego, z racji czego Wiktoria nazwała go polgielskim. – Psie zachwyty dźwignę. Na pewno nie mają nic wspólnego z twoimi romantycznymi androidami.

– Andronami – poprawiła siostrzenicę, przyzwyczajona już do tego, że mówienie po polgielsku ma zgubny wpływ na posługiwanie się poczciwą polszczyzną.

– Czym?! Jakimi znowu andronami? O co cho?!

– Chodzi o to, że plotę androny, a nie androidy. Androny to…

– Heloł! Nie pouczaj mnie, dobra? – obruszyła się Emilka. – Jakbyś chciała wiedzieć, to androidy są systemami operacyjnymi do różnych wypasionych gadżetów: komórek, smartfonów, tabletów. To takie aplikacje, które poszerzają funkcjonalność i działają dokładnie tak samo jak twoja nienormalna wyobraźnia, która widzi cuda w zwykłym śniegu pod teatrem. – Słysząc martwą ciszę, zaśmiała się triumfalnie. – No! To chyba sobie z grubsza wyjaśniłyśmy androidy i te… jak im tam?

– Androny. Czyli bzdury, głupstwa. I tytuł tomiku Brzechwy… – Wiktoria zdała sobie sprawę, jak blado wypadają androny przy androidach, więc dorzuciła w ich obronie: – Dzieciaki uwielbiają te wiersze!

– Tak to bywa, kiedy człowiek całe życie uczy pierwszaki… – westchnęła wyrozumiale Emilka. – Opowiesz wreszcie o Cykorii? – Wróciła do ulubionego tematu. Widocznie postanowiła tym razem nie wytykać ciotce pracy z siedmiolatkami i życia w złudzeniu, że wszyscy są na poziomie jej uczniów. – Bryka w śniegu? Co teraz robi?

– Śpi, bo przez dwie godziny ganiała po parku. – Wika z czułością przyglądała się rozciągniętemu na podłodze psiakowi, który wyglądał, jakby stracił przytomność. – Wsadza łeb w zaspy razem z uszami i nie wiem, jakim cudem w żadnej się nie udusiła. Na dodatek zamiast chodzić, podskakuje jak piłeczka. Co ci będę opowiadać? Wpadnij, to razem pójdziemy na spacer i sama się przekonasz.

– Wpadnę, wpadnę. Stęskniłam się za nią strasznie.

– Pasuje ci jutro? Kończę lekcje o czternastej. – Tęskniła za siostrzenicą tak samo jak ona za jej psem.

– Jutro nie dam rady, kwach totalny w chacie. Ojciec wypływa i świruje jak bąbel w oranżadzie. Nie chcę go prowokować do większego musowania. Czaisz klimat?

– Wpadnij, jak wypłynie – zaproponowała Wiktoria, pełna podziwu dla siebie, że zdołała zachować obojętny ton. – Śnieg szybko nie stopnieje. Zdążysz zobaczyć Cykorię w akcji.

– No! Nie mogę się doczekać. I nie tylko o psie mówię. Ojciec idzie w morze! Też się cieszysz, co?

– A co mnie to obchodzi? – Wiktoria pochwaliła się za beznamiętność. – Kiedy wpadniesz?

– Jak ty mnie czasami wkurzasz! Fembot!

– Kto?! – W końcu wybuchnęła serdecznym śmiechem. Uwalniała też radość z rychłego wyjazdu szwagra. – Że ja niby jestem fembot? Czyli kto?

– Kobieca wersja robota. I też android, tylko inny – niechętnie wyjaśniła Emilka, jakby zdemaskowała nieszczerość ciotki. – Kolnęłam do ciebie, żeby przekazać superniusa, a ty mi, że masz to gdzieś. I jeszcze czepiasz się, jak mówię! – Zamilkła na chwilę, jednak nie doczekawszy się reakcji na zaczepkę, złożyła broń. – No dobra, mam udawać głupią, to poudaję, co mi tam. Poczekaj… – Znowu zrobiła pauzę, a potem sapnęła: – Dżizas! Muszę kończyć. Bąbel już szaleje w salonie i buzuje coraz głośniej. Pewnie zaraz wpadnie do mojego pokoju i pianą mi dywan zaleje.

– Hamuj, mała, hamuj. – Wiktoria wróciła do obojętnego tonu. – To twój ojciec. Należy mu się…

– Co mu się należy, to ja dobrze wiem! – przerwała jej brutalnie siostrzenica. – Ale jakoś wytrzymam. Idź lukać na śnieg i na swój zaczarowany teatr. Nie każdy może żyć w bajce, ja spadam do reala. Odezwę się, jak kochany tatuś zniknie na morzu. Nara!

– Nara…

Wbrew ironicznym sugestiom zamiast „lukać” na zaczarowany teatr, poszła do kuchni, żeby „wylukać” wino tudzież korkociąg. Baśniowy krajobraz przestał ją interesować, bo widok wypływającego w morze szwagra wydał jej się piękniejszy nawet od czarodziejskiego gmachu z podświetloną na ognistoczerwono elewacją.

Nigdy nie lubiła Sławka. Był dla niej zaprzeczeniem prawdziwego mężczyzny, chociaż niby posiadał zestaw cech powszechnie uznawanych za pożądane w etalonie samca: silny, władczy, niezależny, samodzielny, odpowiedzialny, cierpliwy, opanowany, słowny, przewidywalny, powściągliwy… bla, bla, bla. Mogłaby mnożyć te przymioty w nieskończoność, ale w jego wydaniu były one tak karykaturalnie przejaskrawione, że zamieniały się w wady, przez co zadowolony ze swojej stuprocentowej męskości szwagier przypominał jej zimnego prostaka, żeby nie powiedzieć brutalnie – zwykłego sukinsyna.

Wprawdzie nigdy w życiu nie podniósłby ręki na żonę, ale mimo wszystko łudząco przypominał swoim charakterem Pawła – damskiego boksera, z którym Wiktoria spędziła osiem lat i od którego odważyła się w końcu odejść i uciec pod opiekuńcze skrzydła siostry. Sławka nie było wtedy w domu, więc mogła spokojnie lizać rany, odzyskiwać mocno nadszarpniętą wiarę w siebie i odbudować pozrywane więzi zarówno rodzinne, jak i przyjacielskie, a przede wszystkim nawiązać porozumienie z ukochaną, nieco krnąbrną Emilką, która początkowo traktowała ciotkę jak śmierdzące powietrze, jednak z biegiem czasu zaczęła nazywać ją swoją BFF, czyli Best Friend Forever.

Starała się odpłacać siostrzenicy tym samym, ale nie było to łatwe, bo czasami musiała wchodzić w rolę doświadczonej moralizatorki. Jak przed chwilą, kiedy resztkami sił hamowała się, by nie krzyknąć do słuchawki: „Twój ojciec wyjeżdża? Cóż za fantastyczna wiadomość! Niech płynie w cholerę i kil mu w stopę!”.

Podeszła do wiszącego w przedpokoju ogromnego lustra w szerokiej, złoconej ramie i uśmiechając się zjadliwie, uniosła do góry wypełniony winem kieliszek.

– Twoje zdrowie, Sławuś. Za tych, co na morzu! – Mrugnęła wesoło do swojego odbicia.

Przeszła do salonu i rozsiadła się na welurowej kanapie, kolorem przypominającej wino, którym przed chwilą wznosiła toast za szwagra. Zastanawiała się, jak tu ściągnąć do siebie Melę uwolnioną spod czujnej opieki pana kapitana.

– Przecież ja mam imieniny! – zakrzyknęła w olśnieniu. Odstawiła wino, przy czym omal nie stłukła kieliszka, i rzuciła się do kalendarza. Kiedy wypada jedenasty lutego? Jeśli w środku tygodnia, urządzę wcześniej. To doskonała okazja na spotkanie… Jestem genialna! Kiedyś umrę na inteligencję… Odnalazła datę opatrzoną podpisem: „Wiktorii, Olgierda”. Wtorek. Muszę wcześniej. Czyli w sobotę, ósmego! Pstryknęła palcami w kalendarz. Yes, i w porzo, spoko termin, jak powiedziałaby Emilka… O! A co tu robi moja niunia? Pochyliła się nad Cykorią, która ziewała przy jej nogach, wystawiając różowy jęzor przypominający plaster konserwowej szynki. – Obudziłam psinkę?

Oblizanie całej twarzy pani i jej prawego ucha świadczyło, że pies nie żywi urazy, ale Wika tłumaczyła się dalej.

– Latam i krzyczę, bo nie masz pojęcia, co się wydarzyło, kiedy spałaś. Wiesz, że Sławek wypływa jutro na kilka miesięcy w morze?!

Cykoria przykucnęła, a zaraz potem na podłodze pojawiła się wielka, mokra plama.

– Omal też tak nie zrobiłam, jak mi Emilka powiedziała. – Z rozbawieniem patrzyła na rosnącą kałużę. – Ale trzeba umieć się powstrzymywać przed zbyt spontanicznymi reakcjami, moja damo. Jeśli zaczniemy sikać ze szczęścia gdzie popadnie, to ładnie nasze mieszkanie będzie wyglądać… – Plaster konserwowej szynki ponownie wylądował na twarzy Wiktorii. – No dobra! Już nie zrzędzę. – Podniosła się z podłogi, rzuciła kilka starych ręczników na mokrą plamę i cmoknęła zachęcająco. – Chodź na spacer, bo za chwilę coś gorszego mi tu zafundujesz. Potem to sprzątnę.

Cykoria kolejny raz ziewnęła przeciągle, popatrzyła z obrzydzeniem na mokre ręczniki i czmychnęła do sypialni.

– Ty wredna zołzo! – krzyknęła za nią Wiktoria. – Jak nie będziesz mnie słuchać, to razem z nim wyślę cię w morze! Zobaczysz! Wrócisz wytresowana lepiej niż wszystkie policyjne psy! Będziesz sikać do sedesu, a przedtem podniesiesz deskę!