Urszula

Tekst
Z serii: Matki i córki #3
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Izabela M. Krasińska, 2021

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

Redaktor prowadząca: Agata Ługowska

Marketing i promocja: Judyta Kąkol

Redakcja: Joanna Jeziorna-Kramarz

Korekta:

Katarzyna Smardzewska | panbook.pl

Maria Moczko | panbook.pl

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Zdjęcia na okładce:

© Galya Ivanova | Trevillion Images

© Kotkoa | Shutterstock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66736-12-2

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Mojemu mężowi, który udowodnił mi,

że na tym świecie są jeszcze przyzwoici mężczyźni

Wszystkim DDA,

którzy swój syndrom traktują

jak wyzwanie, a nie powód do wstydu

Odkąd sięgam pamięcią, zawsze było coś nie tak.

W niełasce, w ciągłym nieszczęściu los bił na oślep.

Szybko przestałam być dzieckiem. Czy choć przez chwilę byłam nim?

I naprawdę nic, co ludzkie, mi obce nie jest.

Zabawne, jakie rzeczy potrafią czasem do głowy przyjść…

A ja za dużo widzę, zbyt mocno czuję.

Edyta Bartosiewicz, Jenny

(sł. E. Bartosiewicz)

Postacie, sytuacje i wydarzenia

występujące w powieści są fikcyjne,

a ewentualna zbieżność nazwisk

jest przypadkowa.


ROZDZIAŁ 1

Gdy stajemy się dorośli, często próbujemy wrócić pamięcią do najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa. Niektórzy pamiętają coś z czasów, kiedy mieli pięć lat, są jednak i tacy, którzy przypominają sobie fakty z okresu, gdy byli dwu-, trzyletnimi brzdącami. Czasem są to zaledwie migawki, niekiedy dłuższe sceny wypełnione pozytywnymi bądź negatywnymi emocjami, na tyle silnymi, by przetrwać przez lata w naszej świadomości.

Wydarzeniem, które trwale zachowało się w pamięci Urszuli Figurskiej, był powrót jej taty Szczepana z pracy. Ula miała wówczas trzy latka. Już wtedy bała się swojego tatusia, który rzadko się z nią bawił czy kupował jej zabawki. Pracował jako taksówkarz i prawie nigdy nie było go w domu. Kiedy do niego wracał, trzeba było zachowywać się cicho i uważać, by nie rozgniewać ojca. Szybko wpadał w złość i podnosił głos, co powodowało, że mała Ula dygotała ze strachu.

Tamtego pamiętnego dnia dziewczynka bawiła się klockami ze swoją starszą siostrą Agnieszką. Dzieci starały się ułożyć wieżę, co nie było łatwym przedsięwzięciem. Ilekroć budowla uzyskała odpowiednią wysokość, tylekroć przewracała się po chwili na nierównej podłodze. Same klocki, zrobione z taniego plastiku, również były mocno sfatygowane, co znacznie utrudniało Uli i Agusi wykonanie zadania. Nie poddawały się jednak i wytrwale próbowały od nowa. W pewnym momencie usłyszały kroki na klatce schodowej. Instynktownie spojrzały w kierunku kuchni, gdzie ich mama przyrządzała obiad. Nie widząc żadnej nerwowej reakcji z jej strony, uspokoiły się i wróciły do przerwanej zabawy. Nagle drzwi mieszkania się otworzyły i stanął w nich tata dziewczynek. Wystraszone dzieci zerwały się z miejsca. Ich ojciec uśmiechnął się, rozbawiony przerażeniem, jakie wywołał u córek, po czym zaczął je uspokajać. Do pokoju weszła mama, która stanęła czujnie obok Uli i Agusi. Urszula była wówczas zbyt mała, by wiedzieć, że dziwny zapach, który nieustannie wydzielał Szczepan, to odór alkoholu, lepiej bądź gorzej strawionego. I samogonu, i koniaku z wyższej półki. Tego dnia śmierdział wyjątkowo ohydnie. Mimo to podszedł do spłoszonych dzieci i wyciągnął z kieszeni pogniecioną bombonierkę. Zaczął bełkotać, że to prezent dla nich. Ula jak każde dziecko uwielbiała wszelkie słodkości. Tak rzadko je widywała… W połowie lat osiemdziesiątych słodycze, kawa czy dobry alkohol były praktycznie nieosiągalne. W dodatku tata nie krzyczał jak zwykle, ale chciał im podarować taki smakołyk! Czekoladki były w większości zmiażdżone, ale parę sztuk ocalało. Wyglądały tak smakowicie… Mimo że mama zakazała jej przyjęcia bombonierki od ojca, Ula ruszyła ufnie w jego stronę i wyciągnęła rączki po ozdobne pudełko. W tym samym momencie usłyszała kaszlnięcie, charchot, a potem poczuła na sobie coś mokrego, ciepłego i śmierdzącego. Tata na nią zwymiotował. Dziewczynka była przerażona. Zaczęła krzyczeć i płakać. Matka złapała ją za rękę i zaprowadziła do łazienki. Ściągnęła z niej zabrudzone ubranie, wsadziła ją do wanny i odkręciła kran. Po plecach Uli spłynął lodowaty strumień. Dziecko zaczęło krzyczeć na nowo, ale matka nie zważała na jego łkania. Dopiero po chwili odkręciła kurek z ciepłą wodą. Namydliła ciało i włosy córki, klnąc pod nosem. Ula nie wiedziała, czy mama jest zła na nią, czy na tatę. Czuła strach, zimno i obrzydzenie. Nigdy więcej w swoim życiu nie zjadła żadnej czekoladki. Tamto wydarzenie skutecznie odebrało jej ochotę na słodkości, a odór wymiocin ojca na stałe wkomponował się we wspomnienia o nim.


ROZDZIAŁ 2

Dźwięk budzika w telefonie wdarł się w jej sen niczym samochód, który niespodziewanie wjeżdża w sklepową witrynę. Nagle, bez ostrzeżenia, powodując szybsze bicie serca i mnóstwo hałasu. Specjalnie ustawiała najbardziej irytujący i głośny dzwonek, by nie zaspać. Zaliczała się do tej grupy osób, które wstają od razu, bez niepotrzebnego ociągania się. Nie ufała drzemkom, poza tym czas na poranne szykowanie się do pracy miała wyliczony co do minuty. Toaleta, prysznic, kawa, śniadanie i kanapki do pracy, ubieranie, delikatny makijaż, szybkie ułożenie fryzury, szczegółowa kontrola, czy wszystko wyłączyła, zamknęła i pogasiła, wyjście na autobus. Nie rozumiała ludzi, którzy ustawiają kilka drzemek, przesiadują bezmyślnie w toalecie, snują się po domu, zerkają na telewizję śniadaniową i portale społecznościowe, a potem biegają po mieszkaniu źli, że znowu się spóźnią. Od dziecka narzucała sobie pewną dyscyplinę i twardo się jej trzymała. Dzięki temu była świetnie zorganizowana i punktualna.

Na odstępstwa od swoich żelaznych zasad pozwalała sobie tylko wtedy, gdy w pracy wypadała jej druga zmiana. Wstawała później, w spokoju wypijała kawę, wypalała papierosa i przygotowywała śniadanie. Czasami zdążyła przeczytać kilka rozdziałów książki. Zazwyczaj czytała przed snem, ale niemal codziennie była tak zmęczona, że z trudem udawało jej się przebrnąć przez kilka kartek. Bywało i tak, że kilka wieczorów czytała tę samą stronę. Uwielbiała czytać, to była pasja, która towarzyszyła jej od dziecka. Mogła żyć bez telewizora, Internetu, nawet papierosów, ale nie bez ukochanych powieści. Kiedy wchodziła do biblioteki i zatrzymywała się przed regałami wypełnionymi książkami, miała pewność, że jest w raju. Zamiłowanie do czytania przejęła po matce, niedoszłej pisarce. Wanda nigdy nie ziściła swoich marzeń o pisaniu, ale kiedy tylko mogła, zaczytywała się w przyniesionych z biblioteki książkach. Nie były to częste momenty, lecz i tak zapadły Urszuli w pamięć. Matka zabierała ją czasem ze sobą do jedynej w Pogorzynie biblioteki i pozwalała małej Uli wybrać jakąś bajkę dla siebie i sióstr. Urszula nigdy nie potrafiła szybko się zdecydować, którą książkę wybrać, co zwykle złościło mamę. Zniecierpliwiona Wanda chwytała z półki pierwszą lepszą powiastkę dla dzieci, a wieczorem czytała ją córkom na dobranoc. Urszula do dziś pamiętała, ile ona i jej siostry musiały się naprosić, by mama w ogóle zechciała im poczytać. Wanda zgadzała się na to rzadko i z niechęcią, ale kiedy zaczynała czytać, ton jej głosu łagodniał, podobnie jak subtelniały rysy twarzy. Dziewczynki słuchały w skupieniu książkowej opowieści, spoglądając na mamę, która wydawała im się odmieniona, a przy tym taka ładna, dobra i troskliwa. Czar pryskał po niecałym kwadransie, kiedy to Wanda odkładała niespodziewanie książkę i kazała córkom kłaść się spać. Urszula za każdym razem czuła się jak uciekający z balu baśniowy Kopciuszek, który z pięknej księżniczki z powrotem zamieniał się w kocmołucha.

Ula pracowała jako kasjerka w znanym niemieckim dyskoncie. Nie było to zajęcie łatwe i lekkie, ale dobrze płatne, i co najważniejsze na umowę o pracę. Świetnie dogadywała się z innymi pracownikami. Uczciwa, rzetelna, pracowita, dyspozycyjna, cieszyła się zaufaniem kierowników i koleżanek oraz sympatią klientów. Zawsze uśmiechnięta, pełna energii i empatii, szybko zjednywała sobie ludzi. Nie znosiła jedynie drugich zmian. Zaliczała się do tak zwanych „rannych ptaszków”, mogła wstawać choćby i o czwartej rano, byleby tylko nie siedzieć w pracy do późnego wieczoru. Czasem, gdy kończyła drugą zmianę, kupowała sobie dwa piwa, po czym wracała do pustego i cichego mieszkania, przebierała się, zjadała szybką i skromną kolację, brała prysznic, wypalała jednego czy dwa papierosy, po czym otwierała pierwsze piwo i siadała na kanapie. Znikał gdzieś nagle uśmiech, który towarzyszył jej od rana, opuszczały ją dobry humor i energia, rysy się wyostrzały, a dłonie zaczynały niebezpiecznie drżeć. Wracały wspomnienia. W tym momencie nikt nie rozpoznałby w niej tej pogodnej i radosnej dziewczyny, jaką była na co dzień. Za maską normalności, którą zakładała co rano, skrywały się lęki z dzieciństwa, bolesne słowa, upiorne obrazy oraz poczucie rezygnacji. Po drugim piwie przychodziła obojętność, która wydawała jej się najbezpieczniejszym i najmniej wymagającym uczuciem.

 

ROZDZIAŁ 3

Trudno byłoby jej wskazać moment, dzień czy rok, w którym zorientowała się, że w jej domu dzieje się coś złego. Jako kilkuletnie dziecko wierzyła ślepo swojej starszej o trzy lata siostrze. Świat widziany oczami Agnieszki był jej światem. Śmiała się wtedy, gdy robiła to Agusia, płakała razem z nią i słuchała jej we wszystkim. Wiedziała, że ma mamę i tatę, ale najważniejsza była Agnieszka, bo to ona poświęcała jej najwięcej czasu. Były jak papużki nierozłączki, jak bliźniaczki. Kiedy jedna wyciągała rękę, druga bez wahania po nią sięgała.

Uli zawsze wydawało się normalne to, że tata dużo pracuje, rzadko się nimi zajmuje i niemal wcale z nimi nie rozmawia. Przywykła do dziwnego, nieprzyjemnego zapachu, który stale mu towarzyszył, i bez problemu odróżniała go od równie odpychającego odoru dymu papierosowego. Zresztą ojciec niemal wcale się do nich nie zbliżał, traktował córki jak nieznajome. Agnieszka i Urszula odnosiły się do niego z podobną rezerwą. Tata zarabiał na dom i tylko to się liczyło. A przynajmniej tak powtarzała im mama. Mama… Dopóki nie poszła do pracy, opiekowała się nimi i nawet czasami towarzyszyła im w zabawach. Najbardziej lubiły, gdy układała dla nich krótkie, rymowane wierszyki, a potem im je odczytywała. Na co dzień zajmowała się domem, robiła pranie i zakupy, sprzątała, gotowała. Dziewczynki próbowały jej pomagać, ale mama nie miała niestety zbyt dużo cierpliwości do ich nieporadnych starań. Jeśli któraś z nich źle lub niedokładnie wykonywała swoją pracę, mama marszczyła gniewnie brwi, wzdychała demonstracyjnie i kazała im iść się bawić do pokoju. Nie była nadmiernie uczuciowa wobec córek. Kiedy się do niej nieśmiało przytulały, sztywniała i trwożnie spoglądała na drzwi wejściowe. Traktowała dzieci z pewnym dystansem, który zwiększał się zwłaszcza po tym, gdy ojciec dziewczynek wracał do domu pijany. Potem było jak zwykle. Krzyki, kłótnie, wyzwiska, rękoczyny. Gdy zamieszkali w większym mieszkaniu, tata zabierał mamę do pokoju i zamykał drzwi. Mała Ula nie wiedziała, co rodzice tam robią ani dlaczego im, dzieciom, nie wolno tam wchodzić. Pytała o to Agnieszkę, ale starsza siostra zaciskała tylko dłonie w pięści i kazała jej znaleźć sobie jakieś zajęcie.

Wszystko się zmieniło, gdy Ula podrosła i poszła do szkoły. Mydlana bańka, w której tkwiła od dziecka, a która dawała jej złudne poczucie bezpieczeństwa i miłości, rozprysła się i zniknęła na zawsze. Czy to właśnie wtedy zaczęła patrzeć na świat własnymi oczami? Czy to w tamtym momencie pojęła, że dotychczas żyła w kłamstwie i iluzji? Czy to wówczas stała się dorosłą kobietą zamkniętą w ciele dziecka?


ROZDZIAŁ 4

– Ula, kiedy ty sobie wreszcie znajdziesz jakiegoś chłopa?

– Właśnie, lata lecą, a ty ciągle sama. Na co ty czekasz? Aż cię czterdziestka zastanie? Bo widzę, że trzydziestka nie zrobiła na tobie większego wrażenia.

Urszula spojrzała lekko nieprzytomnym wzrokiem na swoje koleżanki, po czym przeniosła wzrok na niemal pustą butelkę wina. Już czwartą.

– Na trzeźwo nie odpowiem – wybełkotała.

Wszystkie trzy wybuchnęły śmiechem. Było im wesoło i błogo. Zawsze bawiły się świetnie w swoim towarzystwie. Z Jowitą znała się od dziecka, z Klaudią zaprzyjaźniła się na studiach. Mimo że losy każdej z nich potoczyły się inaczej, nadal utrzymywały ze sobą kontakt. Spotykały się przynajmniej raz w miesiącu u Uli i opowiadały, co się wydarzyło od ostatniego spotkania. Ich sabatom, jak same żartobliwie nazywały te babskie zgromadzenia, towarzyszyło zawsze kilka butelek wina oraz tyle samo paczek chipsów. Zazwyczaj zamawiały też pizzę, po której za każdym razem obiecywały sobie, że będzie ostatnią w ich życiu.

– A tak serio, nie chciałabyś mieć swojego misiaczka, do którego przytulałabyś się w chłodne noce? – Klaudia rozlała resztkę wina do kieliszków.

Ula wzruszyła ramionami.

– Chyba nie. Przyzwyczaiłam się do bycia samej i nawet mi to odpowiada. Zamierzam pozostać starą panną i żyć sobie szczęśliwie, otoczona gromadką kociaków. – Urszula uniosła swój kieliszek. – Za zdrowie starych panien i ich kotów!

Przyjaciółki wzniosły toast, po którym zaczęły się zabawnie krzywić.

– Która z was była taka mądra i zostawiła wytrawne na koniec? – Jowita nie przestawała się wzdrygać. – Wszystkie wina w twoim markecie są takie dobre jak to?

Ula parsknęła śmiechem.

– Pytałam, czy wziąć kadarkę… Jak już się sponiewierać, to przynajmniej czymś z górnej półki.

Wszystkie trzy ryknęły śmiechem.

– No dobrze, drogie panie, to teraz powiedzcie samotnej singielce, jak to fantastycznie żyje wam się z facetami? – Ula skrzyżowała ręce na piersiach i popatrzyła na przyjaciółki z wyczekiwaniem.

Jowita i Klaudia spojrzały na siebie równocześnie i nagle miny im zrzedły.

– Szczerze? – zaczęła ta pierwsza. – Bez fajerwerków.

Ula uniosła ze zdziwienia brwi. Jowita dwa lata temu wyszła za mąż za brata koleżanki z pracy, Karola. Wydawał się sympatycznym facetem. Niezbyt przystojny, za to zaradny i pracowity, świata nie widział poza swoją ukochaną. Cały problem tkwił w jego… nazwisku. Jowita za nic nie chciała go przyjąć.

– No jak wy to sobie wyobrażacie? – Niemal płakała, zwierzając się przyjaciółkom. – Jowita Pastuch?

Urszula i Klaudia chciały okazać jej swoje wsparcie i zrozumienie, ale nagły atak śmiechu, który je dopadł, sprawił, że przez dobry kwadrans nie były w stanie wydobyć z siebie choćby jednego słowa. W końcu i sama Jowita się roześmiała. Przyjaciółki pocieszały ją, że gorzej by to wyglądało, gdyby jej nazwisko rodowe brzmiało Owca albo Pastuszka. Ostatecznie Jowita namówiła Karola, by to on przyjął jej nazwisko. Przyszły małżonek chętnie na to przystał, tym bardziej że miał już serdecznie dość ciągłych drwin z tego, jak się nazywa.

– Jak to? Przecież jesteś jeszcze w sumie świeżą mężatką, powinnaś ćwierkać ze szczęścia niczym skowronek – stwierdziła Ula.

Jowita uśmiechnęła się, jednak w tym grymasie nie było zbyt wiele radości.

– Karol to świetny facet, pomimo swojego nazwiska… yyy, panieńskiego? Kawalerskiego? – Przewróciła zabawnie oczami. – Odkąd zamieszkaliśmy razem po ślubie, jest… nudno. Przewidywalnie, rutynowo, nużąco, usypiająco… Mam wyliczać dalej?

Przyjaciółki pokręciły jednocześnie głowami.

– Każdy dzień jest łudząco podobny do poprzedniego, noce zresztą też… – westchnęła. – Wiem, nie powinnam narzekać. Mój mąż ciężko pracuje, nie pali, pije okazjonalnie, kocha mnie, jest czuły, troskliwy, ale…

– Ale mało zmysłowy? – dopowiedziała Klaudia.

Jowita pokiwała głową z zakłopotaniem.

– Nie powinnam tego mówić nawet wam, ale… Nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałam prawdziwy orgazm.

– Udajesz? – Ula spojrzała na nią z zaskoczeniem.

– Niby nie, ale… – Jowita lekko się zarumieniła. – Są takie odloty, że nie pamiętam, jak się nazywam. Ostatni taki miałam przed ślubem, kiedy upiłam Karola. Wstąpił wtedy w niego taki zwierz, że obawiałam się o łóżko. – Zachichotała.

– Kochana, no to masz gotową receptę. – Klaudia przechyliła butelkę w nadziei, że została tam choć jedna kropla. – Kup wino, seksowną bieliznę i wnet znowu wyjdzie z niego jaskiniowiec.

Przyjaciółki się roześmiały.

– No dobra, Klaudia, a ty? – Ula spojrzała z zaciekawieniem na koleżankę. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że dziewczyny rzadko opowiadają o swoich partnerach. Dotychczas nie zwracała na to uwagi, a nawet było jej to na rękę, ale teraz dotarło do niej, że ich milczenie nie było przypadkowe.

– Co ja? – Klaudia z rezygnacją odstawiła butelkę na stolik. – U mnie problem polega na czymś zupełnie innym. – Dziewczyna nagle posmutniała.

Ula zerknęła czujnie na Jowitę.

– Jeśli nie chcesz… – zaczęła Figurska, ale Klaudia machnęła lekceważąco ręką.

– No właśnie o to się u nas rozchodzi. Mój misiaczek nie chce ze mną, bo twierdzi, że jestem za gruba i go nie pociągam – wyznała jednym tchem, po czym wpakowała sobie do ust garść chipsów.

Przyjaciółki wpatrywały się w nią ze zdumieniem.

– Że co? – wydukała Jowita.

Klaudia wzruszyła ramionami, przeżuwając chipsy.

– No tak. Sam ma bojler zamiast kaloryfera, ale to nie przeszkadza mu w tym, by mnie obrażać i nazywać grubaską, paróweczką, spaślaczkiem czy po prostu grubą świnią.

Ula poczuła, że krew się w niej gotuje.

– I ty dalej jesteś z tym chamem? – Nie wytrzymała.

Klaudia spojrzała na nią z pobłażliwością.

– Jak już będziesz miała faceta, to zobaczysz, że czasami łatwiej się z kimś związać niż rozstać.

– To prawda – zgodziła się nieoczekiwanie Jowita. – Tyle o tym piszą, radzą, że lepiej odejść, niż się męczyć, że zasługujesz na kogoś lepszego, tylko że to jest cholernie trudne. Nagle się okazuje, że z tą osobą łączy cię milion rzeczy.

– Albo zwyczajnie bez niej nie przeżyjesz. Dosłownie i w przenośni… – dopowiedziała cicho Klaudia.

Zaległa krępująca cisza. Ula poczuła, że po tym wszystkim, co właśnie usłyszała, musi koniecznie zapalić. Papierosy stanowiły jej największą słabość i choć wiele razy obiecywała sobie, że skończy z nałogiem, nijak jej się to nie udawało, wręcz przeciwnie, paliła coraz więcej.

– Idę zajarać, kto idzie ze mną? – zapytała, kierując się nieco chwiejnym krokiem w stronę balkonu.

Kiedy przyjaciółki wyszły godzinę później, Ula nadal odtwarzała w głowie wszystko, co powiedziały. Niewinne żarty ujawniły mroczne tajemnice i prawdę o ich związkach. Jowita tylko pozornie wyglądała na radosną i szczęśliwą. Mąż wyraźnie ją nudził, a małżeństwo rozczarowało. I to już dwa lata po ślubie! Klaudia od dekady była zaręczona z Arturem, który okazał się, jak widać, chamem i świnią. Mimo że miał śliczną i inteligentną narzeczoną (pytanie, czy kiedykolwiek zamierzał się z nią ożenić?), wyzywał ją od grubasów i uważał za nieatrakcyjną. Ula żałowała przyjaciółki, ale zarazem była na nią zła. Artur świetnie zarabiał, dlatego Klaudia uważała, że nie musi pracować. Dla Uli było to wprost niewyobrażalne. Jak można być zależnym od faceta, zwłaszcza finansowo? W dodatku od takiej łajzy, jaką okazał się Arturek? Znając życie, zdradzał ją na lewo i prawo, a Klaudii wyrzucał, że jest darmozjadem. Dziewczyna słuchała tego, zajadając smutki, i codziennie powtarzała sobie, że go zostawi i pójdzie do pracy. Potem się godzili i wszystko wracało do normy. Do następnego razu. Ula zwykle starała się usprawiedliwiać ludzkie zachowania. Tłumaczyła sobie, że ktoś zachował się niegrzecznie, bo miał gorszy dzień albo coś go bolało, potrafiła wymyślić najbardziej absurdalny powód, który zdołałby ją przekonać, że ludzie nie są z natury źli, tylko stają się takimi w konkretnych okolicznościach. Potrafiła zrozumieć (i wytłumaczyć) Karola, ale dla Artura nie znajdowała usprawiedliwienia. Był zwykłym prostakiem i gburem.

Ula nie zamierzała wikłać się w takie bagno jak jej przyjaciółki. Ich wyznania sprawiły, że jeszcze bardziej utwierdziła się w przekonaniu, że faceci to zło, perfidni manipulanci, którym chodzi tylko o jedno, ewentualnie nieporadne pierdoły jak nieszczęsny Karolek. Bezpieczniej było pozostać samą. Nocami, gdy było jej zimno, przytulała się do poduszki. Nie musiała z nikim dzielić się kołdrą i znosić męskiego chrapania. Nie uważała też, by bycie singielką stanowiło jakąś ujmę na honorze. Przynajmniej nikt jej nie wyzywał ani nie zanudzał. Własne towarzystwo w zupełności jej wystarczało, a jeśli szukała rozrywki, spotykała się z przyjaciółkami lub po prostu szła do kina albo teatru.