Babskie gadanieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Karta tytułowa

Babskie gadanie

Felce – bo bez Niej by tej książki psychicznie i fizycznie po prostu nie było…

Dziewczynkom wszystkim…

Wielkim Nieobecnym – Małgoś i Reni

– również dedykuję i dziękuję.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Stałam na skraju parkowej alejki i rzucałam piłkę rozradowanej Sambie. Szukała jej w trawie, merdając swoim pióropuszem. Po jego ruchach poznawałam, że sukces jest bliski – jeśli ogon przestawał się majtać na boki i zaczynał wykonywać pełne obroty, to oznaczało, że odszukanie piłeczki jest kwestią kilku sekund. Chwilę potem przynosiła ją z zapałem, który nie pozwalał na prawidłowe hamowanie. Waliła mnie więc swoim wielkim nosem w udo, zostawiając na spodniach błotniste mokre plamy. Prześwitujące spod grzywki ślepia krzyczały: „rzuć piłeczkę, rzuć piłeczkę!”, tylne łapy dygotały z podniecenia, przednie natomiast odrywały się co chwila od ziemi w gwałtownych podskokach, które przeszkadzały w bezbolesnym wyciągnięciu z pyska upieszczonego i obślinionego przedmiotu pożądania. Doprawdy trudno o wybór lepszego imienia dla tak rozedrganego psa. Patrzyłam na nią rozbawiona: była wielka i przypominała Alfa – kosmitę z planety Melmac.

Wokół nie było żywego ducha. Zamachnęłam się znowu i piłka zniknęła za ścianą krzaków. Wkrótce, w ślad za nią, zniknęła też Samba.

Za moimi plecami ryczały samochody i dzwoniły tramwaje, a przede mną rozciągała się soczysta zieleń. Uśmiechnęłam się z zadowoleniem i do odgłosów miasta, i do tego zielonego krajobrazu. Kasztanowiec, przy którym stałam, uginał się pod ciężarem kolczastych kuleczek, a wokół pnia rozsiane były lśniące brązem owoce. Trawnik wyglądał jak udekorowany czekoladowymi groszkami wielki zielony tort. Nie czuło się jeszcze jesieni i gdyby nie te kasztany, można by uwierzyć, że mamy środek lata: wszystko takie pełne życia, bujne, i nawet polne kwiatki wychylały się beztrosko pomiędzy zdrowymi grubymi źdźbłami.

Spojrzałam na plastikową wstążkę wkopaną wzdłuż alejki w celu pohamowania natarczywej trawy, która chętnie by wzięła we władanie nawet asfalt. Jaki prosty i skuteczny wynalazek…

Pod wpływem nagłego skojarzenia cały urok wrześniowego poranka poszedł w zapomnienie. Nie mogłam oderwać oczu od tego kawałka plastiku.

Tak… Czasami potrzeba radykalnych cięć, żeby jedno drugiemu nie robiło krzywdy. Po co atakować albo poddawać się atakom, jeśli można istnieć obok siebie w ładzie, zgodzie i harmonii? Tylko czy alejka w parku to ład, zgoda i harmonia? Przecież wtrącili się w to miejscy ogrodnicy. W naturalnych warunkach, bez ich ingerencji, wszystko wyglądałoby pewnie inaczej. Trawa rosłaby, gdzie chciała, a asfalt broniłby się jak umiał. Może tak wygląda prawdziwy ład i harmonia – kto silniejszy i kto kogo zagarnie? Może nie trzeba odcinać od siebie dwóch istnień? Ja tak zrobiłam i teraz moje życie wyglądało jak ta urocza alejka, sielska i anielska. Tylko kto w tym życiu był natarczywą trawą, która walczy o swoje miejsce, a kto zimnym asfaltem, który sobie nie życzy aneksji?

Potrząsnęłam głową i z jeszcze większym impetem rzuciłam Sambie przyniesioną mi właśnie piłkę. Co za idiotyczna metafora? I co za idiotyczny dylemat: trawa czy asfalt? Koniec, koniec, koniec!!! Nie ma przeszłości. Nowe idzie! Najważniejsze, że zaczynam wszystko od początku i chociaż nie mam pojęcia, jakie to „nowe” będzie, nie przewiduję w nim miejsca dla żadnego faceta.

Na dowód powyższego „odbezpieczyłam się”: oznajmiłam zdumionemu lekarzowi, że nie muszę już więcej korzystać z antykoncepcyjnych wynalazków i mam chłopowstręt, a jeśli kiedyś przezwyciężę swój heteroseksualizm, to zostanę lesbijką. Wykonane przy okazji badania utwierdziły mnie w tym przekonaniu – od niemal trzydziestu lat nie miałam tak dobrych wyników cytologii. Wystarczyły dwa lata wstrzemięźliwości i już jestem czysta jak łza. To był kolejny niezbity dowód na to, że za całe dotykające kobiety zło odpowiedzialny jest gatunek męski.

Żadnych facetów, a będziesz żyła długo i szczęśliwie – powtórzyłam w myślach swoją mantrę i wyrzuciłam w powietrze: piłkę z ręki oraz „nowe idzie!” z ust.

W tym enigmatycznym „nowym” za kamień węgielny służyło mi moje wymarzone lokum – dwa pokoiki w centrum miasta, tuż przy parku. Daleko im było do domu z ogrodem na prestiżowym podmiejskim osiedlu. Mimo to te klitki dawały mi więcej szczęścia, niż mógłby mi ofiarować pałac w Wilanowie. Od kilkunastu dni razem z córcią starałyśmy się jakoś w nich zagospodarować, ale nadal po podłogach walały się nierozpakowane kartony. Najważniejsze rzeczy – czyli prostownica do włosów, ładowarki do telefonów, maszynki do golenia, płyty do słuchania, cienie do powiek, apaszki do wiązania, błyszczyki do ust, korkociąg do wina i lakiery do paznokci – zostały rozmieszczone już dawno w odpowiednich szafkach i szufladach. Mniej potrzebne przedmioty – czyli patelnia do kotletów, worki do odkurzacza, grzebień do psa, rękawiczki do sprzątania, blacha do pieczenia – nadal tkwiły w tekturowych więzieniach.

Felka odnajdowała się w nowej rzeczywistości lepiej ode mnie. Ile razy na nią patrzyłam, przypominały mi się słowa mojego taty: „Dzieci muszą być mądrzejsze od rodziców, bo tylko to zapewnia ludzkości postęp”. Idąc tym tropem, musiałam przyznać, że moja osiemnastoletnia córka pchnie ludzkość do przodu w takim tempie, że Ziemia zacznie wirować dwa razy szybciej. Nie wnikałam, czy to ja jestem tak głupia, czy ona tak mądra, ale miałam niezachwiane poczucie spełnionego obowiązku progresji cywilizacyjnej: najlepsze liceum, średnia powyżej czterech, serce jak Brama Floriańska, bezwarunkowa akceptacja dla poczynań niezbyt mądrej matki i taka sama dla niezbyt pobłażliwego ojca…

Na razie wierzyłam w jej geniusz apriorycznie i nie przejmowałam się, że chwilowo objawia się on dekorowaniem pokoju w kolory właściwe dla pantery cętkowanej. Byłam z niej dumna, chociaż wiedziałam, że wszystko, co osiągnęła, zawdzięcza genom swojego taty. Po nim też odziedziczyła siłę charakteru. Ale tatusia wybrałam ja, więc przynajmniej trochę, troszeczkę, ociupinkę przyczyniłam się do stworzenia ideału. Wielce by się te geny ujawniły, gdyby nie mój brzuch!

– Dzień dobry pani!

Odwróciłam się średnio przytomnie i ze zdumieniem ujrzałam policyjny mundur, a w jego wnętrzu całkiem przystojnego mężczyznę w wieku nieokreślonym. Podał swoje imię i nazwisko, stopień i chyba jeszcze coś o komendzie, ale nie zapamiętałam ani jednego słowa. Nie wiem nawet, czy odpowiedziałam na powitanie. Samba po raz kolejny dopadła moich nóg, więc odruchowo rzuciłam jej piłkę, na co policjant skrzywił się z dezaprobatą.

– Proszę pani. Pies w parku nie może biegać bez smyczy. Zgodnie z paragrafem kodeksu…

Wymieniał jakieś przepisy, ustawy, punkty. W jego głosie było tyle namiętności, ile w komunikacie na dworcu kolejowym o spóźnieniu pociągu: bla, bla, bla…

Patrzył na mnie tak surowo, że natychmiast odrzuciłam granie na blondynkę: „och, jak panu ładnie w tym mundurze”. Nie rozbawiłby go chyba też tekst, że jeśli psu nie wolno biegać po parku bez smyczy, to mogę ostatecznie mu tę smycz przypiąć, niech ją ciąga za sobą po krzakach.

– Stwarza pani poważne niebezpieczeństwo…

– Ale mój pies jest bardzo łagodny – zaprotestowałam. A że akurat Samba wróciła z piłką, zwróciłam się do niej: – Chodź tu na smycz, bo pan policjant nas rozstrzela.

Nie wiem, czy z zemsty za uwięzienie, czy też by potwierdzić swoją łagodność, Samba puknęła nosem mundurową nogawkę, zostawiając na niej trochę śliny z piachem. No to pięknie!

– Jestem zmuszony ukarać panią mandatem za stwarzanie zagrożenia dla innych osób…

– Ale tu nikogo nie ma! Komu ja zagrażam i czym? Widzi pan, że pies jest spokojny. – Samba położyła się, ziejąc jak parowóz. W jej futrze tkwiło mnóstwo małych gałązek i listków. Była uosobieniem łagodności. Kiedy usłyszała, że wypowiadam znajome jej słowo „pies”, przestała na moment dyszeć. Popatrzyła na mnie, a potem na naszego oprawcę. W gęstej grzywce niczym indiańskie pióro tkwił kawałek liścia kasztanowca.

Ten widok musiał zmiękczyć zimne służbowe serce.

– Ja rozumiem, że to jest łagodny, spokojny i bardzo wesoły pies. Ale proszę zdać sobie sprawę, że samymi rozmiarami stwarza zagrożenie dla innych…

– Przecież tu nikogo nie ma. Nikogo! Pusto jest – powtórzyłam rozpaczliwie, patrząc, jak wyciąga notes i długopis.

– Poproszę pani adres – wrócił do poprzedniego tonu.

– Pe… Malczewskiego sto siedemdziesiąt przez czternaście – powiedziałam zrezygnowana.

Moje zająknięcie wzbudziło zawodowe podejrzenie. Zapisał podany adres, ale zaczął świdrować mnie wzrokiem. Ładne te jego wredne ślepia…

– Czy usiłuje pani wprowadzić w błąd funkcjonariusza? Posiada pani jakiś dokument?

Fiu, fiu; funkcjonariusz to brzmi dumnie. Co to musi być za okropny człowiek! Pewnie jak wraca do domu, to mówi: „Obywatelko żono, czy jest już obiad dla twojego funkcjonariusza?”. A potem, siedząc za stołem, zdaje relację ze swoich sukcesów zawodowych, których oto niechcący jestem świadkiem.

– Niestety, nie mam żadnego dokumentu. Taka trochę mało kobieca jestem i wychodzę na spacer z psem bez torebki. I nie śmiałabym wprowadzić w błąd funkcjonariusza, który w służbie narodu, dbając o bezpieczeństwo obywateli, wyłapuje psy w parku. Skąd takie podejrzenie? – Trudno, najwyżej dostanę drugi mandat za pyskowanie funkcjonariuszowi. Może mają jakieś ulgi, na przykład: zapłać jeden mandat, to drugi masz za pół ceny?

 

– Odniosłem wrażenie, że chciała pani podać inną ulicę. Mylę się? – Zignorował mój sarkazm i nadal bacznie mi się przyglądał.

Pomyślałam, że gdyby wariograf był robotem stworzonym na podobieństwo człowieka, to miałby takie właśnie oczy i tak samo unosiłby jedną brew.

– Nie, nie myli się pan. Dopiero od dwóch tygodni mieszkam na Malczewskiego. Z wieloletniego przyzwyczajenia wciąż podaję stary adres. Oto cała tajemnica mojego wielkiego oszustwa.

Brew opadła, a długopis powędrował nad kartkę.

– Imię i nazwisko poproszę.

Westchnęłam ciężko:

– Izabela Nowak.

Słusznie wzdychałam. Czułam, że znowu tracę wiarygodność, i upewniło mnie w tym kolejne podejrzliwe spojrzenie.

– Czy ja wyglądam na oszustkę? Nie moja wina, że noszę nazwisko połowy populacji tego miasta! I nadal nie wiem, na czym polega to wielkie zagrożenie, jakie stwarzam na pustej, puściutkiej, puściusieńkiej alei?! – Obiema rękami machnęłam w stronę drzew. Szarpnięcie smyczy poderwało natychmiast Sambę z ziemi. Złapała piłkę i zaczęła dreptać radośnie, tłukąc ogonem jak pejczem po policyjnych nogach. Tym razem zostawiła na spodniach kilka brązowych długich włosów. No to obywatelka żona będzie zaniepokojona, jak znajdzie je na spodniach swojego funkcjonariusza. Ciekawe, czy uwierzy, że włosy pochodzą od groźnego przestępcy zaczajonego w parkowych krzakach.

– W tej chwili jest pusto – tłumaczył głosem z dworcowego głośnika, odsuwając się od uderzeń ogona – ale gdyby tutaj jakieś dziecko wyjechało na rowerku, a pani pies biegłby za piłką? Dziecko mogłoby się wystraszyć, przewrócić, pokaleczyć…

Natychmiast stanęła mi przed oczyma scena z „Misia” Barei. Jak to było? Coś, że gdyby tutaj staruszka przechodziła do domu starców, a tych domów by jeszcze nie było, a dzisiaj już by były, to wy byście tę staruszkę przejechali, a to może by wasza matka była…

– No, ma pan rację. – Pokiwałam głową z przesadną zgrozą, uśmiechając się jednocześnie od ucha do ucha. – A to dziecko na rowerku, co by wyjechało, to mój synek mógłby przecież być!

Brew poszła do góry. Czyli nie załapał. Najwidoczniej zmiana ustroju i dwóch liter w nazwie firmy nie pociągnęła za sobą zmian w ilorazie inteligencji zatrudnionych w niej panów.

Skwitował mój uśmiech zdumionym wzruszeniem ramion.

– Nie rozumiem doprawdy, co panią tak bawi. Czy pies jest czipowany?

– Nie, nie jest. Nie musi – odczułam satysfakcję, widząc zaskoczenie w jego oczach – jest tatuowany. Jak pies ma tatuaż, to nie musi mieć czipa, proszę pana. – Starałam się, żeby z intonacji wyczytał słowo, którego nie użyłam: proszę pana tłumoka!

– Ach tak. Czyli to rodowodowy pies? Nazwisko rodowe poproszę.

Miałam wrażenie, że przez moment spojrzał na Sambę łaskawszym okiem. Pewnie jest z siebie dumny, że złapał psa ze znakomitego rodu, a nie kundla. Tylko po co mu rodowodowe dane? Czyżby chciał ukarać też hodowców? Trudno, zdemaskuję ich.

– Gracja z Krainy Magnolii.

W tym momencie zauważyłam, że z facetem coś się dzieje. Opuścił ręce, przekrzywił na bok głowę, przyglądał mi się w tak wielkim zdumieniu, że aż się wystraszyłam, czy normalnie wyglądam. Jego policzki zaczęły drżeć, usta ściągnęły się w wąską kreskę, ale i tak co chwila ta kreska rozjeżdżała się w uśmiech, który starał się pohamować. Kreska-uśmiech-kreska-uśmiech-kreska. Udało mu się opanować to niepojęte dla mnie rozbawienie.

– Prze… przepra… – odchrząknął i z widocznym mozołem nadał swojemu głosowi normalne brzmienie – przepraszam. Czy to jest pani nazwisko rodowe? Gracja z Krainy Magnolii?

O rany! Co za idiotka ze mnie! Co za kretynka skończona!

No cóż, przynajmniej go rozbawiłam. Z kamienną powagą, podnosząc dumnie głowę, odrzekłam:

– Ach nie. Gracja z Krainy Magnolii to mój pies. A moje nazwisko rodowe to… Gąsior.

Nie wytrzymał. Dwie albo trzy sekundy wyczyniał cuda ze swoją twarzą, ale nie dał rady. Roześmiał się tak głośno i tak serdecznie, że pozostało mi się tylko do tej wesołości dołączyć.

– Jejku! Nic się panu nie podoba. Że pies bez smyczy, że się mylę w adresie, że mam na nazwisko Nowak, a do tego naśmiewa się pan z mojego nazwiska rodowego! Piękny z pana funkcjonariusz, nie ma co…

Policjant powoli się uspokajał. Przestał już się zmuszać do powagi. Popatrzył na mnie z szerokim uśmiechem.

– Nie mam do pani siły. Nie dam pani tego mandatu. Dzisiaj skończy się na upomnieniu, ale proszę pamiętać, że jeśli ta sytuacja się powtórzy, nie będzie taryfy ulgowej. Proszę zawsze trzymać… – głos mu się znowu załamał – Grację z Krainy Magnolii na smyczy.

Wydał mi się jeszcze ładniejszy i przystojniejszy niż przedtem. W sumie chyba jest sympatyczny. I może jednak nie mówi do żony: „obywatelko”?

– Eee – machnęłam ręką – ona ma tak tylko w rodowodzie, a naprawdę nazywa się Samba. Dziękujemy obydwie za łagodny wymiar kary. Czy możemy już iść? Jesteśmy wolne? – Potargałam psa za ucho, na co odpowiedział kolejnymi uderzeniami ogona o policyjne nogi.

– Tak, oczywiście. Obydwie panie są wolne. Będę miał siniaki przez tego psa – rzucił z oburzeniem, ale oczy mu się śmiały.

No to chodu! Odwróciłyśmy się na sześciu piętach i opuściłyśmy park. Otoczyło nas natychmiast miasto. Głośne, brudne, cudne.

A to mi się upiekło. Jaka szkoda, że nie zapytałam, ile taki mandat kosztuje i teraz nie wiem, ile zyskałam dzięki własnej głupocie. Czy można za to kupić torebkę? Albo buty? Widziałam takie ładne, z granatowego zamszu, wołające: „kup nas, kup nas!”. Kiedy przechodziłam obok, wyciągały do mnie mięciutkie cholewki i błagały, żeby je zabrać do domu. Starałam się tego nie zauważać, bo finanse piszczały na zakrętach, ale skoro nie zapłaciłam mandatu, to tak, jakbym zaoszczędziła trochę kasy, prawda?

Tak, prawda – odpowiedziałam sama sobie. Kupię je! To będą buty od policjanta. Są granatowe i ładnie pasowałyby do munduru, oczywiście damskiego – to musi być jakiś znak! Im bardziej przekonywałam się do zakupu butów za „zaoszczędzone” pieniądze, tym cieplej myślałam o panu policjancie.

Jaka to niesprawiedliwość, że faceci starzeją się tak atrakcyjnie, a kobiety raczej nie… Może to kwestia psychiki? Oni są wiecznie wyluzowani, a my nieustannie tkwimy pod pręgierzem.

A wszystko to wina środowiska, trendów i przaśnego polskiego feminizmu. W każdym kobiecym piśmie czytamy: „Jak zwalczyć cellulit, którym on się brzydzi” albo „Dwadzieścia sposobów nakrycia stołu, które go urzekną”, albo „Sto sposobów na to, jak rozpalić go do białości”, albo „Co musisz wiedzieć i czym się musisz interesować, żeby on się z tobą nie nudził”, albo „Do jakiego lekarza masz iść, kiedy on nie ma wzwodu”, albo „Nie krytykuj jego matki, jeśli chcesz go zatrzymać przy sobie”…

A poza tym: jak zrobić konfitury bez pleśni, jak rozmawiać z nastoletnimi dziećmi, jak badać piersi, jak zmniejszyć rachunki za gaz i prąd… Każda strona gazety uświadamia nam, że się starzejemy: rok po roku z naszego organizmu ubywa ileś tam wody, z włosów ubywa barwnika, zaczynamy mieć wzdęcia, zaparcia, rozstępy, nadwagę – jednym słowem, zamieniamy się w potwory.

Oczywiście można temu wszystkiemu zapobiec dzięki odpowiednim kremom, maściom, tabletkom i zabiegom. Trzeba by jednak wydać na to fortunę. A i posiadanie fortuny nie gwarantuje nam powrotu do młodości – liczba naszych mankamentów jest tak ogromna, że zabraknie nam doby na to wklepywanie, wmasowywanie, łykanie, oczyszczanie. A gdzie czas na gotowanie obiadu z afrodyzjaków? No i na zabawę z małymi dziećmi tudzież na rozmowę z tymi dorastającymi? Jak wytykają nam gazety, za rzadko czytamy im bajeczki i za często pozwalamy siadać do komputera. W efekcie, przez zwyrodniałe i beztroskie matki, na świecie pojawiają się narkomani, kibole, młodociani przestępcy.

I jak tu sobie poradzić z takim dylematem: albo będę miała cellulit, albo moje dziecko zejdzie na manowce, albo ukochany mnie porzuci, bo znajdzie taką bez cellulitu i bez dzieci. A że tak się stać może, potwierdzają rozpaczliwe listy czytelniczek w każdym wieku.

Życzliwe czasopisma raczą nas zawczasu zasadami postępowania z mężczyzną, które najlepiej przyczepić sobie na lodówkę.

Nigdy i pod żadnym pozorem nie wolno go, na przykład, niepokoić telefonami, kiedy idzie na mecz: „Oglądanie meczu na żywo pozwala mu zobaczyć detale, których nie widać w TV. I nie zauważy ich, jeśli będziesz do niego dzwonić”.

Do siłowni nie wolno, z kolei, wysyłać SMS-ów (telefonu nie odbierze, bo obie ręce ma zajęte hantlami): „To jest jego czas! A kiedy dostaje twoje SMS-y, spina się, bo ma wrażenie, że go ponaglasz i każesz wracać do siebie”.

Nie daj Boże zadzwonić, kiedy on wychodzi z kumplami! Najlepiej zacznij się już pakować: „Jeśli będzie cały czas odbierał twoje SMS-y lub telefony, to koledzy go wyśmieją, że jest pantoflarzem”.

Hmmm… Najlepiej w ogóle ich chyba nie kłopotać swoją osobą i swoimi problemami. Tak przynajmniej wynika z lektury damskich gazet.

A co oni mają w tych swoich czasopismach? Ano mają: „Kup sobie nowy laptop” albo „Ten zegarek czeka na ciebie”, albo „Czas zmienić samochód”, albo „Zabaw się na poligonie”, albo „Wypocznij po ciężkim dniu pracy – amatorski tenis na zawodowym poziomie”, albo „Jak szybko zlikwidować punkty karne”.

Przepisy kulinarne dotyczą zakupu orzeszków, chipsów i piwa na męski wieczór z piłką nożną. Ani słowa o czytaniu bajek dzieciom, zmowa milczenia na temat starzejącej się skóry, żadnych wskazówek, jak stać się atrakcyjnym – bo i po co? Wszak żaden nie ma sobie nic do zarzucenia!

Gazety nie opowiadają im o meandrach kobiecej psychiki żony, córki czy teściowej. One pojawiają się tylko w rubrykach z głupimi dowcipami. Ze śmiertelną powagą traktuje się natomiast nieokablowane kino domowe, telefony komórkowe oraz czterocylindrowe silniki, żywo reagujące na każde naciśnięcie pedału gazu.

Konia z rzędem temu, kto znajdzie w tych piśmidłach poradę, co zrobić z dzieckiem niejadkiem…

O mój Boże! Ja już chyba jestem prawdziwą żeńską feministyczną knurzycą, czyli odpowiednikiem męskiej szowinistycznej świni.

Weszłam do mieszkania i natychmiast nalałam psu świeżej wody. Samba rzuciła się na miskę i opróżniła ją w kilka sekund. Połowa wody była w jej żołądku, a druga połowa utworzyła na podłodze dość pokaźną kałużę. Wytarłam kafelki, nalałam kolejną porcję, ale Samba już się nią nie interesowała – rozłożyła się na środku przedpokoju, dokładnie tak, żeby zatarasować przejście. To chyba przez instynkt owczarka – zawsze musiała mieć na oku całe domostwo, a wyglądający jak skręcający tramwaj przedpokój najlepiej nadawał się do obserwowania reszty stada.

Reszta stada, w postaci mojej skromnej osoby, poszła do dużego pokoju. Popatrzyłam na piętrzące się kartony i podrapałam się po głowie: coś trzeba z tym zrobić, ale tak mi się nie chce! Jeszcze nie dziś. Może jutro? Albo pojutrze? Muszę się z tym uwinąć do końca września. W tych kartonach są przecież wszystkie podręczniki i materiały do pracy ze studentami.

Opadłam zrezygnowana na łóżko. Samba odebrała to jako decyzję o tymczasowej lokalizacji, bo przyczłapała z przedpokoju, wytarła sobie mokrą jeszcze brodę o kapę i zaległa na moich stopach. Z dużym wysiłkiem uwolniłam je spod czterdziestokilogramowego cielska i usiadłam po turecku, patrząc rozpaczliwym wzrokiem na tę stajnię Augiasza. Nie dam sobie chyba rady sama; ani jutro, ani pojutrze, ani nigdy. Poproszę o pomoc Dziewczynki…

Dziewczynki? Raczej banda ryczących czterdziestek, którym dużo łatwiej przyszło kiedyś pożegnać się z dziewictwem, niż dzisiaj przestać być dziewczynką.

Sięgnęłam po laptop. Migoczącej klepsydrze udało się wyprowadzić mnie z równowagi w ciągu kilku sekund, ale obrzucona krótkim przekleństwem zniknęła.

Na naszym forum nie było nikogo. Dziewczynki, pracowite jak mróweczki, siedziały teraz w różnych urzędach i firmach porozrzucanych po całym mieście.

Wystukałam krótki apel:

Pomocy! Kartony mnie atakują!!!

Po chwili zastanowienia dopisałam:

…i policja też!!!

Ten dopisek na pewno je zaintryguje.

Zanurzyłam rękę w sierści Samby, na co zareagowała natychmiastowym przewrotem na grzbiet. Uwielbiała myzianie po brzuchu i wystawiła mi go teraz w całej okazałości.

– Nie ma czasu na pieszczoty, kobyłko – poklepałam ją lekko – zabieramy się do roboty. Ruchy, ruchy!

Pies zareagował na moją komendę leniwym przewrotem z grzbietu na lewy bok i głębokim westchnięciem.

 

Też westchnęłam. Sięgnęłam po pierwsze z brzegu zaklejone pudło. Było opatrzone napisem „Pierdoły”.

Sama sobie pogratulowałam głupoty. W ferworze pakowania nie chciało mi się dokładnie opisywać zawartości kartonów i tym sposobem na co drugim znalazły się tego typu nic niemówiące napisy. Jak pierdoły, to pierdoły; mogą poczekać.

Rozcięłam szeroką taśmę owiniętą wokół paczki z napisem: „To co mnie kręci, czyli Studenci. Słowniki i Podręczniki oraz Płyty i Skoroszyty”. Oho, najwidoczniej miałam wenę w czasie pakowania swoich roboczych materiałów…

Zaczęłam układać na półce zawartość tak poetycko opisanego pudła i po kilkunastu minutach patrzyłam z lubością na ustawione według wzrostu grzbiety książek opatrzone tytułami w cyrylicy. Rosyjski…

Kiedy postanowiłam studiować ten język, mama złapała się za głowę:

– Ojciec cię wyklnie, a mnie zabije!

Było to dość prawdopodobne. Tata, jako zagorzały antykomunista, miał typowo polskie, czyli rusofobiczne, podejście do Kremla i jego niezmierzonych przyległości. Ale był akurat w morzu i nie mógł brać udziału w dyskusji na temat przyszłości swojej ukochanej córki. Należało to wykorzystać, zanim nie położy się z rozdartą koszulą w drzwiach Instytutu Filologii Rosyjskiej.

Nie wyklął mnie i mamy nie zabił, ale kolegom na statku zawsze mówił, że córka studiuje dziennikarstwo, więc chyba do końca dumny ze mnie nie był. Trudno. Dzieci niejednokrotnie rozczarowują swoich rodziców, którzy i tak je kochają, bo na tym przecież ta miłość polega.

– Widzisz, Sambulka, kolejny karton rozpakowany. Twoja pani to zuch!

Pies wyraził uznanie, pukając kilka razy ogonem o podłogę. Gniotłam sztywną tekturę, kiedy zadzwoniła komórka. Na ekranie wyświetliło się: Dorocia.

– No witam panią. Byłam na forum. Jak to policja cię atakuje? Coś ty zrobiła?

Opowiedziałam jej swoją przygodę z parku, kończąc radośnie:

– Zaoszczędziłam tym sposobem kupę kasy. Miałam za to kupić sobie te granatowe kozaczki, co ci o nich opowiadałam. Ale nie można mieć wszystkiego, nie? Zamiast kozaczków kupię cysternę wina i zamówię pizzę. Tylko przyjdźcie mi pomóc, plizzzzzzz! Pasuje ci niedziela?

– Pasuje. A ten drugi coś mówił?

Zatkało mnie przez chwilę. Dorocia była tak konkretna, że często nie mogłam nadążyć za jej syntetyczno-analitycznym umysłem.

– Jaki drugi? – zapytałam lekko wybita ze słowotoku.

– Policjant. Przecież oni zawsze są we dwóch.

W wiszącym na ścianie lustrze zobaczyłam swoje zdziwione oczy.

– A faktycznie. Tylko że żadnego drugiego nie było. On sam był. Ale miał prawdziwy mundur. – To ostatnie zdanie rzuciłam na swoją obronę, czując, że czeka mnie reprymenda. Nie myliłam się.

– Mundur? Mundur to każdy sobie może włożyć. A wylegitymowałaś go?

Milczałam, chociaż miałam ochotę nadmienić, że to policjant legitymuje, a nie odwrotnie.

– Super! Czyli nie widziałaś jego legitymacji i sama podałaś wszystkie namiary na siebie pojedynczemu policjantowi? Przecież to może być jakiś przebrany bandzior…

Cała Dorocia. Gdyby była psychiatrą, dzieliłaby ludzi na wariatów, którzy się do tego przyznają, i na tych, którzy się ukrywają.

– Jaki tam bandzior? Policjant normalny, a że pojedynczy? Kryzys jest. To co z tą niedzielą? W samo południe może być?

– Dla mnie może. Nie wiem tylko, czy cię do niedzieli ktoś nie okradnie albo nie zamorduje – nie dawała za wygraną.

Pewnie by jeszcze trochę pozrzędziła na moją beztroskę, ale musiała wrócić do pracy.

– Kończę. Klientka przyszła. Zdzwonimy się.

– Dobra, pa!

– Pa. I zamknij drzwi, bo na pewno masz otwarte.

Oczywiście, że drzwi miałam otwarte.

Dorocia znała mnie chyba lepiej niż ja sama. W sumie to nic dziwnego; byłyśmy razem od zawsze. Nasze mamy, dzieląc się sąsiedzkimi obowiązkami, spacerowały na zmianę, wożąc nas w jednym wózku. Kiedy przestałyśmy się w nim mieścić, przeniosłyśmy się do wspólnej piaskownicy. Podwórka roiły się wtedy od dzieci w bawełnianych rajtuzach. Ach, te koszmarne rajty! Co chwila opadały, a podciąganie ich pod samą brodę pomagało tyle, co umarłemu kadzidło. Na dodatek, wedle ówczesnej mody, rodzice nie wkładali nam na nie ani spodni, ani spódniczki.

Jeśli wziąć pod uwagę wymogi współczesnego życia, przetrwałyśmy to nasze dzieciństwo chyba tylko cudem. Jeździłyśmy na rowerach bez kasków, grałyśmy w „grzybka”, rzucając nożem gdzie i na kogo popadnie, a w samochodach nikt nas nie zapinał pasami bezpieczeństwa. Kiedy przychodziła zima, śmigałyśmy na sankach z zawrotną prędkością, celując w wąskie przesmyki między blaszanymi garażami. Zamiast jogurtów uzupełniających niedobory wapnia piłyśmy wodę z kranu albo oranżadę ze wspólnej butelki…

Przeżywszy w tak ekstremalnych warunkach dzieciństwo, przebrnęłyśmy razem z Dorocią przez podstawówkę i ogólniak. Poddając się wymogom mody, zaczęłyśmy robić sobie trwałą ondulację i napychać ramiona marynarek ogromnymi poduszkami. Wielokrotnie zakochiwałyśmy się śmiertelnie i do grobowej deski. Wielokrotnie rzucałyśmy i byłyśmy rzucane. Ot, młodość nie radość. Minęła w końcu i dała nam spokojniej żyć.

Wyszłam za mąż, wyprowadziłam się z naszej klatki schodowej, urodziłam Felkę, zrobiłam doktorat, rozwiodłam się, Felka stała się raptem pełnoletnia… Mój świat się zmieniał, ale Dorocia była niezmiennie stałym i niezmiennie ważnym jego elementem. Znałam ją prawie pół wieku i ani razu, nawet w najdrobniejszej sprawie się na niej nie zawiodłam. Ktoś taki to prawdziwy skarb. Tylko czemu nikt tego skarbu nie docenił? Była bezdzietną singielką. Bo tak wyszło? Bo opatrzność na jej drodze nie postawiła nikogo godnego uwagi?

Trzeba przyznać, że ona sama połowę męskiej populacji odrzucała w przedbiegach. Natura obdarzyła ją bowiem wzrostem modelki, a ona nie wyobrażała sobie u swego boku mężczyzny, który wspina się na palce, żeby ją pocałować. Ale do licha, nie żyjemy przecież w kraju Pigmejów i nie tak trudno odszukać w tłumie faceta liczącego sobie więcej niż metr osiemdziesiąt, prawda? Niestety. O ile wysokiego spotkać się Doroci kilkakrotnie udało, o tyle imponujący wzrost okazywał się jego jedynym przymiotem.

Przekręciłam zamek w drzwiach. Zamknięte. Niech jej będzie.

Rozpakowałam jeszcze dwa kartony z książkami i trzy worki z zimowymi kurtkami. Kiedy płaszcze i kożuszki zawisły w szafie, poczułam się tak, jakby już trzeba je było wkładać. Jak ja nie lubię jesieni. I zimy też nie lubię. Przygnębiające ciemności, wilgoć, brrrr! Precz, precz, precz!

Trzeba wrzucić na forum informację o niedzielnym terminie. W towarzystwie Dziewczynek perspektywa zbliżającej się jesieni będzie złota, a nie chlapiasta.

Poruszyłam myszką. Ekran się rozświetlił i na dolnym pasku zobaczyłam, że któraś tu w międzyczasie była.

Alusia.

Izu, a czemu policja cię atakuje? Czy potrzebujesz wsparcia? Jakby co, to puść trzy czerwone serie nad horyzontem kwadrans po nieparzystej.

*****

Przepraszam, że wczoraj wieczorem nie dałam znaku życia, ale byłam wykończona po całym dniu pracy i po dwugodzinnej wywiadówce.

Dowiedziałam się, że jest źle – panuje wszawica (wykryto dwa przypadki w szkole), higiena osobista uczniów jest skandalicznie niska, młodzież nie kąpie się po wuefie, a przecież jest sześć pryszniców (w klasie jest trzydziestu dwóch chłopców, przerwy trwają dziesięć minut), dzieci nie jedzą śniadań, a pieniądze przeznaczone na zakup bułki w sklepiku szkolnym wydają na papierosy, które palą na dworze, narażając się na utratę zdrowia.

Nie oddali bilansu zdrowia. Na palcach jednej ręki można policzyć tych, którzy oddali.

Nie uczą się, nie zależy im na niczym, nie mają ambicji, gadają na lekcji.

W tamtym tygodniu mieli przerabiać „Tristana i Izoldę” i tylko 2 osoby przeczytały.

Nie napisali recenzji ze spektaklu, a to można było napisać w tramwaju, na kolanie.