Wanda

Tekst
Z serii: Matki i córki #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Izabela M. Krasińska, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktorzy prowadzący: Szymon Langowski, Agata Ługowska

Redakcja: Joanna Jeziorna-Kramarz

Korekta: Ewelina Chodakowska

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Zdjęcia na okładce:

© Galya Ivanova | Trevillion Images

© Kotkoa | Shutterstock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66517-33-2

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Aniuni,

która wskazała mi światełko

w tunelu niemocy twórczej

Kto lekceważy takie ostrzeżenia losu,

niech później nie narzeka!

I ma pretensje do siebie,

najbardziej do siebie.

Teresa Ewa Opoka, Żona psychopaty

Postacie, sytuacje i wydarzenia

występujące w powieści są fikcyjne,

a ewentualna zbieżność nazwisk

jest przypadkowa.


ROZDZIAŁ 1

Wanda urodziła się w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym roku w zimną listopadową noc Wszystkich Świętych. Kiedy akuszerka wyciągnęła ją z łona matki, zaczęła głośno płakać. Kobieta sprawnie zacisnęła i odcięła pępowinę, po czym obmyła dziecko z krwi i wód płodowych. Mała Wandzia przestała szlochać i spojrzała na nieznajomą, wytrzeszczając przy tym ze zdziwieniem swoje duże, niebieskie oczka.

– Jakbyśta po mie nie przyszły, to mało by się udusiła. – Akuszerka spojrzała wymownie na matkę Wandy.

Położna została zawiadomiona o porodzie w chwili, gdy ten już się rozpoczął. Przygotowywała akurat kolację, gdy nagle usłyszała szczekanie psa i czyjeś kroki.

– Grześkowo, ratujta Anielę! – wykrzyknął Adam, wpadając bez pukania do jej chaty. – Rodzić zaczyła!

Starsza kobieta bez wahania zabrała potrzebne narzędzia i ruszyła za sąsiadem. Przywykła już do tego, że ludzie zjawiają się u niej bez uprzedzenia i proszą o szybką pomoc. Najbliższy doktor mieszkał kilka wsi dalej. Ona sama od lat miała ręce pełne roboty. Nigdy nie planowała, że zostanie akuszerką, w dodatku udzielającą porad lekarskich. Kiedy była młodą dziewczyną, musiała przyjąć poród swojej siostry. Jedyna położna, jaka była wówczas na wsi, asystowała przy narodzinach innego dziecka. Grześkowa wiedziała, że jeśli nie pomoże matce, ta wykrwawi się, a razem z nią umrze niemowlę. Przełamała swój strach i pomogła wyjść na świat swojej malutkiej siostrze. Dziewczyna doskonale sobie poradziła. Największą radość sprawił jej jednak pełen wdzięczności uśmiech matki, która tuliła do piersi pomarszczonego noworodka. Wieść o zdolnościach Grześkowej szybko rozeszła się po Tęczowie i okolicznych wsiach. Mimo że dziewczyna nie chciała już odbierać innych porodów, ostatecznie i tak udawała się tam, gdzie jej potrzebowali. Po kilku latach była już doświadczoną akuszerką, o której mówiono w promieniu kilkunastu kilometrów. W tym czasie wyszła za mąż i urodziła kilkoro dzieci. Niestety, podobnie jak większość chłopek, również ona kilka razy doświadczyła śmierci własnego dziecka. Śmiertelność noworodków w międzywojennej wsi była bardzo duża i nawet najlepsza akuszerka czy doktor nie mogli jej zapobiec.

Grześkowa odebrała już kilka porodów Strzelcowej i wiedziała, że Aniela ciężko je znosi. Narodziny pierwszego dziecka omal nie zakończyły się dla niej tragicznie. Kobieta dostała krwotoku i gdyby nie szybka interwencja akuszerki, wykrwawiłaby się na śmierć.

Kiedy Grześkowa zjawiła się w chacie Strzelców, od razu przypadła do rodzącej, krzycząc na Adama, by przygotował wielki gar z wrzątkiem.

Aniela szlochała z bólu, stojąc pod ścianą.

– Anielka, musisz ty się położyć – odezwała się do niej łagodnie akuszerka. Wiedziała, że kobieta za każdym razem przeżywała katusze podczas porodu. Kolejne ciąże nie dodawały jej odwagi, przeciwnie, czuła jedynie większy strach.

– Aniela, muszę dostoć się do dzicka. – Grześkowa odwróciła się i spojrzała wymownie na męża położnicy.

Adam podszedł do żony i położył jej dłoń na ramieniu.

– Anielka, wim, że się boisz, ale połóż się, bo inaczy poród bedzie dłuży trwoł…

Kobieta pokręciła zdecydowanie głową.

Akuszerka westchnęła i odprawiła Adama machnięciem ręki. Znała Anielę na tyle długo, by wiedzieć, że jest uparta jak osioł. Nie miała już czasu na dalsze przekonywanie rodzącej, teraz liczyła się każda minuta.

Rozchyliła maksymalnie nogi Strzelcowej i wsunęła rękę do jej wnętrza, sprawdzając, jak ułożone jest dziecko. Odetchnęła z ulgą, kiedy upewniła się, że główka jest skierowana w dół.

– Aniela, przyj najmocnij, jak umisz – powiedziała zdecydowanie.

Niespełna dziesięć minut później Grześkowa trzymała na rękach zdrową i pulchną dziewczynkę. Wandę, drugą córkę Strzelców.


ROZDZIAŁ 2

Matka od początku nie kryła się z tym, że opieka nad małą Wandą jest dla niej przykrym obowiązkiem. Mimo że dziecko było zdrowe i śliczne, nie wywoływało zachwytu swoich rodziców. Oboje byli zajęci pracą w gospodarstwie, które stanowiło ich jedyne źródło utrzymania. Aniela miała czterdzieści lat i dosyć porodów oraz piastowania niemowląt. Pracowała fizycznie od piątego roku życia, co z jednej strony bardzo ją zahartowało, z drugiej jednak potwornie wymęczyło. Kobieta doświadczyła wiele złego, co uczyniło ją oschłą i nieprzystępną. Wychowywała dzieci bez nadmiernej czułości czy troski. Najważniejsze były dla niej gospodarstwo i inwentarz. Bardziej martwiła ją krowa niż małe dziecko. Sama nigdy nie zaznała matczynej miłości, nie potrafiła więc jej okazać własnemu potomstwu.

Opieka nad Wandą przypadła w udziale matce Anieli, Franciszce. Kobieta zajęła się dziewczynką najlepiej, jak potrafiła. Nie tylko sprawiało jej to przyjemność, chciała również wynagrodzić w ten sposób swojej córce stracone dzieciństwo. Kiedy matka Wandzi była mała, Młynarska oddała ją na służbę do bogatego gospodarza w Tęczowie. Sama pracowała we dworze u dziedzica Antoniego Wolskiego. Mężczyzna był z natury porywczy i władczy. Wykorzystywał swoje pracownice, w tym Franciszkę. Kobieta urodziła mu kilkoro nieślubnych dzieci, które powysyłał na służbę do odległych wiosek. Młynarska z większością nie miała kontaktu. Wiedziała tylko, że jeden z synów uciekł do Ameryki. Z czasem zaczęła też śledzić losy Anieli, swojej pierworodnej córki. Los reszty jej potomstwa pozostał nieznany. Franciszka i matka Wandzi ponad trzydzieści lat nie utrzymywały ze sobą żadnego kontaktu. Pewnego dnia Aniela dostała list od nieznanego brata z Ameryki. Bogumił prosił, aby siostra odszukała ich rodzicielkę i przygarnęła ją pod swój dach. Obiecał przesyłać żywność, ubrania i pieniądze. Strzelcowa długo zastanawiała się, co uczynić. Ostatecznie odnalazła matkę, a ta wkrótce się do niej przeprowadziła. Ich relacja od początku była trudna i pełna wzajemnego żalu. Aniela często wypominała matce, że ta ją zostawiła i nie interesowała się swoim dzieckiem przez trzy dekady. Franciszka znosiła oskarżenia córki ze spokojem i godnością, lecz w głębi serca bardzo cierpiała. Jedynym pocieszeniem były dla niej wnuki, Jadwiga i Zbigniew. Zajmowała się nimi przez wiele lat, nie szczędząc im serdeczności i czułości. Wszystko zmieniło się, gdy Jadzia zaszła w ciążę w wieku szesnastu lat. Podobnie jak matka wyszła za mąż za pijaka i hulakę, który także podnosił rękę na żonę. Nie lepiej skończył Zbyszek. Chłopak nieustannie zbaczał na złą drogę i kłócił się z ojcem. Bywało, że dochodziło między nimi do rękoczynów. Aniela łagodziła konflikty między mężem a synem, jak tylko mogła, jednak i ona w końcu straciła kontrolę nad zachowaniem Zbigniewa. Po jednej z awantur Adam wyrzucił chłopaka z domu. Zbyszek przepadł zupełnie, nie dając znaku życia, a Aniela z rozpaczy rwała sobie włosy z głowy. Traktowała ich chłodno, mimo to syn był jej oczkiem w głowie, jedynym męskim potomkiem, który przeżył. Jej pierwsze dziecko zmarło z powodu zakażenia, drugie zaś poparzyło się śmiertelnie gorącą kaszą. Zbigniewa urodziła w wyniku gwałtu, jakiego dopuścili się na niej czerwonoarmiści po wkroczeniu do Polski. Nie spodziewała się, że zajdzie w kolejną ciążę, i to tak późno, mając prawie czterdzieści lat. Była wściekła na siebie i męża, próbowała nawet pozbyć się niechcianego dziecka. Na nic zdało się zeskakiwanie z zapiecka na ziemię – płód dalej się w niej rozwijał. Kiedy na świat przyszła zdrowa i piękna dziewczynka, Aniela nie poczuła radości, raczej bolesne rozczarowanie. Jedyne pocieszenie stanowiła myśl, że córka nie jest kaleką. Mało to się nasłuchała o potworkach rodzonych w późnym wieku?

 

Narodziny Wandy były dla Franciszki wybawieniem. Znowu miała się kim zajmować, z kim rozmawiać, zwyczajnie czuła się potrzebna. Było jej przykro, że rodzice małej Wandzi zupełnie się nią nie interesują. Starsza kobieta postanowiła, że wynagrodzi to dziewczynce i otoczy ją opieką i miłością, jakich ta nigdy by nie doświadczyła od Anieli i Adama.

Dziecko tak mocno przywiązało się do babci, że zaczęło nazywać ją mamą. To Franciszka była pierwszą osobą, którą Wandzia widziała po przebudzeniu, to ona przygotowywała dla niej śniadanie, obdarzała ją uśmiechem, głaskała i przytulała, zabierała na spacery i pokazywała piękno świata. Aniela patrzyła na to z niechęcią i źle skrywaną zazdrością. Czasami nie wytrzymywała i rzucała mało przyjemny komentarz pod adresem matki. Sama traktowała córkę lekceważąco i z dystansem, zrzucając cały trud wychowywania na barki Franciszki.

Starsza kobieta nauczyła małą Wandę najpiękniejszych modlitw i pieśni, opowiadała jej bajki oraz różne historyjki, pozwalała spać ze sobą w jednym łóżku. Dziecko świata nie widziało poza swoją ukochaną babcią. Kiedy podrosło, zawsze stawało po jej stronie w konfliktach pomiędzy Franciszką a Anielą. Pocieszało Młynarską, kiedy ta płakała gdzieś w kącie, ubolewając, że nie ma dokąd pójść. Matka Wandy nieustannie znajdowała powód do kłótni i nigdy nie przepraszała Franciszki. Odczuwała satysfakcję, widząc, że jej ostre słowa sprawiły staruszce przykrość.

Życie w chacie Strzelców nie należało do najłatwiejszych. Wszyscy tłoczyli się w jednej izbie, w której stały trzy łóżka. Z elektryczności korzystano rzadko, nadal uważając ją za luksus dla najbogatszych. W domu używano lampy naftowej, przez co w pomieszczeniu panował nieustanny półmrok. Tutaj się myto, gotowano, prano, wykonywano codzienne czynności, modlono się, spano i jedzono. Nie było mowy o intymności czy własnym kącie. Mała Wanda nieustannie więc marzyła. O większym domu, o rodzicach, którzy ją kochają i się nią opiekują, o tym, że babcia znowu jest piękna i młoda, o białych bucikach, jakie widziała w kościele u jednej z córek bogatego gospodarza. Jej wyobraźnia nieustannie tworzyła nowe obrazy, czyniła rzeczywistość bardziej znośną i ciekawszą.


ROZDZIAŁ 3

Wandzia rosła jak na drożdżach, całe dnie spędzając w towarzystwie babci. Przyzwyczaiła się już do tego, że rodzice są wobec niej mało wylewni i traktują ją jak powietrze, jak natrętną muchę. Franciszka była jej jedynym sprzymierzeńcem i zarazem osobą, która okazywała jej jakiekolwiek ciepłe uczucia. Dziewczynka lubiła, gdy dom rodzinny odwiedzała Jadzia. Między siostrami było prawie dwadzieścia lat różnicy, przez co Jadwiga traktowała Wandzię jak własne dziecko. To właśnie ona nauczyła małą najpierw alfabetu, a potem składania liter. Młodsza siostra tak zaangażowała się w naukę czytania, że nie potrafiła skupić się na niczym innym. Godzinami siedziała na zapiecku i sylabizowała teksty pieśni w książeczce do nabożeństwa należącej do Franciszki. W rezultacie w wieku siedmiu lat dziecko czytało lepiej niż niejeden dorosły. Kiedy Wandzia znała już na pamięć każdą pieśń i modlitwę z modlitewnika, poprosiła siostrę, aby przyniosła jej inną książeczkę do nabożeństwa. W dziewczynce obudził się głód czytania. Niestety w domu nie było żadnych książek ani gazet. Zaczęła więc sama tworzyć różne historie, które opowiadała sobie na głos. Widząc to, Aniela uznała, że córce miesza się już w głowie od ciągłego wpatrywania się w ciąg liter. Krzyczała na Wandę, że pisania i czytania będą ją uczyć w szkole. Kobieta uznała, że najwyższy czas wyznaczyć dziewczynce jakieś domowe obowiązki. Wandzia została zmuszona do codziennego wyprowadzania na łąkę krowy i pilnowania, aby zwierzę nie uciekło ani nie zjadło trawy z pastwiska sąsiada. To żmudne i nudne zajęcie sprawiało, że w jej głowie powstawało jeszcze więcej historii. Dziecko odczuwało coraz większą potrzebę zapisywania swoich opowiastek. Pisanie fascynowało ją równie mocno, jak czytanie. Poprosiła więc starszą siostrę, by ta nauczyła ją także pisać. Jadzia początkowo zbyła dziewczynkę, mówiąc, że za kilka miesięcy pójdzie do szkoły i tam się wszystkiego nauczy. Wandzia jednak nie odpuszczała. Kilka miesięcy jawiło jej się jako strasznie dużo czasu, a ona nie chciała tyle czekać. Dotąd zamęczała Jadwigę swoimi prośbami, aż ta wreszcie zaczęła ćwiczyć z nią kaligrafię. Wanda była zachwycona, gdy widziała, jak spod jej ręki przelewają się na papier pierwsze, nieporadne słowa.

Miała siedem lat i już wiedziała, że chce pisać. Nie miała pojęcia, że istnieje zawód pisarza. Dowiedziała się o tym od Jadzi, która dawniej chętnie wypożyczała książki z lokalnej biblioteki. Na początku pismo Wandy przypominało nieczytelne bazgroły, koślawe linie, dalekie od kształtnych liter, które kreśliła Jadwiga. Dziewczynka zapełniała nimi okładki książeczek do nabożeństwa, za co dostawała potem lanie. Starsza kobieta nie rozumiała jej pasji i krzyczała na nią, ilekroć zobaczyła, że córka znowu coś bazgrze kawałkiem złamanego, nieostrego ołówka.

Wanda była pogodnym, ale i roztargnionym dzieckiem. Zamiłowanie do pisania powodowało, że nieustannie odpływała myślami do tworzonych w głowie opowieści i bajek. Kiedy tylko miała chwilę i udało jej się znaleźć kawałek papieru, spisywała swoją dziecięcą twórczość. Szybko jednak zrozumiała, że musi ukrywać zapiski przed matką, która dostawała furii, widząc, że córka znowu coś gryzmoli, zamiast zająć się pracą w gospodarstwie.

Franciszka była jedyną osobą, która rozumiała i akceptowała zamiłowanie Wandy do pisania i czytania. Nigdy jej nie wyśmiewała, przeciwnie, zachęcała dziecko, by rozwijało swoją pasję. Widziała, że wnuczka ma prawdziwy talent do tworzenia przeróżnych opowieści. Potajemnie zdobywała i przechowywała dla niej kartki i ołówki, by dziewczynka miała na czym zapisywać swoje historie. Wspierała ją i dodawała otuchy, kiedy Wandzia dostawała kolejną burę od matki. Starsza kobieta nie rozumiała zachowania swojej córki. Sama codziennie modliła się za swoje dzieci, które zostały jej brutalnie odebrane. Nie miała nawet pewności, czy żyją. Tymczasem Aniela urodziła piękną i zdrową córeczkę, którą kompletnie się nie zajmowała, podobnie jak jej mąż. Gdyby nie Franciszka, Wandzia byłaby skazana na łaskę i niełaskę swoich rodziców. Młynarska wiedziała, że jej córka próbowała pozbyć się niechcianej ciąży. Podpatrzyła kiedyś, jak Aniela skacze z zapiecka. Starsza kobieta była wstrząśnięta tym widokiem. Tym większa więc była jej radość, gdy Wandzia urodziła się cała i zdrowa. Nigdy, nawet gdy Strzelcowa była dla niej wyjątkowo podła, nie wypomniała jej, że chciała zabić własne dziecko. Osądzanie bliźnich zostawiła Bogu.


ROZDZIAŁ 4

Wanda była zachwycona szkołą już w momencie, gdy przekroczyła jej próg. Nie przeszkadzało jej ani to, że budynek jest drewniany i stary, ani to, że sale lekcyjne są ponure i smutne. Nie zwracała uwagi na skrzypiące podłogi czy łuszczącą się na ścianach farbę. Najważniejsze było dla niej to, że poszła do s z k o ł y, do miejsca, gdzie będzie mogła do woli pisać i czytać, i nikt nie będzie na nią z tego powodu krzyczał. W czasie rozpoczęcia roku szkolnego oczywiście towarzyszyła jej babcia. To ona zadbała o to, by wnuczka miała tego dnia nowe i czyste ubranie. Anielę niewiele obeszło to, że jej najmłodsze dziecko rozpoczyna edukację. Dla niej oznaczało to jedynie, że córka nie będzie pomagała w gospodarstwie tyle co wcześniej i nie wyprowadzi rano krowy na łąkę.

Największe wrażenie zrobiła na Wandzi jej nowa pani. Kiedy dziewczynka zobaczyła wychowawczynię pierwszej klasy, oniemiała. Nauczycielka była nie tylko piękna, ale i miła. Wyraźnie ją krępowało, ale i cieszyło to, że wszystkie dzieci są w nią wpatrzone z absolutnym zachwytem i oddaniem. Dla większości z nich nikt nigdy nie był tak dobry i cierpliwy jak ona. W domu zwykle służyły za „przynieś, wynieś, pozamiataj”. Nikt nie liczył się z ich zdaniem czy uczuciami. Tutaj nie tylko nie krzyczano na nie, ale traktowano z szacunkiem i powagą.

Wandzia bardzo wstydziła się pięknej pani oraz pozostałych dzieci. Od wczesnego dzieciństwa wychowywała się tylko z babcią. Czasami bawiła się z synkami Jadzi, ale brakowało jej koleżanek. Dziewczynki, które spotykała, gdy wypasała krowę, były od niej starsze i nie chciały się z nią zadawać. Dziecko czuło się samotne i wyobcowane.

– Wanda Strzelec – przeczytała pani i uniosła wzrok. Zatrzymała go na Wandzi, która skuliła się odruchowo, pewna, że zrobiła coś złego i nauczycielka zaraz ją okrzyczy.

– Usiądziesz w ławce ze Stefanią Kupicką. – Wychowawczyni uśmiechnęła się do Strzelcówny i wskazała jej miejsce obok niewysokiej i nieco pulchnej dziewczynki.

Wandzia sięgnęła po swój tornister i posłusznie usiadła na krześle obok nowej koleżanki. Ta uśmiechnęła się i odsunęła swój zeszyt, żeby zrobić więcej miejsca.

– Mów mi Stefka – szepnęła. – Jesteś bardzo ładna.

Dziewczynki szybko się zaprzyjaźniły. Stefka mieszkała w sąsiedniej wsi, w Wyszowie. Żeby wypełnić wszystkie obowiązki i zdążyć na poranne zajęcia, musiała wstawać o piątej rano. Ona i jej starszy brat Heniek pomagali rodzicom w gospodarstwie i opiece nad licznym młodszym rodzeństwem. Koleżanka Wandy była wesoła i lubiła jeść. Odznaczała się dużą siłą i sprytem, ale niestety niezbyt dobrze się uczyła.

Wandzi nauka przychodziła z łatwością i sprawiała ogromną przyjemność. Była pilną i pojętną uczennicą, a jej zeszyty pokazywano innym jako wzór do naśladowania. Nie przysparzało jej to jednak sympatii koleżanek. Kiedyś, pod nieobecność chorej Stefki, jedna z dziewcząt, o wiele wyższa i silniejsza od chudziutkiej i mizernej Wandzi, zabrała jej zeszyt i wrzuciła go do kałuży. Zapłakana dziewczynka musiała go potem przepisać. Dostała także reprymendę od matki. Na nic zdały się tłumaczenia, że to nie jej wina. Aniela była zbyt zajęta i nerwowa, by wysłuchiwać usprawiedliwień córki. Zdawała sobie sprawę, że to dobre dziecko, jednak nie zamierzała jej niepotrzebnie rozpieszczać. Wystarczyło, że Franciszka jest zbyt pobłażliwa wobec wnuczki, co wywoływało w niej złość, ale i… zazdrość. Młynarska dawała Wandzie to wszystko, czego Aniela nigdy nie ofiarowała swojej córce.

Kiedy Stefka wyzdrowiała i wróciła do szkoły, rozprawiła się z koleżanką, która dokuczyła Wandzi. Kupicka utopiła w kałuży wszystkie zeszyty złośliwej dziewczyny. Bardzo lubiła swoją przyjaciółkę i nikomu nie pozwalała jej krzywdzić. W dowód wdzięczności Wanda pomagała jej w nauce. Dziewczynki uwielbiały ze sobą przebywać i wzajemnie się wspierały.

Codzienne wędrówki do szkoły stanowiły dla Wandy nie lada wyzwanie. Zanim udało jej się tam dotrzeć, musiała odganiać psy, które z głośnym szczekaniem wyskakiwały znienacka z podwórek, uciekać przed stadem gulgoczących i rozłoszczonych indorów, syczących gąsiorów, które dziobały po nogach czy też wielkich kogutów potrafiących wskoczyć komuś na głowę. Wanda w ten sposób omal nie straciła kiedyś oka. Na szczęście często chodziła do szkoły razem z innymi dziećmi z wioski, dzięki czemu czuła się bezpieczniej.

Dziewczynka, podobnie jak kiedyś jej matka, miała zdolności aktorskie, które szybko zostały zauważone przez jej nauczycielkę. Wanda zaczęła brać udział w szkolnych przedstawieniach. Kolejne role w spektaklach dodawały jej pewności siebie, czyniły śmielszą oraz bardziej otwartą. Kiedy stała na prowizorycznej scenie i wygłaszała swoją kwestię, zawsze szukała wzrokiem matki. Miała nadzieję, że kiedyś ją dostrzeże pośród innych rodziców. Niestety, ta nigdy nie pofatygowała się, by zobaczyć grę swojego dziecka. Zawsze miała coś ważniejszego do zrobienia. Na szczęście Franciszka starała się nie opuszczać żadnego przedstawienia, w którym występowała Wandzia. Mimo że znacznie podupadła na zdrowiu, nadal przychodziła do szkoły, by zobaczyć występ wnuczki. Była z niej bardzo dumna, jednak coraz częściej martwiła się, że kiedy jej zabraknie, nikt nie zadba o dalszą edukację Wandy. Dziecko było utalentowane, lecz na swoje nieszczęście wychowywało się na wsi. Franciszka miała nadzieję, że wnuczka nie podzieli losu swojej babki, matki i siostry. Młynarska widziała w niej nieoszlifowany diament. Postanowiła, że dopóki żyje, będzie wspierała dziewczynkę w rozwijaniu jej uzdolnień. Wanda mogła osiągnąć znacznie więcej niż pozostałe kobiety w ich rodzinie. Jako jedyna miała szansę zasmakować innego, lepszego życia. By to osiągnąć, potrzebowała wokół siebie życzliwych ludzi, w przeciwnym razie czekało ją to samo co Janka Muzykanta, o którym ostatnio czytała swojej babci.

 

Wanda lubiła przyglądać się mamie, kiedy ta przygotowywała jedzenie dla świń. Zapach ziemniaków w mundurkach wymieszanych z plewami stanowił dla niej najpiękniejszy aromat. Chętnie pomagała Anieli w obrządzaniu inwentarza, szczebiocąc i przemawiając czule do świń i krowy. Matka ganiła ją za to, powtarzając, że prędzej czy później zwierzęta i tak trafią pod nóż. Wandzia smuciła się z tego powodu, a kiedy nadchodziło świniobicie, chowała się w domu i zatykała sobie uszy. Nie chciała słyszeć rozpaczliwego kwiku zarzynanego prosiaka ani widzieć, jak próbuje się wyrwać i uniknąć śmierci. Podobnie reagowała, gdy Aniela zabijała kurę na rosół, a potem oskubywała ją z pierza. Dziewczynka była bardzo wrażliwa i wyczulona, zwłaszcza na krzywdę zwierząt. Jej matka wzdychała z emfazą, widząc, że córka płacze z powodu nieżywego wróbla, którego znalazła na podwórku. Sama w dzieciństwie nadawała krowom imiona, jednak życie szybko obdarło ją z tej niepotrzebnej wrażliwości. Codzienność okazała się trudna i nie było w niej miejsca na żadne sentymenty. Wandzia wydawała jej się zbyt czułostkowa. Najchętniej siedziałaby tylko gdzieś w kącie i gryzmoliła te swoje wyssane z palca historyjki. Aniela obawiała się, że córce pomiesza się w końcu w głowie od wymyślania kolejnych opowieści. Nie pomagały ani krzyki, ani groźby. Wanda i tak pisała. Swoje zapiski chowała starannie do kryjówki. Dziewczynka nie rozumiała, dlaczego odczuwa taką potrzebę pisania. Kiedy wylewała na papier te wszystkie sceny i opisy, które godzinami przechowywała w myślach, robiło jej się lżej na duszy, a jej serce wypełniała niepomierna radość.

Swoje życie dzieliła między szkołę, pracę w gospodarstwie, zabawę oraz potajemne pisanie. Bacznie obserwowała wszystko, co działo się wokół niej, a potem zaszywała się w kącie i skrobała po cichu kolejną historię. Jej życie zmieniło się diametralnie, gdy odkryła miejsce, o którym tyle razy opowiadała jej Jadzia – bibliotekę. Kiedy po raz pierwszy weszła do drewnianego, śmierdzącego stęchlizną i grzybem budynku, gdy zobaczyła dziesiątki książek na półkach, poczuła, że jest w raju.

– I wtedy Bioła Dama znikła, a razem z nium zapodł się pod zimię zamek… – Franciszka zakończyła swoją opowieść i zerknęła na Wandzię. Ta wpatrywała się w babcię szeroko otwartymi oczami.

– Miołaś już spać – westchnęła starsza kobieta.

– Ale to było takie ciekawe… – Wandzia uśmiechnęła się rozbrajająco do Franciszki.

– Ale jest już późno. Jutro opowim ci innum historię. Tera już musisz zasnuńć. Jutro szkoła cię czeko. Rodzice zara od obrzudnku wrócum i bedum się denerwowały, że jeszcze nie śpisz.

Dziewczynka niechętnie pozwoliła się przykryć pierzyną.

– Babciu? – odezwała się po chwili.

Franciszka posłała jej zniecierpliwione spojrzenie. Czasami miała wrażenie, że Wanda mówi stanowczo za dużo jak na ośmiolatkę.

– Co?

– Co się stało z dziadkiem?

Młynarska spojrzała na nią ze zdumieniem.

– Jokim dziadkiem?

– No moim. Twoim… – Wanda szukała właściwego słowa – mężem?

Franciszka się roześmiała.

– Nigdy nie miołam mynża – odpowiedziała i natychmiast tego pożałowała.

– To skund mosz mamę? – zaciekawiła się wnuczka.

– Bocian jum przyniósł – rzuciła bez zastanowienia Młynarska.

– Bocian? Un przynosi dzieci? – Wanda była autentycznie zdziwiona. – To ja nie byłam u mamy w brzuszku?

– Byłaś, byłaś. A tera śpij. – Franciszka pocałowała dziewczynkę w czoło i zaczęła mruczeć jej kołysankę. Dopiero gdy zasnęła, kobieta uświadomiła sobie, że tę samą piosenkę nuciła kiedyś malutkiej Anielce. Tej samej, która potem skakała z zapiecka, żeby pozbyć się swojego dziecka. Małej Wandzi, która spała teraz słodko, wtulona w szmacianą lalkę.

Staruszka podniosła się ostrożnie, tak, by nie obudzić wnuczki. W tej samej chwili poczuła paraliżujący ból w okolicy podbrzusza. Jęknęła i zgięła się w pół, z trudem zachowując równowagę. Ucisk w podbrzuszu nasilał się, co wywołało przerażenie Franciszki. Już od jakiegoś czasu pobolewało ją w tym miejscu, ale nigdy aż tak mocno. Doczłapała się do stołu i opadła ciężko na ławę. Boleści nie ustępowały. Młynarska otarła pot z czoła i wyjrzała przez okno. Miała nadzieję, że Aniela skończyła już obrządzać inwentarz i zaraz przyjdzie do domu. Starsza kobieta była przerażona swoim stanem. Wiedziała, że nie zdoła wydostać się z chaty o własnych siłach, a rozpaczliwie potrzebowała pomocy. Nie chciała jednak budzić Wandzi w obawie, że dziecko się wystraszy. Siedziała więc bez ruchu, aż w końcu poczuła, że ból powoli mija. Odetchnęła z ulgą. Wstała ostrożnie i nalała sobie wody do kubka. Miała wrażenie, że cała lepi się od potu. Postanowiła, że nie powie córce o swoich dolegliwościach. Aniela i bez tego miała dość zmartwień, nie chciała dokładać jej kolejnych. Ich relacje nadal pozostawały chłodne. Młynarska czuła się w domu Strzelców jak piąte koło u wozu. Gdyby nie Wandzia, nie miałaby tu nikogo życzliwego. Jedynie wnuczka była dla niej kochająca i pomocna. Jej rodzice krzywo patrzyli na Franciszkę, dając jej do zrozumienia, że tylko przeszkadza. Nie mieli dla niej litości. Boleśnie wypominali jej przeszłość, jątrząc na nowo rany, które ledwo co się zagoiły.