Ślepy płomień - zbiór opowiadańTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ślepy płomień

Deszcz siąpił nieustannie, spływał po liściach, przyginał ku ziemi źdźbła trawy, tłumił dźwięki. Matteus szedł powoli, omijając kałuże. Habit nasiąkał wilgocią, deszcz sączył się przez kaptur i spływał chłodną strużką po plecach. Kostur grzązł w błocie, a niesiony na plecach worek robił się coraz cięższy. Mimo to, czuł się lepiej, niż kiedykolwiek. Poczucie dobrze wypełnionego obowiązku dawało mu spokój i satysfakcję. Ogień oczyścił jeszcze jedną duszę i wyplenił z niej plugastwo czarów.

Matteus nie dał się zwieść zapewnieniom o niewinności, ani błagalnym spojrzeniom dzieci, nie uląkł się gróźb krewnych. Czarownica spłonęła, a on osobiście podpalił stos. Dlatego mimo deszczu, błota i pochmurnego nieba by¬ło mu lekko na duszy, a mamrotane pod nosem ustępy z Księgi Objawień wzmagały religijną ekstazę, która nie opuszczała go egzekucji.

Zatopiony w modlitwach nie usłyszał kroków. Ogłuszony ciosem pałki upadł na rozmiękłą ziemię, kij wyleciał mu z rąk.

Przebudził się, czując chłód. Chciał wstać i nie mógł. Po chwili zrozumiał, że jest nagi, ręce i nogi ma skrępowane, a oczy zalane posoką. Bandyci, przemknęło mu przez głowę. Oni nie mają szacunku nawet dla kapłanów. Źdźbła trawy łaskotały go w nos, przesunął więc głowę i wtedy zobaczył swoich prześladowców. Krzątali się wśród krzewów z bezlitosną celowością, łamiąc gałęzie i układając je pod drzewem. Ubrani byli w chłopskie siermięgi, brudne i spryskane krwią. Jego krwią. Rozpoznał ich. Mąż i brat spalonej czarownicy szykowali stos dla niego.

Matteus zaczął się modlić. Powtarzanie znanych słów zwykle przynosiło ulgę, pozwalało uciec od niepożądanych myśli, ale teraz nie mógł oderwać wzroku od pracujących w milczeniu mężczyzn i rosnącej sterty.

– Sot, tyś jest Obliczem Sprawiedliwości, nie dopuść, aby ci mordercy uszli z rąk Twoich - bełkotał, kiedy prowadzili go pod drzewo. – Okaż swoje mi¬łosierdzie, Iveth. Otys, niech twoja mądrość przeprowadzi mnie przez tę próbę.

Oblicza Boże pozostawały głuche na błagania, bo oprawcy przywiązali go do pnia i skrzesali iskrę.

Mokre gałęzie tliły się leniwie, zasnuwając wszystko duszącymi kłębami. Matteus krztusił się. Nie czuł jeszcze żaru, a jedynie ciepło, które ogrzewało zziębnięte ciało. Kiedy powiew wiatru rozwiał na chwilę dym, ujrzał wpatrzone w siebie oczy prześladowców. Gorzały nienawiścią.

– Kara boska was nie minie! – wrzasnął histerycznie, nie mogąc znieść tego wzroku.Bengh upomni się o was!

– Trza podsycić ognisko – stwierdził wieśniak, spluwając na ziemię. – Drwa zamokły.

Rozejrzał się i podniósł podróżny worek Matteusa. Wyciągnął z niego Księgę Objawień, wyrwał grubą kartę, zmiął i włożył pomiędzy chrust. Płomienie strawiły ją błyskawicznie i przygasły na nowo.

– Świętokradcy!

– Kral, co robisz?! Przecie to święta księga! – wystraszył się drugi chłopek.

– Taka ona święta, jak oni wszytcy! – odburknął ponuro mąż spalonej czarownicy, wyrywając następne stronnice i ciskając je na stos. – Co to za świętość, co poczciwe baby w ogień wysyła?! Patrzaj ino, co ja z tym pisaniem zrobię!

Wydarł cały plik, podpalił i rzucił na Matteusa. Karty spadły tuż obok jego stóp, wzniecając niewielkie płomyczki. Tylko jakiś strzęp wirował długo w powietrzu, nim dotknął wygolonej czaszki. Kapłan wrzasnął i targnął głową. Zaczął rzucać się w więzach, nie zważając na wrzynające mu się w skórę rzemienie, ani na to, że szorstki pień drzewa kaleczy mu plecy i pośladki. Zachłysnął się dymem i poczuł nieznośny żar, bo gałęzie wreszcie zajęły się ogniem.

– Iveth, Otys, Sot, Bengh – mamrotał, lecz imiona, które były mu bliskie przez całe życie, niosły spokój i ukojenie, okazały się tylko nic nie znaczącymi dźwiękami. Jeszcze raz próbował otworzyć oczy, ale poprzez lejące mu się po policzkach łzy zobaczył tylko ogień.

– Ratunku!!!

* *

Odzyskiwał świadomość powoli, łowiąc dźwięki, rejestrując wrażenia. Pierwszym była otaczająca go ciemność. Chciał przedrzeć się przez nią wzrokiem, wyróżnić choć jeden kształt i nie potrafił. Kiedy, używając całej swojej woli, udało mu się wreszcie uchylić powieki, ujrzał płomienie. Zdawało się, że cała jego świadomość czekała tylko na ten utrwalony w źrenicach obraz, bo nagle odzyskał swoje ciało. Było jedną wielką raną. Paliło nieznośnie, drgało od przeszywającego bólu, krwawiło. Jednocześnie wróciła pamięć: przypomniał sobie ułożony na polanie stos, wirujące w powietrzu karty z Księgi Objawień i nienawistne, pałające gniewem oczy oprawców. Umarłem, pomyślał, i jestem w ogrodach Bengh. Tylko dlaczego tak cierpię? Jęknął i zanurzył się w bezmiarze bólu.

* *

W otaczającej go dotąd ciszy pojawił się dźwięk. Coś szurnęło, stuknęło i zabulgotało, jak płyn wlewany do naczynia. Ten odgłos, taki zwyczajny, taki znany, przyniósł mu ulgę i wzbudził pragnienie.

– Pić – wyszeptał przez ściśnięte gardło.

– Ano, idę przecie, idę – usłyszał gderliwy głos i poczuł ciepłą wilgoć spływającą mu do gardła, rozlewającą się na twarz i szyję.

– Poleku, bo się zadławisz – pouczył go ten sam glos.

Matteus znów próbował otworzyć oczy, żeby spojrzeć na swego wybawcę, umiejscowić go jakoś w tej rzeczywistości, ale tym razem nie udało mu się uchylić powiek, na nowo tylko pobudził ból. Drgnął i zakrztusił się ziołową mieszanką.

– Boli? Poparzonyś, to i boleć musi. Ledwo cię zratowałam. Opatrzyć cię na nowo

musze, leż spokojnie.

Zemdlał, bo mocne szarpnięcie oderwało opatrunek od świeżej rany.

* *

Tracił i odzyskiwał świadomość. Było tak, jakby umierał i ożywał wciąż na nowo. I za każdym razem, mozolnie, próbował budować obraz świata, w którym istniał.

Jestem ślepy, uświadomił sobie, kiedy po raz kolejny obudził się, by przeżyć kilka chwil.

– Jestem ślepy – wyjęczał chrapliwie.

– Może tak być – potaknął kobiecy głos, który nauczył się rozpoznawać. – Ogień ci oczy wypalił.

– Dlaczego? – poskarżył się żałośnie kobiecie i światu.

– Wszystko bez tych mnichów, przeklętników. Na gościńcu cię pewnie zdybali i ogień pod stos podłożyli. Nie pierwszy to raz, nie pierwszy.

Matteus zesztywniał. Mnichy-przeklętnicy, dźwięczało mu w uszach. Przeklętnicy, przeklętnicy...

– Dlaczego? – jęknął.

– A mnie skąd wiedzieć? Zaparli się, żeby uczciwych ludzi zagnębić i tyla – powiedziała gwałtownie kobieta. – Bogiem się zasłaniają, księgę czytają, bo tam niby napisane, że czary ogniem trza wygubić. Może to i prawda, ino skąd oni wiedzą, kto czarownik? O mnie we wiosce też gadali: czarownica. W las musiałam uchodzić i te niedojde ze sobą ciągnąć, bo i ją by spalili. A ja nie żadna czarownica, ino na ziołach się znam. A że czerwoną nitkę od uroku wiążę? Wszytcy tak robią i nie czary to żadne, ino ochrona przed złem. A tyś czarownik?

– Nie.

– A złapali cię i na stos powiedli. Niech ich zaraza wydusi, tfu, tfu. Żeby nie Anca ogień by cię spopielił albo dym zadusił. Na, pij... Spać po tym będziesz mocno i długo. Lepszego lekarstwa ci nie potrza.

* *

Dni i noce mijały powoli. Matteus przywykł do bólu, oswoił się z nim. Potrafił już poruszać rękami, nie krzyczał jak szaleniec i nie mdlał, kiedy zielarka lub jej pomocnica okładały go szmatami nasączonymi wywarem z ziół. Za dnia słuchał krzątaniny, szelestu liści, czuł zapach gulaszu. Noce znaczone były pochrapywaniem Deroty i lżejszym oddechem Ancy. Z początku Matteus nie potrafił odróżnić obu kobiet, ale w miarę jak jego zmysły wyostrzyły się, zaczął oddzielać energiczne ruchy zielarki od niepewnych i cichych kroków Ancy. Wiedział już, że Derota pachnie mocno, niczym podgrzane wino przyprawione korzeniami, a Anca delikatnie, jak polny kwiat zmoczony rosą. Czuł, że ręce zielarki są mocne, szorstkie i pewne, a dłonie jej pomocnicy delikatne i niewprawne. Tylko głosów nie mógł porównać, bo Anca nie odzywała się nigdy.

Żeby uwolnić myśli od bólu, od oskarżeń Deroty, od zastanawiania się nad przyszłością, Matteus próbował wyobrazić sobie miejsce, w którym się znalazł i obie kobiety. Próbował i nie potrafił. Tak bardzo nauczył się polegać na wzroku, że nigdy wcześniej nie czuł takiej potrzeby. W jego oczach ludzie nie różnili się od siebie, ot, kobieta albo mężczyzna, odziani w siermięgi lub złotogłów, z dwojgiem oczu, uszu, parą rąk i nóg. Nie te fizyczne, naturalne atrybuty interesowały kapłanów, ale to, co kryło się głęboko, ta zdolność, która wyróżniała czarowników spośród tłumu. Istniały całe księgi opisujące, jak rozpoznać taką osobę, ale żadna nie skupiała się na obrazach zwyczajnych ludzi. Dlatego nauczył się ich ignorować, dlatego teraz nie potrafił stworzyć sobie wymyślonego wizerunku Deroty i Ancy.

– Powiedz mi, jak wyglądasz? – spytał kiedyś zielarkę.

– Ano zwyczajnie – zdziwiła się kobieta. – A po co ci to wiedzieć?

Jak miał jej wytłumaczyć, że bez obrazów ta rzeczywistość wydawała mu się niekompletna i przez to budząca lęk?

* *

– Powiem ci jak tu jes – usłyszał szept i poczuł dotyk drobnej dłoni. – Nasza chata w samej gęstwie stoi, żeby jeji nikt nie naszedł. Po prawdzie, to szałas bardziej niźli chata. Ściany ma z gałęzi, one taki hałas czynią kiej wiater zawieje. U powały ziół pełno nawieszanych, co by uschły dobrze i na dekokty były zdatne. Palenisko w ziemi jes wykopane i kociołek. My wszytcy na ziemi śpim, skóry Derota jeszcze ze wsi zabrała, ale tera ty na nich leżysz, żeby robactwo się w twoich pęcherzach nie zalęgło, a my się na słomie kładziem...

Matteus ścisnął rękę Ancy. Słuchając jej cichego, nieśmiałego głosu prawie widział szałas, sklecony z liściastych gałęzi, strome, pełne prześwitów ściany i wiszące wiązki biedrzeńca, kamelu i złotogłówki, których aromat czuł nieustannie. Wykopane w ziemi palenisko miało ułożony w poprzek płaski kamień, a nad nim zawieszony był wyszczerbiony kociołek. Gruba skóra była brązowa, jak niedźwiedzie futro.

 

– Opowiadaj – ponaglił, kiedy dziewczyna umilkła.

– Derota jest wysoka i pleczysta, niczym chłop. Włosy w warkocze plecie i tasiemką przewiązuje, co ją na jarmarku kupiła. To zielarka sławna i powa¬żanie we wiosce miała, póki mnichy nie zaczęły chodzić i czarowników palić – szeptała Anca. – Baby jeji ścierpieć nie mogły, bo im chłopów bałamuciła i doniosły, że czarownica. Uciekać musiała, ledwie co na grzbiet zdążyła wło¬żyć i mnie ze sobą zabrać...

Matteus aż się uśmiechnął, kiedy w jego umyśle uformował się obraz Deroty. Głową sięgała sklepienia, obfity biust i szerokie biodra wypychały jej suknię, dłonie miała duże, zaczerwienione, o szorstkiej skórze pełnej odcisków, a stopy bose. Emanowała witalnością i to pewnie ona wabiła ku niej mężczyzn i kłuła w oczy kobiety.

– Mów, mów dalej – prosił, ale Anca już puściła jego rękę i odeszła. Do szałasu wróciła Derota, roztaczając wokół siebie znany mu już natrętny zapach kobiecości.

Leżał później, wsłuchując się w oddechy śpiących kobiet. Próbował na nowo przywołać obrazy, które namalowała dla niego słowami Anca, i nie potrafił. Sza¬łas był jedynie wyrazem, z którym kojarzył mu się szelest liści i skrzyp gałęzi, zioła pękiem suchej trawy, a Derota gderliwym głosem i dotykiem szorstkich rąk. Zniknęły gdzieś głębia i barwy. Zostały słowa, puste dźwięki, a pod powiekami znów widział tylko ogień.

* *

Czas mijał. Rany Matteusa goiły się zadziwiająco dobrze. Nieustający ból niedostrzegalnie zmieniał swoje natężenie, łagodniał, aż wreszcie zmienił się w dokuczliwe swędzenie. Pęcherze zniknęły, a oparzeliny pokryły się świe¬żym, delikatnym nabłonkiem. Mógł już wstawać, choć ciągle nie był pewny, czy drżące łydki i pozbawione czterech palców stopy utrzymają jego ciężar? Poruszał się z trudem, krok za krokiem, podpierając kijem, który przyniosła mu Anca. Gdy wzmocnił się i nabrał sił, pozwolił, by dziewczyna wyprowadziła go na zewnątrz.

Cieszył się ciepłem słońca na policzkach, dotykiem wiatru. Radość uleciała, kiedy dziewczyna zostawiła go samego. Nagle przeraziła go świadomość otaczającej przestrzeni. Stał zagubiony, ledwo parę kroków od chaty i płakał. Łkał i zawodził, póki Anca na powrót nie zaprowadziła go do szałasu i nie ukoiła strachu kolejnym opowiadaniem.

Matteus czuł, że gdyby nie Anca i opowieści, te obrazy malowane w umyśle, oszalałby. Nic nie przynosiło mu takiej ulgi, takiej radości, jak jej słowa. Nawet modlitwa, którą odmawiał cichutko, kiedy kobiety już spały. Wstydził się swojego zaprzaństwa, ale tak bardzo bał się, że zostanie sam w tej głuszy, a jeszcze bardziej, że nigdy już nie usłyszy Ancy.

* *

Któregoś dnia w świat znajomych dźwięków, wdarł się nowy głos. Był męski, rubaszny, pełen pożądania i Derota podążyła za nim chętnie. Matteus poczuł, jak budzi się w nim żądza. Od dawna nie był z kobietą, a wspomnienie ostatniego razu ukrywał głęboko, bo budziło w nim niesmak i wstyd.

Nie pamiętał kolejnej wioski na szlaku misyjnej wędrówki, lecz w pamięci pozostały wystraszone oczy dziecka.

– Uchroń ją, ojcze wielebny, przed przekleństwem czarów – prosiła zabiedzona matka, a ojciec wetknął mu zawiniątko w brudnej szmacie.

W pierwszej chwili nie zrozumiał, o co im idzie, póki dziewczynka nie zsunęła koszuli, odsłaniając nierozwinięte jeszcze piersi. Nie odmówił, tłumacząc się przed sobą i Bogiem, że czyni to dla jej dobra, a jego żądza jest tylko środkiem, który wybawi ją od plugastwa. Ale kiedy rankiem odpakował pozostawiony tobołek, zrobiło mu się niedobrze. Była w nim gumułka sera i parę jajek, całe dobro, które biedacy mogli mu dać, by samemu nie umrzeć z głodu. Odniósł gościniec z powrotem, lecz nie mógł cofnąć bólu i upokorzenia przysporzonemu dziecku.

Teraz wspomnienie powróciło. Nie myślał jednak o rozszerzonych strachem dziewczęcych oczach, ale o dotyku miękkich piersi na swoim ciele, o udach splecionych z jego udami, o...

Anca, jakby przywołana tymi bezwstydnymi myślami, ofiarowała mu swoje ciało tak samo nieśmiało, jak przedtem darowała opowieści. I choć nie słyszał słów, miał wrażenie, że mówi przez cały czas, bo on nie tylko czuł, ale i widział. Skąd inaczej wiedziałby, że piersi Ancy są małe, otoczone ciemnymi, prawie czarnymi obwódkami, na ramieniu ma poszarpaną, brzydką bliznę, a na plecach znamię w kształcie półksiężyca?Że jej niebieskie oczy zmieniły barwę, kiedy krzyczała z bólu i namiętności?

* *

Był sam. Siedział przed szałasem i grzał się w słońcu, obracając w dłoniach kostur. Kiedy usłyszał głosy, wstał i wsparł się lasce. Czekał. Głosów było wiele, a ponad wszystkie wybijała się piskliwa, ża¬łosna skarga.

– Czarownica! – zawodził kobiecy głos. – Ona już we wiosce chłopów tumani¬ła, na ksiuty wodziła, uroki zadawała. Przegnalimy ją, ale nawet tu ich zwabić potrafi, wiedźma przeklęta!

Derota, pomyślał Matteus, przyszli po Derotę.

O, patrzajcie, ojcowie, nawet tera jakiś chłop u niej w chacie. Suka!

– Coś za jeden? Mów!

- Oni tu wszytcy czary odprawiają, nawet ta niedojda Anca! – darła się baba. – Spalić to plugastwo! Spalić do imentu!

– Coś za jeden? – powtórzył rozkazująco mężczyzna.

– Jam jest Matteus, inkwizytor i kapłan głoszący chwałę Boga o Wielu Obliczach – odpowiedział pośpiesznie, czując jak niespokojnie kołacze mu serce.

– Łże! – wrzasnęła znowu kobieta. – Łże jak pies, przeklętnik jeden! Na stos ich wszytkich, na stos!

Anca, gdzie jesteś?, pomyślał Matteus. Stań przy mnie, opowiedz, jak wyglądają. Może ich znam, spotkałem kiedyś... Anca!

– Ja go znam – dobiegł go nagle gorączkowy szept. – On w Moint nauki odbywał, ino wtedy taki obliźniony nie był.

– Wieśniacy mnie na drodze zdybali i z zemsty na stos powiedli – wyjaśnił Matteus, czując jak z ulgi miękną mu kolana. Wsparł się mocniej na kiju, by ukryć drżenie. – Te kobiety mnie zratowały, ale ślepym zostałem.

– Ciężkie terminy na ciebie spadły, ojcze Matteusie, ale widać Oblicza Boże mia¬ły cię w opiece, że pośród plugastwa żywym zostałeś – westchnął pobożnie głos przywódcy. – Jam jest Bertus z Mentui. A gdzież owe czarownice?

– W las poszły ziół szukać. Ale jedna tylko czarownicą jest. Druga niewinna – tłumaczył pośpiesznie, wiedząc, że Deroty stos nie minie. – Niedługo wrócić powinny.

– Trzeba nam urządzić zasadzkę – zdecydował Bertus. – Schowajcie się, a ty babo, cicho bądź.

Matteus siadł jak przedtem i choć słońce ciągle mocno grzało, jego ciałem wstrząsały dreszcze. Kiedy usłyszał głos Deroty, mało nie zerwał się z miejsca i nie zaczął krzyczeć o pułapce. Chwilę potem było już za późno. Wrzask zielarki zmieszał się z okrzykami mnichów i piskliwym jazgotem oskarżycielki.

– Co ja winna, że ona chłopa w łóżku utrzymać nie potrafi?! – darła się Derota. – Ja ino na ziołach się znam i ludzi leczyć potrafię! Zmiłowania, ojce, zmiłowania!

– A tyś kto?

– Anca – usłyszał Matteus cichy głos i znów jej słowa przywołały mu przed oczy rozgrywające się sceny i drobną postać zagubioną pośród szarych, inkwizytorskich habitów.

– Jeji matka też czarownicą była. Ona mami ludziom oczy, wszytcy we wiosce to wiedzą! – włączyła się znów wieśniaczka. – Spalić czarownice!

Kostur wyleciał Matteusowi ze zmartwiałych rąk. Czarownica, łomotało mu pod czaszką, czarownica... Jego Anca...

– Bracie Matteusie! Co wam?

– Urok na niego rzuciły! - wrzasnęła zajadle oskarżycielka. – Nawet ojcu wielebnemu nie popuszczą, suki!

Matteus poczuł na sobie pełne nienawiści spojrzenie Deroty i zdziwiony, niedowierzający wzrok Ancy.

– Mnich-przeklętnik, tfu, tfu – splunęła na niego Derota.

Starł plwocinę i zwrócił swe ślepe oczy wprost na błękitne tęczówki Ancy.

– Czarownica...

* *

Bertus nakazał zamknąć obie kobiety w szałasie, a potem podpalił. Akolici pilnowali, żeby nie mogły ujść z pułapki.

Matteus wsparty na swoim kiju słuchał rozdzierającego krzyku Deroty i zawodzenia Ancy. Widział, jak ogień trawi najpierw wyschnięte liście, a potem obejmuje gałęzie. Jak dwie sylwetki miotają się w środku, szukając ucieczki przed żarem, jak sinieją od dymu, jak ich odzienie płonie, skóra czerwienieje, a ciała skręcają. Nawet, kiedy umilkł ostatni krzyk, kiedy chata spaliła się do gołej ziemi, on ciągle widział płomienie.

Iwona Surmik

Praca dyplomowa

Still siedział w bibliotece, szukając materiałów do swojej pracy dyplomowej. Jej tytuł brzmiał: „Trzecia Cywilizacja w aspekcie porównawczym. Historia, rozwój, perspektywy”. Był bardzo dumny z tego tytułu, przemyślał go dokładnie i starannie dobrał słowa. Teraz należało wypełnić je treścią. Miał już opracowane materiały źródłowe dotyczące Pierwszej i Drugiej Cywilizacji. Ich zdobycie kosztowało go niemało wysiłku, a zrozumienie tego co zawierały, przyprawiło o solidny ból głowy. Pozostało mu jeszcze tylko przejrzeć Kroniki własnej, Trzeciej Cywilizacji. Pogładził wąsy i włączył przeglądarkę.

„... stajemy przed niepowtarzalną szansą, by zbudować naszą Cywilizację od podstaw. Przykłady naszych poprzedników ustrzegą nas przed popełnieniem błędów. W historii, którą dziś zaczynamy pisać, nie ma miejsca na bratobójcze wojny, na powolną degenerację społeczeństwa, na konsumpcyjne nastawienie do życia. Odrzućmy precz ideologie i ogłupiające religie. Niech naszym hasłem będzie budować, nie niszczyć! Przystosujmy do naszych potrzeb to, co pozostało w spadku po nieowłosionych dwunogach, żyjmy i rozmnażajmy się w pokoju.”

Still zacmokał z podziwem i poprawił okularki w drucianej oprawce, które zsunęły mu się na czubek nosa. Podobał mu się płomienny ton tej mowy i zawarta w niej treść. Ten cytat będzie dobrym początkiem, pomyślał, zapisał go w swoim notebooku i wrócił do Kronik.

Monitor pokazywał obraz miasta, ulice zapełnione nieruchomymi pojazdami, kikuty spalonych drzew i połyskujące bielą szkielety. Biały, okrągły budynek, z którego transmitowano przemówienie wyglądał na nienaruszony. I to niosło w sobie dodatkowe przesłanie. Tam, gdzie skończyła się jedna cywilizacja stwarzano podwaliny nowej. To zdanie Still również zapisał. Jego praca wyraźnie nabierała rumieńców.

Kroniki filmowe ukazywały mozolne kroki, które stawiała na początku Trzecia Cywilizacja: naprawa i uruchomienie elektrowni atomowych, prace badawcze nad wyhodowaniem odmiany zboża odpornej na promieniowanie, postępy genetyków w procesie przystosowania całej populacji do nowych warunków i psychiatrów, którzy musieli poradzić sobie z niedostosowaniem większości osobników do uzyskanej samoświadomości. Oprócz takich przełomowych wydarzeń nie zapomniano o pokazaniu zwykłego, codziennego życia: radości ze spaceru po ulicach, zakładania nowych gniazd, słodkich osesków i karmiących je matek.

Piękne czasy, rozmarzył się na chwilę Still, tyle nowych możliwości. Wrócił do przeglądarki.

W miarę upływu lat ton komentatora zmieniał się. Wydawało się to zrozumiałe. Czas pionierskich przemian mijał, życie stało się spokojne i ustabilizowane. W Kronikach najpierw nieśmiało, a potem coraz głośniej słychać było o idei Podziału. Przedstawiano racje stron Jedności i jej oponentów, sprawiedliwie dzieląc głosy. Ich wywody nudziły Stilla przeskoczył więc parę lat i zatrzymał przeglądarkę na scenie bijatyki. To nie były przyjacielskie przepychanki, ale zaciekła walka na śmierć i życie. Komentator cmokał monotonnie:

„Zamieszki wybuchły, kiedy lider partii Podziału ogłosił separację od ogólnoświatowego rządu i utworzył samodzielne państewko Hovel na starym kontynencie. Zwolennicy Jedności zaatakowali nowo utworzone organy administracji państwowej, protestując przeciwko separatystycznym zapędom.”

Na ekranie walka stawała się coraz bardziej okrutna i zakończyła się całkowitym pogromem Podziałowców. W oku Stilla błysnęły łzy. Ulice zasłane były trupami, a operator brodził w pełnej szczątków mazi.

Jak wynikało z Kronik, to wydarzenie nadało nowy bieg historii. Rozpętała się ogólnoświatowa dyskusja o granicy swobód i prawie do wyrażania swych poglądów siłą. Idea Podziału miast stracić znaczenie zyskała na popularności, a nowi członkowie partii walili drzwiami, oknami i każdą dziurą w niszczejących budynkach, pomnikach Drugiej Cywilizacji. Chwilowo nie tworzono państw, a jedynie enklawy, w których separatyści odbywali swe wiece, organizowali spektakularne akty sabotażu. Władze centralne zmuszone były do zwiększenia liczebności policji i zmobilizowania Gwardii Narodowej. Po okresie odbudowy Trzecia Cywilizacja weszła w czas konfliktów i niepokoju.

 

Still zrobił sobie przerwę na obiad, po czym z nowymi siłami znów zasiadł przed komputerem.

Idea Podziału nie była jedynym nowatorskim prądem, który pojawił się w tamtym okresie. Niedługo potem objawił się mesjasz nowej religii. Zwał siebie Chris All Rats i głosił, że jest prorokiem Boga Springera. Jego kazania wygłaszane na pobojowiskach, w kanałach i śmietnikach spotkały się z niechętnym przyjęciem ateistycznych władz i skończył męczeńską śmiercią przez powieszenie do góry nogami. O ile Chris All Rats miał niewielu zwolenników za życia, to po śmierci stał się dla wielu wzorem do naśladowania, a głoszone przez niego idee dogmatami wiary. Szczególnie upodobali ją sobie separatyści, przejmując hasło o dżihad jako swoje motto. Wybuch wojny był tylko kwestią czasu.

Still z przerażeniem patrzył na kadry pokazujące maszerujących w zgrabnych czworobokach żołnierzy Jedności skandujących zgodnie: WALCZYMY O POKÓJ. Ktoś rzucił pomiędzy nich płonącą żagiew. Zaskoczone wojsko rozpierzchło się na chwilę, a potem w odwecie, rzuciło na przyglądający się paradzie tłum. Każdy następny obraz był gorszy od poprzedniego. Godzina policyjna, łapanki, masowe egzekucje, obozy koncentracyjne; nic nie zostało oszczędzone obywatelom Trzeciej Cywilizacji. Na szczęście populacja była na tyle duża, że przetrwała tę masową eksterminację i po latach zawarto pokój. Ci co przeżyli zwrócili się ku wierze, poszukując duchowego wsparcia i odkupienia win. Mnożyły się kulty nowych bogów, świątynie pękały w szwach, a ciągle powstające sekty gromadziły miliony wiernych. Nastały czasy zbiorowej dewocji.

Still znów przyspieszył przeglądarkę. Nieustanne modlitwy i zawodzenia działały mu na nerwy. Dotarł wreszcie do współczesnych mu czasów, kiedy pęd ku mistycznym przeżyciom zajął wreszcie zdroworązsądkowy racjonalizm. Najwyraźniej wszyscy mieli już dość nieustannych postów, wyrzeczeń i obietnic przyszłego szczęścia. Zaczęła się epoka wynalazków. Na nowo odkryto naukę i wszelkie pożytki z niej płynące. Co prawda badacze skupili się raczej na przystosowaniu do potrzeb znów rosnącej populacji rzeczy już istniejących, przeważnie pozostałości po Drugiej Cywilizacji, niż tworzeniu czegoś naprawdę nowego, ale o tym wiedzieli nieliczni. I tak na nowo obdarowano społeczeństwo dobrodziejstwem lodówek, telewizorów, komputerów, telefonów, wind i siłowni, w których rekordy popularności biły karuzele.

Materiał Kronik dobiegł końca. Still wyłączył komputer, zabrał swoje notatki i poszedł do domu. Musiał trochę odpocząć włączył więc telewizję i zaczął przeskakiwać pilotem po kanałach.

– Wiadomości, reklamy, serial, serial, reklamy, wiadomości, serial, reklamy – mruczał pod nosem z urazą.

Zjadł, wyłączył odbiornik i zabrał się do pracy. Rys historyczny, rozwój i perspektywy poszły mu zadziwiająco szybko. Teraz należało załatwić tylko aspekt porównawczy. Sięgnął po opracowane wcześniej notatki sporządzone na podstawie jedynej dostępnej kroniki Pierwszej Cywilizacji Harrisona EDEN i te dotyczące Drugiej, dla których materiałem źródłowym był serial popularnonaukowy BYŁ SOBIE CZŁOWIEK i zaczął sporządzać swoją analizę porównawczą. Zajęło mu to całą noc, ale satysfakcję czuł ogromną.

Wieczorem radosny i odprężony po kilku godzinach snu, bo nie poszedł na uczelnię, wydrukował rękopis i zaczął czytać, by zastanowić się nad wnioskami, które wysnuł i dokonać ostatecznych poprawek. W miarę jak przebiegał wzrokiem kolejne akapity posępniał coraz bardziej, choć temat ujęty był znakomicie, a styl był poprawny. Dopisał kilka zdań i odłożył wydruk. W tej sytuacji, jako trzeźwemu realiście, pozostawało mu tylko jedno wyjście.

Stanął wyprostowany na tylnych łapach, wygładził futro na grzbiecie, nastroszył wąsy i jednym, zdecydowanym ruchem pazura rozciął sobie brzuch, a potem skonał.

Wnętrzności i krew poplamiły eleganckie kartki jego pracy dyplomowej. Czysty i wyraźny pozostał tylko dopisek:

„ Na podstawie analizy porównawczej trzech cywilizacji można wysnuć tylko jeden wniosek: Powtórzyliśmy wszystkie błędy naszych poprzedników. To stwierdzenie prowadzi nas do oczywistych konkluzji. My, szczury, zginiemy tak samo jak wcześniej dinozaury i ludzie.”

Sosnowiec, 2000-06-13 Iwona Surmik

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?