WrzaskTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wrzask
Wrzask
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 66,80  53,44 
Wrzask
Audio
Wrzask
Audiobook
Czyta Filip Kosior
36,90  27,31 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Izabela Janiszewska, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Joanna Marta Akuszewska, Joanna Pawłowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Tomasz Majewski

Fotografie na okładce: Robert Recker, Vesa Tuominen / Getty Images

Fotografia autorki: Zuza Krajewska / Warsaw Creatives

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66517-63-9

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

„Ten, który z demonami walczy, winien uważać, by samemu nie stać się jednym z nich. Kiedy spoglądasz w otchłań, ona również patrzy na ciebie”.

Fryderyk Nietzsche

WCZEŚNIEJ

Na parkingu za pubem przy Polu Mokotowskim stała dziewczyna. Miała na sobie krótką, plisowaną spódniczkę w szkocką kratę, buty na grubym koturnie, skórzaną ramoneskę, a pod nią bluzę z kapturem, który z powodu siąpiącego deszczu naciągnęła na głowę. Zerkała w stronę Alei i bełkotliwym głosem mówiła coś do siebie, ledwie stojąc na nogach. Facet palący przy śmietniku szturchnął łokciem kumpla w kaszkiecie, powiedział mu coś na ucho, a później obaj wybuchli śmiechem. Dziewczyna odwróciła się w ich stronę i pokazała im środkowy palec.

– Szukasz przyjaciela, maleńka? – uśmiechnął się do niej ten z papierosem. – Mogę zostać twoim przyjacielem, jeśli chcesz.

Jego kumpel posłał jej buziaka.

– Wal się – rzuciła tylko i raz jeszcze zerknęła w telefon.

Dwaj mężczyźni wstali z murka i zaczęli iść w jej stronę.

– No chodź, pogadamy tylko – proponował ten niższy, w kaszkiecie.

– Spadajcie – odgryzła się i chciała odejść, ale potknęła się o własne nogi i wylądowała na betonie.

Jej telefon gruchnął o twarde podłoże, a łańcuszek torebki zerwał się, gdy próbowała zamortyzować upadek. Na czworakach starała się to wszystko pozbierać, gdy jeden z mężczyzn chwycił ją za pośladek.

– Hej! – Zerwała się na nogi, jakby w ułamku sekundy otrzeźwiała.

Mężczyźni zarechotali. Zrobiła krok do tyłu i wpadła na jednego z nich. Zauważyła, że ma dziwne oczy, duże źrenice były schowane jakby za mgłą.

– Czemu tak nieładnie się do nas odnosisz? – Wyższy mężczyzna położył ręce na jej biodrach. – Mamy dobre zamiary.

Obejrzała się w stronę lokalu; wiedziała, że w środku są sami pijani ludzie i jeśli nikt nie wyjdzie teraz na parking od strony zaplecza, ta sytuacja może nie mieć happy endu. Napięła wszystkie mięśnie i spojrzała mężczyźnie w oczy.

– Grzeczna dziewczynka. – Ten, który stał z tyłu, zadarł jej spódnicę.

Zacisnęła zęby i rzuciła okiem na migający niebieski punkt na wyświetlaczu telefonu leżącego na ziemi. Dokładnie w tej samej chwili wszyscy usłyszeli pisk opon i zobaczyli wjeżdżającego na parking opla. Mężczyźni jak rażeni prądem odskoczyli od dziewczyny. Samochód zatrzymał się na wprost nich, sprawiając, że cała trójka znalazła się w świetle reflektorów.

– Co tu się, do chuja, wyprawia? – Z auta wyskoczył facet. Był wysoki, dobrze zbudowany i prezentował się jak starszy brat dwóch pozostałych.

Stał w otwartych drzwiach opla, a jego spojrzenie przesuwało się po mężczyznach.

– Wyluzuj, stary. – Ten w kaszkiecie uniósł ręce w pojednawczym geście. – Chcieliśmy się tylko trochę zabawić.

– Możesz dołączyć, jeśli masz ochotę – rzucił drugi, osłaniając oczy przed światłem.

Dziewczyna zamarła. Milcząco pokręciła głową, patrząc na kierowcę samochodu.

– Tak? – Wyciągnął coś z wewnętrznej kieszeni kurtki i machnął tym przed ich oczami. – Teraz też? Zaproszenie nadal aktualne? Czy może wolelibyście wrócić do środka?

Łysy facet zdjął kaszkiet i potarł spoconą głowę, a jego kolega odchrząknął.

– Może rzeczywiście wypijemy jeszcze po jednym piwie. – Wyższy złapał kumpla za ramię i pociągnął go w stronę pubu. – No chodź!

Tamten z otwartymi ustami oglądał się jeszcze za dziewczyną i kierowcą, ale w końcu odpuścił i obaj mężczyźni zniknęli za drzwiami lokalu.

Po chwili na parkingu zostali już tylko dziewczyna i barczysty kierowca opla.

– To pani zamawiała ubera?

Dziewczyna pokiwała głową, otworzyła usta, ale zamiast odpowiedzieć, zaczęła czkać.

– Ups, przepraszam. – Zachwiała się na nogach. – Trochę za dużo piwa.

Mówiła powoli i starała się to robić tak, by jej słowa brzmiały wyraźnie.

– Nie szkoda pani zdrowia?

Wzruszyła ramionami.

– Nie robię tego często. – Opuściła głowę i wpatrywała się w czubki swoich butów.

– Wie pani, że to się mogło źle skończyć? – Kiwnął głową w stronę pubu.

– Ale na szczęście pojawił się pan. – Rozbawiona dźgnęła go palcem w klatkę piersiową. – Nie wiedziałam, że policja jeździ uberem! Nieźle ich pan nastraszył tą odznaką.

– Policja robi różne rzeczy. – Jego ton był ostry. – Zapraszam. – Otworzył jej tylne drzwi samochodu. – Gdyby miała pani wymiotować, proszę powiedzieć, zatrzymam się.

Zmierzył ją wzrokiem, zatrzymując się na rozdartych kabaretkach.

– Nie będę – zapewniła, gramoląc się na tylną kanapę.

– Wszyscy tak mówią. – Popatrzył na wyświetlacz swojego telefonu. – Może się pani zdrzemnąć. Z tego, co widzę, czeka nas długi kurs.

– Na samą Białołękę – powiedziała trochę za głośno i nie do końca wyraźnie.

Cicha muzyka puszczana przez kierowcę i jednostajny szum podczas jazdy sprawiły, że zaczął ją morzyć sen. Uśmiechnęła się do mężczyzny we wstecznym lusterku, a później oparła głowę o zagłówek i zasnęła, cicho pochrapując.

Obudził ją dźwięk blokowania centralnego zamka. Charakterystyczne kliknięcie przegnało lekki sen i postawiło wszystkie zmysły w stan gotowości. Wzdrygnęła się i zacisnęła rękę mocniej na torebce. Przez okno widziała, jak samochód zjeżdża z głównej drogi i wjeżdża w gęsty las. Przecierając oczy, sennym głosem zapytała:

– Gdzie jesteśmy?

– Prawie w domu. – Kierowca patrzył przed siebie z dziwnym grymasem na twarzy.

Dziewczyna przymknęła powieki, ale jej ręce pracowały. Wyjęła z torebki strzykawkę z napisem: „Adrenalina”. Natychmiast wbiła ją sobie w udo i zrobiła zastrzyk, mocno zaciskając zęby. Po chwili sięgnęła po coś jeszcze – cienką, stalową linkę. Chwyciła ją obiema rękami i gdy auto weszło w zakręt, otworzyła oczy i skoczyła do przodu, zarzucając kierowcy pętlę na szyję.

Ten, zaskoczony, energicznie kręcił kierownicą, usiłując przewrócić dziewczynę, ale ona zaciskała pętlę coraz mocniej. Linka wrzynała mu się w szyję, powodując nieprawdopodobny ból. Mężczyzna chwycił kierownicę lewą ręką, a prawą sięgnął do tyłu, by złapać pasażerkę. Dziewczyna uchyliła się przed wielką dłonią, raz za razem młócącą powietrze. Zapierała się nogami o fotel kierowcy i ciągnęła linkę z całej siły. Mężczyzna wierzgał i szarpał, naciskając bezwiednie pedał gazu, a przez to samochód rozpędzał się i ślizgał na błotnistej leśnej drodze.

Gdy dziewczyna w końcu rozluźniła ucisk, obrócił się, by spojrzeć na nią rozjuszonym wzrokiem. Nie rozumiał, dlaczego jego pasażerka w popłochu zapina pasy, i gdy zdał sobie sprawę, że on o swoich zapomniał, auto z potężną mocą rąbnęło w drzewo. Ciało kierowcy poleciało do przodu. Jego głowa uderzyła w szybę i rozbiła ją, a z rany na czole zaczęła płynąć struga krwi. Mężczyzna przestał się ruszać i leżał na kierownicy z zamkniętymi oczami. Dziewczyna w tym czasie uwolniła się z pasów, rozmasowała bolący obojczyk i wyszła z samochodu. Podeszła do drzwi od strony kierowcy. Z kieszeni wyjęła telefon komórkowy.

– Masz lokalizację? – rzuciła do słuchawki po tym, jak wybrany numer się zgłosił.

– Jasne.

– Działaj tak, jak ustaliliśmy. Żadnego szarżowania.

– Się robi, dziewczyno.

– Znikam z radaru. – Już miała schować telefon, gdy przyłożyła go do policzka raz jeszcze. – Nie złamią tego szyfru, prawda?

– Mów mi Houdini! – zaśmiał się chłopak po drugiej stronie.

Rozłączyła się i spojrzała na kierowcę. Kiedy szarpnęła za klamkę, drzwi nie chciały się otworzyć, musiała je kopnąć i dopiero wtedy ustąpiły. Chwyciła faceta za kurtkę na karku i podniosła go do góry, by móc sięgnąć po jego telefon, który upadł pod fotel. Nie zauważyła, że gdy się schylała, facet drgnął, a chwilę później otworzył oczy. Dotarło to do niej, gdy jego kolano uderzyło ją w szczękę, a silne palce ściągnęły z jej głowy kaptur, odsłaniając krótko ogoloną głowę.

– Ty głupia, łysa dziwko! – Wyciągnął ją z auta i zacisnął dłonie na jej szyi.

 

Telefon mężczyzny wypadł jej z rąk i wpadł w błoto. Poczuła, że brakuje jej tchu, zmobilizowała wszystkie siły i ze zwierzęcym rykiem uderzyła go głową w twarz na tyle mocno, że zawył i zwolnił ucisk.

– Złamałaś mi, kurwa, nos! – Zaczął się macać po pokrwawionej twarzy.

Jego pasażerka nie czekała długo. Poprawiła uderzenie, a facet osunął się na fotel z odchyloną głową. Dziewczyna sięgnęła po jego telefon. Dłonią starła z ekranu błoto i przejrzała zawartość. Miał tam wszystko, czego potrzebowała. Zdjęcia dwóch zgwałconych ostatnio dziewczyn. Wszystkie korzystały z Ubera. Kierowcą był ten sam mężczyzna, Ireneusz. Jedna z kobiet opisała sprawę na Facebooku, ale bała się z nią iść na policję, bo facet postraszył ją, że roześle zdjęcia do jej znajomych, rodziny i kolegów z pracy. Nie radził też iść na komendę, pokazał swoją odznakę i obiecał, że jego koledzy na pewno troskliwie zajmą się taką sprawą.

Trzeba być idiotą, by zbierać zdjęcia do szantażowania innych bez świadomości, że równie dobrze ktoś może szantażować nimi ciebie, pomyślała i przesłała je na umówiony adres, a później jeszcze do Andżeli – byłej dziewczyny bossa narkotykowego, która uratowała tyłek przed więzieniem, włażąc do łóżka policjantowi odpowiedzialnemu za zamknięcie jej faceta.

Tyle że Andżela tęskniła za adrenaliną i ostatnio coraz częściej widywała się z chłopakami z miasta. Niestety, od kiedy Ireneusz znalazł się na cenzurowanym u przełożonego i na jakiś czas wyciszył swoje wyskoki, ich życie nie dostarczało jej tylu bodźców, ilu potrzebowała. Ani tyle pieniędzy. Nie było już łupów z akcji, jak nazywał je gliniarz.

– Teraz ja się zabawię – powiedziała cicho dziewczyna.

Wyjęła z torebki małpkę spirytusu i wlała go w gardło kierowcy, a pustą butelkę rzuciła na siedzenie obok. Do jej uszu dotarł dźwięk nadjeżdżającego samochodu. Chwilę później w oddali zobaczyła ledwie majaczące światła pojazdu.

– Witaj w piekle – wyszeptała i pobiegła w przeciwną stronę.

TERAZ

Mężczyzna w dżinsach, trampkach i sportowej marynarce, pod którą widać było podkoszulek z logo Supermana, bezceremonialnie wkroczył do mieszkania.

– Nie wolno tu wchodzić! – rzucił się na niego jeden z młodych policjantów, który pilnował drzwi.

Jedną ręką trzymał go za prawe ramię, a drugą położył mu na klatce piersiowej.

– Podobno moja sława mnie wyprzedza, ale może za szybko szedłem? – zaczął Superman, a funkcjonariusz zmrużył oczy, starając się zrozumieć, o co chodzi. – Zróbmy tak, wrócę tam – wskazał kciukiem w stronę drzwi wyjściowych – i przyjdę jeszcze raz. A wtedy ty zareagujesz, jak trzeba.

Poklepał chłopaka po głowie jak prymusa i odwrócił się do wyjścia, zostawiając za sobą oniemiałego policjanta.

– A! – rzucił na odchodne. – Obędzie się bez wylewności. Wystarczy coś w stylu: „Ach! To ty!”. – Puścił do niego oko i zamknął za sobą drzwi.

Nie minęła nawet minuta, gdy te otworzyły się ponownie, a mężczyzna wrócił do mieszkania. Bezceremonialnym gestem odepchnął młokosa na wielką szafę z rozsuwanymi drzwiami, stojącą w przedpokoju, i przeszedł dalej.

– Złap mnie, jeśli potrafisz. – Superman przyspieszył.

– Hej! Stój! – Zdezorientowany chłopak biegł za nim.

Intruz zatrzymał się przy grupce policjantów i techników kryminalistyki w białych kombinezonach.

– Jak impreza, chłopaki? – spytał, zacierając ręce.

Szef techników, który w kucki zbierał coś z podłogi w sypialni, uniósł głowę i uśmiechnął się do niego.

– Przepraszam, ale ten facet nie chciał się zatrzymać. – Młody policjant pocił się, wpatrzony z wytrzeszczem w przełożonego.

– Idź, pilnuj drzwi, Dzieciak, i nie wpuszczaj tu nikogo więcej. – Grubszy mężczyzna z wąsem odwrócił się w stronę Supermana. – Nie miałeś nic innego? – Obrzucił wzrokiem jego koszulkę.

Tamten wzruszył ramionami.

– Peleryna Batmana jest w pralni, sam rozumiesz. – Starszy policjant tylko pokręcił głową.

– No proszę, komisarz Bruno Wilczyński we własnej osobie. – Prokurator Tomasz Wojtyłka wyciągnął rękę w gumowej rękawiczce. Kiedy jego dłoń wisiała w powietrzu zbyt długo, cofnął ją i cmoknął z niezadowoleniem. – Jak zwykle towarzyski i skory do współpracy – skomentował pod nosem, ale tak, by wszyscy usłyszeli.

Gdy złośliwi nazywali go Karolkiem, uśmiechał się jednym kącikiem ust i mrużył oczy, jakby w niewidocznym rejestrze dodawał tę osobę do listy swoich wrogów. Ubrany w świetnie skrojony stalowoszary garnitur, z modnie obciętymi włosami, krótszymi na dole, dłuższymi na górze i z falującym pasmem opadającym na prawe oko, przypominał modela z wybiegu.

Bruno go nie lubił. To Wojtyłka badał sprawę samobójstwa Alicji, matki Brunona. Tomasz miał wtedy dwadzieścia parę lat, był świeżo po studiach i nie miał pojęcia o tej robocie. Dostał stołek dzięki koneksjom i pieniądzom ojca. Na widok ciała zwymiotował do wanny, w której leżały zwłoki. Policjanci śmiali się z niego potajemnie, a on usiłował ukryć swój wstyd za maską bezwzględnego sukinsyna. W rzeczywistości był przerażonym dzieciakiem, któremu tatuś zawsze podcierał tyłek. Spieprzył wszystko, czego się dotknął. Zbagatelizował tropy mogące przeczyć samobójstwu i zamknął sprawę. Bruno nie miał do niego żalu. Miał za to nieodpartą ochotę obić mu tę radosną gębę. Zwalczył w sobie to uczucie i uśmiechnął się niemal serdecznie, a później konspiracyjnie nachylił się do prokuratora.

– Nie zauważyłeś, że ludzie podsłuchują nas zawsze, gdy ze sobą rozmawiamy?

– Czemu? Bo jestem prokuratorem? – Pierś Wojtyłki automatycznie się wypięła.

– Nie, bo podobno na mnie lecisz. – Wilczyński poklepał go po ramieniu.

Kilku policjantów prychnęło pod nosem, jeden pokręcił z niedowierzaniem głową, a Bruno puścił oko do czerwonego ze złości Tomasza Wojtyłki.

– Zaprosiłbym cię na wspólne oglądanie seriali na Netfliksie, ale ludzie i tak gadają.

– Zamkniecie się w końcu? – Gruby policjant z wąsami przerwał rozmowę telefoniczną, trzymając słuchawkę z dala od ucha. – Mamy tu martwą dziewczynę. Radzę się zająć robotą. – Wrócił do telefonu.

Wojtyłka odchrząknął i pogładził krawat w stalowym kolorze.

– Nina Zaniewska, studentka, dwadzieścia dwa lata. Żadnych ran na ciele. Brak też śladów obecności osób trzecich. Drzwi nie były zamknięte na klucz, więc chłopaki to jeszcze sprawdzają, ale wszystko wskazuje na samobójstwo. – Prokurator skierował wzrok w stronę otwartego pokoju. – Przy łóżku znaleźliśmy puste opakowanie po tabletkach nasennych i opróżnioną butelkę szampana.

– Super. Idę w takim razie z nią pogadać.

– Z trupem? Niewiele ci powie.

– Takie lubię najbardziej. Nieśmiałe i milczące. – Bruno podszedł do szefa techników i klepnął go w ramię.

Znali się z Danielem od lat. Technik był dla niego jak ojciec. To on nauczył go strzelać, wyjaśnił, jak postępować z kobietami i jak lawirować w policji, by przetrwać. Poza korzystaniem z broni wszystkie te zasady Bruno konsekwentnie łamał.

– Widzę, że jesteś w formie. – Na starej, zmęczonej twarzy pełnej zagnieceń pojawił się uśmiech. – Chcesz obejrzeć denatkę?

– A chociaż ładna jest?

– Myślę, że miewała lepsze dni.

– To tak jak ja – powiedział cicho Bruno, wspominając wczorajszą butelkę jacka danielsa.

Przez chwilę przyglądał się nagiej dziewczynie z długimi włosami w orzechowym kolorze. Miała grzywkę zachodzącą na oczy, pełne, blade teraz usta, kolczyk w nosie i szczupłe ciało. Nienaturalnie wygięta na białej pościeli, przypominała postać z obrazów Modiglianiego. Zauważył, że twarz, dłonie i kostki są delikatnie opuchnięte. Na dekolcie i brzuchu miała wyraźną pokrzywkę. Lewa dłoń schowana była pod poduszką. Prawa leżała przy ciele mniej więcej na wysokości biodra. W okolicy nadgarstków i kostek dostrzegł ledwie wyraźne rysy.

– Ma spuchnięty przełyk i język. – Wojtyłka pojawił się w drzwiach sypialni. – Wygląda na to, że się udusiła.

– Jak to? – Bruno utkwił wzrok w Danielu, całkowicie ignorując prokuratora.

– Pewnie anafilaksja. Wiesz, ile świństwa jest teraz w tych lekach? Wystarczy, że miała na coś uczulenie. Poza tym poczytaj sobie o skutkach ubocznych, a odechce ci się brać czegokolwiek. – Starszy mężczyzna poprawił druciane okulary na nosie.

– Nie dziwi cię to, że przed śmiercią chciała do kogoś zadzwonić? – Wskazał Danielowi nienaturalnie wygiętą do tyłu rękę, która wyglądała, jakby dziewczyna sięgała nią pod poduszkę.

Zanim jednak technik zdołał odpowiedzieć, odezwał się Tomasz:

– Skończ tę błazenadę. Zwyczajny spazm pośmiertny.

Bruno zamrugał, po czym zaczął dokładnie oglądać prokuratora z każdej strony.

– Możesz się odwrócić tyłem?

Kilku policjantów przerwało swoją pracę i z ciekawością spojrzało w stronę tych dwóch.

– Odbiło ci? – Wojtyłka był wyraźnie zdezorientowany.

Wilczyński machnął ręką i wychylił się tak, by dokładnie obejrzeć plecy kolegi.

Policjanci spojrzeli po sobie. Prokurator wciągnął powietrze, najwyraźniej po to, by nie eksplodować, i z klasą podobną do tej, z jaką nosił swój garnitur, wycedził:

– Co ty, do cholery, wyprawiasz?

– Masz odcięty dopływ tlenu do mózgu. Szukałem jakiegoś pokrętła czy guzika, żeby to odblokować, ale chyba jesteś wybrakowaną wersją, bo nigdzie go nie ma. – Bruno zrobił pauzę i po chwili dodał: – Karolku.

Tomasz zacisnął pięści i rzucił się na policjanta.

– Ty gnoju! – Złapał go za marynarkę narzuconą na znoszony T-shirt z logo Supermana. – Myślisz, że wszystko ci wolno?

– Właściwie to tak. – Wilczyński uśmiechnął się niczym zadowolone z siebie dziecko.

Wojtyłka poczerwieniał na twarzy i jeszcze mocniej ścisnął poły marynarki policjanta.

– Hola, hola, dzieciaki. – Daniel wszedł między nich. – To nie piaskownica. Ogarnijcie się.

Bruno strzepnął z marynarki niewidzialne okruchy.

– Doigrasz się – rzucił prokurator, zanim ostentacyjnie wyszedł z pokoju.


My way or highway – te słowa redaktor naczelny, Paweł Wiśniewski, miał wypisane dzisiaj na koszulce. Wszyscy wiedzieli jednak, że nie jest typem apodyktycznego tyrana, który narzucałby swoją wolę dziennikarzom, ale raczej człowiekiem, który ma ucho do dobrych tematów i umiejętnie balansuje między zawodowym ryzykiem a brawurą. Szefem, który zna się na ludziach, a dzięki temu rozsądnie dobiera pracowników. Przynajmniej tych, których może; pozostałych namaszczał właściciel gazety, biznesmen i poważny gracz na rynku prasy, Łukasz Welcer, zwany szefem wszystkich szefów. Wiśniewski z zespołem planował właśnie nowy numer cotygodniowego wydania magazynu reporterów, gdy otworzyły się drzwi salki konferencyjnej. Chwilę później trzasnęły, zgrzytając metalowymi żaluzjami i przyciągając uwagę wszystkich.

Po pokoju przetoczył się szmer przyciszonych rozmów, kilka osób westchnęło, a wysoki chłopak w czapce z daszkiem rzucił cicho, ale tak, by nie umknęło to niczyjej uwadze, „No proszę, gwiazda we własnej osobie”. Po jego komentarzu kilka osób siedzących najbliżej wygłaszającego tę opinię zarechotało niczym banda podnieconych gimnazjalistów, inni wbili wzrok w blaty stołów lub w naczelnego, jakby czekali na jego ruch.

Paweł zdjął ze spokojem okulary w rogowej oprawie, zmrużył oczy i po tym, jak wysłał komentatorowi napominające spojrzenie, odwrócił głowę w stronę drzwi. Kąciki jego ust drgnęły, gdy zobaczył postać w obcisłych czarnych dżinsach, wysłużonych conversach i z kapturem nasuniętym głęboko na twarz. Odprowadził ją wzrokiem do rogu pokoju, gdzie usiadła na podłodze, a później bez słowa wyjęła z plecaka macbooka air i zaczęła uderzać w klawiaturę, jakby była jedyną osobą w tym pomieszczeniu. Jakby inni byli nic nieznaczącymi elementami wystroju wnętrza, a jej sprawy były ważniejsze od całej reszty.

Wiśniewski bez słowa włożył okulary i wrócił do prowadzenia spotkania. Zbliżali się do końca i uznał, że porozmawia z nią dopiero, gdy zostaną sami, inaczej kolegium rozpłynie się w morzu kąśliwych uwag i niepotrzebnych dyskusji. Takich, jakie zawsze wywoływała obecność Lary, nazywanej tak z powodu atletycznej budowy, zamiłowania do boksu i niezwykłej umiejętności pakowania się w kłopoty. A tak naprawdę Larysy – imię odziedziczyła po prababce z Białorusi – najbardziej tajemniczej i niezależnej reporterki „Magazynu”, której, nie wiedzieć czemu, wolno było więcej niż wszystkim pozostałym dziennikarzom. A nawet jeśli nie wolno było, to i tak jej to nie obchodziło.

 

– Ludmiła, twój materiał o uzdrawianiu niepełnosprawnych dzieci trafi na jedynkę. Dopilnuj autoryzacji wszystkich wypowiedzi. – Paweł wrócił do prowadzenia kolegium.

Dziewczyna o orzechowych oczach i długich, kasztanowych włosach skinęła głową.

– Kuba – Wiśniewski zatrzymał się na chłopaku w czapce z daszkiem – dowiedz się więcej o tych gangach, bo inaczej materiał nie pójdzie.

Chłopak prychnął pod nosem, ale naczelny to zlekceważył.

– Ula, miej w pogotowiu tekst o seksie na Wyspach Owczych, a ty, Marcin, zdobądź jeszcze jakiegoś bohatera do pracy z domu, niech to bardziej wybrzmi, dobra?

– Jasne. – Mężczyzna z zarostem i w okularach uśmiechnął się lekko.

– A teraz spadajcie do roboty. – Paweł otworzył drzwi i wykonał gest zapraszający do wyjścia.

Kiedy ostatni dziennikarz opuścił pokój, zamknął drzwi i spojrzał na nią. Larysa była czymś tak pochłonięta, że nie zauważyła, iż zostali sami. Paweł przyglądał się jej skupionej twarzy, po czym mimowolnie zawiesił wzrok na pieprzyku nad jej ustami. Ten drobny element w połączeniu z ciemną oprawą oczu i ostrzyżoną na krótko głową nadawał jej ostry, srogi wyraz. Redaktor naczelny odchrząknął znacząco, a wtedy ona spojrzała na niego i wstała z podłogi.

– Groźny jak zawsze. – Ironiczny uśmiech pojawił się na bladej twarzy.

– Robię, co mogę. – Wiśniewski wzruszył ramionami. – Jak sponsoring?

– Kwitnie.

– Wiesz przecież, o co pytam. Co z artykułem?

– Piszę.

– Udało ci się dotrzeć do tego skurwiela?

– Pracuję nad tym. – Spojrzała w okno, a on poczuł, że czegoś mu nie mówi.

– Słuchaj, a ten Ireneusz, policjant z ubera zarejestrowanego na żonę… – Zawahał się. – Podobno dziennikarze dostali od kogoś cynk, gdzie go znaleźć, a anonimowy informator wysłał im zdjęcia, których używał do szantażowania swoich ofiar. Mówi ci to coś?

– Niewiele, poza tym, że Ireneusz to kiepskie imię.

Paweł pokiwał głową, choć był pewien, że kątem oka dostrzegł przemykający po jej twarzy cień zadowolenia. Przez chwilę oboje milczeli, na tyle długo, że szum wentylatora stał się nieznośnie głośny. Wodząc wzrokiem po wydeptanym linoleum, Wiśniewski zauważył, że Larysa ma długie, pomalowane paznokcie. Zupełnie nie w jej stylu. Niewygodne i zbyt kobiece.

– Zmiana image’u? – Usiłował się zaśmiać, wskazując na jej dłonie, ale gdy tylko zamknął usta, zrozumiał, że to przebranie, i w ułamku sekundy poczuł znane już ukłucie niepokoju. – Chyba nie zamierzasz z nim pogrywać?

– Przestań. Wykonuję swoją pracę. Ty chcesz mieć materiał, Welcer chce zarobić, a ja mam ochotę zdemaskować gnoja.

– Niby jak? Udając panienkę do zaliczenia? – Żyły na skroniach zaczęły mu pulsować. – Zdajesz sobie sprawę z tego, co on ci może zrobić? Pamiętasz, co mówiła ta dziewczyna? To nieobliczalny sadysta.

– To moja sprawa.

– Przecież nawet nie wiesz, z kim masz do czynienia! – Gestykulował energicznie. – A jeśli sponsorem okaże się jakiś znany biznesmen albo polityk?

– Tym lepiej. – Na jej twarzy pojawił się delikatny grymas satysfakcji.

Paweł westchnął ciężko i opuścił ręce z rezygnacją.

– Naprawdę chcesz się mu podłożyć? – powiedział już ciszej, z wyczuwalną troską w głosie.

– Nie mam innego wyjścia. – Spojrzała na jego T-shirt. – My way or highway. – Uśmiechnęła się.

– Nie rozumiesz, że to nie jest jakiś pierwszy lepszy taksówkarzyna, tylko prawdziwy świr?

– Skończyłeś? – Rzuciła mu jedno z tych spojrzeń, które sprawiały, że w ułamku sekundy czuł się jak w najbardziej upokarzających chwilach swojego życia.

Położył ręce na biodrach i westchnął.

– Kiedy?

– Dziś w nocy – odburknęła, grzebiąc w plecaku. Dla niej temat był już zamknięty.

– Świetnie. Powinienem życzyć udanej randki? – spytał sarkastycznie.

Larysa zignorowała jego zaczepkę.

– Trzymaj. – Wręczyła mu kilka matowych zdjęć.

Wiśniewski ściągnął brwi i przyglądał się fotografiom. Przedstawiały blok z wielkiej płyty, taki jakich w Warszawie wybudowano setki w latach osiemdziesiątych, oraz jego mieszkańców. Wyglądały na zrobione ukradkiem, większość fotografowanych nie zdawała sobie sprawy z tego, że są obserwowani, a tym bardziej utrwalani na kliszy. Na jednym była kobieta wieszająca na balkonie pranie, na innych dziecko bawiące się z psem pod klatką, starsze małżeństwo z zakupami, dziewczyna opalająca się w bikini, mężczyzna z papierosem i para w miłosnym uścisku. Gdy je przerzucał, nagle jego dłonie się zatrzymały. Miał przed sobą niewyraźne zdjęcie zrobione nocą. Naga kobieta przewieszona przez balustradę balkonu na pierwszym piętrze. Spojrzał na Larysę, a później wrócił do fotografii. Kolejna przedstawiała tę samą nagą kobietę biegnącą dziedzińcem i w panice oglądającą się za siebie – podobnie jak ostatnia, tyle że ta obejmowała szerszy kadr.

– Kto to jest? – Popatrzył na nią znad okularów.

– Anna Mielcarz. Profesor lingwistyki z UW. Dziesięć lat temu wyskoczyła z balkonu w środku nocy i wbiegła na ulicę wprost pod nadjeżdżający samochód. Naga.

– Co się stało?

– Policja stwierdziła, że zwariowała, dostała ataku paniki i bum. – Larysa klasnęła w dłonie tak mocno, że aż się wzdrygnął.

– Mieli podstawy?

– Ludzie mówili o niej różne rzeczy. Niektórzy twierdzili, że miała z kimś romans, inni wspominali, że chodziła do terapeuty i przyjmowała leki. Podobno miała napady lęku i zwidy. Jej mąż twierdził, że to genetyczne, jej matka była znaną osiedlową wariatką, zanim zmarła. Uważał, że coś sobie ubzdurała. Poza tym nikt nikogo nie widział, a kamery miejskie zarejestrowały moment, gdy wbiega pod samochód. Sama. Goła, roztrzęsiona, jakby w amoku. Trudno było z tym dyskutować.

– Ale ty coś znalazłaś?

– Masz to przed sobą. – Wskazała ręką na zdjęcia.

Wiśniewski przyjrzał im się uważnie, ale nie rozumiał, o co jej chodzi.

– Tu. – Dotknęła palcem ciemnego kształtu na zdjęciu z szerokim kadrem. – Widzisz?

Pokręcił głową.

– Poczekaj. – Wyjęła laptopa i otworzyła jakiś program do obróbki zdjęć.

Na ekranie ukazała się ta sama fotografia, którą trzymał w rękach. Kliknęła kilka razy, a później zaznaczyła wybrany obszar. Poprawiła ostrość i znowu powiększyła. Paweł Wiśniewski wstrzymał oddech, gdy zobaczył, co wyłania się z cienia.

– Pokazywałaś to policji? – Wgapiał się w niewyraźną męską postać, która ewidentnie szła za Anną Mielcarz.

– I co im powiem? Że się pomylili, a Mielcarz wcale nie była wariatką?

– Ale chyba nie zamierzasz… – Urwał w pół zdania, bo zdał sobie sprawę, jak naiwne było to pytanie.

Oczywiście, że zamierzała. Pokręcił głową z niedowierzaniem. Załatwi sprawę na własną rękę. To dokładnie w stylu Larysy: odnaleźć tego mężczyznę, ustalić fakty i oczyścić imię niewinnej kobiety.

Wszystkie jej reportaże dotykały tematów przemocy seksualnej, przemocy domowej, krzywdzenia dzieci i mężczyzn wykorzystujących swoją pozycję, by poniżać kobiety. Długo nie mógł zrozumieć, czemu tak ją to rusza. Była dobrą dziennikarką i kilkakrotnie sugerował inne obszary, ale zawsze odmawiała. Kiedy o tym myślał, dotarło do niego, że właściwie niedużo o niej wie. Szukał informacji na jej temat, ale poza tym, skąd pochodzi i gdzie się uczyła, niewiele udało mu się znaleźć. Wiedział, kim są jej rodzice i że nie utrzymuje z nimi kontaktu. Niedawno zdołał ustalić, że w Warszawie studiuje jej brat, z którym – jako jedynym z rodziny – Larysa podtrzymuje relacje.

Więcej informacji nie miał aż do ubiegłego miesiąca, gdy przeglądając fora internetowe „Magazynu”, natknął się na seksistowskie przechwałki jakiegoś frajera z Podlasia. Mężczyzna ukrywający się pod pseudonimem Maro31 pysznił się tym, że wiele lat temu, podczas balu maturalnego, wykorzystał seksualnie koleżankę z klasy i uszło mu to na sucho. Dopiero pod gradem krytycznych komentarzy ze strony internautów zaczął się tłumaczyć, że zamierzał wynagrodzić dziewczynie krzywdę, ale krótko po wydarzeniu wyjechała z miasta i słuch po niej zaginął. Wiśniewski postanowił go namierzyć. Zakładał, że temat się Larysie spodoba, i zbierał wszystkie okruszki. Facet był na tyle zadufany w sobie, że stracił czujność. Podawał zbyt wiele informacji, a to mogło pomóc w zidentyfikowaniu go. Tyle że Paweł nie był w tropieniu tak dobry jak ona i nie ufał swojej intuicji.

Wysłał jej link i wszystko, czego udało mu się dowiedzieć. Larysa nawet nie odpisała na wiadomość. Tydzień później zapytał ją w mailu: „Co z tym?”, i raz jeszcze podał link. Odpowiedziała mu krótko: „Ślepa uliczka”. To go zdziwiło, ale prawdziwe zaskoczenie przyszło dopiero wtedy, gdy zorientował się, że mówiła serio. Rzucała takie definitywne oświadczenia już wcześniej, ale zazwyczaj dwa dni później wysyłała mu rozwiązanie. Tym razem czuł, że skapitulowała. A to go zaintrygowało.

Inne książki tego autora