Talizman złotego smoka

Tekst
Z serii: Albana #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Talizman złotego smoka
Talizman złotego smoka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 49,98  39,98 
Talizman złotego smoka
Talizman złotego smoka
Audiobook
Czyta Aleksandra Justa
29,99  21,29 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zobojętniała po wybuchu dziewczyna nie sprawdziła nawet, czy Keran wrócił do wioski, nie zamierzała też grzebać Kagana. Ich los się dopełnił, tak jak los Mei. Jeszcze raz spojrzała na wychudzone ciało opiekunki. Ułożyła ją na posłaniu i owinęła płaszczem. Podsyciła ogień, wzięła płonące polano, przytknęła do kosztownej, brudnej materii i chwilę patrzyła, jak płomienie trawią okrycie. Potem wyszła, zabierając ze sobą przygotowany tobołek i sakwę Kagana. Jedyny ocalały po surowej zimie koń przybiegł zwabiony znajomym głosem i odrobiną cukru. Załadowała mu na grzbiet toboły i ruszyła w stronę traktu. Świtało już, kiedy wreszcie tam dotarła. Dopiero wtedy obejrzała się w stronę, skąd przyszła. Pomiędzy drzewami widać było migotliwe płomienie – stos pogrzebowy Mei.

Falkalas, starszy klanu Fen, obrzucił uważnym spojrzeniem zebranych przy wielkim ognisku Jeźdźców. Siedzieli tu wszyscy członkowie klanu: mężczyźni, kobiety i dzieci, czekając na jego słowa. Niektórzy wydawahli się obojętni, inni – choć z ich twarzy trudno było coś wyczytać – patrzyli w napięciu.

Starszy wreszcie odchrząknął i zaczął mówić uroczystym głosem:

– Samelel z klanu Dan, Wódz Jeźdźców z Równin Marth, nakazał wybrać swego następcę. Obyczaj każe najgodniejszemu z klanu do zawodów stanąć i przed starszyzną umiejętności swe wykazać. Ten, który wodzem zostanie, mądry być musi, rozważny i sprawiedliwy, by bezpiecznie wieść Jeźdźców po Równinach. Winien dobrze władać orężem, lecz nie zabijać bezmyślnie, targować się twardo, ale nie bogacić na krzywdzie innych. Każdy Jeździec z klanu Fen godny jest tego zaszczytu.

Zgromadzone przy ogniu kobiety krzyknęły głośno, modulując głos. Mężczyźni milczeli, unikając swego wzroku. Starszy podniósł dłoń i okrzyki umilkły.

– Postanowiłem. Z klanu Fen do zawodów stanie... – zawiesił głos, potęgując napięcie i poszukał wzrokiem sylwetki siedzącej poza pierwszym kręgiem ludzi – ...Calmin syn Dalali.

Oczy zebranych zwróciły się w stronę wstającego, oceniając jego młodzieńczą, niezbyt jeszcze proporcjonalną sylwetkę, twarz pokrytą miękkim zarostem, splecione w warkocz włosy i harmonijne rysy. Niektórzy patrzyli z aprobatą, inni z zadziwieniem, jeszcze inni niechętnie, ukrywając zawód.

Calmin wszedł w krąg światła i skłonił się przed starszym. Falkalas powstał i z namaszczeniem zawiązał mu na głowie opaskę zdobioną paciorkami i haftowaną w klanowe wzory.

– Noś ją godnie, póki wybór nie zostanie dokonany. Niechaj doda ci sił i chroni przed złą przygodą.

– Nie zawiodę, starszy – odrzekł załamującym się nieco głosem młodzian.

Skłonił się jeszcze raz przed Falkalasem, a potem zwrócił w stronę współplemieńców i powtórzył ukłon.

– Ajalalala...

Ktoś wzniósł okrzyk podobny do ptasiego trelu. Inni podchwycili go i powtórzyli ochoczo. Do śpiewnych dźwięków dołączył się pisk fujarki i łoskot bębnów, nadając melodii skoczny rytm. Zaczęła się zabawa. Calmin wydostał się z tłumu, skrył w cieniu namiotów i drżącymi rękoma poprawił opadającą na oczy opaskę.

Będę wodzem, najświetniejszym, jakiego miały Równiny Marth, grało mu w duszy. Będę bohaterem!

– Cal, tu się schowałeś – roześmiała się dźwięcznie jego mała siostrzyczka Gaalla i wyciągnęła ręce. Kiedy ją podniósł, uściskała go mocno, wyśpiewując wprost do ucha. – Wiedziałam, że to będziesz ty, wiedziałam, wiedziałam.

Zaraz za nią zjawiła się pozostała trójka rodzeństwa i matka, Dalala. Bracia i siostra obejmowali go i klepali po plecach trochę skrępowani nagłą ważnością najstarszego brata. Każdy gest, każdy uśmiech wyrażał radość i podziw.

Dalala stała z boku i patrzyła na Cala z dumą. Od kiedy Falkalas, w zastępstwie nieżyjącego męża, przejął opiekę nad jej pierworodnym, w skrytości ducha liczyła, że Calmin zostanie jego następcą. Starszy wziął rozbrykanego chłopca w karby, uczył go posługiwania się bronią, zastawiania sideł, ujeżdżania koni, a także trudnej sztuki pisania, czytania i rachowania. W miarę, jak chłopiec dorastał i stawał się mężczyzną, narzucał mu nowe obowiązki i wyznaczał coraz trudniejsze zadania, jakby badając jego możliwości. Dalala wiedziała, że Calmin nigdy nie zawiódł Falkalasa. Świetnie strzelał z łuku, dobrze radził sobie z mieczem i nożem, w jego pułapki zawsze coś się złapało, a zdolności do oswajania i ujeżdżania dzikich koni stały się powszechnie znane. Z mniejszym zapałem kreślił litery lub sylabizował z Księgi Klanu, ale w końcu i ta sztuka nie była mu obca. Tak, Dalala miała powody do dumy. Pogłaskała z czułością swego prawie dorosłego syna po policzku, a on ujął jej spracowaną dłoń i przycisnął z szacunkiem do ust.

Rodzeństwo namówiło go do powrotu w krąg roześmianych ludzi. Prześcigając się, przynosili mu najlepsze kąski smażącego się mięsiwa, poili kumysem. Dookoła zebrał się tłumek podchmielonych i rozgrzanych zabawą członków klanu. Pośród nich nie brakło młodych dziewcząt, rozchichotanych, strzelających oczami i Cal z zakłopotaniem stwierdził, że znów ogarnia go to niepokojące napięcie, którego tak się wstydził. Umknął do bezpiecznego schronienia namiotu matki ścigany zaciekawionymi i zalotnymi spojrzeniami.

Jeźdźcy niespiesznie podążali na wyznaczone miejsce spotkania. Cal, przemierzając rozkołysane trawy Równiny, oddawał się marzeniom o przyszłej chwale. Widział siebie jako niezwyciężonego bohatera wiodącego Jeźdźców z Marth do boju naprzeciw wyimaginowanym wrogom, wodza, o którym śpiewa się ballady przy wieczornych ogniskach. W takich chwilach nie pamiętał, że w królestwie Imeskarii od wieków panuje pokój, a Jeźdźcy spokojnie prowadzą swe stada.

Zgodnie z obyczajem zawody miały wykazać zręczność i siłę walczących o przywództwo. Cal, choć najmłodszy, poczynał sobie dzielnie: był pierwszy w strzelaniu z łuku i w ujeżdżaniu dzikich równinnych koni. Gorzej sprawił się w zapasach, bo zaraz w pierwszym starciu krew puściła mu się z rozbitego nosa, ale wytrwał do końca.

– Młody jest, ale dzielny i rozważny – szeptał Falkalas do obserwującego zmagania wodza. – Trudno znaleźć godniejszego pośród Jeźdźców.

Samelel z klanu Dan przypatrywał się Calminowi, mrużąc oczy, bo wzrok miał już słaby, i milczał. Nie tylko Starszy klanu Fen potrafił zręcznie przemawiać za swym kandydatem. Jednak młody Cal musiał przyciągnąć jego uwagę, bo gdy przyszło do podziału zadań, które wykazać miały roztropność i umiejętność radzenia sobie w nieznanej sytuacji, jemu właśnie przeznaczył nie tylko najtrudniejsze, ale i najbardziej niezwykłe zadanie.

– Twoja droga, Calminie z klanu Fen, powiedzie cię do prowincji Cryston – oznajmił drżącym ze starości głosem. – Przywieź stamtąd sadzonki drzewa broz. Nasz gaj umiera, czas już wielki, by stare drzewa zastąpić młodymi i zdrowymi. Niech Valasal i Valse prowadzą cię bezpiecznie i strzegą od złego.

Falkalas chrząknął z ukontentowaniem, a Calmin mało nie krzyknął z radości. Ta podróż jawiła mu się jako spełnienie marzeń. Wszak droga do Crystonu wiodła nie tylko bezpiecznym Traktem Zgody, ale również przez lasy i tereny prawie całkiem niezamieszkałe, gdzie pewnie aż roiło się od bandytów. Będzie też okazja, żeby zobaczyć opasane murami grody i poznać nowych ludzi. Miał ochotę dosiąść konia i ruszyć już w tej chwili, zamiast czekać do rana. Mimo to opanował się i powiedział uroczyście, jakby składał przysięgę:

– Przywiozę drzewka broz, by gaj mógł odżyć na nowo.

Dalala, przygotowując syna do podróży, nie mogła pozbyć się niepokoju. Ten niejasny lęk przytłumił nawet dumę. Krzątała się po namiocie, usiłując znaleźć sobie jakieś zajęcie, ale nic jej nie szło. Rozlała wodę, zbeształa Gaallę i przypaliła zupę. Po raz kolejny przejrzała podróżne sakwy i dołożyła następne zawiniątko.

Wczesnym rankiem, nim słońce wyjrzało zza horyzontu, Calmin z klanu Fen wyruszył naprzeciw wymarzonej przygodzie.

Przez pierwsze dni po opuszczeniu Równin chłonął obcy mu świat wszystkimi zmysłami. Dziwiła go utwardzona droga zapchana kupieckimi wozami i orszakami znaczniejszych podróżnych, ciekawiły wsie z drewnianymi domami i krytymi strzechą dachami, uprawne pola złote od dojrzewającego zboża i lasy pełne tajemniczych cieni. Kiedy jednak minął pierwszy zachwyt, poczuł się zagubiony w świecie, który okazał się o wiele większy, niż mu się to przedtem zdawało. Przyzwyczajony był do rozgardiaszu rodzinnego namiotu, do cichego rżenia koni o poranku, szumiących łagodnie w powiewach wiatru traw i do bezkresnych przestrzeni Równin. Dlatego coraz częściej ogarniało go dojmujące uczucie samotności.

Wkrótce przygoda zamieniła się w rutynę. Szybka jazda w dzień, polowanie, samotne obozowisko w nocy. Parę razy zatrzymywał się w zajazdach lub przyłączał do innych podróżnych, ofiarowując zwierzynę, ale chwile spędzane w towarzystwie tych ludzi nie przyniosły mu satysfakcji. Brakowało w nich bliskości, poczucia przynależności do grupy, wzajemnego zrozumienia, a i towarzysze wędrówki nie byli tak interesujący, jak myślał. Nie żadni herosi walczący z potworami, lecz zwykli ludzie zajęci codziennymi kłopotami. Żołnierze patrolujący okolice również go rozczarowali. Ubrani w brudne kaftany, klęli grubymi słowami i pili na umór. Zresztą Imeskaria jawiła się jako świat spokojny i bezpieczny i nie było na nim miejsca dla bohaterów.

Jedenaście dni trwało, nim młody Jeździec dotarł do Crystonu. Ciepły klimat południowej prowincji sprawiał, że wszystko, co rosło, wydawało się tu bujniejsze i bardziej zielone. Powietrze, ciężkie i wilgotne, niosło w sobie nieznane zapachy, od których chłopakowi kręciło się w głowie. Koszula lepiła mu się do pleców, a ciało oblewał pot, lecz ta kraina, tak różna od Równin, zauroczyła Cala. Sady pełne były kwitnących drzew, ukryte pomiędzy nimi budynki obrastały pnącza obsypane kolorowymi kwiatami, w powietrzu unosiły się roje barwnych motyli, ptaki głośno wyśpiewywały swoje trele. Dróżki wiodące pomiędzy drzewami kusiły tajemniczością, a mijani ludzie pozdrawiali przyjaźnie.

 

Z zawstydzeniem, ale i ciekawością popatrywał na kobiety ubrane w lekkie suknie, z odsłoniętymi ramionami i dekoltami, z kwiatami wplecionymi we włosy. I one ścigały go wzrokiem, oceniając zgrabną sylwetkę, długi przykurzony warkocz, jaskrawo kolorowy strój. Choć wiedział, że czas go nagli, przestał się spieszyć. Egzotyczne krajobrazy i aromaty pobudzały jego zmysły, smakował je więc i rozkoszował się nimi. Nowo odkryty świat wynagrodził mu trudy monotonnej podróży, chciał się więc nim nacieszyć. Spędził noc pod gołym niebem i dopiero rankiem ruszył na poszukiwanie kogoś, kto mógł coś wiedzieć o sadzonkach broz.

Stary ogrodnik Diaz w nieuchwytny sposób przypominał Calowi dziadka – powiernika jego dziecięcych tajemnic. Miał wyblakłe niebieskie oczy i strzechę białych jak śnieg włosów ukrytych pod ogromnym słomianym kapeluszem. Spalona na ciemny brąz skóra pokryta była siecią zmarszczek. Życzliwie uśmiechnięty oprowadzał młodego Jeźdźca po swoim sadzie, chwalił się ogrodem, który otaczał jego mały domek.

– Dawno już ja nie widział w tych okolicach Jeźdźca z Równin Marth – mówił. – Bywało dawniej, że zaglądali tu, szukając broz, jak ty, albo konie na targ prowadząc. Ale teraz życie nie takie jest jak dawniej. Teraz nie drzewa są w cenie, a winogrona. Rozsmakowali się panowie w naszych winach. Nie pamiętają już o broz, a puchary zaślubin z żelaza leją albo ze złota. Zmienia się wszystko, ale czy na lepsze? – Zamyślił się i uśmiech na chwilę zniknął z jego twarzy. Rozpogodził się jednak szybko. – No, nie przyjechałeś słuchać narzekań staruszka. A tu i masz swoje drzewka. Te najmłodsze są, ja posadził je dopiero parę miesięcy temu, a już rozrosły się pięknie. Ale chyba za słabe jeszcze, żeby taką długą drogę przetrzymać. Te tutaj – wskazał z dumą większe sadzonki – już od roku rosną. Posadzone były, kiedy wiatr północny chmury nawiewał. Silne są i wytrzymałe. A te tam, najniżej, trzeci rok mają. Chyba nie dałbyś rady takich zabrać, co? – roześmiał się pogodnie.

– Są piękne – szepnął Cal, dotykając wiotkich gałązek. – Te na Równinach wyglądają jak chore. Nie puszczają nowych pędów, a stare brązowieją i umierają.

Ogrodnik pokiwał głową schowaną w cieniu wielkiego kapelusza.

– Wiem ja chyba, co im dolega, ale nie frasuj się tym teraz, jutro tłumaczyć ci będę. Zostaniesz chyba do jutra? Ostatnio rzadko okazja jest pogwarzyć z kimś ze stron dalekich. Umyjesz się, odpoczniesz i rankiem wyruszysz. Co na to powiesz?

Cal nie śmiał odmówić, poszli więc do domu ogrodnika. Mała izba była czysta i schludna. Na oknach stały donice i skrzynki pełne sadzonek i rozkwitłych purpurowych pelargonii. Poczerniałe ze starości ściany ozdabiały haftowane makaty, na podłodze leżały plecionki z morskiej trawy. Sprzętów było niewiele: zbity z gładkich desek stół, proste zydle z wyślizganymi siedziskami, łóżko przykryte barwną narzutą. Diaz ugościł Calmina, wypytywał o podróż, nowiny z dalekich stron, życie na Równinach. Chłopak opowiadał chętnie. Wreszcie po tylu dniach samotności znalazł przyjaznego człowieka, zwierzył się więc ze swoich nadziei i opowiedział o próbach, które przeszedł. Ogrodnik potraktował go poważnie i szczerze życzył powodzenia.

– Zostać wodzem Równin Marth to nie byle co – mówił. – Przecie to nikt inny jak gubernator prowincji. Czy wiesz, że przedstawiony na dworze będziesz? Dostojników poznasz i króla zobaczysz.

– Chciałbym wygrać – rozmarzył się chłopak. – Byłbym równie dzielny i sprawiedliwy jak Valadej...

– Aaa, ten z czasów Smoczej Wojny, prawda? No, ale smoków już dawno nie ma, a wojownicy mogą co najwyżej w turniejach się pokazać. Choć nawet i tego ostatnio się nie praktykuje, bo z Księgą Objawień się to nie zgadza. Ale podług mnie Oblicza Boże nic o turniejach nie mówią... No, ale nie nasza to sprawa, tylko kapłanów.

– Tak, teraz trudno zostać bohaterem... – westchnął Calmin nie bez żalu w głosie.

– Ano może i trudno, ale chyba z tego powodu smucić się nie warto. Zmęczonyś bardzo?

– Nie. Może wam pomóc w czymś? – zerwał się Cal.

– Nie, nie trzeba. Jeno na spacer chciałem cię zaprosić. Pójdziesz? – spytał Diaz, sięgając po kapelusz

– Chętnie – uśmiechnął się chłopak. – Podoba mi się tutaj. Wszystko jest takie inne niż na Równinach.

– Tak i chodźmy.

Wyszli z chaty i ruszyli wolno drogą. Diaz pokazywał mu gaje, ogrody i winnice, opowiadając o sadzonkach, czasie kwitnienia i sposobach zbierania owoców. Cal słuchał, kiwał głową i starał się stawiać mniejsze kroki, aby nie wyprzedzić drepczącego gospodarza. Zrozumiał, na czym polegało podobieństwo crystońskiego ogrodnika do starego Jeźdźca z Równin. Obaj byli tak samo samotni i żyli na uboczu, zapomniani przez większość ludzi.

Pogrążony w myślach nie zauważył, że opuścili już sady, a ścieżka, biegnąca dotąd prosto, zakręca i schodzi coraz niżej. Dopiero kiedy urwała się nagle, spojrzał przed siebie i aż zachłysnął się ze zdumienia. U swoich stóp ujrzał morze. Wyzłocone przez słońce grzbiety fal marszczyły błękitną powierzchnię, z łagodnym poszumem wody mieszały się krzyki szybujących w powietrzu mew. Fale rozbryzgiwały się u podnóża skały, na której przystanęli. W powietrzu unosił się wodny pył. Cal oblizał usta i na języku poczuł smak soli.

– Co to jest? – spytał z lękiem, wskazując bezmiar wody.

– Minę masz, jakbyś chrabąszcza połknął – zachichotał Diaz. – To morze, synku. Ogromne, prawda?

Cal cofnął się znad przepaści.

– Od patrzenia kręci mi się w głowie – wybąkał.

– Ano tak, nie tobie pierwszemu. Ale ja przychodzić tu lubię i na zachód słońca popatrzeć. Widzisz te kolory? Wróżą, że ładną pogodę będziesz miał jutro w drodze.

Chłopak, mrużąc oczy, spojrzał we wskazanym kierunku. Olbrzymia kula słoneczna powoli zapadała się w wodę, barwiąc ją na pomarańczowo.

– Czy morze połyka słońce? – spytał wystraszony.

Staruszek roześmiał się głośno.

– Może i tak być. Ale nie smakuje mu chyba, bo co rano z powrotem je wypluwa.

– A tam dalej coś jest?

– Kto to wie, chłopcze, kto wie. Powiadają, że tam Smocza Wyspa była. A czy co jeszcze, nie wiem.

– Smocza Wyspa? Opowiedz mi – poprosił żarliwie.

– Powiadają, że w dni pogodne widać ją było z cypla, co go zwą Pazurem, i że śmiałkowie różni się tam wyprawiali, ale żaden pono nie wrócił. A potem wyspa palić się zaczęła. Dym wielki widzieli ludzie i popiół, ziemia się trzęsła, a fale sady zalały. Potem smoki przyleciały i wojna się zaczęła. Tyle i wiem.

– Ciekawe, czy ślady jakieś zostały po tej Smoczej Wyspie – zastanawiał się głośno Cal.

– Ano może i zostały. Nikt tam już płynąć nie chciał...

Słońce było już ledwie widocznym skrawkiem czerwieni. Krzyki morskich ptaków odbijały się echem od urwiska, a szum fal stał się głośniejszy.

– Przypływ się zaczyna i ciemno zaraz będzie, tak i iść nam wypada.

W drodze powrotnej milczeli obydwaj. W sadzie minęły ich dwie młode dziewczyny z włosami ozdobionymi czerwonymi kwiatami hibiskusa. Chłopak zapatrzył się na odsłonięte ramiona, na piersi wychylające się ze śmiałych dekoltów, na opaloną skórę błyszczącą od olejku, bose stopy. Dziewczęta niosły pomiędzy sobą wielki dzban i rozmawiały głośno. Na widok Cala zachichotały i wdzięcznie zakołysały biodrami, wychlapując przy tym wodę. Twarz młodego Jeźdźca pokryła się krwistym rumieńcem. Diaz poklepał go przyjaźnie po ramieniu.

– Wstydzić się nie ma czego. Spodobał ty się im. A może ty z nimi pogwarzyć by wolał, a ja, stary, głowę ci zawracam?

– Nie – mruknął Cal, a spocone nagle dłonie wytarł ukradkiem w koszulę.

– A ty co, chłopców może wolisz, jak z dziewczynami gadać niechcesz?

– No co też wy? – zgorszył się chłopak. – Ale dziewczyny takie są, takie... Nie umiem z nimi rozmawiać.

– Ano młodyś jeszcze i one młode. Ale wiesz ty co? U mnie w domu ziół ci dam. Na śmiałość. Żartów sobie nie robię, nie. U mnie niedawno znachorka jedna drzewka brała. Ja pieniędzy nie chciał, to ona ziołami mnie obdarowała. Na łamanie w kościach i... no, na śmiałość właśnie. Ale ja stary, zioła mi nie pomogą i lat nie wrócą. Weź ty je sobie, a jak będzie okazja, dziewczynie zadaj i sam popróbuj. Żałować nie będziesz – zaśmiał się starzec.

Kiedy weszli do chaty, z półki zdjął jakieś zawiniątka i zaczął w nich grzebać.

– Tak i masz – podał mu jedno. – Najlepiej z naszym crystońskim smakują, choć i woda zwykła być może. Butelkę wina ci też dołożę. Bierz, synku, nie krępuj się. Ja z życzliwości ci daję.

Bladoniebieskie oczy lśniły łagodnie, a pomarszczoną twarz rozjaśniał uśmiech. Cal nie potrafił odmówić, wziął więc zawiniątko i butelkę, starając się wepchnąć je do sakwy tak szybko, jak mógł, ale ręce drżały mu z zakłopotania, a zawartość torby rozsypała po drewnianej podłodze. Cal pochylił się i zaczął zbierać swój dobytek.

– Tam jeszcze coś potoczyło się – wskazał Diaz pod łóżko. – Ja za stary, żeby tak grzbiet zgiąć.

Chłopak sięgnął w kąt i wydobył owinięty w gałgany przedmiot. Podszedł do koślawego stołu i ostrożnie rozwinął szmatę.

– A toż co? – zdziwił się ogrodnik, kiedy coś błysnęło w świetle świecy.

Zmieszany Cal podał Diazowi rzeźbiony w drewnie przedmiot.

– Aaa, jakiż piękny – zachwycił się staruszek. – Toż to prawdziwy puchar zaślubin. I z drewna broz zrobiony. A kamienie prawdziwe?

Chłopak przytaknął.

– A na cóż tobie w takiej podróży puchar zaślubin? Żenić się chcesz?

Zaczerwieniony niczym rak Calmin pokręcił przecząco głową.

– Matka mi zapakowała. Nawet nie wiedziałem.... Dopiero na postoju znalazłem. Za późno było, żeby wracać.

Diaz roześmiał się.

– Takie i kobiety są, przejmować się nie trzeba. Ale pilnuj go dobrze, to skarb prawdziwy. No, późno już. Spać pora.

Oddał Calowi puchar, a ten zapakował go i upchnął z resztą rzeczy do sakwy.

Rankiem, kiedy Calmin gotował się do drogi, stary Diaz przyniósł z ogrodu starannie opakowane sadzonki.

– Dwie ci daję, żeby pewność mieć, że dowieziesz. Korzenie żywicą zalałem i w mech wsadziłem. Pamiętać tylko musisz, żeby wilgotny zawsze był. Nawet jak gałązkę jakąś złamiesz, spokojny bądź, nic się nie stanie, tylko tym posmaruj. – Podał mu malutkie naczyńko. – Ale mech mokry musi być. Posadź go potem razem z drzewkami, a rosnąć będą zdrowo.

Chłopak po raz ostatni sprawdził, czy sadzonki są dobrze przygotowane do podróży, a potem sięgnął do noszonej na szyi sakiewki i wydobył parę monet.

– To za dużo chłopcze, za dużo – zaprotestował Diaz.

– Z życzliwości daję – uśmiechnął się przekornie Cal.

– Jak z życzliwości, tak i wzbraniać się nie będę – roześmiał się ogrodnik. – Szczęście niech ci sprzyja i Oblicza Boże mają w opiece swojej. Bywaj, synu, a gdybyś kiedy zawitał w te strony, odwiedzić mnie nie zapomnij.

Calmin pocałował starego w pomarszczoną, zbrązowiałą dłoń i lekko wskoczył na konia.

– Bywajcie zdrowi i dziękuję za wszystko.

Spotkanie z Diazem, jego życzliwość i poczucie humoru sprawiły, że Cal podróżował w dobrym nastroju. Pogoda była piękna, łowy udane, pastwiska obfite, gnał więc co koń wyskoczy, zatrzymując się tylko na krótkie popasy i co jakiś czas sprawdzając, czy sadzonki mają się dobrze. Nie żałował czasu spędzonego u ogrodnika, bo sekret współżycia drzew broz z mchem był z pewnością tego wart, a słowa o znaczeniu wodza na królewskim dworze pobudziły jeszcze mocniej jego wyobraźnię. Przypominał sobie, co słyszał od Falkalasa o historii Równin Marth i o tym, jak sam król Forsyth nadał je Jeźdźcom w wieczne użytkowanie w zamian za usługi oddane w Smoczej Wojnie. To wtedy koczownicy włóczący się po całej Imeskarii osiedli na olbrzymiej połaci równinnych pastwisk i zajęli hodowlą koni. Zamiłowanie do wędrówki pozostało, ale rzadko wypuszczali się poza swoją prowincję.

Nieczęsto spotkać można było Jeźdźca uprawiającego rolę lub mieszkającego w pańskim dworze, źle znosili też miasta – zamknięte murami, ograniczone ulicami i dachami zasłaniającymi niebo. Dlatego, choć słynęli jako dzielni wojownicy, nie służyli w armii, a swoją część daniny spłacali końmi.

Te rozmyślania nie wpływały na tempo podróży, ale Calmin cały czas bał się, że nie zdąży na wyznaczony przez Samelela czas. Umyślił więc sobie wracać krótszą drogą, porzucając Trakt Zgody. Z pewnością był on bezpieczniejszy, ale wiódł zygzakami od miasta do miasta. Cal, chcąc skrócić podróż, jechał – kierując się wprost na Równiny – po mniej uczęszczanych szlakach lub bezdrożach.

 

Po kilku dniach takiej podróży szczęście jakby się od niego odwróciło. Pogoda zmieniła się gwałtownie. Niebo zasnuły chmury, a deszcz – raz ulewny, raz mżący – nie ustawał ani na chwilę. Wertepy stały się grząskie i zdradliwe. Błoto oblepiało końskie kopyta, zwalniając chód, ogromne kałuże przykryły wszystkie nierówności, kamienie czy wystające korzenie drzew. Przemoczony, zziębnięty i głodny wlókł się noga za nogą, przeklinając nieprzyjazną aurę i swoją głupotę. Gdyby pojechał gościńcem, posuwałby się znacznie szybciej, bo trakt był dobrze utwardzony, a wzdłuż niego wybudowano wiele karczm i zajazdów, w których można było zjeść i przenocować. Na bezdrożach musiał spać pod gołym niebem, mokry i zmarznięty. Obawiał się również o sadzonki, które narażone na wilgoć i ziąb smętnie zwisały z końskiego grzbietu. O jedno tylko mógł być spokojny: wielowiekowy instynkt koczownika, umiejętność obserwacji gwiazd i słońca sprawiały, że Jeźdźcy nigdy nie błądzili. Umieli trafnie obrać drogę nocą i w najgłębszym lesie, tak więc i Cal na grzbiecie człapiącego w strugach deszczu konia podążał we właściwym kierunku.

Po czterech dniach takiej podróży ulewa wreszcie ustała, ale chmury wisiały ciężko nad horyzontem, szara mgła zasnuwała widok, a rzeki i strumienie wystąpiły z koryt i rozlały się szeroko. Cal był u kresu sił. Miał dreszcze, ręce mu się trzęsły, a ostatnia kolacja ciążyła w żołądku jak kamień. Przez cały dzień próbował coś upolować, ale tylko zmarnował kilka strzał. Marzył o gorącym posiłku, cieple ogniska i suchym ubraniu. Zapomniał o bohaterskich czynach, chciał się wreszcie wyspać.

Było wczesne popołudnie, kiedy z mijanej kępy drzew wyskoczył zając. Szare futerko wyraźnie odbijało się od rosnącej bujnie trawy. Zwierzątko pędziło przed siebie długimi susami, nie zwracając uwagi na Jeźdźca. Cal zdjął łuk, rozdygotanymi rękami nałożył strzałę, wymierzył i strzelił. Przez chwilę z tryumfem patrzył, jak trafiony w kark szarak koziołkuje w trawie. Zsiadł z konia, nie odkładając łuku, i podniósł drgające jeszcze zwierzę. Nagle wierzchowiec parsknął i wyrywając wodze z rąk chłopaka, pognał przed siebie. Otumaniony głodem i gorączką Cal patrzył za nim bezmyślnie i wtedy usłyszał szelest.

Z krzaków wyłonił się ryś. Żółte ślepia jarzyły się niczym latarnie, z gardła wydobywał mu się niski warkot, cętkowane futro było zjeżone, a uszy zakończone pędzelkami przylegały ściśle do czaszki. Calmin zadziałał instynktownie. Rzucił martwego zająca wprost na gotowego do ataku drapieżnika, a potem, błyskawicznie nałożywszy strzałę na cięciwę swego łuku, strzelił. Rozwścieczony kot rzucił się na chłopca i powalił na ziemię. Pazury rozorały mu ramię, szczęki uzbrojone w ostre kły znalazły się tuż przy jego gardle.

Cal bronił się zażarcie. Udało mu się odciągnąć na moment kosmaty łeb i wtedy zobaczył swoją strzałę tkwiącą w karku zwierzęcia. Przesunął nieco uchwyt, ryzykując, że ryś przegryzie mu gardło i sięgnął do bełtu. Chciał wbić go głębiej, ale nie miał tyle siły. Zamiast tego przekręcił grot, sprawiając, że zwierzę na moment zwinęło się w paroksyzmie bólu. Ta chwila wystarczyła. Cal odtoczył się na bok, z przyczepionej do pasa pochwy wyciągnął nóż i kiedy kot ponownie zaatakował, z całej siły wbił go w bok zwierzęcia. Musiał trafić w komorę, bo ciało upadło bezładnie, a z rany pociekła krew.

Chłopak stał, ciężko dysząc. Wyrwał nóż, wytarł ostrze o trawę i mozolnie zaczął wycinać pazury. Dopiero kiedy skończył, poczuł, jak bardzo jest zmęczony. Rana na ramieniu bolała i krwawiła obficie, pomniejsze zadrapania i otarcia piekły nieznośnie, całe ciało drżało niczym w febrze. Długo siedział na mokrej murawie, nim przyszedł do siebie na tyle, że odszukał martwego zająca i sprawdził, czy łuk jest cały. Z trawy podniósł zgubioną podczas walki klanową opaskę, wetknął ją do kieszeni, obwiązał sobie ranę oddartym kawałkiem koszuli i rozejrzał się za swym wierzchowcem. Na szczęście koń pasł się spokojnie kilkadziesiąt kroków dalej i zareagował na gwizd. Dosiadł go nie bez trudu i ruszył, szukając miejsca na nocleg. Nie mogło być zbyt blisko ubitego kota. Ścierwojady nie pozwoliłyby na spokojny odpoczynek.

Zapadł już wczesny zmierzch, kiedy trafił nad rzekę. Przecinała szlak, tworząc w tym miejscu bród, ale deszcz sprawił, że prąd był rwący, a poziom wody wysoki. Rozlała się szeroko, topiąc okoliczne łąki. Przyglądał się chwilę, oceniając szansę przeprawy i doszedł do wniosku, że nie da rady. Skręcił i pojechał wzdłuż głównego nurtu.

Czuł się coraz gorzej. Rana bolała, prowizoryczny opatrunek przesiąknięty był krwią, coraz bardziej kręciło mu się w głowie. Bał się, że jeśli prędko nie znajdzie miejsca na obóz, wreszcie spadnie z wierzchowca. Niestety, w szybko gęstniejących ciemnościach nie mógł niczego wypatrzyć, a pod końskimi kopytami ciągle słychać było chlupot wody. Przymknął oczy, żeby opanować kolejny zawrót głowy. Kiedy je otworzył, zdawało mu się, że w oddali widzi słaby blask ognia. Odruchowo skierował tam konia i natrafił na twardszy grunt. Zmęczony wierzchowiec potknął się i osłabiony Jeździec wyleciał z siodła, waląc się na rozmiękłą ziemię. Kiedy uniósł ciężkie powieki, pochylała się nad nim jakaś postać, szorstkie ręce obmacały mu najpierw głowę, a potem ciało. Szarpnął się i poczuł, jak spada w czarną przepaść głową w dół.

Obudził się, czując nieznośny nacisk na pęcherz. Chwiejnie wstał, odrzucił okrywające go szmaty, i odszedł kilka kroków. Załatwił potrzebę i powiódł otumanionym wzrokiem dookoła.

Znajdował się na polance otoczonej niewysokimi krzakami. Pośrodku płonęło ognisko, nad nim zawieszony był garnek, z którego dolatywał smakowity zapach. Obok leżał obdarty ze skóry i nadziany na patyk zając. Na skraju polany pasły się spokojnie dwa spętane konie. W jednym z nich Cal rozpoznał swojego wierzchowca, drugi był straszliwie wychudzoną chabetą ze sterczącymi żebrami. Juki i jego bezcenne sadzonki leżały zrzucone obok na bezładny stos.

Przezwyciężając zawroty głowy, na uginających się nogach, podszedł do bagaży, wydobył ostrożnie drzewka i sprawdził, czy mech otulający korzenie jest dostatecznie wilgotny. Potem wyciągnął ze swojej sakwy miskę i łyżkę. Po zjedzeniu drugiej porcji zupy poczuł ogarniającą go błogość. Ciepło i miłe uczucie sytości sprawiły, że znów zapadł w sen. Ani przez chwilę nawet nie zastanowił się, kto przyjął go tak gościnnie.

Zmęczenie i gorączka dawały o sobie znać. Cal budził się kilkakrotnie, ale ciągle był za słaby, by wstać. Śniły mu się koszmary, w których atakował go leśny kot o rozjarzonych, zielonych ślepiach. Czuł cuchnący oddech, dotyk szorstkiego futra na skórze i ból, jakby stwór ciągle na nowo rozrywał mu ramię, zalewały go potoki wody. Bronił się, wymachiwał rękami, charczał i pluł, ale nic nie pomagało. Sen powtarzał się regularnie.

Choć umysł nie mógł zaznać odpoczynku, to ciało powoli wracało do zdrowia. Jeździec był młody i miał silny organizm. Po dwóch dniach gorączka ustąpiła i Cal ocknął się przytomny. Ledwie otworzył oczy, zamknął je z powrotem. Tak jak we śnie, tuż nad sobą, ujrzał połyskującą zielonkawo parę wpatrzonych w niego oczu.

– Obudziłżeś sie wreszcie – usłyszał przy uchu chropawy głos. – Zdrów bedziesz. Na, zjidz to...

Calmin ledwie uchylił powieki, mając nadzieję, że tajemniczy opiekun tego nie zauważy i przed nosem zobaczył parę najbrudniejszych w świecie rąk trzymających miskę. Zaburczało mu w brzuchu tak głośno, że aż się zawstydził. Rozwarł szerzej oczy i cofnął się na posłaniu. Tuż obok siedziała odrażająca postać. Oprócz jasnozielonych oczsu uwagę zwracała strzecha włosów tak splątanych, że ptaki mogłyby w niej wić gniazda. Ubrana była w bure, pełne dziur łachmany.