Szkic w czerni i szkarłacieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Szkic w czerni i szkarłacie
Szkic w czerni i szkarłacie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 10,98  8,78 
Szkic w czerni i szkarłacie
Szkic w czerni i szkarłacie
Audiobook
Czyta Aleksandra Justa
5,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Iwona Surmik

Szkic w czerni i szkarłacie

Saga

Szkic w czerni i szkarłacie

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2007, 2021 Iwona Surmik i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726771374

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Szkic w czerni i szkarłacie

Dom stał na podmurówce z szarych kamieni, które kontrastowały z poczerniałymi deskami ścian i zielonymi okiennicami. Na ażurowy ganek prowadziły nierówne stopnie, z okien wychylały się rażące jaskrawą czerwienią pelargonie. Sztachety okalającego ogródek płotu porastał powój. Delikatne kwiaty rozkwitały wczesnym rankiem, a gdy dosięgało je słońce, tuliły pączki, jakby ze strachu przed dniem. Grządki były starannie wypielone, jabłonka miała biały od wapna pień.

Majce nie podobał się ani dom ani ogród. Spodziewała się willi, takiej jak na zdjęciach w kolorowych tygodnikach, nie wiejskiej chałupy z warzywnikiem zapełnionym marchwią i cebulą. Okolica też wydała się jej mało ciekawa  miasteczko położone w niewielkiej dolince otoczonej lesistymi wzgórzami, skupione wokół ryneczku domy i krowie placki na drodze.

Wybrała się na zwiedzanie późnym popołudniem, kiedy słońce schowało się za stokami. Wpierw szła żwirową szosą, potem trafiła na ulicę obramowaną zarośniętymi trawą chodnikami. Grubo żłobione podeszwy glanów pozostawiały wyraźne ślady w rozmiękłym asfalcie. Mijane domy były podobne do tego, w którym sama mieszkała: stare, z zielonymi okiennicami i pelargoniami.

Na rynku stała fontanna. Pucułowaty amorek miał loki upstrzone gołębimi odchodami i złamane skrzydełko, z wydętych usta nie spływała ani jedna kropla wody. Wokół betonowej cembrowiny rosły szałwie, na chodniku ustawiono drewniane ławki. Okupowali je staruszkowie w wyszmelcowanych kapeluszach, śmierdzący potem i starością. Pocierali szczecinę na brodzie, postukiwali laskami i wodzili wyblakłymi oczami za paradującą przed nimi dziewczyną. Kto wie, co myśleli o nienaturalnie czarnych włosach, twarzy pokrytej grubą warstwą makijażu, jaskrawoczerwonych ustach, krótkiej spódnicy i siatkowych rajstopach?

Majka przystanęła przed ratuszem, jedynym obok kościoła murowanym budynkiem. Zadarła głowę, podziwiając dzwonnicę, potem zajrzała do sklepu.

Tu spotykały się kobiety w chustkach zamotanych wokół czerstwych twarzy, przepasane kwiecistymi fartuchami. Opowiadały o liszkach zżerających kapustę, orzechach w spirytusie dobrych na żołądek, łamaniu w kościach. Na widok czarno odzianej nastolatki zamilkły w pół słowa.

Dziewczyna kupiła colę i siadła na schodach przed sklepem, żeby opróżnić butelkę.

 To wnuczka starego Brugera.

 Matko przenajświętsza, patrzajcież na nią.... – szemrały, ale Majka i tak słyszała.

Przełknęła resztę napoju, oddała butelkę i odeszła.

 Zła krew, zła  dobiegło ją już na chodniku.

Odwróciła się i uśmiechnęła, rozciągając szeroko przesadnie wymalowane usta. Gapiące się za nią kobiety uczyniły znak krzyża.

Wracała po ciemku. Ostatnia latarnia oświetlała miejsce, gdzie kończył się asfalt, a zaczynała szosa z poboczem zarośniętym chwastami.

Coś szeleściło i poskrzypywało, chrzęścił żwir. Na tle rozgwieżdżonego nieba widać było skrzydlaty kształt − sowy albo nietoperza, ponad krzakami unosiły się drobniutkie światełka, niczym zimne iskierki niewidocznego ogniska. Majka miała uczucie, jakby ktoś za nią szedł, ale nie starczyło jej odwagi, żeby się odwrócić. Przyspieszyła, potem pobiegła. Wpadła do domu zdyszana, spocona.

 Gdzie się Marysia po nocy włóczy? – powitała ją Madejowa, gospodyni dziadka, która po jego śmierci opiekowała się domem.

 Nigdzie – burknęła dziewczyna i, łomocząc ciężkimi butami, poszła na górę.

Sama wybrała sobie pokoik ze spadzistym sufitem i małymi lukarnami. Okazał się ciemny i duszny, a ona wiecznie obijała się o niską powałę. Sprężyny łóżka z mosiężną poręczą skrzypiały, materac był twardy, a pod najwyższą ścianą piętrzył się stos gratów, z których przy najlżejszym poruszeniu wzbijały się tumany kurzu.

Majka rzuciła się na pościel, zostawiając brudne smugi na poszewkach. Wzdrygnęła się, bo coś z szelestem otarło się o jej włosy. Podniosła wzrok i zobaczyła zawieszony nad łóżkiem wielki wianek czosnku. Skrzywiła się. To była obsesja gospodyni; w kuchni, każdej izbie, nawet w kurniku wisiał czosnek. W dzień, kiedy okna były otwarte nie czuła jego zapachu, ale nocą wypełniał dom nieznośnym odorem, od którego Majkę kręciło w nosie. Zaraz po przyjeździe zdjęła wianek i wyniosła do spiżarni, ale widać Madejowa zawiesiła go z powrotem.

Dziewczyna zerwała go ze złością i wyrzuciła przez okno. Słyszała, jak suche główki toczą się po dachówkach i spadają na ziemię.

 Kolacja!  krzyknęła gospodyni.

Majka powlokła się do kuchni. Wypiła herbatę i niechętnie zamieszała łyżką w gęstym grysiku, rozrywając mleczny kożuch.

 Nie jestem głodna  burknęła.

 Wygląda panna jak trzy ćwierci do śmierci, chuda, blada. Na słoneczko trzeba wyjść i dużo jeść  pouczyła ją kobieta.

 Nie jestem głodna  powtórzyła Majka i wstała od stołu.

Już w łazience dobiegł ją głos Madejowej:

 A niech Marysia okna nie zapomni zamknąć.

Majka całe życie spędziła w dużym mieście, gdzie ciemność rozjaśniały latarnie i neony, i nawet gdy zostawała sama, miała świadomość obecności innych tuż za ścianą. Słyszała ich głosy, dźwięki muzyki, zbyt głośno włączony telewizor. W domku na skraju miasteczka było zupełnie inaczej − samotnie i strasznie. Madejowa chrapała w izbie na parterze, a tymczasem podłoga skrzypiała, jakby ktoś chodził wokół łóżka, rury rzęziły, od strony spiętrzonych gratów dochodziły delikatne chroboty i postukiwania. Dlatego zasnęła z kołdrą naciągniętą na głowę.

Obudziła się spocona, z suchymi ustami. Sięgnęła do wyłącznika lampki, ale ciemność nie ustąpiła. Opuściła stopy na podłogę i poczuła szorstkość sznurkowego chodnika. Wymacała klamkę, otworzyła okno. Powietrze pachniało maciejką i sianem, chłód niósł orzeźwienie.

Musiała majaczyć na krawędzi jawy i snu, bo zdawało się jej, że coś czai się w mroku, że widzi blask księżyca, odbijający się w nieprawdopodobnie wielkich oczach.

* * *

Kościół był ogromny, wybudowany w czasach, kiedy wierni wypełniali go po brzegi, a na ślub albo chrzciny czekała długa kolejka chętnych.

Majka wsunęła się do środka za Madejową. Zapatrzona na witraże, przez które wpadało zabarwione na czerwono światło i wmurowane w ściany pamiątkowe płyty przeoczyła chrzcielnicę ze święconą wodą. Siadła w ostatniej ławce, a gdy zerknęła na usadowionych z przodu ludzi ich głowy zgodnym ruchem odwróciły się w kierunku ołtarza. Pokazała język zgarbionym plecom i przymknęła oczy. Pod powiekami pojawił się obraz twarzy dziadka.

Wyglądał jak zasuszona śliwka  drobny i pomarszczony. Ubrany był w czarny garnitur, z kieszonki marynarki wystawały ciemne okulary. Biała, wykrochmalona koszula podkreślała trupią bladość. Kiedy pochyliła się, by pocałować zimny policzek, leżąca na powiece moneta zsunęła się niespodziewanie. Płomyk wiszącej na długim łańcuchu lampy sprawił, że oko wypełnił mroczny blask. Nie potrafiła oderwać wzroku od twarzy, która nagle przestała być nieruchomą maską i ożyła w czerwonym świetle wiecznej lampki.

 Módlmy się  zaintonował ksiądz i Majka otrząsnęła się ze wspomnień.

Kazanie ciągnęło się w nieskończoność. Kapłan nawoływał do pobożności, straszył piekłem, przywoływał postacie męczenników.

Dziewczyna nie słuchała. Patrzyła na szczura, który wychynął z jakieś dziury i przycupnął obok konfesjonału. Marszczył nos i ruszał wąsami, jakby oceniał, ile jest prawdy w wywodach księdza. Potem umknął wystraszony dźwiękiem organów. Na chwilę przy ołtarzu zrobił się tłok, bo wierni przyjmowali komunię. Tylko Majka pozostała na swoim miejscu. Ostatnio jej wiara w Boga i Jego miłosierdzie była mocno nadwyrężona.

Rzucane z ukosa, pełne potępienia spojrzenia rozdrażniły ją.

 To nie wasz interes!  Chciała krzyknąć i w ostatniej chwili ugryzła się w język. Madejowa nie wybaczyłaby jej awantury w kościele.

* * *

Wieczornej ciszy miasteczka nie zakłócał najmniejszy hałas. Nie słychać było szumu przejeżdżających aut, muzyki, pokrzykiwań biegających za piłką chłopców, chichotu dziewcząt, dlatego dźwięk silnika zabrzmiał jak zgrzyt − wpierw daleki, ledwo słyszalny, potem coraz bliższy i głośniejszy. Wreszcie przed okaleczonym amorkiem zatrzymał się motor. Staruszkowie zwrócili ku niemu swe martwe oczy, kobiety wychyliły się ze sklepu. Majka, która codziennie uparcie dreptała zakurzoną drogą tylko po to, żeby napić się coli, zsunęła ciemne okulary na czubek nosa.

Zatkało ją na widok młodego mężczyzny, który wyglądał jak wyjęty z reklamy  wysoki, opalony, ze śladami ciemnego zarostu na brodzie.

Zdjął kask, niedbale rzucił na siedzenie skórzaną kurtkę, włożył przydymione szkła. Majce zabrakło tchu, kiedy przeszedł obok. Z biciem serca słuchała niskiego głosu zamawiającego zgrzewkę piwa, czuła zapach wody toaletowej, gdy znów ją mijał.

Kobiety wyrzekające na zarazę, od której padały kurczaki, zamilkły na chwilę, a potem zaczęły jazgotać.

 

 W czepku się urodził. I bogaty, i piękny.

 Żeby nie ojciec, nic by z tego majątku nie było…

Dziewczyna zapomniała o butelce, którą powinna oddać. Wstała i wolnym krokiem przeszła przez ulicę. Kołysała biodrami, wypinała drobniutkie piersi. Minęła szykującego się do odjazdu mężczyznę i ruszyła do domu. Motor dogonił ją po chwili.

− Podwieźć cię, mała? − Kask tłumił głos, który wydał się bardziej bezosobowy, niż parę minut wcześniej.

Majkę kusiło, żeby usiąść za plecami przystojniaka, ale ostatecznie zabrakło jej śmiałości. Potrząsnęła przecząco głową, bo z emocji nie potrafiła wydusić słowa. Przegazowany silnik zawył i motor ruszył, sypiąc żwirem spod kół.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?