O czym Iza całe życie pamięta?Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Iwona Żytkowiak, 2020

Projekt okładki

Sylwia Turlejska

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Des Panteva/Trevillion.com

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8169-958-7

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Większość z nas ma do opowiedzenia tylko jedną historię. Nie chcę przez to powiedzieć, że w życiu przydarza nam się tylko jedna rzecz: jest niezliczenie wiele wydarzeń, które obracamy w niezliczenie wiele historii. Ale tylko jedna się liczy, tylko jedną naprawdę warto opowiadać. Oto moja.

Julian Barnes

Zaczął od tego, że na czystej kartce napisał: „Nikt nie jest samotną wyspą”. I za cholerę nie mógł sobie przypomnieć, kto jest autorem cytatu, żeby mógł go podpisać, Hemingway?

Zygmunt Miłoszewski

Moim przyjaciółkom – Ewie i Teresie – za wszystkie chwile, w których czułam się potrzebna, szczęśliwa i ważna. Dzięki Wam wiem, że przyjaźń to wzajemność i zobowiązania. Trzeba o nią dbać i zabiegać, bo jak nic na świecie – nie jest dana raz na zawsze.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

I

Iza

Nie miała pojęcia, jak określić swój tak zwany stan cywilny. Chociaż nikomu nie powinno to przysparzać problemów nomenklaturowych, bo znów aż tylu tych stanów nie było – ot, panna, zamężna, rozwódka, wdowa. Jak to powiadają: szału nie ma, dachu nie urywa. Ale jednak Izie zdarzyło się, że wszystkie miała już za sobą. Zapewne tylko panną była raz jedyny – bez szans na powtórkę. Swój panieński stan porzuciła w wieku lat dziewiętnastu z nawiązką w postaci kilku miesięcy. Ostatnie panieńskie urodziny obeszła w gronie najbliższych i kilku koleżanek: Zośki, Anity, Jadźki. No i oczywiście Mateusza. Tak czy owak, klamka zapadła, mleko się rozlało. Nie było powrotu, choćby nie wiem co. Status panny minął jak zimowe lody. I odtąd statusy zmieniały się w jej życiu może nie dość dynamicznie, ale niektórym zdarzało się powtórzyć. Iza była już zamężna. Szczęśliwie i nieszczęśliwie. Szczęśliwie z Mateuszem. Ale ten pewnego dnia nie wrócił do domu. I Iza została wdową. Potem, kiedy już wylała hektolitry łez, kiedy całymi nocami rozpamiętywała każdą chwilę, dzieląc ją na czworo, pięcioro i czort wie na ile jeszcze, kiedy życie bez Mateusza wydało się jej zupełnie bez sensu i bez celu i kiedy stwierdziła, że właściwie mógłby nastąpić koniec świata, los obdarzył ją dzieckiem. Piękną i zdolną Marysią. A niedługo po tym – niedługo oczywiście w kategorii wieczności, bo w przypadku Izy było to kilka lat – także nowym mężem. Makary kolejny raz wpłynął na zmianę statusu Izy, czyniąc ją zamężną, tym razem nieszczęśliwie. Po kilku latach wzajemnego prowadzania się po różnych kręgach piekła Iza się rozwiodła, wchodząc w stan wolny, który w dokumentach przyjmuje stan „rozwiedziona”. Bo w związku z Makarym Iza każdego dnia czuła się ZAmężna. Zawsze była za nim, za mężem, który poza sobą świata nie widział. To on miał największą część szafy i większą walizkę, kiedy wyjeżdżali. To on decydował, kiedy pojadą do Gorzowa, bo miał potrzebę zakupić nowe buty, a tu albo nie było, albo były, ale takie, które mu nie pasowały do szarego szetlanda i nabytych na szczecińskim Turzynie mustangów. Nie wytrzymała przerostu żeńskiego pierwiastka w małżonku. Jego eteryczności, drażliwości, chimeryczności. I – o ile przez następnych kilka lat dzielnie znosiła jego obecność obok siebie – to tylko ze względu na córkę, która swojego biologicznego ojca nigdy nie poznała, a Makary w stopniu zadowalającym przejął na siebie jego obowiązki. Przed pasierbicą mógł bez końca paradować w nowych fatałaszkach, bo ta za każdym razem, gdy Makary z niewielkiego przedpokoju mieszkania w bloku na trzecim piętrze czynił wybieg, udając, że stara wykładzina robi za czerwony dywan, piała z zachwytu i zupełnie nie zwracała uwagi na to, że matce te wygłupy zupełnie nie odpowiadają. Izie nie pozostało więc nic innego niż po raz kolejny zmienić stan. Była więc nie zamężna, ale rozwiedziona. Jakiś czas bujała się w życiu samotnie. W nowoczesnym świecie pojawiło się pojęcia „singielka”, więc skoro pomieszkiwała sama, skoro była sama, mogła przyjąć owo określenie jako adekwatne do swojej pozycji – i zwyczajnie była singielką. Po owych nieszczęśliwych związkach Iza obiecała sobie solennie, że za nic już nie da się wmanewrować w żadne zależności emocjonalne ani inne. Świat mężczyzn okazał się być zupełnie nie dla niej. Natomiast do kobiet żadnych inklinacji nie miała – w przeciwieństwie do Anity. Przyjęła jako fakt, że faceci są z Marsa, a kobiety z Wenus. Ona zaś postanowiła być samotną planetą. Któregoś razu jednak w jej życie wtargnął Marcin. Choć właściwie wnikał w nie dyskretnie, stopniowo oswajając Izę ze sobą. Nie wiedzieć kiedy zyskała przeświadczenie, że to właśnie na niego zawsze czekała. Był samym dobrem, szarmanckością i seksapilem. Zazdrościły jej go wszystkie koleżanki, a połowa po cichu podkochiwała się w nim, gotowa nawet zaryzykować przyjaźń z Izą – tak żartowała Jadźka.

IZA DŁUGIE LATA MIAŁA WĄTPLIWOŚCI, CO ODPOWIADAĆ, GDY KTOŚ ZAGADNĄŁ JĄ O JEJ TZW. STAN CYWILNY: „PANI JEST PANIENKĄ?” LUB „PANI JEST MĘŻATKĄ?”. Z POCZĄTKU UŚMIECHAŁA SIĘ, CO NIECO SKONSTERNOWANA, BO WIDZIAŁA ZDUMIENIE LUDZI, GDY OŚWIADCZAŁA, ŻE NIE JEST PANIENKĄ. A WÓWCZAS NA TWARZACH MALOWAŁO SIĘ ZDUMIENIE, ŻE TAKA MŁODA, A JUŻ NIE PANNA. POTEM, GDY MIAŁA OZNAJMIĆ, ŻE JEST WDOWĄ, UCIEKAŁA WZROKIEM. NIE ZNOSIŁA PEŁNYCH WSPÓŁCZUCIA GES­TÓW I GŁASKANIA PO RAMIONACH. A WRESZCIE, GDY ROZWIODŁA SIĘ Z MAKARYM – SAMA NIE WIEDZIAŁA, JAK OKREŚLIĆ SWÓJ STAN. ROZWIEDZIONA WDOWA? OWDOWIAŁA ROZWÓDKA? NA KONIEC JESZCZE MARCIN. JEDNO BYŁO JASNE – PANNĄ IZA PANKIEWICZ NA PEWNO NIE BYŁA.

II

Pankiewiczowie z Koszykowego Dworu

Rodzina Pankiewiczów mieszkała na obrzeżach Barlinka, a w zasadzie chyba już poza jego obrębem administracyjnym – w niewielkiej wiosce Moczkowo. Choć tak naprawdę mało kto z mieszkańców Moczkowa, zwanego niekiedy Koszykowym Dworem, a za Niemca: Tobelhof, myślał o sobie jak o moczkowianinie; częściej mówili po prostu, że mieszkają w Barlinku. I już wszyscy wiedzieli. Bo o Barlinku, mimo że mały, zawsze ktoś gdzieś słyszał, a już na pewno przed wojną słyszano w Berlinie, skąd do Barlinka przyjeżdżała na „wywczasy” berlińska elita i od którego to miasto wzięło swą pierwotną nazwę. Nie to, co Moczkowo, gdzie trudno było wytyczyć koniec i początek i gdzie wrony zawracały, a diabeł mówił dobranoc. Zapadła pipidówa. Jednak dla ojca Izy, Joachima Pankiewicza, Moczkowo to było Moczkowo! Jego ojcowizna, krwawica, jego siedlisko. Koniec i początek świata. Wprawdzie długo się uczył nowej nazwy, która trzeszczała mu w uszach, więzła w gardle, bo w domu zawsze się mówiło „Dwór”, a tylko w papierach stało Tobelhof. Z czasem zarówno okoliczni mieszkańcy, jak i wszyscy Pankiewiczowie Koszykowym Dworem nazywali ich dom, choć po prawdzie niczego tam nie było, co pozwalałoby skromną chałupkę dworem mianować.

Pankiewiczowie mieszkali w Moczkowie od początku poprzedniego stulecia, kiedy na skutek wojennej zawieruchy Jan Pankiewicz trafił do niemieckiego Berlinchen. W szesnastym roku brał udział w bitwie pod Péronne, gdzie walczył pod dowództwem Bohdana Hulewicza, podobnie jak słynny pułkownik wcielony do niemieckiej armii. I mimo że szczęśliwie przeskoczył blankę, w decydującym momencie trafił wprost pod ogień przeciwnika. I ziemia osunęła mu się spod stóp. Niewiele zapamiętał, ale fakt pozostawał faktem. Lekarze ze szpitala w Amiens kreślili krzyże na piersi i jemu polecali czynić to samo – krzyże kreślić i wota dziękczynne składać, gdy po wielu dniach w malignie okazało się, że oprzytomniał i mimo ciężkich ran uszedł z życiem. A potem opuścił szpital. Jego zdziesiątkowana armia rozpierzchła się po świecie. Został sam. Było mu wszystko jedno, dokąd pójdzie i co się z nim stanie. Błąkał się po Europie, od czasu do czasu udało mu się złapać jakąś robotę, tyle jednak podejmował się czegokolwiek, ile potrzebował do dalszej wędrówki. Aż wreszcie – wymizerowany, sterany żołnierską tułaczką – dotarł na skraj Nowej Marchii, na wschodnich rubieżach Rzeszy, do uroczego Berlinchen.

Spodobały mu się jezioro w środku miasteczka i spokój. Tego ostatniego szczególnie potrzebował po lazarecie, długiej tułaczej mordędze i braku nadziei. Najął się u miejscowego bogatego bauera. Dni schodziły mu na pracy. Wieczory spędzał na spacerach po okolicznych lasach, łąkach i ugorach. Czasem kluła się w jego głowie mrzonka, by kiedyś na tych połaciach zielonych, patrzących na jezioro, niebieszczące się pośród rozrosłych na brzegach dębów, zbudować dom i zostać tu na wieki wieków. Zaraz jednak przepędzał bzdurną myśl i wracał do rzeczywistości, rzucając się w wir pracy. Nie myślał o rodzinie, o przyszłości. Żył pchany jakąś naturalną siłą rozpędu. I ani przeszłość, ani przyszłość szczególnie go nie zajmowały.

Ale to właśnie tam, w majątku Horsta Healera, leżącym na wylocie do Landsbergu, poznał Karen Delinger. Wyłoniła się przed nim któregoś majowego dnia, tak samo nieoczekiwanie, ale i w sposób jak najbardziej naturalny, jak to miejsce.

– Po mleko przyszłam – oznajmiła, kołysząc miedzianą bańką.

 

Chwilę się w nią wpatrywał, jakby szukał potwierdzenia, że jest rzeczywista. Cielesna.

Dziewczyna była drobna. Gdyby nie ostre rysy twarzy i mądrze patrzące oczy, okolone ściągniętymi ku sobie brwiami, co dodawało jej powagi, można by mniemać, że ma ledwie kilkanaście lat, a nie prawie dwadzieścia dwa. Przez kolorową bluzkę, wciągniętą w suto umarszczoną spódnicę, prześwitywały krągłe piersi, jakby uformowane z gliny i doklejone, zupełnie niepasujące do filigranowej sylwetki. Wokół głowy miała spleciony gruby warkocz, rudawozłoty. Ni z tego, ni z owego przyszło mu do głowy, że trudno byłoby ją znaleźć pośród dojrzewających zbóż. Musiał mieć dziwny wyraz twarzy, bo dziewczyna powtórzyła, dzieląc wyrazy na sylaby:

– Po mle-ko przy-szłam.

Najwidoczniej dostrzegła jego zagapienie i wyraźnie ją ono bawiło, bo w jej spojrzeniu przyczaił się filuterny błysk. Postukała palcami w ściankę kanki.

– Mle-ko. Milch.

Skinął głową w kierunku obory, gdzie właśnie dojono krowy. Karen Delinger ruszyła w tamtą stronę, kręcąc biodrami. A on stał. Stał zapatrzony niby w nią, a niby gdzieś ponad. Zupełnie jakby na chwilę świat się zatrzymał, tak jak zatrzymuje się puszczony w technikolorze obraz. Wtedy jeszcze sam nie wiedział, co go wprawiło w takie zdumienie. A jednak wiedziony jakąś niezrozumiałą potrzebą konsekwencji, kolejne dni stawał w tym samym miejscu i czekał. Czekał, aż się pojawi.

Nie kazała długo zabiegać o swoje względy. Pobrali się w tutejszym kościele. Jan postawił dom w szczerym polu, w miejscu patrzącym na niebieszczące się pośród drzew jezioro. Niewielki, ale ptasiego mleka im nie zabrakło.

Jak to się stało, że Pankiewiczowie zamieszkali na takim odludziu, nikt nie wiedział. Zresztą nikt też nie pytał, przyjmując to jako fakt i tyle. Następnej wiosny na świat przyszedł Joachim, a niespełna dwa lata po nim Józef. Rodzice obdzielili synów imionami sprawiedliwie – jednemu z polska, drugiemu z niemiecka – choć życie napisało młodym Pankiewiczom przewrotny scenariusz. W trzydziestym dziewiątym Joachim uciekł na polską stronę walczyć przeciwko Niemcom, Józef zaś został wcielony do Wehrmachtu. Los chciał, że Józefa rzuciło gdzieś w głąb Niemiec, a Joachim – starszy z braci – wrócił poraniony do domu. I jak ojciec gdzieś w dalekim świecie, tak on wiele miesięcy spędził w miejscowym szpitalu pod lasem. Kiedy już mógł się poruszać o własnych siłach, z małego okienka w lukarnie szpitalnego dachu patrzył na miasto. I ponad wysokimi sosnami próbował sięgnąć wzrokiem do Tobelhof. Raz na tydzień odwiedzał go polski ojciec, a czasem niemiecka matka. I choć bardzo na sercu leżało im zdrowie syna, mieli na głowie inne problemy, bo świat im się walił, bo historia ich rozszarpywała, a oni nie potrafili się niczemu przeciwstawić. Nie wiedzieli, w którą stronę iść. Na zachód. Na wschód.

Koniec końców Joachim wyzdrowiał. I osiadł na ojcowiźnie. Bo ani nie chciał, ani nie miał dokąd się udać. Po śmierci rodziców, która przyszła sprawiedliwie – najpierw po Jana, a potem po Karen – został w rodzinnym domu na wzgórzu.

Gertrudę znał w zasadzie od zawsze, mieszkała w sąsiedztwie, choć ich domostwa dzieliły ze trzy kilometry. Razem chodzili do szkoły nad jeziorem, on do trzeciej klasy, ona – do drugiej. Ale ta sama Frau Rilke uczyła ich rodzajników i umlautów. Wracali ze szkoły najpierw parkiem przy cmentarzu, potem brzegiem jeziora, dopiero na końcu miasta się rozstawali. Ona szła do swojego domu, a on znów schodził ku jezioru, a potem polami – do domu. I tak im zostało przez lata.

Zachodził też do niej czasem, proszony na herbatę, gdy zimą zziębnięty wracał z miasta. Latem spotykali się na łące. Niby przypadkiem. On szukał w zbożach przepiórczych gniazd, ona – Bóg wie czego. Często razem wracali z miasta. Szli do kościoła. Zdarzenia się mnożyły. Bardziej, mniej ważne. Tak czy owak, dokoła wszyscy kojarzyli ich ze sobą. Gdy jedno było bez drugiego, sypały się pytania.

To, że się pobiorą, było tak oczywiste i naturalne, że żadne z nich nie postrzegało tego faktu jako czegoś nieoczekiwanego. Czasem tylko jedni czy drudzy zastanawiali się, jak oni się dogadują. Ale języki polski i niemiecki splatały się ze sobą, tworząc nowy kod, który oboje bez trudu rozszyfrowywali.

IZA JEDNAK NIGDY NIE BĘDZIE SIĘ ZASTANAWIAŁA, CZY JEST BARDZIEJ POLSKA CZY NIEMIECKA. CZY OWE POPLĄTANE LOSY RODZINY ODCISNĘŁY SWE PIĘTNO NA JEJ ŻYCIU. ALE W RZECZYWISTOŚCI NIE MIAŁO TO DLA NIEJ WIĘKSZEGO ZNACZENIA. ZNAŁA SWOJE KORZENIE. I TYLE. A JEJ ŻYCIE TOCZYŁO SIĘ WŁASNYM TOREM, NIEZALEŻNIE OD RODZINNEJ HISTORII.

III

Dom Izy

Dom Pankiewiczów był położony jak w bajce. Wysoko na jednym z licznych wzniesień okalających miasto, ukryty wśród zieloności lasów. Zatopiony pośród wysokich traw porastających rozległe ugory, niczym nie zdradzał swojej obecności. Latem, kiedy zieleń wybujała i okoliczne pobocza skrywały niewielką drogę prowadzącą do siedliska Pankiewiczów, można było się tam poczuć jak na końcu świata. Zresztą i w innych porach roku mało kto tam witał. Bo i po co? Jak okiem sięgnąć, w promieniu kilku kilometrów nie było żadnych domostw. Chociaż czasy się zmieniały – miasto się rozrastało na własnych prawach, na południowym zachodzie niemal łączyło się już z przyległym Moczkowem – tu wciąż było odludnie. Ani Boga, ani ludzi. Dopiero za ostatnim zakrętem przed Barlinkiem rzędem stały ceglane domy z przyległymi budynkami gospodarczymi, w których mieszkali Buchmanowie, Neugebauerowie, Wietliebowie i inni Niemcy, a potem moczkowskie domostwa zasiedlili migranci z przeróżnych stron świata: Pasternaki, Boruczowie, Maślanki i Kobuccy. Pankiewicz znał ich i wszystkich pozdrawiał, ilekroć zdarzyło mu się spotkać któregoś przy drodze albo na polu, albo gdy jechał na targ, albo gdy wiózł do młyna worki ze zbożem, część na przemiał, a to, co zbyteczne, na sprzedaż.

Dom był niewielki. Na piętrze, dokąd prowadziły wystrugane przez samego Pankiewicza sosnowe schody, mieściły się pokoiki ze skosami, które w miarę dorastania anektowały po samorodnym remoncie poszczególne dzieci Pankiewiczów. Na parterze były kuchnia i duży pokój. Po latach ze schowanka służącego jako spiżarka Pankiewicz zrobił nowoczesną łazienkę – z wanną, prysznicem i pralką „Franią” w kącie, która szemrała cicho, a gdy wlano do niej kocioł wrzątku, wyrzucała w górę obłoki pary, która mgliła lustra i małe ornamentowe szybki w łazienkowych drzwiach. Na podłogę położył opoczyńskie płytki, których mogliby Pankiewiczom pozazdrościć mieszkańcy ekskluzywnych willi, okazałych kamienic czy wielkopłytowych bloków, kilkanaście lat po wojnie wyrastających w Barlinku jak grzyby po deszczu. A to w centrum miasta, zaraz przy rynku z fontanną, na której wyrzeźbiona w białym kamieniu młoda dziewczyna broniła się, zakrywając przedramieniem twarz, przed napastliwym gąsiorem, albo dalej, u wylotu na Pełczyce, gdzie betonowe kloce górowały nad miastem niczym warowne wieże.

Pankiewicz miał smykałkę do murarki i stolarki. Zresztą nie było rzeczy, której by się nie imał, a która by mu nie wyszła. Dom piękniał w oczach. Ale nikt im tego nie zazdrościł, bo i Pankiewiczowie nie byli szczególnie towarzyscy. Joachim od rana do nocy zajmował się obrządkiem wokół domu i polem, a ona – Truda – lubiła to ich odosobnienie. Lubiła wysokie trawy na ugorach i niewielki młodnik, w którym schronienia i popasu szukała zarówno drobna zwierzyna, jak i dystyngowane jelenie, na które zżymał się Pankiewicz, że przechodząc, łamią gałęzie, taranują lichsze drzewka i obgryzają korę. Kiedy tylko mogła, biegała do lasu po oskołę1. Zaraz po przednówku, kiedy chciało się świeżego i zielonego, szła do młodniaka z kozikiem z szylkretową oprawą. Przystawała przy kolejnych brzozach i nacinała korę lub wwiercała się w żywą tkankę drzewa, nadstawiała bańkę, do której sączył się dobroczynny sok. Potem rzazy owijała gazą nasączoną roztworem miodu i wracała do domu porozlewać bzowinę do butelek, pasteryzować ją w duchówce, by uzupełniała witaminowe deficyty po zimie, łagodziła wszelkie niedomogi organizmu.

Truda lubiła też rodzić dzieci i zajmować się nimi. W czterdziestym czwartym roku urodził się Bernard, po nim kilka lat ciszy, a potem prawie co rok prorok – Eliza, Arnold, Justyna. Jedne rodziły się w niemieckim Berlinchen, drugie w polskim Barlinku. Poczucie spełnienia rozrastało się w Gertrudzie niczym wielkie drzewo. Była szczęśliwa. Nawet gdy po wielu latach, kiedy wydawało się, że biologia już postawiła na niej krzyżyk, zupełnie z zaskoczenia pojawiła się Iza. Izabela Rita Pankiewicz (drugie imię odziedziczyła po jakiejś ciotce pokotce ze strony matki, która pewnego razu pojawiła się w domu Pankiewiczów i później pojawiała się systematycznie z różnych okazji). Ledwie chwilę trwała niepewność i wszelkie próby zaklinania losu, bo kiedy poczuła w sobie nowe życie, nie przeszkadzało jej ani pozbawione prężności ciało, ani skóra poorana pręgami rozstępów, ani perspektywa mlecznych piersi i nieprzespanych nocy. To był dla niej rachunek za dziecięcy szczebiot, za wesoły ruch w domu, za spokojne oddechy, w które codziennie wsłuchiwała się z nieustającym zadziwieniem, że oto są – jej dzieci – krew z krwi, kość z kości.

Gertruda Pankiewicz nie miała potrzeby tworzenia nowych relacji z ludźmi. Od zawsze miała swój świat, który wiele lat później jeden ze specjalistów nazwał światem schizofreniczki. Niewiele to mówiło Pankiewiczowi, ale o ile żona raz w miesiącu odwiedzała lekarza i ten ordynował leki, które systematycznie przyjmowała, nikt z domowników problemów z jej choroby nie czynił. Owszem, czasem zdarzało się, że Truda odpływała, ale zaraz okazywało się, że albo spóźniła się z lekarstwem, albo trzeba zmienić dawkę, bo organizm przywykł.

Iza lubiła dom, kochała matkę, która nigdy nie robiła problemów z nieumytych nóg po całodziennym brodzeniu w wysokich trawach. Nie przeszkadzały jej rozwite warkocze, które targały się, ilekroć Iza plądrowała pobliskie zarośla, by podpatrzyć kwilące gniazdowiska. Matka nie nakazywała ani nie zakazywała. Nic więc dziwnego, że pierwsze zderzenie ze szkołą było dla Izy jak prysznic, z którego naraz popłynął kłujący niczym ostre przecinki drobnych szkieł strumień zimnej wody.

IZA JUŻ CAŁE ŻYCIE BĘDZIE TĘSKNIŁA DO DOMU, GDZIEKOLWIEK BY BYŁA. DOM POZOSTANIE W JEJ PAMIĘCI JAKO MIEJSCE, W KTÓRYM ZNIKAJĄ WSZELKIE NIEPOKOJE, A ŚWIAT JEST ZROZUMIAŁY. CHOCIAŻ ZA KAŻDYM POWROTEM DOM ZDAWAŁ SIĘ BYĆ CAŁKIEM INNY. ZNIKAŁY OSOBY, MEBLE, RZECZY, ZAPACHY… ALE ONA NA ZAWSZE ZOSTANIE DZIEWCZYNĄ Z KOSZYKOWEGO DWORU.

1 Oskoła – sok z brzozy wydzielający się wiosną po nacięciu kory.