ZrękowinyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Iwona Surmik

Zrękowiny

Saga

Zrękowiny

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2001, 2021 Iwona Surmik i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726771411

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Zrękowiny

– Kyra zniknęła.

Na zamkowym podwórcu zrobiło się nagle cicho. Zsiadający z konia gubernator zawisł jedną nogą w strzemieniu. Krew nabiegła mu do twarzy. Morgan przytrzymał niespokojnie drepczącego wierzchowca, odgonił chudego psa plączącego się pomiędzy przyjezdnymi.

– Rankiem pojechała na przejażdżkę. Sama – podkreślił ponuro pan Abayell. – Ja i moi ludzie właśnie ruszamy na poszukiwania.

Rhodes skinął głową, wyjął nogę ze strzemienia i spojrzał na Morgana.

– Pojedziemy, panie. Znajdziemy panienkę Kyrę.

Dał znak i gwardziści zawrócili ku bramie, którą dopiero co przekroczyli. Morgan ruszył za nimi, słysząc za plecami wysoki głos pani Tekelji, małżonki gubernatora:

– To twoja wina, że samowolna jest i krnąbrna...

* * *

Mrok czaił się pomiędzy drzewami, mamił wzrok, wyolbrzymiając cienie, zamazując kontury. Powietrze było wilgotne, pachniało pleśnią i grzybami. Ptaki układały się do snu, wtórowały szeptom liści i poskrzypywaniu konarów, wyśpiewując ostatnie kołysanki.

Morgan jechał ledwie widoczną dróżką. Uchylał się przed gałęziami, odganiał od natrętnych owadów. Poprowadził swych ludzi w las, podczas kiedy gwardziści Abayella przetrząsali okoliczne wioski i gościńce. Noc była tuż, niebo ponad koronami drzew ciemniało coraz bardziej, a oni nie trafili na najmniejszą choćby wskazówkę, żaden ślad, który zaprowadziłby ich do Kyry. Morgan dawno przestał słyszeć swoich towarzyszy, wiedział, że wkrótce zrobi się za ciemno na poszukiwania, ale zawrócić nie pozwalała mu myśl, że dziewczyna może leżeć za najbliższym krzakiem, w byle którym wykrocie, ranna, nieprzytomna, bezradnie czekająca na pomoc. Dlatego nie zważał na brzęczące roje komarów, bezlitośnie kąsających spocone ciało ani na chlaszczące go po twarzy gałęzie, i brnął dalej w las. Zatrzymał się na chwilę, by spojrzeć w niebo, na którym błyszczały już pierwsze gwiazdy i wtedy usłyszał głosy, dalekie echo wypowiadanych słów. Ogarnął go nagle bezrozumny lęk. Zsiadł z konia, omotał wodze wokół drzewa i ściskając w dłoni miecz ruszył w ciemność. Głosy to cichły, to wibrowały krzykiem. Były ochrypłe, wrzaskliwe, pełne pijackiej buty i zawziętości. Najpierw słyszał pojedyncze słowa, potem fragmenty zdań.

– Okup weźmiem!

– ...będzie większy...

– Tknąć spróbuj, a flaki wypruję!

– ...wiesz, kiedy wracać będzie?!

Morgan widział już słaby blask pomiędzy drzewami. Szedł teraz rozważniej, trzymając się cienia, choć czuł, że powinien się spieszyć.

– Nie boję ciebie, Breg! Takiś ważny, bo z panami w komitywę wchodzisz! Tę dziewkę ja złapałem i mnie się należy, a co z nią zrobię, to nie twój zasrany interes!

Zatrzeszczały miażdżone gałązki, plasnęły zderzające się ciała. Morgan widział splecione cienie, słyszał charkot i zduszone przekleństwa. Podszedł jeszcze bliżej i wyjrzał, rozchylając kłujące gałęzie jałowca.

Na niewielkiej polanie, oświetlonej wątłym płomieniem ogniska, zajadle walczyło dwóch mężczyzn. Trzeci, którego Morgan dostrzegł po chwili, pochylał się nad przywiązaną do drzewa młodą kobietą i wtykał jej ręce pod sutą spódnicę. Branka rzucała się w więzach i choć gwardzista nie widział jej twarzy, wiedział, że za chwilę zacznie krzyczeć. Spiesznie przemknął za plecami okładających się pięściami zbójów i złapawszy obślinionego bandytę za włosy, poderżnął mu gardło. Okrwawioną dłonią zakrył otwarte do krzyku usta kobiety.

– Jest ich więcej? – szepnął.

Kiedy pokręciła przecząco głową, runął pomiędzy walczących mężczyzn i rozdzielił ich cięciami miecza. Jeden padł od razu, bluzgając krwią z rozpłatanej piersi, drugi, ledwie raniony usiłował odczołgać się w bok, pomiędzy krzaki, ale Morgan zatrzymał go, przykładając mu ostrze do gardła.

– Nie zabijajcie, panie – zacharczał drab. – Ja na służbie u pana ...

Długo powstrzymywany, kobiecy krzyk zagłuszył słowa, rozniósł się echem w ciemnościach, odbił od ściany drzew i wrócił, mieszając z histerycznym szlochem. Żołnierz walnął pięścią w pokrwawiony, zarośnięty pysk i przypadł do dziewczyny. Przeciął więzy i podtrzymał, kiedy omal nie upadła.

Rzuciła się na niego z pięściami, kopała, próbowała podrapać, a łzy płynęły jej po twarzy niepowstrzymanym strumieniem. Pozwolił, by wyładowała na nim swój gniew, pozbyła się strachu, ukarała za upokorzenia. Kiedy ucichła, podprowadził do zwalonego pnia, usadził i napoił odrobiną wódki, której nie zdążyli wypić bandyci, potem związał i zakneblował ogłuszonego draba, przeszukał śmierdzące, przesiąknięte krwią ubrania, poodciągał trupy w krzaki. Kątem oka widział, jak dziewczyna wstaje i mściwie kopie nieprzytomnego, a potem spluwa wprost na pokiereszowaną twarz.

– Wystarczy, panienko – powiedział łagodnie, na nowo usadzając ją na pniu.

– Ktoś ty? – spytała buńczucznie, choć w jej oczach ciągle krył się strach.

– Jestem Morgan, komendant garnizonu Mulacium – przedstawił się ciekaw, czy go pamięta, ale dziewczyna tylko skinęła głową.

– Głodna jestem. Myślisz, że da się to zjeść? – mruknęła, wskazując porzuconego w trawie, nabitego na patyk, przypalonego zająca.

* * *

Kyra spała nakryta żołnierskim kaftanem, a obok czuwał komendant, wsparty o pień drzewa, z obnażonym mieczem na kolanach. Patrzył na dziewczynę, której twarz jaśniała pośród szarości wstającego świtu. Brudne, podrapane lico przywiodło mu na myśl obrazy sprzed lat, obudziło wspomnienia.

* * *

Gubernator Rhodes nie zaznał szczęścia w małżeństwie. Pani Tekelja, młoda, piękna i bogata nie poważała starszego od niej, statecznego małżonka i nudziła się w Mulacium. Z tego niedobranego związku urodziła się Kyra. Rezolutna dziewuszka stała się ulubienicą ojca, dworaków, zamkowej służby i czeladzi. Nie było w ogrodzie drzewa, na które by się nie wspięła ani kąta, do którego by nie zajrzała. Myszkowała po komnatach, kuchniach, stajniach i żołnierskich kwaterach. Wytworne, aksamitne sukienki były wiecznie podarte, włosy potargane, a pulchne ciałko pełne siniaków i zadrapań. Ojciec łatwo wybaczał jej dziecięce figle, rozpieszczając ponad miarę, rekompensując chłód wiecznie skwaszonej i niezadowolonej z życia matki. Zbytnie pobłażanie wybrykom córki, która zamiast uczyć się haftu, tańca i dworskiej etykiety, spędzała czas w stajniach i na zabawach z dziećmi służących, posłużyło pani Tekelji jako pretekst do ostatecznego rozstania z mężem. Zabrała córkę i obie udały się do posagowego majątku gubernatorowej, położonego w dalekiej Bresanii. Rhodes i Tekelja nadal pozostawali małżeństwem, bowiem wspólne picie z Pucharu Zaślubin związało ich ze sobą na całe życie, lecz odtąd pozostawali rozdzieleni.

W Mulacium nie tęskniono za panią zamku, ale odejście siedmioletniej natenczas Kyry było smutnym wydarzeniem. W starych, dostojnych murach, brakowało radosnego śmiechu i małej, ruchliwej sylwetki.

Początkowo Rhodes jeździł w odwiedziny do Bresanii, potem i to się urwało, bo w królestwie nastały nowe, niespokojne czasy. Protektor Zebon rozwiązał część armii, obniżając w ten sposób podatki, a skutkiem tej decyzji była stale rosnąca liczba napadów i grabieży. Najsilniej odczuli to mieszkańcy słabo zaludnionych Rubieży, prowincji zarządzanej przez Rhodesa. Handel zamierał, wsie pustoszały, pola leżały odłogiem, gościńce przestały być bezpieczne. Mając to wszystko na głowie, gubernator zaniedbał rodzinę. Jednak od niedawna sytuacja zaczęła się zmieniać. Na Rubieże został wysłany specjalny oddział wojska, który miał za zadanie rozbicie zbójeckich band, ochronę wsi i dróg. Rhodes z radością powitał Jastrzębia, dowódcę owego oddziału i wspierał go finansowo, bo Protektor wysławszy żołnierzy, aby uciszyć niezadowolonych, zapomniał o wypłacaniu należnego mu żołdu.

Kiedy wszystko wydawało się iść ku lepszemu, Rhodes otrzymał list od swej małżonki, zawiadamiający go o zrękowinach siedemnastoletniej już Kyry z Abayellem, panem na zamku Osm. Gubernatora do żywego ubodło, że małżonka nie spytała go o zdanie w sprawie tak ważnej i sama postanowiła nie tylko o przyszłości córki, ale i całej prowincji. Zaraz po otrzymaniu wiadomości Rhodes wyruszył do Osm, gdzie miały się odbyć zrękowiny. Zabrał ze sobą poczet gwardzistów pod wodzą Morgana, zarówno dla ochrony, jak i podkreślenia swej niemałej przecież pozycji.

* * *

Morgan delikatnie odsunął kosmyk włosów, który opadł na policzek Kyry. W śpiącej u jego boku kobiecie bez trudu odnajdywał tamtą zadziorną dziewuszkę, choć z jej twarzy zniknęła dziecięca pucułowatość, a subtelne rysy i zgrabna postać o bujnych piersiach i smukłym stanie przywodziła na myśl urodę matki.

Kiedy świt rozjaśnił niebo, odnalazł spętanego, spokojnie pasącego się wierzchowca Kyry, załadował na niego jeńca i poprowadził zziębniętą dziewczynę w miejsce, gdzie zostawił swojego konia. Posilili się twardymi jak kamień, żołnierskimi sucharami, popili wodą z bukłaka i ruszyli w stronę gościńca. Kyra siedziała przed Morganem, tuląc się do jego szerokich ramion, próbując ogrzać się ciepłem jego ciała.

 

– Pamiętam cię – mówiła, szczękając zębami. – Wszedłeś po mnie na najwyższe drzewo i zamiast złoić skórę, nakarmiłeś łakociami. Skąd wiedziałeś, gdzie mnie szukać? – spytała, a komendant przez chwilę myślał, że chodzi jej o dzień sprzed prawie dziesięciu lat. – Zjawiłeś się na tej polanie jak duch.

– Ludzie pana Abayella przeszukiwali wsie i gościńce, a my pojechaliśmy w las. To szczęśliwy traf, że cię znalazłem, panienko.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?