Zamknij oczyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Iwona Żytkowiak, 2019

Projekt okładki

Paweł Panczkiewicz

Zdjęcie na okładce

© Laura Kate Bradley/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8169-669-2

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

cierpienie

też może być skrzydłem temu

kto nosi

w sobie ptaka

Romana Kaszczyc

Istnienie jest produkowaniem przeszłości.

Emil Cioran

Romo!

W czepku urodzona.

Tęczowa rybo ze snu Twojego ojca.

Królowo barlineckiej puszczy…

Mamy wobec siebie zobowiązania.

Prolog

– Chcę napisać o tobie, Roma – powiedziałam. Zwyczajnie. Tak jakbym zamierzała oznajmić: chcę cię zaprosić na kawę. A nie jakbym informowała kogoś o tym, że oczekuję od niego sprania się ze swojego życia. Że liczę na odsłonięcie zasłoniętego, na rozdrapanie zabliźnionego, na akt ekshibicjonizmu. – Nosisz w sobie tyle historii. Szkoda, żeby przepadły – dodałam.

W telefonie na chwilę zapadła cisza. Pomyślałam sobie, że straszna ze mnie idiotka. Nagle ni z gruszki, ni z pietruszki dzwonię do niej i proponuję, by stała się moją opowieścią. Chciałam przeprosić, rozłączyć się. Zrzucić ten nietakt na karb roztargnienia, głupiego podszeptu. Ale wtedy po drugiej stronie usłyszałam równy, ale dziwnie ciężki oddech. Milczałam, spodziewając się gorzkich słów. Byłam na nie gotowa. Zaczęła z ociąganiem, jakby wciąż ważyła słowa. Jakby chciała być pewna, że chce powiedzieć to, co mówi:

– To fantastycznie. – A potem wyrzuciła z siebie na jednym tchu: – Ja ci opowiem wszystko! Co tylko będziesz chciała. Możesz pytać. Odpowiem na każde twoje pytanie. – Jej głos drżał. Nie wiedziałam, czy ze wzruszenia, czy z innych przyczyn. A może drżał najzwyczajniej dlatego, że była słaba.

Słuchałam jej i usiłowałam ją sobie wyobrazić. Widziałam drobną postać, na wskroś skromną, nierzucającą się w oczy. Ubraną w długą zwiewną spódnicę o niemodnej długości – ani midi, ani maksi, taką do pół łydki. Sweter. Jakby za duży, w kolorze magenta (gdyby nie ona, zapewne w życiu nie poznałabym tej nazwy; pewnie nazwałabym go buraczkowym albo wiśniowym, ale ona powiedziała kiedyś „lubię kolor magenta”, a potem jak dziecku wyszukiwała przedmioty, wskazywała na nie palcem i oznajmiała: „To jest magenta, trochę jak amarant, a trochę jak rubin”). Krótko ostrzyżone włosy, które – mimo że ledwie odrastały od głowy – wciąż odgarniała. Nie lubiła, jak przylegały do czoła, twierdziła, że wyglądają wówczas nienaturalnie, jak dorysowane niedbałą kreską.

– Wiesz, ja teraz prawie cały czas jestem w domu. Nie wychodzę nigdzie. Jeszcze jestem za słaba. Ale – nagle pospieszyła z zapewnieniem – już jest lepiej. O! Dużo lepiej! Piotr mi załatwił ten szpital. To świetny szpital i wspaniali lekarze. I wszyscy się tak mną zajmowali, jakbym była nie wiadomo kim. Aż mi było głupio, bo przecież nikt mnie tam nie znał. Ale byli dla mnie tacy mili, tacy mili… – mówiła szybko i słychać było, że wkłada w to niemały wysiłek.

Miałam nieodparte wrażenie, że bardzo jej zależy na tym, by mnie przekonać, że jest z nią całkiem dobrze. Jest w świetnej formie i doprawdy nie ma w tej chwili nic ważnego na głowie – i będzie cudownie, jak o niej napiszę. I zanim zdołałam cokolwiek powiedzieć, ona już zaczęła swą opowieść. Nie miałam śmiałości jej przerywać, ale też nie chciałam. Bo gdy zaczynała mówić, wszystko inne przestawało być ważne. Nikt tak jak ona nie potrafił opowiadać. W pewnym momencie umilkła na chwilę. Słyszałam, jak łapie oddech. Kaszlała.

– Trochę się przeziębiłam – tłumaczyła się skwapliwie. – To przez te otwarte okna. Tam, w szpitalu, wciąż wietrzyli. W salach i na korytarzach okna otwarte na przestrzał. Przeciągi na każdym kroku. Ale rozumiem… Przecież muszą tak robić… Te wszystkie choróbska…

Wszystko potrafiła usprawiedliwić.

*

Ledwie trzy dni temu syn przywiózł ją z odległego o ponad dwieście kilometrów Śremu. W drodze do Kórnika co rusz przysypiała. Zmęczona po nieprzespanej nocy. Od dłuższego czasu ból nie pozwalał jej spać. Czasem dawał się uśmierzyć, ale częściej to ona wykrzesywała z siebie jakieś niesamowite siły i dzielnie znosiła kolejne napady. Po wszystkich zabiegach fizjoterapeutycznych czuła się lepiej i niekiedy udawało jej się wykraść trochę snu. Tej nocy jednak przewalała się z boku na plecy. Może przez tę podróż… Kilka lat z okładem minęło, odkąd podróże znalazły się poza sferą jej życia. Kiedyś nie było problemu: Barlinek−Wrocław–Warszawa, Polska–Niemcy–Szwecja, nawet do Stanów mogłaby się wybrać… Ale to już było za nią. Teraz z trudem znosiła wyjazdy. Zwłaszcza te dalsze. Nieustające bóle stawów i wewnętrzny niepokój powodowały, że wolała się nie ruszać z Barlinka. Owszem, do Gorzowa, Szczecina, ale już nieco dalej… Ech. A przecież tak bardzo chciałaby pojechać choćby do Wrocławia…

Gdy tylko wjechali na autostradę, senność uleciała. Zapadnięta w wygodnym fotelu, przyglądała się beznamiętnemu krajobrazowi. Cóż to właściwie za krajobraz! Ściany dźwiękoszczelnych ekranów zasłaniały szarobure o tej porze roku pola. Gdzieniegdzie w prześwitach majaczył las. Też jakiś smutny i nijaki. Raz po raz do jej uszu docierał świst mijających ich samochodów. Wówczas mimowolnie odwracała głowę. Najgorzej było, gdy mijał ich tir. Wielki jak stodoła. Najpierw ich doganiał, sadowiąc się niemal na bagażniku samochodu, a potem wyprzedzał. Ze swojej pozycji widziała tylko kręcące się szybko wielkie koła. A potem potężny podmuch powiet­rza uderzał w ich auto i spychał je nieznacznie na prawą stronę. Wystraszyła się. Dobrze, że Piotr był wprawnym kierowcą i dwiema rękami pewnie trzymał kierownicę. Widziała jednak, jak przez ułamek sekundy mięśnie syna zadrgały, a na skroni zapulsowała skręcona żyła.

Milczeli. Wolała go nie rozpraszać. Za Jordanowem już z pewnym zniecierpliwieniem wyglądała zabudowań pocysterskiego klasztoru. Pamiętała, że za każdym razem budził jej podziw. Najpierw wyłaniały się dwie imponujące wieże, a potem oczom ukazywał się piękny barokowy zespół klasztorny ze smukłym, strzelistym kościołem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny i Świętego Marcina na czele. Odwiedzała to miejsce wiele razy. Lubiła panujący tam spokój. I choć nie chodziła do kościoła na msze, to wnętrza świątyń, tak pełne mistycyzmu, zawsze wprawiały ją w zadumę. Ten kościół pamiętała szczególnie. Kiedy któregoś razu z Antonim zjechali z drogi, by wstąpić do środka, zaskoczył ich młody przewodnik – alumn, głosem ściszonym, ale pełnym zdecydowania najpierw poprosił, by zakryła ramiona, a potem wskazał grupę, do której musieli dołączyć, bo świątynia nie była dostępna do indywidualnego zwiedzania. Już w kruchcie poczuła ów niesamowity nastrój. W powietrzu roztaczał się zapach kadzidła. Czekali na wyjście innej grupy. Przez uchylone drzwi podziwiała gotyckie ornamenty, oddalony ołtarz. Chciała jak najszybciej znaleźć się w środku, podziwiać bijący zielenią chór, zachwycać się manierystycznymi dekoracjami na filarach. Dotykać nieskończoności. Wiele razy obiecywała sobie, że tam wróci. Będzie oglądać freski, polichromie, przechadzać się wirydarzami. Ale wciąż brakowało czasu. Ostatnio jakby jeszcze bardziej.

Już przed samym Gorzowem się zdrzemnęła. Piotr oderwał prawą rękę od kierownicy i sięgając na tylne siedzenie, wyszarpał spod pełnych reklamówek zwinięty polarowy koc. Opatulił matkę jak mógł najszczelniej. Była taka mała i krucha. Pomyślał, że jakoś umknął jego uwadze czas, kiedy tak się skurczyła. Wyłączył radio. Ciche pochrapywanie wypełniało niewielką przestrzeń samochodu. Kiedyś przeszkadzałoby mu to, ale teraz te dźwięki, dyskretne jak odgłosy lasu, budziły w nim wzruszenie.

*

– Ale nie będziesz mnie nagrywać? – spytała. – Mikrofon, dyktafon… to takie bezduszne urządzenia. Za stara już jestem. – W tonie jej głosu słyszałam niepewność, może nawet próbę tłumaczenia się. Nie lubiła techniki. Na ile mogła, broniła się przed nią. Nawet telefon, z którego teraz korzystała, dostała od syna. Nalegał. Tak było mu łatwiej. Od jakiegoś czasu trudno mu było pogodzić się z myślą, że jest tak daleko od niej. I on, i Elka. Wiedział jednak, że za żadne skarby nie wyrwie jej z Barlinka. Wszczepiła się tutaj. Zapuściła głęboko korzenie. Splątane, wrośnięte ciężko wyrwać.

– I chyba już nie dla mnie te wszystkie nowinki. Wiesz, ten telefon, który mam, to Piotr mi kupił. – Ilekroć wymawiała imiona swoich dzieci, w jej głosie brzmiała duma. – Bo on się wciąż martwi o mnie. Ela też. Dzwonią do mnie. Często. Piotr to tak różnie, ma wiele na głowie. Ela za to dzwoni zawsze o tej samej godzinie. Już się nauczyłam wciskać te małe przyciski, chociaż czasem jeszcze się mylę. Ale i tak lubię ten ograny dzwonek telefonu stojącego na półce. Nie muszę go szukać po domu. Zawsze jest w tym samym miejscu… Tę komórkę staram się zawsze trzymać przy sobie. Żeby jak najszybciej odebrać. Nieraz nie zdążę…

– Nie, Roma, jeśli nie chcesz, nie będę nagrywać – uspokoiłam ją.

– Bo wiesz, zawsze jak mnie nagrywają albo filmują, to ja z miejsca tracę rezon – pospieszyła z wyjaśnieniem, jakby się wystraszyła, że zrezygnuję z tego pomysłu. – Ja chcę rozmawiać. Nie mówić. Mówić mogę do siebie – dodała z zadziwiającą żarliwością. – W końcu od dawna mieszkam sama. Możesz notować. Wszystko. Jak trzeba, powtórzę.

 

– Dobrze, będzie, jak chcesz. Ty będziesz mówić, mówić, mówić, a ja będę pisać, pisać, pisać.

Roma umilkła, a ja już widziałam siebie notującą skrzętnie. Gdy coś mi umknie, pytam, wracam, drążę. A Roma – jakbym przycisnęła w niej przycisk previous, cofa się do niepełnego epizodu.

1

Spotkanie pierwsze: Zapachy

Na Podolu płacze kamień, hen pod lasem jest ten kamień.

Podolanka siadła na nim, samiusieńka jak ten kamień.

Siedzi, szlocha, ręce łamie. Gdzie jest prawda, a kto kłamie?

Oczy we łzach, głos się łamie. Jaka prawda i kto kłamie?

– Już jesteś! Dobrze! – przywitała mnie z uśmiechem. Chwilę się wahała, nie wiedząc, gdzie mnie zaprosić. Do jednego pokoju czy do drugiego.

W korytarzu stały częściowo rozpakowane torby.

– Jeszcze się całkiem z tym nie uporałam. Wiesz, coraz trudniej mi się ogarnąć. Ale już prawie! Zostało mi kilka rzeczy do prania! Może dzisiaj.

I zaraz, drobiąc krok, zaprowadziła mnie do kuchni.

– Lubię siedzieć w kuchni! A ty? – Nie czekała jednak na odpowiedź, tylko kontynuowała z ożywieniem: – Kuchnia jest taka swojska, prawda? Gdy przyjaciele przychodzą do mnie, siadamy tutaj. Ciasno nam, gnieździmy się jak sardele, ale co tam… Nikomu to nie przeszkadza.

Uśmiechała się i kątem oka sprawdzała, czy na pewno mi to odpowiada. Odpowiadało. Kuchnia skracała dystans. Nie musiałam siedzieć z ładnie ułożonymi nogami, wyprostowana i sztywna. Mogłam oprzeć ręce o stół albo skrzyżować pod nim nogi.

Na blacie piętrzyły się książki, skoroszyty, albumy. Szybko rzuciłam okiem na grzbiety. Jakaś cienka broszurka Nasze Kopyczyńce, czarny skoroszyt.

– Nie, nie! Na to nie patrz! Tak sobie przeglądałam! Wiesz, musiałam wywlec z pamięci pewne rzeczy. Coraz częściej wszystko mi się kićka… – Rozłożyła bezradnie ręce, zarzucając ramionami. Pokręciła głową i dodała pogodnie: – Tak już jest! Ulatują z głowy całe lata… Jakby ich w ogóle nie było. Ale wiesz, czasem chciałoby się, by coś zniknęło. Na zawsze. Tak jakby nigdy się nie zdarzyło.

Nagle poderwała się i podreptała do przedpokoju. Wróciła, grzebiąc w niewielkiej skórzanej torebce.

– O, zobacz! Mam! Chciałam ci to pokazać.

Podała mi mały obrazek z białą fasadą klasztoru. Odwróciłam go i przeczytałam kilka zdań o zespole klasztornym. Zupełnie nie rozumiałam, o co jej chodzi.

– O, tu byłam! W tym klasztorku. Nie! To duży kompleks. Piotr mi załatwił tam miejsce. Ale mniejsza o to! Tam… – ściszyła głos, jakby zamierzała zdradzić jakąś wielką tajemnicę albo przynajmniej powiedzieć coś bardzo niestosownego – …tam były wariatki. Codziennie wychodziły na spacer. I krążyły przy ogrodzeniu. Jedna za drugą. Jak gęsi. Rzadko ze sobą rozmawiały. Wszystkie oprócz jednej. Piękna dziewczyna. Z długimi włosami. – Roma opowiadała z półprzymkniętymi powiekami. To pozwalało jej przywołać jak najdokładniejszy obraz. Jej dłonie wędrowały wzdłuż skroni, jakby to ona miała piękne, długie włosy. – Była młoda i prężna. Niektóre czasem podchodziły do płotu i prosiły o papierosa. Dawałam, chociaż wszyscy mówili, by nie dawać, bo się nie odczepią. Ale tamta – nigdy. Krążyła. Miarowo. Widziałam, że wciąż coś szemrze pod nosem. Korciło mnie, by ją zaczepić. Chciałam wiedzieć, co mówi… Pewnie też miała swój świat, a może zaklinała coś, może coś z siebie wyrzucała…

Roma zamilkła na moment. Czułam się cokolwiek zażenowana tą „opowieścią”, nie rozumiałam związku. Wpatrywałam się beznamiętnie w małą fotografię, by ukryć zmieszanie, gdy nagle ni w pięć, ni w dziewięć rzuciła:

– Wiesz, lubię wariatki!

Odsunęła ode mnie popielniczkę. Wzruszyła ramionami. Dostrzegłam w jej twarzy wyraz zawstydzenia, jakby chciała powiedzieć: Wiem, już dawno powinnam rzucić to cholerstwo.

– Roma, jak chcesz, to pal. Mnie nie przeszkadza. – Trochę skłamałam. Rzuciłam palenie kilka lat wcześniej, dym wciąż mnie drażnił, a czasem kusił, tak że najchętniej chwyciłabym papierosa i zaciągnęła się głęboko, aż po wszystkie tkanki.

– Nie, nie… Ja bardzo mało palę. Czasem tylko… Właściwie to prawie wcale… – tłumaczyła się jak uczennica, ale kiepsko jej to wychodziło: w domu wisiał intensywny zapach niedawno wypalonych papierosów. Nie miałam jednak zamiaru jej mitygować. Jej dom.

Kuchnia tonęła w popołudniowym świetle – wlewało się do środka przez duże okno, igrało na mosiężnych dzwonkach, blaszanych ptaszkach, glinianych dzbankach. Siedziałyśmy naprzeciw siebie. Kątem oka widziałam, jak skubie skórki przy paznokciach; przy niektórych porobiły się już ranki. Chyba złapała moje spojrzenie, bo wstydliwie zwinęła dłoń w pięść. Obie byłyśmy sobą nieco skrępowane. Ja – bo oto miałam wniknąć w jej życie, dopaść do jej wspomnień, tych najodleglejszych. Pewnie już poupychanych w głowie w dawno nieodwiedzanych zakamarkach, przykurzonych, zapomnianych. Ona – bo oto miała wyjść zza fasady, która chroniła jej intymność, za którą całe życie skrywała swoje lęki oraz żale, i nagle teraz pokazać się mi, nie jako silna kobieta – barlinecka Roma, którą wszyscy znają, podziwiają – ale jako krucha, pełna bolesnych doświadczeń, stara, schorowana kobieta.

*

– Powiem ci o Kopyczyńcach, o miejscu utraconym – zdecydowała. – To najpierw. Bo później… później wszystko może się zdarzyć.

Wzięła do ręki cienką, zieloną książeczkę. Przerzucała kartki wte i wewte.

– Nie da się na kilkudziesięciu stronach spisać wszystkiego… Nawet na setkach, na tysiącach… Można spisać tylko to, co się da opowiedzieć. A ile się nie da… a ile się nie chce… Kiedy w latach sześćdziesiątych przyjechałam tu pierwszy raz, młoda byłam i zagubiona i nie szukałam jeszcze swojego miejsca. Ale gdy zobaczyłam to miasto. Te lasy. To jezioro w środku cywilizacji, w samiutkim centrum. Że nawet nie trzeba było iść poza miasto, bo ono było sercem miasta. Otulone lasami. Okolone gęstwą trzcin z krzyczącym ptactwem. Wiedziałam, że to moje miejsce odzyskane.

*

– Roma. A jak to możliwe, żebyś to wszystko spamiętała? Te Kopyczyńce, ten staw w środku miasta? I Kutec? I Żydów w tych tałesach z fajtającymi cycesami, w tych chałatach, które podczas ożywionych rozmów przy wyszynkach, kramach łopotały jak wielkie skrzydła strasznego ptaszyska. W tych letnich jarmułkach i zimowych lisiurach. Z tymi pejsami wijącymi się przy skroni jak małe żmijki?

Zamyśliła się, jakby wygrzebywała z głowy odpowiedzi, szukając tej najlepszej. W końcu westchnęła głęboko i powiedziała:

– Już sama nie wiem, co było naprawdę, a co sobie wymyśliłam.

*

Kiedy wyszłam z jej domu, nie potrafiłam powiedzieć, ile czasu tam spędziłam. Już u siebie kartkowałam biały notes. Dziwne to było spotkanie.

*

Dom Józefczuków stał na Słonecznej, tuż przy szemrzącym strumyku wpływającym zaraz za zabudowaniami do rzeki Niczławy, która ciągnęła się płasko przez Kotówkę, Kolędziany i Borszczów, by w Kopyczyńcach rozlać się w wielki staw pośrodku miasteczka, na którym w pewnym miejscu zamiast mostu była grobla łącząca brzegi. Grobla miękka i grząska. Ów staw stanowił naturalną granicę dzielącą miasto na dwie części. W jednej z nich było centrum – z szeregiem okazałych willi otoczonych wyrafinowanymi ogrodami, zadbanymi sadami, z instytucjami miejskimi: szkołą, sądem, starostwem, cerkwią, synagogą i kościołem. Tutaj też przebiegała ulica Kolejowa, z dworcem kopyczynieckim, z którego można było się udać do Tarnopola, a stamtąd choćby już na koniec świata. Tutaj był Kutec – uboga dzielnica ukraińska z szeregiem lepianek krytych słomą – białych z niebieskimi przyzbami, barwionymi ultramaryną, gdzie latem siadali mieszkańcy i śpiewali, a głosy ich niosły się po całej okolicy, z drewnianymi płotami zbitymi byle jak, bez baczenia na nic, ani na trwałość drewna, ani na solidność konstrukcji. I rynek z drewnianą bożnicą, z której wnętrza docierały śpiewne modlitwy, a przez szpary w czas szabatu można było zobaczyć, jak Żydzi, obleczeni w ciemne chałaty, przed aron ha-kodesz, nad którą wisiała lampka ner tamid, kiwają się w przód i tył, majtając pejsami skręconymi jak francuskie loki.

Po lewej stronie nad stawem – tam, gdzie mieszkali Józefczukowie, ale nieco wyżej, na niewielkim wzniesieniu ciągnął się park porośnięty starodrzewem, wśród którego straszyły ruiny pałacu, ze szczerbami murów, z wielkimi oknami pozbawionymi ościeżnic i szyb, pus­tymi na przestrzał, niczym upiorne ślepia. Nieco dalej, już prawie na samym szczycie stał dom, w którym mieszkał z rodziną bogaty Żyd Berehulka – człowiek zacny i o wielkim sercu.

Wokół domu Józefczuków panoszyły się kępy łopuchów z rozczapierzonymi liśćmi, ogromnymi jak łapy wielkoluda, i z wystającymi na cienkich łodygach różowo-fioletowymi kwiatostanami przypominającymi podwodne peryskopy eksplorujące świat. Rośliny słały się gęsto, tworząc nisko nad ziemią rozległy baldachim, co to mógłby posłużyć za schronienie pomniejszej zwierzynie albo niewielkiemu dzieciakowi, gdyby nie to, że sercowate liście, pod spodem szorstkie i szarawe, były nieprzyjemne w dotyku. Nieco dalej ciągnął się pas ugorów. Mało kto siał pszenicę, proso czy grykę. Ziemia w większości leżała odłogiem i rodziła dawne stepowe trawy. Ale zdarzały się pasy gruntu, na których zboże wykwitało wysoko w niebo i szumiało roztrzęsionymi złotymi kłosami, pełnymi ziaren dorodnych i chlebnych. Można było się schronić wśród nich i zapomnieć o całym świecie. Z żyznym czarnoziemem pod nogami, z błękitnym niebem nad głową. Domostwo leżało przy brzegu niewielkiego strumyka, za tym jałowym pasem Józefczukowie okolili swą posiadłość kordonem krzewów porzeczki, agrestu i derenia, który wyrastał całkiem przypadkowo, ale Władysław Józefczuk pozwolił mu się rozwijać. W czasie kwitnienia skraj ogrodu wyglądał jak kolorowa, wyrafinowana ramka dagerotypu przedstawiającego sielski krajobraz. Władysław z niesłabnącą wdzięcznością dziękował Bogu za wszystko, co ten mu dał. (Wiele lat później, w sadzie na Psim Polu, z taką samą gorliwością będzie przyjmował razy otrzymane od Stwórcy).

*

Zazwyczaj o tej porze roku ptactwo czyniło w pobliskich szuwarach i w przybrzeżnym sitowiu rwetes na całą okolicę. Teraz jednak złowróżbna cisza aż dzwoniła w uszach. Nawet w oddalonym o kilkadziesiąt metrów lesie panował niepokojący spokój, jak na tandetnych obrazach przedstawiających dzikie leśne ostępy. Powiet­rze zdawało się wciąż drżeć. Zapamiętale. Niewidzialne wibracje na wskroś przeszywały nieruchomą przestrzeń. Miało się wrażenie, że kilka metrów nad ziemią zawisł zapach przestrzelonego prochu. Trochę kwaśny, trochę ostry. I choć jakiś czas temu – godzinę, może dwie – ucichł świst kul, huk spadających w okolice bomb, przyroda tkwiła w niemej trwodze.

Roma wędrowała ufnie i bez celu, pozostawiając w tyle dom, w którym umęczona matka niczym ta ze świętych obrazów – cierpiąca, acz cierpliwa jak sam Jezus Chrystus – co dzień nakazywała najstarszemu synowi tonem bynajmniej nie żarliwym, przeciwnie – pozbawionym nadziei i radości:

– A ty, Juruś, tylko pamiętaj, by na Romusię, siostrunię swoją młodszą, baczyć! Wiesz, że ona wciąż jak nie z tego świata. A ja, widzisz, chłopcze, uwiązana przy Adzi, rady już nie daję. I choć widzi mi się, że mam już dodatkowe oczy wokół głowy i dwie nowe ręce jak u jakiego jaszczura, to i tak gonię w piętkę, a roboty nie ubywa. Ojciec… jak to ojciec… A! – Machała ręką, pozostawiając kwestię męża niedokończoną.

Zaraz też kręciła się po domu, a to przepierkę robiła, a to pichciła na kuchence, z której dymiło jak piorun. Przepalali czym się dało. Latem trzeba było tylko pod kuchnią palić, to jakoś sobie radzili. Gorzej, gdy temperatura spadała, wówczas trzeba było cały dom ogrzać. Ściany ceglane ciepło, które zmagazynowały, teraz z wolna oddawały, aż w końcu pozostawały zimne, nieprzyjemne. A z lasu nie można było drewna ciągnąć, tyle tylko co chrust. Nie oni jedni potrzebowali. O węglu nie szło nawet zamarzyć. A to na solidnym niemieckim singerze, pozostałym jeszcze z posagu, przerabiała z siebie ubrania, by Roma miała w czym chodzić, a po niej jeszcze kiedyś Adzi mogłyby te sukienki i fartuszki posłużyć, bo to nie wiadomo było, co przyszłość przyniesie, a patrząc na to, co się wyrabia, trudno było o nadzieję. Przecież żyli tu jak w kipieli – gwałtowne, nie do pohamowania wichry historii szalały nieustannie. Jak nie Niemcy, to Ukraińcy albo i Ruski. Nie szło się chronić, nie wiadomo było, skąd i kiedy przemoc przyjdzie, kto wróg. A zresztą co tu gadać! Przy trójce drobiazgu było co robić i wojna niepotrzebna, by Maria Józefczukowa miała prawo być umęczona.

 

Jurek zatem posłusznie chwytał młodszą siostrę i ciągnął tak długo, póki nie zniknęli z pola widzenia Marii Józefczukowej. A gdy odległość od domu była już na tyle bezpieczna, że matula ani nie widziała, ani nie słyszała, nachylał się nad siostrą i wyciągając szyję ponad jej płową głowę, by dojrzeć w oddali czekających niecierpliwie kumpli, gotowych do nowych zabaw, napominał:

– Romusia, ty tu zostań! Pooglądaj sobie motylki, ptaszki. Pozrywaj kwiatki, wianuszki uwij, to potem zaniesiemy to mamusi albo Panience w kapliczce. Wiesz, krasnalu, jak one to lubią. A ja zaraz przybiegnę i pójdziemy razem nad staw albo w kamyczki pogramy. Dobrze?

I szybko muskał ustami jej czoło, i odgarniał pszenne włosy z siostry oczu, i śmigał przez łąki do chłopaków grać w bolkę lub kręcić aureolę z krowiego łajna, zamkniętego w podziurawionej puszce po ruskich konserwach i podpalonego tak, że z otworów na świat wylatywał biały dym. Każdy z chłopaków chciał być świętym, choć nie każdemu udawało się nimb nad głową nakreślić.

*

Niebo błękitniało. Tylko strzępiaste obłoki jak kępy pierza rzuconego przypadkiem gdzie bądź przesuwały się leniwie od czasu do czasu, przyćmiewając napastliwe słońce. Dziewczynka śledziła modraszka, który przysiadał na liściach traganka, rozwijał swoją ssawkę i zapuszczał głęboko w kielichy motylkowych kwiatków zebranych w luźne grona. Chciała pochwycić pięknego owada, ale bała się, że uszkodzi jego skrzydełka i motyl pozostanie na liściach skazany na śmierć. Przeskakiwała więc, wysoko unosząc nogi, by nie dosięgły jej pokrzywy i kłujące osty. W pewnym momencie modraszek poderwał się do lotu i poszybował wysoko, zlewając się z błękitem nieba.

Długo wpatrywała się w górę, mrużąc oczy osłonięte daszkiem z dłoni. Naraz jej uwagę przykuła kolorowa plama majacząca nieopodal wśród pasa zielonych przydomowych krzewów. Roma podeszła bliżej. Coraz bliżej. Niektóre gałęzie były połamane lub przygniecione. Jedna z nich, przygięta do ziemi kraciastą tkaniną, wyglądała jak naciągnięty na pałąk brezentowy kolorowy namiot. Liście błyszczące świeżą zielenią pokryte były czerwonymi kropkami, zupełnie jakby ktoś omaścił je sosem żurawinowym. Tutaj, blisko szpaleru krzewów owocowych, zapach rozkwitających roślin mieszał się z zapachem ziemi i krwi.

*

Roma pamiętała ten zapach. Jak wiele innych. Na przykład zapach mięty. Ostry, drażniący i miły. Mięta rosła tuż za domem od strony strumyka. Wybujała, gęsta. Co roku zawłaszczała kawałek ogrodu. Dawniej tatuś trzebił nowe pędy, bo panoszyły się bezczelnie, odbierając przestrzeń warzywom, ale z czasem machnął ręką. Nie było komu robić w ogrodzie. Maria miała dość roboty w domu i przy dzieciakach, a Józefczuk chwytał czego się dało, by mogli jakoś przeżyć. Nic więc dziwnego, że ogród stawał się coraz dzikszy, ale za to dzieciaki miały niezłe używanie. Gdzieniegdzie można było się natknąć na place szczawiu lub karpy rabarbaru, z których liści Roma robiła sobie parasole. Przy samiutkim domu puszyły się lilie. Były piękne i wyniosłe, zupełnie jak te na obrazie ze świętym Józefem, któremu cudny kwiat ze zwykłej gałązki wyrósł i dzięki temu został Józef oblubieńcem Najświętszej Panienki. Mała nie potrafiła się oprzeć, by nie podejść do nich, nie wsadzić nosa w turbanowy kielich, żeby wciągnąć słodki, mdły zapach. Zawsze po tym miała czubek nosa umazany i wyglądała jak mały klaun. Najbardziej jednak lubiła miętę. Zrywała świeże listki, zgniatała je w małych rączkach, tak że wyciekały z nich krople soku, barwiąc na zielono wnętrze dłoni i pozostawiając na nich rześką woń. Często wrzucała garść liści do kieszeni, gdzie przysychały, a potem kruszyły się po całym domu, tocząc ten obłędny zapach.

*

I jeszcze zapach palonego ciała Roma na zawsze zapamiętała, choć nigdy sama go w myślach nie przywoływała. A gdy już się pojawiał, zawsze szło za nim nieprzyjemne łechtanie na grzbiecie i uderzenia gorąca, jakby plecami przywierała do rozgrzanego pieca.

Było to bodaj za czasów sowieckiej okupacji. Życie w mieście było coraz trudniejsze, mało kiedy dawało się zapomnieć o wojnie, która już dawno wymknęła się historii. Dojmująca bieda, nieustanny strach, zgryzota i niepewność jutra. Ludzie w Kopyczyńcach, jak i na całym Podolu, żyli z dnia na dzień, śpiąc z półotwartymi oczami, bez ustanku nasłuchując głosów z zewnątrz. Nieszczęście mogło się czaić z każdej strony. Od wschodu, od zachodu. Co bardziej zapobiegliwi kopali w sadach lub ogrodach schrony, które zrobione naprędce często się sypały, zalewały je deszcze lub lęgły się w nich szczury. Ale zawsze to było bezpieczniej niż w domu. Czasem, gdy naloty nie ustawały, schrony na długo się zapełniały. Było ludnie. Kopyczyńczanie, przywarci jeden do drugiego, czekali na ciszę, a potem wracali do swych domów. Coraz uboższych i coraz rzadziej przypominających spokojną przystań. Z poniszczonymi dachami, oknami bez szyb, straszącymi jak mroczna zjawa.

Rów, w którego zagłębieniu toczył swój leniwy nurt strumyk, porastały rzędy rosochatych wierzb. Przysadzistych, powyginanych jak stare kobiety, z garbami po jednej lub po drugiej stronie. Suchych i pomarszczonych. I nawet gdy wiosną, wydając z siebie soki, wypuszczały gibkie, prężne wicie obsypane zielonymi listkami, to jednak pnie miały wysłużone i suche. Podatne na ogień.

Tamtego dnia na mostku przerzuconym przez ów strumień dzielący Józefczuków od przedmiejskiego Kutca stał Rusek. Co robił, tego nie wiadomo. Może kurzył fajkę, może palił jakieś papiery. Dość, że w pewnej chwili iskra gnana wiatrem zaplątała się w wierzbowe wicie, naówczas jeszcze długie i suche jak spalone słońcem, przewiane wiatrem chochoły. Drzewo w okamgnieniu zmieniło się w płonącą pochodnię. Ogień pozbawiony jakiejkolwiek kontroli zajmował kolejne i kolejne wierzby, czyniąc coraz większe spustoszenie. Nie wiedzieć kiedy potężne płomienie wzięły w posiadanie najbliższą chatę Sawczuków. Drewniana, kryta słomą, bezwolnie poddała się nieubłaganemu żywiołowi. Na nic się zdały wysiłki zaskoczonych mieszkańców: gospodyni, Halinki ani jej dzieciaka, małego Mykity, ani starego ojca, Hryhorya. Głodne, pożądliwe ozory lizały zachłannie piędź po piędzi, drwiąc z ludzi rozpaczliwie wymachujących czym popadło, usiłujących z okrutnej, piekielnej gardzieli wyrwać cokolwiek, choćby pierzynę czy ikonę Zaśnięcia Matki Bożej, do której co dzień składali ręce, wierząc w odwrócenie losu.

Smuga czarnego dymu i zapach spalenizny wyrwały małą Romę z zabawy w odgadywanie kształtów chmur sunących po niebie. Te bowiem raz przybierały formę jednorożca z rozwianą grzywą, prującego bezmierną niebieską przestrzeń, a raz wyrodzeńca trzepiącego się niespokojnie po niebie. Dziewczynka poderwała się na równe nogi. Nieopodal szalał pożar. Czerwone płomienie jak wielkie pióropusze górowały nad ziemią. Wyrzucały w niebo tysiące iskier, które gasły w locie, sypiąc wokół szary pył. Do uszu Romy dolatywały krzyki i jęki. Pędem rzuciła się w stronę pożogi. Dym zasnuwał wszystko. Trzaskowi walących się beli wtórowały przeraźliwe odgłosy zwierząt, piski, kwilenie, ujadanie. Gorący podmuch cofnął ją, więc w panice popędziła w stronę domu. Wpadła do izby i ledwie łapiąc oddech, krzyknęła zapamiętale:

– Mamusiu! Tatusiu! Cały Kutec czerwony! Słońce spadło na ziemię! Sawczuki płoną!

Matka, beznamiętnie podtykając pod nos małej Agaty wymęczoną, nabrzmiałą pierś, podniosła pozbawione życia oczy na Romę i syknęła gniewnie:

– Cicho, Roma. Nie widzisz, że karmię Adzię?

Słowa starszej córki nie zrobiły na niej żadnego wrażenia. Nieraz już tak było, że Roma przybiegała do domu i raczyła ją niestworzonymi historiami. Zapewne od starej Maksymiukowej, której co jakiś czas Maria Józefczukowa podrzucała skromne wiktuały, niekiedy jakieś ciuchy, by ta trochę Romą się zaopiekowała. Dziewczynka przynosiła z tych wypraw raz kosze grzybów z pobliskich jarów, a raz niestworzone historie o diabłach, wyrodzeńcach zamieszkujących leśne głusze, wądoły i wykroty. Maria nie miała głowy ni cierpliwości do tych Romowych bajdurzeń.