Drobne grzeszkiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– 5 –

Sandra przed snem wyguglała definicję szkodnika: „Organizm żywy wpływający niszcząco na działalność człowieka” – równoległe pole reklamowe namawiało do zwalczania.

Dopadnę cię, szczurze! – postanowiła, okręcając się kołdrą.

Nie wiedziała jeszcze kiedy. Nie wymyśli przecież wszystkiego w jedną noc.

Niestety, niczego nie wymyśliła ani tej, ani przez kolejnych pięćdziesiąt nocy. Szykanowana zmieniającymi się jak kalejdoskop grafikami, zdychająca ze zmęczenia na zapleczu, powoli traciła animusz, aż w końcu dała za wygraną.

– Ogarnę warunki rozwiązania umowy i spadam. Obym się tylko przed matką za wcześnie nie wygadała, bo znowu zamiesza. Cudowna z niej kobieta, ale z innego świata – westchnęła ciężko. – Stać mnie na coś więcej niż rozpakowywanie szmat, nie? Poza tym psyche mi siada. Jeśli zostanę przez kolejny kwartał, to albo podpalę sklep, albo zabiję tego debila.

– No… – Justyna z Jagodą westchnęły jeszcze ciężej.

Piły piwo w knajpie przy Deptaku Bogusława. Miał być wizytówką Szczecina, z drogimi butikami i restauracjami na parterach odrestaurowanych kamienic, ale prawa rynku rzadko towarzyszą ambitnym fantazjom – eleganckie lokale padły, ustępując miejsca pubom, które tłumnie odwiedzała głośna klientela, głównie w wieku studenckim.

– Nawet z imprezy cham nas wyciął! – Justyna gapiła się w pusty kufel.

– Z imprezy?

– Nie słyszałaś o Zielonych Świątkach?

– Czekaj… – Sandra zamachała na przebiegającą nieopodal kelnerkę. Wystawiła do góry trzy palce, a potem wskazała nimi blat ławy, przy której siedziały. Dziewczyna skinęła na znak, że zrozumiała zamówienie. – Co to są Zielone Świątki?

– Pojęcia nie mam. – Justyna spojrzała na przyjaciółkę. – A ty?

– Skąd? – Jagoda wzruszyła ramionami. – Brzmi jak dzień ufoludków, ale chyba chodzi o coś grubszego, skoro sklepy zamknięte.

– Dobra. Mniejsza o świątki. Z jakiej imprezy nas wyciął?

– Na jakim świecie ty żyjesz? Nie wiesz, że firma organizuje trzydniowy wyjazd integracyjny? Szkoleń i durnych konkursów nikomu nie zazdroszczę, ale żal mi dupę ściska na myśl o wieczornych baletach. Na pewno nieźle zaszaleją pod darmową wyżerkę i wypitkę.

– Trzydniowy? – Sandra nie podejrzewała, by Zielone Świątki trwały dłużej niż Boże Narodzenie. – Zamkną sklep i wywieszą karteczkę: „Przepraszamy. Integracja”?

– Nie. Przychodzi zastępstwo: dziewczyny z innych sieciówek, studentki chwilówki, no i my. Bo nas cham wyciął!

– I dobrze, że wyciął. – Po raz pierwszy była zachwycona dyskryminacyjną polityką menago. – Czyli łapiemy wolny dzień i przez dwa następne mamy święty spokój? Super! Zero tyrania, zero ocierania, a w bonusie jeszcze Zośka zniknie mi z oczu.

Zośka boleśnie uwierała Sandrę w serce.

Nie wiadomo, czemu zdradę kobiety łatwiej wybaczą mężczyźnie niż przyjaciółce. Wiążesz się z facetem, to jakbyś wsiadała do samolotu na Malediwy: spodziewasz się długiego lotu i lądowania na cudownej plaży, ale kilka zwojów mózgu liczy się z katastrofą, która równie dobrze może nastąpić podczas startu, w powietrzu, jak i przy lądowaniu. Niby ufasz, że maszyna działa lepiej niż szwajcarski zegarek, ale co chwilę zerkasz przez bulaj, czy wciąż widać za nim skrzydło, a gdy śniady pasażer na sąsiednim fotelu wyciąga Koran i pogrąża się w modlitwie, ręce same zaczynają ci latać. Cały czas zachowujesz czujność, bo masz świadomość, że wszystko się może zdarzyć – taka już uroda samolotów. I facetów.

Natomiast z oddaniem serca przyjaciółce sytuacja wygląda odwrotnie – ta podróż w założeniu gwarantuje stuprocentowe bezpieczeństwo, więc nie dziwota, że nagły cios zwala z nóg. Trudno paść ofiarą katastrofy lotniczej, stąpając po twardym gruncie, prawda?

Niestety. Historia zna podobne, a nawet bardziej zaskakujące przypadki.

Ot, choćby amerykański płetwonurek znaleziony pośród spalonego lasu. Laureat Nagrody Darwina przyznawanej za oryginalne wyeliminowanie się z zasobów ludzkich, czyli – mówiąc brutalnie – za absurdalną śmierć. Strażacki helikopter podczas nabierania wody z oceanu zassał gościa i wraz z wodą zrzucił go na płonące połacie ziemi. Kiedy nieszczęś­nik zakładał akwalung, obstawiał pewnie spotkanie z jakąś rybą piłą, rekinem, a nawet z potworem z Loch Ness, ale na bank nie pożar. Bo co? Pływasz, pływasz i raptem giniesz w płomieniach? Szok!

Tak właśnie czuje się kobieta oszukana przez przyjaciółkę, o czym boleśnie przekonała się Sandra.

Gdy menago się na nią uwziął, spodziewała się wsparcia Zośki, pomocy, dobrego słowa, lecz koleżanka nagle ogłuchła i oślepła. Unikała rozmów, nie odbierała telefonów, czmychała na jej widok, żeby sklepowe kamery ich razem nie złapały.

– Ratowałam jej dupę, a ona boi się teraz przejść koło mnie, bo mu się narazi! – Przeklinanie maskowało głęboki smutek, zatem ulżyła sobie paroma niewybrednymi epitetami. – Jestem szczęśliwa, że nie będę ich oglądać przynajmniej kilka dni. Krzyż im na drogę. Niech się bawią, niech się macają, a najlepiej niech ją porządnie bzyknie. Może niemiecka analfabetka załapie awansik? Najlepiej na specjalistę od kontaktów z zagranicznym klientem.

– Nie bzyknie jej. Wiezie drzewo do lasu… – Justyna powitała szerokim uśmiechem kelnerkę, która zjawiła się przy stoliku z pełnymi kuflami. – Dziękujemy bardzo.

– Znaczy co? – spytała Sandra, gdy znowu zostały same.

– Wpisał się na listę z żoną. Umieramy z ciekawości, jak wygląda. Pewnie totalnie zaniedbany babsztyl i dlatego łapy mu się do nas kleją.

– Zabiera żonę na firmową imprezę? – Powietrze jakby leciutko zadrgało, napełniając się nutką piżmowego zapachu. – To nienormalne. Coś tu nie pasuje.

– A czy on kiedyś zachował się normalnie? Uwierzysz, że przedwczoraj kazał nam myć windy towarowe? Te wielkie, co nimi ostatnio samochody wwozili. Pamiętasz? Wtedy co była promocja… no… cholera, zapomniałam marki! Za te windy odpowiada zewnętrzny personel, ale debil zaproponował, że oddeleguje dwie osoby do pomocy, bo ma chwilowe luzy. W gaciach chyba luzy ma!

Jagoda z Justyną prześcigały się w wyliczaniu prześladowań dowodzących, że menago jest szajbusem, lecz Sandra słuchała jednym uchem.

Usiłowała zapanować nad chaotycznie pędzącymi myślami. Wplątało się tam nawet odległe wspomnienie egzaminu z diagnostyki. Wykładowca bez przepytywania wpisał jej piątkę: „Pani Ciereszko, nie interesuje mnie, czy zna pani nazwiska wybitnych socjologów oraz sformułowane przez nich definicje, klasyfikacje bądź strategie badawcze. Na każdych zajęciach bezbłędnie rozpoznawała pani anormatywne objawy ludzkich zachowań. Podawałem przykład jako punkt wyjściowy, a pani od razu zgadywała, kto odgrywa sztuczną rolę i kto buduje fałszywe dekoracje. Niezaprzeczalnie posiada pani wrodzony talent socjologiczny. Indeks poproszę”.

Wrodzony instynkt podpowiadał jej teraz, że coś podejrzanego kryje się za wspólnym wyjazdem menago i jego żony na integrę.

Ledwo sobie to uświadomiła, trzepnęło nią inne wspomnienie, znacznie świeższe. „Uważaj, zmarnujesz jedną szansę, zmarnujesz drugą, to los cię kopnie w tyłek, że długo nie wstaniesz. Nie drażnij go…” – niedawno upominała ją matka.

– Dokąd oni jadą? – przerwała koleżankom litanię nieszczęść. – Kto przyjmuje zapisy?

– Do Puszczy Drawskiej. Nikt. Logujesz się, robisz przelew na marne cztery dyszki i jedziesz.

– Gdzie się loguję? Macie kontakt?

– Skąd? – Jagoda wzruszyła ramionami z podobną obojętnością, z jaką potraktowała Zielone Świątki. – Nie wysłał nam przecież mejla z programem i z namiarami.

– Bo nas cham wyciął! – powtórzyła któryś już raz Justyna.

– Chwila, chwila. Gdybyśmy zdobyły login i numer konta, wcisnęłybyśmy się na imprę?

– Prawdopodobnie tak.

– A znacie kogoś zaufanego, kto nie ucieka przed czarnymi owcami? – Sandra przesunęła piwa na skraj blatu. – Kogoś, kto dostał tego mejla i nie będzie się bał skopiować go dla was?

– Spoko. – Wymieniły kpiące uśmieszki. – W przeciwieństwie do ciebie wiemy, z kim się kumplować.

– Więc na co czekacie? Piszcie i proście o komplet danych.

– Po co nam komplet danych?

– Żeby je sobie na dupie wytatuować! – Skok adrenaliny często wiąże się ze spadkiem cierpliwości. – Piszcie, zamiast głupio pytać!

– Dobra. Uderzymy do Weroniki… – Jagoda z wprawą śmigała kciukami po ekranie. – A ty, zamiast głupio się drzeć, wytłumacz, o co chodzi. Cieszyłaś się, że nie jedziesz, i nagle siłą chcesz się wcisnąć? – Odłożyła telefon. – Nie łapię.

– Babskiego wścibstwa nie łapiesz? Same przed chwilą mówiłyście, że umieracie z ciekawości, jak wygląda jego żona, nie? – Podstawiła im z powrotem piwo pod nos. – No! Mnie również kobitka zaintrygowała, ale uważam, że nie warto umierać, skoro można w prosty sposób zaspokoić ciekawość. – Uniosła kufel. – Za Puszczę Drawską!

– Przyznaj się, coś kombinujesz?

– Na razie nic. Męczy mnie tylko przeczucie, że powinnam jechać… – Parsknęła śmiechem. – Oby nie sprawdziło się porzekadło mojej babci Anki: „Miałam przeczucie, że puszczę bąka, a narobiłam w majtki”. Opowiadałam wam o babci Ance? – Choć miny koleżanek nie zachęcały do rozwijania wątku, trzepała językiem, by rozmydlić temat. Na szczęście po kilku zdaniach zabrzęczała leżąca na stole komórka.

– Weronika puściła skrina. Kojarzysz ją? Drobna blondyneczka z kitką… – Zaprzeczenie Sandry zostało skwitowane machnięciem ręki. – Dobra. Mamy mejla.

– To czytamy. Dawaj komórkę na stół.

Pochyliły się nad linijkami tekstu.

– Patrzcie! Góra zaprosiła całą załogę. Włącznie z tymi na okresie próbnym.

– No. Każdego, serdecznie. Nie trzeba żadnych rekomendacji.

– Byle zaznaczyć, że się wybywa i prosi o zastępstwo.

 

– Plus wpisowe w ciągu czternastu dni. O kurde! Zdążymy?

– Zdążymy. Został prawie tydzień… – Justyna rozparła się w okazałym fotelu pamiętającym czasy Gagarina i Gomułki. Wyposażenie lokalu pochodziło z głębokiego PRL-u. Klimat średnio wyjściowy, ale cena piwa sprawiała, że dwudziestolatki oblegały lokal tłumniej niż postkomunistyczna klientela. – Widzicie? Miałam rację, że cham nas wyciął. Na bank odhaczył nasze adresy i dopiero potem puścił wiadomość do ludzi.

– To cham się zdziwi… – Sandra oparła głowę o tapicerkę znacznie skromniejszego siedziska. Umeblowanie knajpy, zgodnie z peerelowską modą, składało się z przypadkowo dobranych, cudem zdobytych pojedynczych egzemplarzy. Jej fotel raczej nie służył żadnym dygnitarzom. Prędzej jakiejś mamusi oglądającej wraz z dziećmi Porę na Telesfora.

– Yyp! Zwariowałyście? On nawet do autokaru nie da nam wejść. Yyp! – Przez zbyt szybkie łykanie gazowanego chmielu Jagoda straciła kontrolę nad przeponą. – Zamiast Puszczy Drawskiej powąchamy dym z ich rury wydechowej.

– Luz. Sposobem go weźmiemy. Zgrywa mądrego szefa, więc my odegramy głupie podwładne. – Miarowe „yyp” coraz bardziej irytowało Sandrę. – Menago nigdy się nie przyzna, że z premedytacją wyrzucił nas z listy, a my uwierzymy w jego dobre chęci: „Och, pewnie przez awarię poczty nie dostałyśmy pańskiej korespondencji”.

– Zawsze dostajemy, a akurat teraz nie? Yyp! I akurat my trzy? Bez sensu.

– A kto mówi o sensie? Grunt, że zwiążemy mu ręce. Żeby cofnąć logowanie, musiałby wyjaśnić górze, dlaczego nie zgadza się na nasz wyjazd. Wiadomo, że żaden powód nie istnieje… Nie istnieje powód… – Napięte nerwy wyostrzyły zmysły, zaś wyostrzone zmysły pobudziły mizofonię. – Jadźka, zaraz cię walnę. Przestań czkać, do cholery!

– Jak?

– Srak! Wypij litr mineralnej i nie oddychaj.

– Chcesz, żebym się jednocześnie utopiła i udusi… Yyp!

– Błagam, idź do kibla. – Zagryzając zęby, Sandra cedziła słowa. – Zostań tam, dopóki nie minie ci czkawka, bo naprawdę nie ręczę za siebie.

– Okej, okej. Już idę, tylko… – Jagoda grzebała w portmonetce. – Uf, znalazłam złotówkę! – Chuchnęła na monetę i zacisnęła ją w pięści, podążając ku drzwiom z napisem: „Toaleta płatna 1 zł. Przy uiszczaniu kwoty babcia klozetowa wyda 7 listków papieru. Prosimy o odliczenie drobnych. Nie wydajemy reszty”.

– Naprawdę jesteś walnięta na dźwięki. Masakra! – Justyna skrzywiła usta. – Wyglądasz jak furia z wybroczynami po botoksie.

– Skupmy się na ważniejszych sprawach, dobra? – By schować czerwone plamy na szyi i dekolcie, Sandra naciągnęła sweter po brodę. – Ustalmy termin logowania. Musimy to zrobić w ostatniej chwili, tuż przed zamknięciem bramek.

– Przeginasz. A jeśli padnie internet? Zawsze może trafić się spina w sieci, nie?

– Spina owszem, ale katastrofa? – Sandra pokręciła głową. – Mieszkamy w różnych dzielnicach. Zero opcji, żebyśmy naraz straciły zasięg.

– Opcja jest. Już zapomniałaś? Ja nigdy nie zapomnę… – Parskając w kufel, Justyna rozpyliła piwo na pół metra okrąg­łego (metr okrągły stanowi jednostkę kobiecej czasoprzestrzeni, tej samej, gdzie pojęcia „prawy” i „lewy” traktowane są synonimicznie, zaś pięć minutek rozciąga się poza granice nieskończoności). – Chodziłam wtedy do gimnazjum i czciłam mrocznych gotów: metal muza, glany, ponury makijaż, te sprawy… Raptem, jeb! Świat przestał istnieć, a ja przez pięć godzin grałam ze starymi w chińczyka. Widzisz to? Zakolczykowany czarny rebel goni pionkiem po planszy? – Żywo gestykulując, Justyna wycierała kropelki piwa ze stołu. – Ale prawdziwy dramat nastąpił dopiero potem. Ojciec wywlekł z zakamarków gitarę i rozśpiewali się z matką o kormoranach, białych misiach, hej sokołach, albatrosach i pieskach na kładeczce… – Westchnęła komicznie. – Kuźwa, myślałam, że padnę! Urządzili na chacie Animal Planet w wersji strunowo-szarpanej i tak mi zszarpali strunami nerwy, że mało krwotoku z uszu nie dostałam. Czaisz? Zamiast gotyckiego rocka romantyczne małe zoo! Zresztą, w ogóle było bardzo romantycznie, bo cały czas siedzieliśmy przy świecach.

– W dzień też? – Sandrę niepokoiła nadmierna wesołość Justyny. Narąbane nic mądrego nie wykombinują. – Dlaczego?

– U nas dzień nie nastał. We wszystkich oknach mieliśmy antywłamaniowe rolety na pilota. Nie podniosły się…

Szczecin to niebanalne miasto – generalnie wolne od klęsk żywiołowych, a jeśli wreszcie coś się zdarzy, to z fasonem – ledwo rozpoczął się dwudziesty pierwszy wiek, globalna awaria sieci energetycznej cofnęła ludzi w wiek dziewiętnasty albo i dalej, ku greckim mitom głoszącym, że „na początku był chaos”.

Chaos był, aż strach. Zamknięto sklepy, urzędy i szkoły. Na ulice wyszło wojsko z policją, ustawiając warty przy martwych bankomatach niczym przy pomnikach pamięci narodowej. Szpitale włączyły zastępcze agregaty, a wodociągi zaparkowały beczkowozy pod stacjami dializ. Komunikacja miejska działała szczątkowo, a komunikację telefoniczną, radiową i telewizyjną wcięło na amen.

Najgorzej ucierpieli ci, którzy szli do pracy na szóstą, siódmą rano. Skąd mieli wiedzieć, że powinni zostać w domu? Kto i jakim sposobem miał ich o tym powiadomić? Wprawdzie na Pomorzu Zachodnim pełno rezerwatów, lecz próżno tam szukać Indian puszczających znaki dymne.

Ludziska wychodzili więc do roboty, klnąc pod nosem – nie dość, że w bloku zabrakło prądu, a komórka się nagle zepsuła, to jeszcze na drodze trzeba walczyć o życie: lodowata breja, skrzyżowania bez sygnalizatorów, a próby hamowania groziły poślizgiem.

Gdy cudem ocalały człowiek docierał wreszcie do firmy, dowiadywał się, że przyszedł niepotrzebnie. Dobrze, jeśli firma znajdowała się na parterze, gorzej, jeśli na ostatnim piętrze i dygało się piechotą dwadzieścia kondygnacji tylko po to, by pocałować klamkę.

Od tamtej pory szczecinianie wiedzą, że nie potrzeba bomb, aby sparaliżować miasto. Wystarczy przewrócić kilka słupów.

– Histeryzujesz. Prawo serii nie istnieje. – Sandra uśmiechnęła się na wspomnienie tamtego dnia. Matka wysłała ją na zakupy do osiedlowego sklepiku. Cwany prywaciarz ustawił stolik w progu, a utarg wpisywał ołówkiem do zeszytu: za półdarmo sprzedawał mrożonki, a za baterie liczył sobie jak za baryłki ropy. Gdy przyniosła suchy prowiant, okutały się w polarowe bluzy, swetry i czapki (ogrzewanie też padło – co komu po gazowym piecu, który działa na prąd?) i grały w scrabble. – Drugi raz coś podobnego się nie zdarzy. Bez przesady z ostrożnością.

– Uważam, że na wszelki wypadek…

– Justa, zlituj się! Na wszelki wypadek to ksiądz ma jaja! – Machnęła ręką, ucinając dyskusję. – Dobra, niech ci będzie. Na wszelki wypadek zorganizujemy grupowy czat. Razem wejdziemy w system, a jeśli którejś padnie internet, przedyktuje swoje dane przez telefon. Teraz okej?

– Wyjaśnij, z łaski swojej, skąd w tobie raptem takie parcie na integrę? Ledwo się spotkałyśmy, oznajmiłaś, że rozwiązujesz umowę i znikasz z branży, a im krzyż na drogę.

– Ale zaraz potem oznajmiłam, że tylko krowa nie zmienia poglądów, prawda? Poza tym, kto nie ryzykuje, pije piwo zamiast szampana. Ileż można? – Wskazała na stolik z trzema kuflami. – Dlatego przestań truć. Szkoda czasu na gadanie.

Rzeczywiście, zmieniła decyzję, a żądza walki – niedawno zimny trup – obudziła się niczym zombi, w pełni gotowa do poszukiwań tego, na co czekała od kilku tygodni.

Sandra wprawdzie nie wiedziała, czym jest „to”, ale była pewna, że gdy „to” zobaczy, usłyszy bądź wywącha, natychmiast zbuduje z „tego” pułapkę na szczura. Uczepiła się nadziei jak rozbitek latarni, światło na przemian gasło i znikało.

„To” okazało się dorodną blondynką w spódniczce krótszej niż fryzura. Trochę przypominała sklepowe snujki – podkasany dół odejmował klasy, choć na szczęście zatrzymał się dwa centymetry przed żenadą. Mimo modowego efektu-defektu potępianie jej byłoby grzechem – każda posiadaczka równie zgrabnych nóg chwaliłaby się nimi, gwiżdżąc na etykietę.

Tak czy siak, teoria o spasionym babsztylu legła w gruzach, co wkurzyło Sandrę jeszcze bardziej. Facet ma w domu zarąbistą laskę i molestuje personel? Niepojęte!

Po wejściu do autokaru uważnie im się przyglądała, dostrzegając ciekawy fakt: menago wypadł z roli. Zamiast bezwzględnego macho przypominał raczej podnóżek i zagłówek w jednym. Żona ostentacyjnie nim dyrygowała: „Daj…”, „Zasłoń okno…”, „Połóż torebkę na półce…”, on zaś śmigał z gorliwością aportującego owczarka.

Hmmm, wszystko pasowało do akademickich teorii o rekompensatach tudzież restytucjach, ale lepiej nie wyciągać zbyt pochopnych wniosków – Sandra nakazywała sobie spokój – godzinna jazda drogą S10 to wątpliwy eksperyment, aczkolwiek zapowiadało się interesująco…

Usługując małżonce, menago zezował w ich stronę. Ludzie tak jakoś „przypadkowo” się rozlokowali, że wokół trzech parszywych owiec wiało pustką – kto zaryzykuje bliski kontakt? Najlepsza była Zośka – gdy pojawiły się na parkingu, rozdziawiła gębę i pędem zwiała, moszcząc się tuż za kierowcą.

– Niech żyje tradycja! – Sandra skwitowała to kąśliwym uśmiechem. – Na wycieczkach szkolnych kapusie i kujony zawsze pchają się do przodu, żeby siedzieć jak najbliżej pani.

– W przeciwieństwie do elity z obniżonym sprawowaniem – parsknęła Justyna.

Z szacunku dla tradycji zajęły końcowe fotele, tworzące długą kanapę. Super! Za nimi szyba, przed nimi kilka wolnych rzędów – można swobodnie pogadać.

– Widzicie? Bez przerwy tu filuje. Pewnie wciąż nie wierzy, że przeskoczyłyśmy spamowanie. Nieźle mu dowaliłyśmy, nie?

– My dopiero mu dowalimy… – szeptała Sandra, chowając się za oparciem. – Chyba ich rozgryzłam. On nami tyra, bo w domu ma przerąbane, a ona tyra nim, bo wie, że hajtnęła się z ostatnim dupkiem. Wzajemna restytucja i rekompensata.

– „Re” co? – Justyna z Jagodą też się skuliły i przyciszyły głosy.

– Oj! Tworzą patologiczny związek. Brak zaufania, udawanie, odbijanie niepowodzeń i tak dalej – streściła mechanizmy, które opisała w pracy magisterskiej. – Obstawiam, że przez jego parszywy charakter laska jest mocno niepewna swojej pozycji w małżeństwie. A co z tego wynika?

– Co? – Wzruszyły ramionami.

– Że bankowo cierpi na histeryczną zazdrość! Dlatego odwali za nas czarną robotę… – Sandra aż sapnęła z zadowolenia. – Oboje się szamoczą, chociaż udają przeszczęśliwych. Wykorzystamy to.

– Jezu, nic nie kumam.

– Ja też.

– Zauważyłyście? Musztruje go bez krępacji, a on potulnie wykonuje rozkazy. – Tym razem sapnęła ze zniecierpliwienia. – On! Pan i władca naszego życia. Dziwne, nie? Czemu nią nie szurnie jak nami i nie pokaże jej miejsca w szeregu?

– My to my. Żona to żona. Dom to dom. Praca to praca… – powątpiewała Jagoda. – Inne światy.

– Owszem. Tyle że bez względu na świat człowiek powinien zachować spójną osobowość. – Poczuła wdzięczność do matki za naleganie, by skończyła studia: „Zaderko, dzisiaj ci się wydaje, że marnujesz czas, ale kiedyś się zdziwisz”. Właśnie się zdziwiła: te dwie nie kojarzyły najprostszych teorii. Trudno przekazać ogrom wiedzy podczas krótkiego wykładu prowadzonego w kucki na końcu autokaru, więc wyjaśniła krótko: – Normalny człowiek jest stabilny emocjonalnie bez względu na to, gdzie i z kim przebywa. Owszem, może lekko falować, zmieniać język, styl, drobiazgi typu dres zamiast garnituru… – Niezbyt mądre miny koleżanek sprawiły, że narzuciła sobie styl żołnierskiej pogadanki: – Człowiek o zdrowym mózgu zawsze i wszędzie jest albo panem, albo niewolnikiem. Jeżeli natomiast raz udaje pana, a raz robi za niewolnika, znaczy pojeb: zryty beret z rozdwojoną antenką.

– Aha! – W oczach Justyny na krótko zamigotała inteligencja. – Phi, wielkie mi odkrycie. Od dawna wiadomo, że menago to pojeb. I co ma do tego zazdrość jego żony?

Sandrze opadły ręce. Podczas magisterki trafiła na wykładowcę, który notorycznie opuszczał salę w połowie zajęć: „Droga młodzieży. Średnio rozgarnięty pies wymaga dwudziestu powtórzeń, żeby nauczyć się przeskakiwania przez obręcz, zaś średnio bystra foka zaledwie dziesięciu, by umiała odbijać piłkę nosem. Niestety, w państwa przypadku żadna liczba powtórzeń nie zapewni opanowania teorii systemów społecznych Talcotta Parsonsa. Lubię odnosić wyłącznie sukcesy dydaktyczne, zatem żegnam państwa. Poszukam pracy w cyrku”.

Doskonale go teraz rozumiała, ale przecież nie wyskoczy z autobusu.

– Pomińmy szczegóły, okej? Zaufacie mi bez dalszych pytań?

– Jasne! – Odetchnęły z ulgą, zupełnie jak studenci socjologii po wyjściu „cyrkowca”.

 

– Słuchajcie… – Ograniczyła się do podstawowych instrukcji, upewniając się, czy rozumieją. Na szczęście chwytały coraz szybciej. – No to działamy! – Wstała z kucek, trąc ścierpnięte łydki. – Ooo, chyba dojechałyśmy?

Zza linii drzew wyłoniło się szkło i aluminium.

Na szczęście hipoteza o restytucjach i rekompensatach pomyślnie przeszła pierwszą próbę.

Gdy dotarli na miejsce i kierowca wydawał walizki, Sandra plątała się przy małżonkach, oczywiście „przypadkiem”, całkiem jak klucze menago, które wciąż „niechcący” zaplątywały się w szlufki służbowych spódniczek.

Pyskówka tonęła w ogólnym gwarze, ale Sandra co nieco usłyszała.

– Wydaje ci się, że oślepłam i nie widzę, jak na nie patrzysz? Żałos…

– Czyje?! – wydarł się kierowca, ciągnąc z luku cyklamenową torbę.

– Patrzę, bo jestem bossem. Muszę ich pilnować.

– Pilnuj, pilnuj. A wieczorem pewnie sprawdzisz porządek w pokojach i przebierzesz je w piżamki?

– Uspokój się, kochanie. Znowu coś sobie ubzdurałaś. Niepotrze…

– Czyje?! – Kierowca wyjął neseser Sandry.

Kurde, co za niefart. Czemu tak szybko? Chętnie posłuchałaby ich dłużej.

Ruszyła do recepcji, ale po kilku krokach stanęła, boksując się z myślami.

Zaderko, łap szansę. Sama pcha ci się w ręce. Odwagi! – boksowała się też z rosnącym strachem: głęboki wdech, płytki wydech… – Nie bój się. Idź na całość!

Poszła. Podeszła do autokaru i bezpardonowo wlazła między menago a jego połowicę.

– Dzień dobry. Ogromnie miło panią poznać… – Zdecydowała się zgrywać słodką idiotkę. – Byłyśmy niezmiernie ciekawe żony bossa i z bólem serca przyznaję, że jesteśmy rozczarowane. Niestety, wspaniale pani wygląda! – Chichotała adekwatnie do roli. – Oj, przepraszam, nie przedstawiłam się. Mam na imię Sandra. A pani?

– Julia. – Zaskoczona kobieta bezwiednie podała dłoń. – Dlaczego „niestety”? – Dłoń przypominała ciepły, miękki farfocel, za to od zimnego, twardego spojrzenia cierpła skóra.

– Wspaniale pani wygląda, więc nasze szanse, niestety, spadają. Ha, ha! – Opędzając się rozcapierzonymi palcami od perlistego śmiechu, Sandra przy okazji wentylowała spocone z nerwów pachy. – Sorry, boss. Chyba nic złego nie powiedziałam? Żadna tajemnica, że wszystkie się w panu kochamy. He, he!

– Odebrałaś bagaż? – warknął.

– Yes, szef! – Obrotem z pięty zaprezentowała bardziej pośladki niż dyndający nad nimi neseser. – Idealny rozmiar na krótki wyskok, prawda?

– To czemu nie idziesz do recepcji? Ja mam się za ciebie meldować?

– Ależ skąd, szefie! – Zasalutowała menago, a do Julii wyszczerzyła zęby. – Szczęściara z pani. Mało dziś tak stanowczych mężczyzn. Ha, ha! – Pomachała obojgu – Lecę. Do zobaczenia.

Mhm. Łatwo powiedzieć: „lecę”.

Pokonując parking, z trudem siliła się na lekki ponętny krok – głęboki wdech, płytki wydech… Zanim przekroczyła hotelowe drzwi, spojrzała przez ramię, by sprawdzić sytuację.

Ciekawe, czy dalej się kłócą, czy przeciwnie – piją sobie z dzióbków? Istniało zagrożenie, że zaczepny manewr wywoła odwrotny skutek: zamiast dostać wścieklicy, Julia równie dobrze mogła się rozczulić nad swoim stanowczym mężczyzną, którego zazdrośnie pożądał cały personel. Wiadomo, kobieca natura to wulkan – niby zabezpieczony sejsmologicznymi czujkami, ale trudno przewidzieć, kiedy się dokładnie obudzi i gdzie pizgnie lawą, więc Sandra niepewnie odwracała głowę.

Stali w znacznej odległości od reszty grupy: ona zaplotła ręce na piersiach, a on dla odmiany machał łapami szerzej niż wiatrak. Ewidentnie się zagryzali…

Stanęli grupą w recepcji. Chłopaczek w hotelowym uniformie referował mnogość kwaterunkowych konfiguracji.

– Pokoje trzyosobowe. Wszystkie na parterze, z oknami na ścianę drzew. Przeciwną stronę, wychodzącą na podjazd, zajmują sale konferencyjne, strefa fitness, kasyno oraz nocny bar. Z tego względu hol jest użytkowany niemal całą dobę, co może wywołać dyskomfort u osób szukających spokoju. Dążąc do usatysfakcjonowania naszych gości – również tych, którzy preferują późnowieczorny tryb życia – na całym poziomie zero zniesiono zasady ciszy nocnej. Apeluję zatem o przemyślaną decyzję.

Używał intonacji, z jaką one tłumaczyły klientkom, iż przecenione ciuchy nie podlegają zwrotowi, zaś plakat: „Do zakupionego towaru perfumy gratis”, dotyczy wyłącznie rachunków powyżej pięciuset złotych. Wyzywane od oszustek wiły się w grzecznościach, starannie dobierając słowa, choć miały ochotę wrzeszczeć: „Tępy sklepochodzie, nie nauczyli cię w szkole małych liter?! Tylko drukowane umiesz czytać?”.

– Nie dam rady dłużej go słuchać. – Sandra odwróciła się do koleżanek. – Bierzemy parter?

– Bierzemy! – Dziewczyny podały jej dowody osobiste. – Idź nas zamelduj.

– Ciereszko, Szewczyk, Jasińska. – Wręczając recepcjoniście dokumenty, puściła do niego oko. – Nienawidzimy ciszy.

– Proponuję pokój numer sześć, vis-à-vis sali konferencyjnej – odpowiedział leciutkim drgnięciem powieki. – W lodówce są napoje alkoholowe, bezalkoholowe, przekąski i słodycze. Wyjęty produkt zapisuje się automatycznie na hotelowej kasie. Ewentualną należność uregulują panie w dniu wyjazdu.

– Okej. – Podrzuciła klucz w ręku. – Nie po to lokujemy się blisko baru, żeby korzystać z lodówki.

– Dziękuję. Życzę miłego pobytu. – Chłopaczek obciąg­nął kamizelkę i zwrócił się do reszty. – Rozumiem, że nikt więcej nie reflektuje na parter? – Odpowiedziała mu cisza. – Przejdźmy zatem do dwójek. Poko…

– My do dwójki! My z Marcelą do dwójki! – Zośka nie pozwoliła mu wyliczyć zalet pokoi dwuosobowych. – My do strefy ciszy!

– Proponuję ostatnie piętro. Pokój czterysta siedem. Winda po lewej od głównego wejścia.

– Powinny iść schodami – burknęła Sandra. – Za jednym zamachem poprawiłyby kondycję i rozmiar spodni.

Uprzejmy recepcjonista zepsuł jej humor – kiepsko oglądać się w krzywym zwierciadle, więc ze zdwojoną siłą zapragnęła zmian. Trzeba zniszczyć stojącą na drodze do kariery przeszkodę. Cel uświęca środki…

Wątpiły, czy znajdą w barze trzy wolne miejsca, tymczasem okazały się jego jedynymi gośćmi: przyjemna muzyczka, dyskretne światło, ściany obwieszone zdjęciami i certyfikatami potwierdzającymi, że ośrodek ratuje biosystem – sponsoruje dokarmianie żubrów, budowę zimowych zagród dla zwierzyny leśnej oraz regulację wód.

– Co tak pusto? – Klapnęły na hokery.

– Też się dziwię. – Barman wzruszył ramionami. – Integracja zawsze zaczyna się u mnie, bo ludzie od razu chcą się wyluzować. A wy skąd? Ze wspólnoty różańcowej?

– Nie. Ze wspólnoty galerianek dnia siódmego. Pracując w galerii, obalamy dogmat, że Bóg odpoczywał.

– Sieciówka? – odgadł natychmiast. – Czyli wszystko jasne. Bida rozpija w pokojach własne flaszki… – Skrzywił się, ale na krótko. – Fajnie, że przynajmniej wy do mnie wpadłyście. Mówcie mi Kris. Co podać siostrzyczkom z zakonu opatrzności sklepowej? Jak wolicie? Na słodko? Na gorzko? Lajtowo? Z kopem?

Przedstawiły się, zamówiły drinki, a potem obejrzały żong­lerski popis Krisa – nie nadążały oczyma za fruwającymi butelkami i kostkami lodu.

– Gotowe! – Zaserwował koktajle. – Dla gorących Dżej–Dżej tropikalna rozkosz… – Ustawił tęczowe mikstury przed Justyną i Jagodą. – Dla tajemniczej Syndi Zimowy Krajobraz… – Wręczył Sandrze oszroniony pokal.

– Tajemniczej? O co ci chodzi?

– Barmana nie okłamiesz. Wyraźnie widzę, że coś cię gniecie.

Kurza dupa! Planowała zostać mistrzynią kamuflażu, a rozpracowano ją w sekundę.

– Owszem. – Postanowiła na przyszłość bardziej uważać. – Twoje prawdziwe imię.

– Krzesimir. Ale nikt tu do mnie tak nie mówi.

– Czemu?

– Zastanów się. Kto nad ranem, w knajpie, wykrztusi: „panie Krzesimirze”?

– Faktycznie… – Sandra wzięła łyk drinka i rozejrzała się po kątach. – Nie ma tu kamer? – Swobodny Kris mocno kontrastował z ugrzecznionym recepcjonistą.