Talizman złotego smoka

Tekst
Z serii: Albana #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Talizman złotego smoka
Talizman złotego smoka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 49,98  39,98 
Talizman złotego smoka
Talizman złotego smoka
Audiobook
Czyta Aleksandra Justa
29,99  21,29 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kiedy nie zostało już nic do zabrania, szybko uprzątnięto polanę i rozebrano na części wozy. Tylko zgnieciona, zabarwiona krwią trawa świadczyła o niedawnej tragedii.

Wioskowy plac zapełniał się powoli. Kobiety, dwójka usmarkanych odmieńców i stary, śliniący się Ulf pochylali się nad tobołami, szacowali wartość łupów, oglądając zdobycz. Kagan, który prowadził swoich jeńców na długim powrozie, przepchnął się pomiędzy podekscytowanymi ludźmi i przywiązał więźniów do drzewa, a dwa jajogłowe debilki zainteresowane nowym widowiskiem podeszły bliżej. Gapiły się bezmyślnie wytrzeszczonymi oczami, jak niewiele większe od nich dziecko szamoce się w ciasnych więzach, dotykały aksamitnego ubrania, szarpały za koronki mankietów i kołnierza. Z rozkołysanej wiatrem gałęzi spadła szyszka i uderzyła wprost w czubek głowy dorosłego. To rozbawiło braci. Każdy podniósł po ościstym pocisku i cisnął w jeńców. Rzucali tak i rzucali, póki nie zabrakło szyszek, potem któryś znalazł spory kamień. Trafił prosto w twarz dziecka. Z rozciętego czoła pociekł strumyczek krwi. Przyglądający się zabawie dorośli zarechotali z uciechą.

Wieczór w osadzie był radosny i hałaśliwy. Wśród łupów nie brakowało jadła i napitków. Delikatne suchary, suszone mięso, solone ryby i owoce o egzotycznym smaku rozłożono na trawie obok bukłaków pełnych mocnej wódki i piwa. Keranowie rozsiedli się dookoła, jedząc i pijąc bez umiaru. Kobiety grzebały w stosie ubrań, głaskały, kosztowne futra i mięły w rękach delikatną materię koszul.

O Mei i jej wychowance pamiętał tylko Kagan. Zjawił się w odosobnionej chacie tuż przed zmrokiem z ciepłym płaszczem, parą wojskowych racji i gorzałką. Mei wysłuchała opowiadania, łyknęła wódki i opatuliła się nakryciem. Dała Kaganowi zawiniątko leczniczych ziół i prawie wypchnęła z chaty. Po chwili wysłała też dziewczynę, żeby narwała świeżych roślin. Kiedy została sama, łapczywie sięgnęła po jedzenie. Moczyła suchary w wódce i jadła jednego po drugim, odcięła też pasek twardego jak łyko mięsa, wsadziła do ust i mieliła zawzięcie dwoma spróchniałymi zębami. Swojej towarzyszce nie zostawiła prawie nic. Wreszcie położyła się, ciągle mamlając mięso.

Dziewczyna krążyła po lesie, zbierając zioła, choć na myśl o jedzeniu w chacie ściskało ją w dołku. Rzadko jadły mięso, bo nie była wprawnym myśliwym, a ludzie z wioski nie martwili się o ich posiłki. Choć Kagan podrzucał im coś czasem, to uczucie głodu nie opuszczało jej nigdy.

Łachman, który kiedyś był spódnicą, zaczepił o ciernie. Schyliła się i wtedy usłyszała trzask. Zamarła w bezruchu, czując ogarniające ją przerażenie. Takie trzaski prześladowały ją często, tak samo jak natarczywe spojrzenia, które czuła na plecach. Domyślała się, że to Woram i drżała ze strachu. Teraz jednak było inaczej. Ten, kto szedł leśną ścieżką, nie dbał o zachowanie ciszy. Zaciekawiona ostrożnie wyjrzała zza cierniowego krzaka. Zadzierając głowę do góry i uważnie przypatrując się wierzchołkom drzew, Keran zmierzał w kierunku kolczastych zarośli. Wreszcie przystanął parę kroków od jej mizernej kryjówki, podrapał się po kudłatej głowie, splunął na ręce i zaczął się wspinać na drzewo. Wykorzystując, że był odwrócony do niej tyłem, dziewczyna cofnęła się i wpełzła pod bujnie rozkrzewione paprocie. Jej brudny strój zlał się w jedno z gęstym poszyciem.

Keran zatrzymał się w połowie pnia, znalazł oparcie na gałęzi. Wsadził rękę do wypatrzonej z dołu dziupli, wygarniając próchno i drobne gałązki. Widocznie była wystarczająco głęboka, bo ostrożnie balansując, zdjął z ramienia torbę i wrzucił ją do środka. Potem ześliznął się zręcznie i ruszył ku wiosce.

Minęło dużo czasu, nim dziewczyna odważyła się wychylić ze swojej kryjówki. Kiedy upewniła się, że żaden obcy dźwięk nie zakłóca zwykłej melodii lasu, wypełzła spod paproci i wyprostowała zdrętwiałe, napięte członki. W ręku ciągle ściskała zebrane rośliny. Niepewnie podeszła do drzewa, na które wcześniej wspinał się Kagan i popatrzyła w górę. Odłożyła zioła, podkasała spódnicę i mocno obejmując pień, zaczęła piąć się w górę. Trochę się zadyszała, nim stanęła na właściwej gałęzi. Bez namysłu sięgnęła w głąb dziupli i wyjęła sakwę. Ostrożnie usiadła na grubym konarze i zaczęła grzebać w torbie. Miała nadzieję, że Keran ukrył tam zapasy jedzenia. Szeleszczący zwój ozdobiony dwiema lakowymi pieczęciami na sznureczku nie przedstawiał dla niej żadnej wartości, podobnie jak i połyskujące w zachodzącym słońcu krążki metalu, które pobrzękiwały cicho na dnie sakwy. Wsadziła jeden do ust i ugryzła, tak jak podpatrzyła u handlarzy. Skrzywiła się, kiedy poczuła jego twardość i metaliczny smak. Splunęła, odłożyła pieniądz i zwój do torby i upchnęła wszystko z powrotem w dziupli. Zdzierając sobie skórę na rękach, zeszła szybko na dół, odszukała zwiędnięte zioła i pobiegła do chaty. W brzuchu burczało jej z głodu.

Starucha spała, chrapiąc głośno. Kawałek mięsa wyleciał jej z ust plamiąc płaszcz. Dziewczyna dołożyła do ognia, starannie zebrała okruchy sucharów i resztki suszonych owoców. Trzymała je w ustach, by jak najdłużej cieszyć się ich lepką słodyczą, wysączyła z bukłaka ostatek wódki. Pasek suszonego mięsa schowała do misy i przykryła kamieniem. Jakiś czas siedziała skulona, obejmując dłońmi kolana, wsłuchana w chrapanie Mei. Wreszcie wstała i cicho wyszła z chaty.

Las nawet za dnia wydawał się mroczny, bo wysokie drzewa rzadko przepuszczały promienie słońca. Nocą był samą ciemnością, ale dziewczyna bez trudu odnajdywała drogę. Dochodzący z polany gwar sprawił, że odczuła swoją samotność bardziej niż kiedykolwiek. Obrazy z poprzedniego życia wracały do niej czasem w snach, dręczyły, nie pozwalały pogodzić się z otaczającym ją światem. Lęk przed Keranami nie ustępował. Bała się okrucieństwa i pożądliwości wyzierających z ich spojrzeń, dlatego też rzadko pokazywała się we wsi. Dziś ciekawość i pragnienie przebywania wśród innych wygnało ją z chaty. Było tak silne, że pokonało strach. Podkradła się do linii drzew okalających plac, ułożyła na ziemi i patrzyła.

Płomienie strzelały wysoko. Mieszkańcy wioski rozsiedli się wokół ogniska. Chociaż rozlokowali się blisko siebie, krzyczeli tak głośno, że dziewczyna słyszała każde słowo. Mieli czerwone twarze i rozbiegane oczy. Z rąk do rąk podawali sobie bukłaki. Po odorze poznała, że to ta sama gorzałka, którą popijała Mei. Z ziemi podniósł się Woram. Wymachiwał bezładnie rękami i wrzeszczał.

– Po co nam uni! Własnych gąb do wyżywienia momy za dużo. Zabić ich!

– Zabić! Zabić ich!!! – poparli go niektórzy.

Przysypiający Kagan ocknął się gwałtownie.

– Gówno wom... – czknął głośno. – Gówno wom do tego – wybełkotał. – Są moi, a jak zbraknie jedzenia, to ich zeźre. – Głowa kiwała mu się na wszystkie strony. – Som, nikomu nie dom. Som ich zjem – mamrotał niewyraźnie.

Keranowie gruchnęli ochrypłym, pijackim śmiechem. Tylko Woram się nie śmiał. Chwiejnym krokiem podszedł do jeńców i chwycił jednego z nich za włosy. Kiedy wrócił do ognia, na twarzy majaczył mu obleśny grymas. Ktoś dorzucił drew do ognia i dziewczyna zobaczyła wyraz jego oczu. Skuliła się jeszcze bardziej, a ciało przeszył dreszcz. Ten wzrok prześladował ją nawet w snach.

Długo jeszcze leżała ukryta na skraju polany, obserwując ognisko i zasypiających mężczyzn. W końcu jedynym dźwiękiem, który słyszała, było chrapanie. Potem na placu zjawiły się kobiety i zasmarkane dzieciaki, a ona znów przycupnęła w krzakach. Nowi przybysze cicho weszli pomiędzy śpiących, zebrali resztki jedzenia i jak cienie zniknęli w chatach. Teraz mogła się już bezpiecznie wycofać, ale zamiast tego, kryjąc się ciągle między drzewami, przemknęła w kierunku jeńców.

Ogień wygasał powoli, ale nawet w tym słabym świetle dostrzegła przywiązaną do pnia sylwetkę. Nagle zabrakło jej tchu. Dziecko! To było dziecko! Zacisnęła powieki, a brudne dłonie zwinęła w pięści. Dziecko! Powoli otworzyła oczy i na powrót zaczęła oddychać. Patrzyła na delikatną twarz poznaczoną smugami zaskorupiałej krwi, wielkie przerażone oczy, długie loki, potargane i pełne gałązek. I na dłonie, które spływały krwią z przeciętych grubymi sznurami nadgarstków. Spojrzała na własne ręce o skórze zgrubiałej od ciężkiej pracy, pełne odcisków i blizn. Dotknęła włosów, które dawno straciły niezwykły kolor i poszarzały od brudu. Przypomniała sobie okrutny błysk w oczach Worama... Nie dbając, że jest widoczna na tle ognia, podeszła do drzewa. Dziecko przestraszone jej nieoczekiwanym pojawieniem szarpnęło się w więzach, otwarło usta do krzyku. Dziewczyna bezceremonialnie zatkała je ręką.

– Nie drzyj sie – szepnęła. – Nic ci nie zrobie.

– Zostaw go.

Głos był tak nieoczekiwany, że aż podskoczyła. Zapomniała o drugim więźniu przywiązanym po przeciwnej stronie pnia. Obeszła drzewo, spojrzała na jeńca i otworzyła usta ze zdumienia. W mroku majaczyła naga czaszka i blada twarz pozbawiona brwi. Mężczyzna odziany w długą, ciemną szatę był tak nierzeczywisty, że wyciągnęła dłoń i dotknęła łysej głowy. Wzdrygnął się, oczy zalśniły mu niebezpiecznie, a na twarzy odmalował się wyraz obrzydzenia. Szybko cofnęła rękę.

– Czego chcesz, dzikusie? – wysyczał.

Dziecko znów targnęło się w więzach i to przywróciło ją do rzeczywistości. Pomacała ręką wzdłuż sznura, którym obydwoje byli przywiązani i natrafiła na supły. Pochyliła się i pomagając sobie zębami, rozwiązała węzły.

– Chodźta, zanim sie obudzom – rzuciła ochryple.

Dziecko oparte o drzewo rozcierało ręce. Łysy mężczyzna chwycił ją kościstą dłonią za ramię ze zdumiewającą siłą.

– Dokąd mamy iść? – spytał.

– Wyprowadze was na trakt, durniu – warknęła.

Jakby cień uśmiechu przewinął się po ubrudzonej twarzy dziecka.

– To kapłan, dostojny Zebon. Nie można do niego w mówić taki sposób – pouczyło ją.

– Idzieta, czy ni? – zdenerwowała się.

 

Marsz przez pogrążony w ciemnościach las był dla uciekinierów udręką. Bez ustanku potykali się o wystające korzenie, kaleczyli o gałęzie, wpadali na drzewa. W końcu dziewczyna wzięła dziecko, posadziła sobie na plecach i podjęła mozolną wędrówkę. W pewnej chwili zatrzymała się tak gwałtownie, że podążający z tyłu kapłan zatoczył się wprost na nią. Nie zwróciła na to uwagi.

– Chłopok – mruknęła z goryczą.

– Co mówisz? – Mały przysunął twarz do jej głowy, ale natychmiast się cofnął. – Fuj, ale cuchniesz.

– Cuchnę? – Zdziwiła się burkliwie. – Nie twój interes, gówniarzu! Trza cie było zostawić Woramowi, wisz?

– Wdzięczni jesteśmy za pomoc – zmitygował się chłopiec. – Ale powinieneś się umyć.

– Zamknijże sie wreszcie – sarknęła rozzłoszczona, ściskając kolana małego tak mocno, że pisnął z bólu.

Kapłan podążał za nimi bez słowa, dziewczyna słyszała tylko jego ciężki oddech za plecami. Kiedy wreszcie wyszli na trakt, była tak zmęczona, że z ulgą zrzuciła chłopca z pleców i opadła na trawę, kuląc ramiona. Mężczyzna stał obok, ciężko dysząc. Kiedy odpoczęła, machnęła ręką w kierunku wschodu słońca.

– Trza wam iść tamoj. Kerany gadają, że do wyjścia z lasu ino dzień drogi.

Mnich skinął głową i wziął chłopca za rękę, ale mały wyrwał mu się i podszedł do niej.

– Dziękuję – powiedział i wyciągnął rękę. Spojrzał na kapłana i dodał: – Zebon też ci dziękuje. Jak masz na imię?

Spojrzała niepewnie na drobną dziecięcą dłoń i z wahaniem podała swoją. Chłopiec uścisnął ją lekko, a ona cofnęła się, jakby ją to zabolało.

– Idźta już, zara sie rozwidni – szepnęła szorstko.

Mały odszedł i stanął przy mężczyźnie. Zrobili kilka kroków, kiedy znów zawrócił. Zdjął coś z szyi i wcisnął jej do rąk.

– Masz, na pamiątkę.

Wstała niezgrabnie i patrzyła, jak odchodzą, teraz już naprawdę. Oczy jej zwilgotniały, więc otarła je niecierpliwie.

– Mie na imie Albana – powiedziała zbyt cicho, aby ktoś mógł ją usłyszeć. Poczekała, aż zginą w mroku, a potem zawróciła do lasu.

Było już widno, kiedy dotarła do chaty. Stara Mei jeszcze spała. Starając się nie robić hałasu, dziewczyna rozpaliła ogień i przyniosła wody. Kiedy starucha wstała, w kociołku bulgotała zupa.

Mei obudziła się w złym humorze. Bolała ją głowa, a w gardle paliło. Wypiła kilka łyków wody i pochyliła się nad kociołkiem. Zapach jedzenia przyprawił ją o mdłości, wyszła więc na zewnątrz. Dzień był nieprzyjemny, parny. Liści nie poruszał najsłabszy nawet powiew wiatru, a między drzewami było ciemniej niż zwykle. Cofnęła się do chaty i szturchnęła zasłonę laską.

– Ide do wioski – zaskrzeczała.

To Woram pierwszy zauważył brak jeńców. Wyszczerzył zęby i kopnął śpiącego jeszcze Kagana.

– Twoje zapasy znikły – zarechotał. – A może jużeś ich zjod, co?!

Ci, którzy pamiętali ich wieczorną kłótnię, ryknęli śmiechem.

Kagan, trzymając się za głowę, podniósł się powoli.

– Pić mi sie chce – wymamrotał.

Znalazł w trawie bukłak, przytknął do ust i pociągnął parę solidnych łyków. Oczy wyszły mu z orbit i gwałtownie zwymiotował. Keranowie pokładali się ze śmiechu. Woram patrzył na niego ze złośliwym błyskiem w oczach.

– Pewnie ten łysy mu zaszkodził. Żylasty był! – ryknął.

Kagan trochę oprzytomniał. Blady, na trzęsących się nogach zwrócił się w stronę Worama.

– O czym ty godosz? Ni cholery nie rozumiem.

– O twoich jeńcach, durniu. Ni ma ich.

Kagan spojrzał na drzewo, do którego przywiązani byli więźniowie.

– Ni ma ich? Cóś z nimi zrobił, gadzie? – wrzasnął.

Woram groźnie błysnął zębami.

– Nic, kurduplu. Znikli, ot tak – pstryknął palcami – byli i ni ma.

Kagan rzucił mu się do gardła. Po chwili obaj tarzali się po trawie, okładając się pięściami. Keranowie otoczyli ich kołem uradowani z widowiska. Woram szybko zdobył przewagę. Siadł okrakiem na przeciwniku, w ręku błysnął mu nóż.

– No, gnoju, co tera? Wydłubiemy oko czy odetniemy ucho? A może to? – przyłożył ostrze do krocza leżącego. – I tak nie mosz z tego żodnego pożytku! – ryknął.

Niespodziewanie na jego plecy spadł grad ciosów.

– Ostaw go – skrzeczała Mei, okładając Worama kosturem. – Puść go zara, ty głupku!

Kagan, wykorzystując zaskoczenie Worama, wyśliznął się spod niego i stanął, patrząc spode łba. Woram odsunął się od starej, ale choć uderzenia jej kija nie były już tak mocne jak ongiś, odważył się podnieść na nią ręki.

– Czego ty? – warknął, rzucając Mei złe spojrzenie. – Un zaczął... Ja mu jeszcze kulasy poprzetrącom.

– Dałbyś pokój – wtrącił się ktoś. – Wygrołeś. My wszytcy widzieli, nie?

Keranowie przytaknęli. Mei tak długo świdrowała Worma wzrokiem, aż ten schował nóż. Potem odwróciła się do Kagana.

– Gdzie ci jeńcy? Obejrzeć ich chciałam.

– Tam byli, ale znikli – burknął Keran.

– Uciekli, znaczy?

Kagan wzruszył ramionami i podszedł do drzewa. Podniósł sznur, który ciągle tam leżał i obejrzał go dokładnie.

– Musi byli za słabo związani.

– Szukał ich bedziesz?

Kagan znów wzruszył ramionami.

– Iii, nie warto. Albo zbłądzili, albo cóś ich zeźre.

Stara kiwnęła głową.

– Kłopot z głowy. – Pogroziła laską Woramowi i odeszła.

Albana siedziała na kamieniu przed chatą i oglądała swój podarek, wisior na długim łańcuchu. Łańcuszek z drobnych kółek kolorem przypominał pieniądze, które Kagan ukrył w dziupli. Zawieszony kamień połyskiwał zielenią. Wyrzeźbiono na nim jakiś kształt, ale pochmurny dzień nie pozwalał dokładnie przyjrzeć się reliefowi, wodziła więc tylko palcami jak ślepiec po wypukłościach kamienia. To była najpiękniejsza rzecz, jaką miała. Jedyna rzecz, jaką miała, bo nawet łachmany na grzbiecie stanowiły własność Mei. Włożyła łańcuch na szyję i schowała pod bluzkę, czując chłód kamienia na piersiach.

Weszła do chaty, zjadła dwie miski zupy, a do kociołka dolała wody. Zadowolona przykucnęła obok legowiska staruchy i nieśmiało dotknęła płaszcza, a potem założyła na siebie. Był piękny: od spodu podbity delikatnym w dotyku, grubym futrem, z wierzchu pokryty materią w kolorze dojrzałych malin. Zdjęła okrycie i ułożyła starannie na łóżku. Na kosztownym materiale wyraźnie odznaczał się ślad po wyplutym kawałku mięsa, tworząc brunatną smugę. Dziewczyna z żalem pomyślała, że soczysta barwa wkrótce zszarzeje, a piękne okrycie zrobi się takie samo jak reszta ich odzieży. To przywiodło jej na myśl słowa dziecka. Obwąchała się nieufnie, ale nic nie poczuła. Wzruszyła ramionami i wróciła do codziennych zajęć.

Wieczorem rozpętała się burza. Światło błyskawic docierało do chat poprzez zarośnięte bluszczem ściany. Grzmoty dudniły niesamowitym echem, deszcz ściekał po pniach wprost do domostw, gasząc paleniska. Ludzie kulili się w prymitywnym strachu. Burza krążyła nad lasem przyciągana przez strzeliste drzewa. Słychać było trzaski walących się pni. Przewracające się olbrzymy pociągały za sobą następne. Nad ranem nawałnica ucichła, a ulewa zamieniła się w mżący leniwie deszcz. Przestraszeni Keranowie wyglądali na świat niepewni, co zobaczą.

Chata Mei była w opłakanym stanie. Nie naprawiana od dawna trzymała się wokół drzewa tylko dzięki porastającym ją pnączom. Resztki darni, którą obłożona została część przylegająca do pnia, wypłukał deszcz. Poszarpany przez wiatr bluszcz odkrywał pokaźne dziury.

Starucha i dziewczyna przetrwały przycupnięte na zalanym wodą, rozmiękłym klepisku. Kiedy minęła noc, Mei wypchnęła swoją towarzyszkę, by oceniła szkody. Albana wypełzła na zewnątrz i rozejrzała się z trwogą, ale i ciekawością. Na ziemi leżały połamane gałęzie, a strącone liście tworzyły przedziwny kobierzec. Piorun, który słyszały tak blisko, zwalił drzewo rosnące tuż obok domostwa. Na szczęście upadło tak, że nie zagroziło ich schronieniu.

Siąpiący ciągle deszcz sprawił, że odzienie dziewczyny przykleiło się do ciała, z włosów kapała woda, a drobne kropelki drżały na rzęsach. Zniecierpliwiona Mei też zdecydowała się wyjrzeć na świat, ciągnąc za sobą długie poły płaszcza. Albana zawróciła w stronę chaty. Stara pokiwała na nią skręconym od reumatyzmu brudnym paluchem, a potem gwałtownym ruchem wydobyła widoczny pod mokrą koszulą naszyjnik.

– Skąd to mosz, he? Od kogo dostałaś, od Kagana? – Nieodłączna laska szturchała boleśnie. – No godej!

Dziewczyna spuściła głowę i nawet się nie usunęła przed razami kija. Rozwścieczona Mei szarpnęła za wisior. Metalowe kółka zraniły boleśnie skórę, odsłaniając jednocześnie lewą pierś Albany. Starucha syknęła i wypuściła medalion. Wpatrzyła się w widoczne na piersi znamię. Wiedziała, że jej wychowanka je ma, ale wcześniej było tylko niekształtną, ciemniejszą plamą na delikatnej skórze dziecka. Przez lata zmieniło kształt i barwę, tworząc obraz złotego smoka o długiej szyi i rozłożonych skrzydłach. Wydawało się, że porusza nimi w rytm oddechu.

– Smocze nasienie, tfu! – Splunęła z odrazą za lewe ramię, splatając palce w znak odczyniający urok. – Ty żeś uwolniła jeńców Kagana, ni?

Dziewczyna skinęła głową, zasłaniając jednocześnie drżącymi rękami pierś i chowając naszyjnik pod ubranie.

– Wyprowadziłam ich na trakt – szepnęła. – Chłopok mi to doł.

– Chłopok?

– Tak, Mei, chłopok. Całkiem mały, jeszcze dziecko. Ja musiała... Musiałam mu pomóc, Mei.

Starucha kiwnęła głową, nagle zobojętniała.

– Gąb do wykarmienia u nos dosyć. Dobrze, żeś sie ich pozbyła. I bier sie wreszcie do roboty, leniu. Trza to wszytko do porządku doprowadzić. Ruszaj sie, niezdaro! – pogoniła. – A tego nie pokazuj nikomu.

Albana ruszyła do chaty, zastanawiając się, czy stara miała na myśli naszyjnik czy smocze znamię.

Monety ze skrzynki znalezionej przez Kagana, broń i zbytkowna odzież wystarczyły, by Keranowie mogli uzupełnić zapasy, kupić odzienia, derki i najpotrzebniejsze sprzęty. W domostwie Mei również przybyło parę nowych rzeczy, a Kagan połatał zniszczoną w czasie burzy chatę. Życie stało się trochę łatwiejsze.

Ze zdobytych łupów Keranowie pozostawili sobie tym razem kilka koni. Nie potrafili ocenić ich wartości ani urody, nie umieli się z nimi obchodzić, ale uznali, że przydadzą się do ścigania podróżnych. Przyzwyczajone do ludzi zwierzęta pasły się swobodnie wokół wioski. Mieszkańcy nie poświęcali im wiele uwagi, jedynie Kagan podsuwał czasem pod miękkie chrapy porcję owsa i poklepywał grzbiety.

Konie zauroczyły Albanę. Podziwiała łagodne, ocienione długimi rzęsami oczy, gładką sierść, harmonijne sylwetki. Podglądała z ukrycia, jak pasły się, strzygąc czujnie uszami, a z czasem ośmieliła się na tyle, by podejść i dotknąć aksamitnych pysków. Przemawiała do nich łagodnie i cichutko, a one kładły jej na ramieniu wielkie głowy, łaskocząc grzywami. W jednej z takich chwili naszedł ją Kagan i słuchał zdumiony chrapliwego głosu. Ukryty w krzakach obserwował dziewczynę z ciekawością, która tłumiła nawet żądzę. Wychowanica Mei nie była piękna. Miała wysoką, kanciastą sylwetkę, wąską twarz okoloną szopą włosów, z połyskującymi gdzieniegdzie rudymi pasmami, i jasne zielone oczy, które raziły nienaturalną barwą na tle ogorzałej, spalonej słońcem i wiatrem skóry. Odszedł, nim go zauważyła, ale odtąd jej wizerunek prześladował go w snach.

W ciągu upalnego lata i oszałamiającej kolorami jesieni widywał ją czasami, a kiedy nastała zima, coraz częściej zachodził do domostwa Mei. Zostawiał upolowanego królika, uszczelniał chatę mchem albo strugał strzały. Dziewczyna nie pokazywała się nigdy, ale z poruszeń zasłony czy stłumionego oddechu wiedział, że jest blisko. To podsycało jego żądzę i umacniało w przekonaniu, że powinna należeć do niego, nie do Worama.

Starucha szczerzyła w domyślnym uśmiechu dwa spróchniałe zęby, przyjmowała podarki i nie odmawiała gorzałki. Kagan był pewny jej przychylności. Czuł też narastającą nienawiść Worama i dreszcz strachu przelatywał mu po krzyżu, kiedy dostrzegał jego złe spojrzenie.

Mei za długo zajmowała się leczeniem, by nie zdawać sobie sprawy z tego, że umiera. Wyczerpała ją ciężka zima i głodowy przednówek. Schorowane ciało odmawiało posłuszeństwa, a krążenia nie pobudzała nawet mocna gorzałka Kagana. Dziewczyna poiła ją ziołami, ale obydwie wiedziały, że stara nie dożyje lata.

Teraz, kiedy nadchodził kres jej życia, główną troską Mei była przyszłość Albany. Stara była pewna, że dziewczyna nie powinna wpaść w łapy Worama, dlatego wezwała tego, który potrafił zasłużyć sobie na odrobinę jej wdzięczności.

 

Kiedy Kagan zjawił się w chacie, znachorka nie wstawała już od wielu dni. Siły opuszczały ją szybko, przestała jeść. W ciemnościach, ledwie rozjaśnionych żarem z paleniska, zdawało się, że na posłaniu leży kupka trzęsących się gałganów. Pochylona nad kociołkiem dziewczyna warzyła wzmacniającą miksturę, której duszący aromat unosił się w powietrzu i wypełniał całe pomieszczenie. Po raz pierwszy nie uciekła na widok Kagana. Odwróciła tylko twarz, ale Keran i tak dostrzegł łzy na policzkach.

– Bardzo z nią źle? – zapytał.

– Nie pożyje już długo – rozległ się starczy, drżący szept. – Podejdźże tu, chłopcze...

Zbliżył się do legowiska, z trudem odnajdując wzrokiem twarz Mei wśród okrywających ją szmat. Przyklęknął.

– Ty tyż, dziewczyno.

Albana zdjęła z ognia kociołek z wywarem, przelała go do kubka i przycupnęła obok Kagana. Ostrożnie napoiła starą, odstawiła naczynie i delikatnie otarła bezkrwiste wargi. Mei przymknęła powieki i oddychała ciężko, zbierając siły, czekając, aż gorący napój ożywi choć trochę schorowane ciało i umysł.

– Ty jeden z całej wsi troszczyłżeś sie o mnie i o nią – wyszeptała wreszcie. – Dlatego ty ją dostaniesz, nie Woram. Bedziesz dla niej dobry, nie tak jak to bydle... Ale uważej, on łatwo nie ustąpi. Musicie uciekać...

Oddech przeszedł w rzężenie, a ciało zaczęło drgać. Z ust popłynęła ślina. Dziewczyna sięgnęła po kubek i ponownie przytknęła go do ust starej.

– ...mus wam uciekać, inaczej was zabije – mamrotała Mei ledwie słyszalnie. – Un nie podaruje swojego, a wioska i tak wymrze, ni ma kobit, ni ma ratunku... obiecej mi...

– Zajmę sie nią, Mei – wyjąkał Kagan. – Ale uciekać?

– Głupiś – syknęła słabo stara. – Woram cie zabije, a ją zamęczy na śmierć. Póki ja żyje, nie odważy sie tu przyjść, ale niech tylko zamknę oczy... Mus wam wyjechać jeszcze dzisia w nocy...

Ten wybuch tak ją osłabił, że straciła przytomność. Dziewczyna rozpłakała się głośno, a Kagan zawzięcie drapał się po głowie.

– Może jako wioska nas przygarnie... i troche grosza tyż sie znajdzie.

– Nie zostawie jeji.

– Una nie dożyje do rana, może kipnąć już zara.

– Nie zostawie jeji – powtórzyła uparcie dziewczyna.

– Ty głupia, jeji wszyćko jedno, czy umrze sama, czy nie. A Woram tylko czeko, aż Mei zdechnie. Łazi tu bez przestanku, nawet jak tu szłem, tom go widzioł. Jak mamy uciekać, to tylko dzisia w nocy.

Dziewczyna spuściła oczy. W ręku mięła kawałek koca z posłania starej. Wreszcie bezradnie skinęła głową.

– Gotuj sie do drogi, kobito. Przyjde tu z wieczora – mruknął Kagan. Podniósł się z klęczek i wyszedł.

Resztę dnia Albana spędziła na pakowaniu dobytku. Nie było tego dużo: kociołek, dwie miski, śmierdzący wódką bukłak, zmiana ubrania, derka stara i dziurawa, bo ta lepsza leżała na posłaniu Mei, woreczek z krzesiwem i drobno roztartą korą i cały zestaw ziół. Kiedy związała wszystko w skromny tobołek, w chacie nie pozostało nic. Była już gotowa, a do wieczora pozostawało jeszcze sporo czasu, usiadła więc przy starej i wzięła w dłonie wychudłą, kościstą rękę.

Zapadł zmrok. Mei nie odzyskiwała przytomności, ale ciągle słychać było jej coraz słabszy, świszczący oddech. Albana wyszła przed chatę, wyprostowała zgarbione plecy i rozejrzała się czujnie. Po zaduchu panującym wewnątrz chłodne wieczorne powietrze ostudziło rozpalone policzki, pozwoliło odetchnąć głębiej i pozbyć się z płuc obrzydliwego fetoru. Zdawało jej się, że usłyszała gdzieś niedaleko stłumiony krzyk. Zerknęła na starą, ale ta leżała nieruchomo. Oczekiwanie dłużyło się niezmiernie.

Nie wytrzymom tu, pomyślała wreszcie. Wyjdę mu naprzeciw.

Zagłębiła się w las. Szła w stronę wioski, ale widać pobłądziła ze zdenerwowania, bo nieoczekiwanie znalazła się w pobliżu drzewa, w którym Kagan ukrył kiedyś swoje łupy. Usiadła pod nim oparta plecami o pień. Serce waliło jej jak oszalałe. Las wydawał się wyjątkowo mroczny, cichy i groźny. Żeby choć na chwilę uwolnić się od strachu, który ją opanował, zaczęła myśleć o Kaganie i czekającej ich podróży. Przyszło jej do głowy, by sprawdzić, czy zabrał monety ukryte w dziupli, wspięła się więc na drzewo i wetknęła dłoń do ukrytego pod korą otworu. Sakwa ciągle tam była. Próchno sypnęło się jej w oczy, kiedy ją wyjmowała, a po ręce przebiegło kilka spłoszonych, kosmatych pająków. Zachybotała się i na oślep chwyciła najbliższą gałąź. Ręce miała śliskie od potu i drżące. Niewygodna sakwa wyśliznęła się i upadła na ziemię. Odzyskawszy równowagę, schodziła powoli, zastanawiając się, czy schować pieniądze na powrót do dziupli, czy poczekać na Kagana. Zeskoczyła wreszcie na trawę i w gęstniejących ciemnościach wypatrzyła leżącą w krzakach torbę. Zrobiła parę kroków i nagle runęła jak długa. Wstała niezgrabnie, otrzepała ubranie, wyplątując z włosów liście. Ze złością kopnęła przeszkodę i zamarła. To była noga, ludzka noga wykręcona w nienaturalny sposób. Przygryzła palce, żeby nie krzyczeć i odgarnęła liście. Na trawie leżał Kagan z wytrzeszczonymi martwymi oczyma, z ustami otwartymi do krzyku, uwalany krwią z poderżniętego gardła. Odwróciła się i gwałtownie zwymiotowała. Gdzieś w pobliżu trzasnęła gałązka. Albana, przerażona niemal do utraty zmysłów, wyszarpnęła z krzaków sakwę i na oślep, potykając się, pobiegła przez las. Chata stała pogrążona w ciemnościach. Wczołgała się przez zarośnięte wejście i dopadła legowiska starej, przywierając do niej całym ciałem.

– Och, Mei – zawodziła. – Un nie żyje, nie żyje! Woram go zabił, poderżnął mu gardło! Mei, Mei, słyszysz?!

Stara nie poruszyła się pod jej ciężarem. Dziewczyna odłożyła zawadzającą jej torbę, gorączkowo odrzuciła koc i płaszcz, którym tamta była przykryta. W ciemności błysnęły wytrzeszczone białka oczu. Wstrzymując oddech, poszukała pulsu na szyi, a potem łagodnie przesuwając dłoń, zamknęła Mei oczy. Natrafiła ręką na ciepłą wilgoć i podniosła ją do oczu, z niedowierzaniem wpatrując się w ciemne plamy.

– Mei? – wyszeptała, jakby trup staruchy mógł rozwiązać tę zagadkę. Usłyszawszy szelest bluszczu przy wejściu, odwróciła się powoli.

Woram stał na środku izby, szczerząc dziurawe zęby. Żar z paleniska odbijał się w jego oczach.

– Skróciłżem jeji męki. To stare truchło żyło za długo. I przyjemności przed śmierciom zaznała – zarechotał i posunął się w jej kierunku.

Dziewczyna poczuła, jak robi jej się bardzo zimno. Konwulsyjnie złapała Mei za rękę, jakby wierzyła, że ta ochroni ją nawet po śmierci.

– Chcieliście mnie okpić, wyjechać, a una was do tego namawiała. Ale ja potrafie zadbać o to, co moje. A tyś moja. Żeby nie ta poczwara, dawno bym cie wziął. Tera zapłaciłżem jeji za opieke. Jeji i Kaganowi.

Kopnął zwłoki, a te stoczyły się bezwładnie z posłania, odsłaniając wyschnięte pośladki.

Albanę nagle opuścił lęk, który czuła od dzieciństwa. Wyparła go wszechogarniająca furia i nienawiść.

Woram wyciągnął rękę i złapał w garść kosmyk jej zmierzwionych włosów.

– Nie rusz mie – powiedziała niemal spokojnie.

Obrzydliwy, gardłowy śmiech wstrząsnął chatą. Albana szarpnęła głową i uwolniła się od dotyku.

– Jezdeś najbardziej plugawym i ohydnym bydlęciem, co chodzi po lesie – wysyczała, nie tłumiąc obrzydzenia.

W ciemności zielone oczy rozbłysły nienaturalnym blaskiem. Keran tylko się oblizał obleśnie i ponownie sięgnął w jej stronę.

– Nie zrobisz krzywdy ani mi, ani nikomu wiency. Zdechniesz w najgorszych mękach przed progiem własnego domu, skóra odejdzie ci od kości, a oczy wypłyną. Twoje gnaty zwierza rozwłóczom po lesie. A tera precz stąd. Już!

Jej głos miał nienaturalny ton i barwę bardziej chrapliwą niż zazwyczaj, oczy jarzyły się niczym kocie ślepia. Zdawało się, że całe ciało Albany spowija niesamowita aura, przy której nawet żar stracił swoją poświatę. Woram wpatrywał się w nią jak zaklęty. Kiedy umilkła, potrząsnął głową i rozejrzał się po chacie, jakby zastanawiając się, co tu robi. Bezmyślnie obciągnął koszulę, odwrócił się i wyszedł.