Ślepy płomień - zbiór opowiadańTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Iwona Surmik

Ślepy płomień - zbiór opowiadań

Saga

Ślepy płomień - zbiór opowiadań

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2021 Iwona Surmik i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: ISBN: 9788726892239

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Klient

Płatnikom składek i urzędnikom BOK dedykuję

„Każdy klient w obliczu urzędnika równym jest. Tedy nie należy zważać na powierzchowność jego, strój czy obycie. A uczynki wasze policzone wam będą”

[wyjątek z kazania dyrektora oddziału BOK do urzędników]

– Popatrz na to – powiedziała z obrzydzeniem Renatka, podsuwając różowy formularz pani Bożence. – Kaligraf się znalazł. Czym to pisane, gotykiem?

Pani Bożenka rzuciła okiem na druk.

– B Ó G – przesylabizowała. – Oryginalna nazwa.

– Co z tego, że oryginalna. Nie podali NIPu, REGONu, na dodatek podpisane jakimś bazgrołem. Co ja mam z tym zrobić?

– Potargaj i spuść w klozecie – poradziła życzliwie pani Bożenka zgnębionej Renatce. – Tyłka tym nie wytrzesz, za twarde. Adres jest? Albo chociaż telefon?

– Miejscowość N I E B O – odczytała z trudem Renatka. – Kodu brak, gminy brak, ulicy brak, numeru lokalu i mieszkania brak. Telefon jest, nawet kierunkowy wpisany.

– To nad czym się zastanawiasz, dzwoń.

Renatka wzięła różowy formularz, wstała z obrotowego krzesełka i energicznym krokiem przeszła do pokoju obok, w którym znajdował się jedyny na całym piętrze telefon z wyjściem na miasto.

Pokój pełen był urzędniczek. Każda ściskała w dłoni różowe formularze.

– ...wiem, że jest sobota wieczór i wychodzi pan na wódkę. Proszę tylko, żeby pan uprzejmie sprawdził czy w numerze REGON ostatnia cyfra to 6 czy 8. To naprawdę nie moja wina, że pisze pan niewyraźnie. Tak, poczekam przy telefonie. 5 tak. Dziękuję bardzo i jeszcze raz przepraszam, życzę udanego wieczoru. Dobranoc.

Pani Kasia odłożyła słuchawkę.

– To dzisiaj mój ostatni. Chyba sama pójdę na wódkę. Dzwoń Aniu.

Następna w kolejce pani Ania wystukała numer wpisany w różowych kratkach.

– Dobry wieczór, BOK, moje nazwisko Nowacka, czy mogłabym rozmawiać z panem Krawczykiem? Jak to nie zna pan? Czy to firma Exclusive – Moda z Paryża? Nie? Aha, ubojnia drobiu? Przepraszam, pomyłka.

Nacisnęła na widełki.

– Jasna cholera – warknęła – i tak jest od samego rana.

Wybrała kolejny numer.

– Dobry wieczór, BOK, moje nazwisko...Słucham? Ja pana też!

Na policzki pani Ani wystąpiły ceglaste rumieńce.

– A to cham! Dzwońcie dziewczyny, bo mnie za chwilę szlag trafi.

Renatka cierpliwie wyczekała na swoją kolej i spotniałymi palcami wystukała podany na formularzu numer.

– Po usłyszeniu sygnału zostaw wiadomość – usłyszała melodyjny głos automatycznej sekretarki.

Poczekała na sygnał i wyrecytowała.

– Dobry wieczór, BOK, moje nazwisko Kulczycka. Dzwonię w sprawie złożonego przez państwa różowego formularza. Nie zostały uzupełnione wszystkie dane identyfikacyjne płatnika składek. Proszę przesłać je faxem lub zgłosić się osobiście w pokoju 13. Dziękuję.

Odeszła od telefonu, robiąc miejsce następnej urzędniczce. Wróciła do swojego pokoju, usiadła przy biurku, wyciągnęła teczkę z napisem „Do wyjaśnienia” pełną różowych formularzy. Dołożyła do niej nieco pognieciony druk i schowała do biurka.

* * *

– Pani Kulczycka? Jestem Skrybariusz Anioł z Nieba. Pani do nas telefonowała.

Renatka podniosła wzrok. Stojący przed nią klient był bardzo wysoki, zdawał się sięgać sufitu. Od stóp do głowy okrywał go czarny, obszerny płaszcz, na głowie miał melonik, a na wyglansowane lakierki nałożył białe getry. W ręku ściskał sfatygowaną nieco walizeczkę ze skóry. Był w nieokreślonym wieku, ani stary ani młody. Jego twarz była jednocześnie piękna i brzydka, pociągająca i odstręczająca zarazem. Oczy miał niebieskie, a spod melonika wystawały blond loki. Co dziwniejsze, wydawał się być jednocześnie kobietą i mężczyzną.

Jednak mężczyzna, zdecydowała w duchu Renatka, żadna kobieta tak by się nie ubrała. Przyoblekła twarz w służbowy uśmiech i wykonała zapraszający gest.

– Dzień dobry. Proszę usiąść.

– Dziękuję pani, ale ze względu na skrzydła byłoby to dość niewygodne.

Pani Renatka powtórzyła gest bardziej zamaszyście.

– Proszę usiąść – powtórzyła z naciskiem. – Nasi klienci mają obowiązek siedzieć. Pan z jakiej firmy?

Klient podciągnął nieco poły płaszcza i rozłożył je szeroko. Szeleszcząc, z trudem usadowił się na niewygodnym krzesełku. Renatkę owionął zapach kwiatów i kadzidła, który kojarzył jej się ze śmiercią ciotki.

Wyciągnęła teczkę z napisem „Do wyjaśnienia”.

– Pan z jakiej firmy? – spytała ponownie.

– Od BOGA – wyjaśnił klient.

Pani Renatka pogrzebała w teczce i wyciągnęła różowy formularz.

– A tak – uśmiechnęła się miło. – Niestety dane są niekompletne i proszę o ich uzupełnienie. Tu jest długopis.

Wskazała przymocowany do biurka przylepcem długopis na sznurku.

– Dziękuję, wolę swoje pióro. Pozwoli pani?

Renatka zakłopotała się nieco.

Właściwie druk powinien być wypełniony długopisem, czarnym lub niebieskim kolorem, ale w końcu klient nasz pan.

- Oczywiście.

Klient położył na biurku swoją walizeczkę, otworzył ją i wyciągnął gęsie pióro, kałamarz i coś jakby solniczkę. Sprawdził uważnie, czy pióro jest dobrze zaostrzone, umoczył je w kałamarzu, strzepnął wprost na białą bluzkę Renatki i spojrzał wyczekująco.

– Co mam wpisać?

– Poproszę o NIP i REGON firmy, dokładny adres z kodem pocztowym, gminą, ulicą, numerem domu i mieszkania, a poniżej składki deklarowane ze wskazaniem źródeł finansowania oraz dokonane wpłaty w podziale na fundusze – wycedziła, ciągle uśmiechając się Renatka. Jednocześnie zezowała na wsiąkające w materiał granatowe plamy.

Żeby cię diabli wzięli. Nowiutka bluzka za 300 złotych. Pół wypłaty szlag trafił.

– Nie rozumiem – odezwał się klient.

Uśmiech Renatki stał się cokolwiek wymuszony.

– Płatnik jest osobą fizyczną czy prawną?

Klient zamyślił się.

– Należałoby raczej powiedzieć - duchową – powiedział wreszcie.

– Duchowną?

– Nie, nie duchowną. Duchową w sensie niematerialnym.

– W rozumieniu przepisów Kodeksu Cywilnego Księga Pierwsza Tytuł II Dział I art. 8-24 oraz Dział II art. 33-43 nie ma osób duchowych czy niematerialnych. Są osoby fizyczne lub prawne.

– Skonsultuję to z szefem – powiedział cokolwiek oszołomiony klient – Zajmijmy się resztą.

Spojrzał na pióro i ponownie umoczył je w kałamarzu. Pani Renatka odwróciła się na swym krzesełku, nie dość szybko jednak. Tym razem atrament poplamił prawy rękaw bluzki.

– Proszę wpisać dokładny adres siedziby płatnika – odezwała się cokolwiek zgrzytliwie i dzióbnęła wymalowanym paznokciem w odpowiednie rubryki. – Kod, gmina, ulica, numer domu, lokalu i fax jeśli jest.

Pióro znów zawisło nad różowymi kratkami.

– Kiedy ten adres jest jak najbardziej dokładny – wyjaśnił klient.

– Nie zna pan kodu? Wobec tego proszę wpisać choć nazwę ulicy.

– Widzi pani NIEBO raczej trudno umiejscowić. Powszechnie uważa się, że mieści się w górze, lecz to niezbyt precyzyjne określenie.

– A jaki adres figuruje na zezwoleniu na prowadzenie działalności?

Klient zakłopotał się ponownie.

– Cóż obawiam się, że nie posiadamy takiego zezwolenia.

– Koncesję?

– Nie.

– Zezwolenie Ministerstwa?

– Nie.

– Wobec tego na jakiej podstawie prowadzicie działalność?

– Opieramy się na wierze.

– To nie wystarczy. Musi pan wystąpić o zezwolenie na prowadzenie działalności, a także o numer NIP i REGON w Urzędzie Statystycznym i w Urzędzie Skarbowym. Oczywiście podatki pan odprowadza?

Klient jedynie pokręcił głową.

– A w BOKu pan zgłaszał rozpoczęcie działalności?

– Nie.

– Wobec tego proszę również wypełnić te formularze.

Niczym kolorowy wachlarz Renatka rozłożyła przed klientem formularze czerwone, pomarańczowe, brązowe i zielone.

– To są druki zgłoszenia płatnika składek, zgłoszenia każdej osoby ubezpieczonej, deklaracje rozliczeniowe, raporty imienne i raporty miesięczne dla osób ubezpieczonych. Wracając do różowych formularzy. W tym miejscu musi pan podać liczbę osób ubezpieczonych na dzień 30 listopada 1999 roku.

Klient poweselał.

– Tę informację mogę pani podać. Czy mogę zatelefonować?

Renatka skinęła głową.

Klient rozpiął płaszcz. Pod nim miał lśniącą nieskazitelną bielą koszulę, skromnie związaną w kokardkę pod szyją. Jej obszerne fałdy przewiązane były w pasie złocistym sznurem, do którego przyczepiony był telefon komórkowy.

– Piotr? Mówi Skrybariusz. Pochwalone niech będzie imię pańskie. Jestem w BOKu, tak na Ziemi. Podaj mi proszę liczbę dusz na dzień 30 listopada anno domini 1999. Tak, czekam.

 

Przycisnął telefon ramieniem i znów zmoczył pióro w kałamarzu.

Renatka dała nura pod biurko, sięgając po nieistniejący spinacz. Przy okazji spostrzegła, że koszula klienta sięga mu aż do kostek, a pod krzesłem leży białe, długie pióro.

Krople atramentu opryskały jej plecy.

Zgrzyt zębów Renatki zagłuszył głos w telefonie klienta.

– Powtórz Piotrze. Tak, już notuję. Tak, i zero, dwadzieścia jeden, trzydzieści osiem, tak, tak. Bóg ci zapłać, Piotrze.

Klient wyłączył telefon, zapiął płaszcz i posypał ciągle mokre cyferki piaskiem z solniczki. Rozsypane z rozmachem ziarenka przywarły do granatowych plam na bluzce.

Dłoń Renatki mimowolnie powędrowała w stronę kałamarza. Zanim go dosięgła do pokoju weszła pani Naczelnik.

Rozejrzała się bystro po uśmiechniętych twarzach swoich podwładnych i, bez wyjątku, siedzących klientach. Zadowolona pokiwała głową i wyszła.

Widok przełożonej pozwolił opanować Renatce niedozwolone emocje.

– Proszę, gotowe.

Wpisana ozdobnym pismem liczba nie zmieściła się w sześciu wydrukowanych okienkach.

– Jest pan tego pewien?

– Piotrowi można zaufać – odparł klient. – Liczy wszystkie dusze u Wrót Raju.

Renatka pokiwała ze zrozumieniem głową.

– Teraz proszę wpisać składki deklarowane za okres od stycznia do listopada 1999 roku z uwzględnieniem sposobu ich finansowania według rubryk.

Klient podniósł do oczu formularz i wpatrzył się w miniaturowe różowe literki.

– Fundusz Kościelny – ucieszył się, prześledziwszy wszystkie pozycje. – A reszta to wpłaty od prywatnych sponsorów. Wie pani odpusty, relikwie... Można powiedzieć, że to osoby ubezpieczone.

Renatka łypnęła na klienta spod zmarszczonego czoła. Uczyniła desperacki wysiłek i raz jeszcze udało jej się uśmiechnąć.

– Wobec tego proszę wpisać składki w pozycjach 04 i 16, podsumować w pozycji 33, przenieść na drugą stronę do części IV, uzupełnić o składki na ubezpieczenie zdrowotne w części VII, Fundusz Pracy i Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych w części VIII, podsumować wszystko w części IX. Potem już tylko wystarczy wpisać dokonane wpłaty w podziale na fundusze, podsumować w części X, pozycji 05 i gotowe. Proste, prawda?

Klient żałośnie oglądał formularz z obydwu stron.

– Aha – powiedział w końcu. – Całkiem proste.

– Dam panu jeszcze trochę druków. Przy takiej liczbie ubezpieczonych będą panu potrzebne – dodała pani Renatka z szerokim uśmiechem i otworzyła szafę stojącą za plecami. Wyciągnęła z niej kilkadziesiąt kolorowych paczek i położyła przed klientem. – Za niedopełnienie formalności w obowiązującym terminie grozi panu kara do 5000 PLN – uzupełniła radośnie, zerkając na poplamioną bluzkę.

Klient otworzył walizeczkę i zaczął w niej układać kolorowe paczki. Zmieściły się wszystkie. Schował jeszcze kałamarz, pióro i solniczkę. Zamknął wieko, wstał szeleszcząc, i uchylił melonika.

– Z Bogiem – pożegnał się grzecznie.

– Proszę pana – zatrzymała go Renatka. – A tak z ciekawości. Skoro działalność nie była zgłoszona, to w jakim celu złożyliście ten formularz?

– No jak to? – zdziwił się klient. – Przecież głosiliście w Radio Maryja, że każdy ma obowiązek złożyć różowy druk.

Ukłonił się jeszcze raz. Spod melonika błysnęła aureola.

Renatka znów spojrzała na swoją bluzkę i westchnęła.

Zapłacą za nadgodziny to sobie odkupię.

Odłożyła na bok teczkę z napisem „Do wyjaśnienia” i sięgnęła po inną, na której pisało „Wpływ bieżący”. Otwarła ją i spojrzała na leżący na wierzchu różowy formularz.

Brakowało na nim NIPu i REGONu. Nazwa skrócona brzmiała DIABEŁ, a w adresie wpisano PIEKŁO.

Sosnowiec, styczeń 2000 Iwona Lidia Surmik

Vernisage

Ludzka cywilizacja właśnie osiągnęła szczyt swego rozwoju. Obłupanie kamienia udoskonaliło technikę myśliwską i wpłynęło pozytywnie na rozwój niektórych gałęzi gospodarki i usług, nie wspominając o nowych trendach w modzie. Oczywiście byli tacy, którzy w pogardzie mieli te nowomodne wynalazki i po staremu walili mamuta nieociosanym kamieniem po kudłatym łbie, a frakcja naturystów biegała nago, ale przecież przeniesienie ognia do jaskiń też miało swoich przeciwników. Odzywały się wtedy głosy ekologów o szkodliwości zanieczyszczenia powietrza i objadania się przypalonym mięsem zamiast po dawnemu marznąć i jeść tatara.

Autor tego epokowego wynalazku, Akr brr stra egh wen gan grr, co w dowolnym tłumaczeniu oznacza „Ten, który widząc mamuta pierwszy ucieka na najbliższe drzewo i siedzi na nim, trzęsąc się ze strachu i objadając liście” starał się nie zważać na tanią krytykę i oportunizm niektórych współplemieńców i w dalszym ciągu zajmował się działalnością twórczą i wynalazczą. Jego kąt w jaskini zawalony był najróżniejszymi rupieciami zwleczonymi z okolicy, takimi jak olbrzymie głazy, gałęzie, pożółkłe kości, rogi, kopyta, muszle i całe mnóstwo skalnych okruchów.

Niestety mimo wielogodzinnego wpatrywania się w ten śmietnik żaden nowy wynalazek jakoś nie przychodził mu do głowy, a Akr brr stra egh wen gan grr coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że nic więcej wymyślić już się nie da, a wobec tego on sam wkrótce powiększy szeregi bezrobotnych. Z dnia na dzień markotniał i popadał w coraz większy pesymizm. Nastroju nie poprawiała mu Zou za kurr de ba la nas czyli „Ta, która krzyczy najgłośniej w jaskini, a na jej widok tygrys ucieka z podkulonym ogonem”, żona, która jego narzędzi pracy używała przeważnie do roztrzaskiwania mu łba.

W ogóle pożycie małżeńskie Akra nie układało się najlepiej. Zou za nie rozumiała jego twórczej, melancholijnej natury wizjonera. Była egoistycznie i materialnie nastawioną do życia nimfomanką o nienasyconym temperamencie seksualnym, wielkich, obwisłych piersiach i olbrzymim zadku, pochłaniającą codziennie olbrzymie porcje mięsa nie okraszone bodajże najmniejszym korzonkiem czy jagódką, ubierającą się w skóry w poprzeczne paski, co jak twierdziła podkreśla jej kobiecość.

Akr był mężczyzną nieśmiałym i delikatnym. Marzyły mu się romantyczne przechadzki w świetle księżyca i miłość na miękkich skórach przy świetle dogasającego ogniska, z dala od natrętnych oczu współlokatorów. Zou za bezlitośnie wyśmiewała jego sentymentalne marzenia i wrzeszczała przyzywając męża i wypinając pośladki kiedy tylko przyszła jej na to ochota.

Nie, Akr nie był szczęśliwy. Jadał coraz mniej, sypiał niespokojnie i popadał w coraz większy pesymizm.

Tej nocy też nie mógł spać. Obracał się niespokojnie z boku na bok, a obok donośnie chrapała Zou za. Wstał wreszcie i na palcach przemknął się do swojej pracowni. Urocza małżonka znów widać musiała grzebać w jego rupieciach, bo wielkie głazy poprzestawiano tak, że kąt stracił swoją intymność i oświetlony był żarem z ogniska, a na ziemi walały się małe, skalne odłamki. Akr wszedł na nie i syknął z bólu, kiedy ostry kamień wbił mu się pomiędzy palce stóp. Ze złością schylił się, nabrał w dłonie garść żwiru i cisnął nim o ścianę. Grzechot kamieni sprawił, że chrapanie przycichło na chwilę i Akr zamarł w bezruchu spłoszony. Na szczęście Zou za nie obudziła się i mógł się odkleić od ściany, do której przywarł niczym owad. Wtedy to zauważył.

Kilka delikatnych zarysowań, w miejscu gdzie kamyki uderzyły o ścianę, stworzyło fantastyczny wzór. Zaintrygowany ponownie wziął kamień i teraz już specjalnie rzucił nim z bliższej odległości. Pojawiła się rysa. Podniósł następny i szaleńczo zainteresowany przeciągnął nim po ścianie. Gdyby nie śpiąca obok żona, krzyknął by z radości, a tak tylko zabulgotał cichutko ze szczęścia.

Do rana cała ściana pokryta była gmatwaniną kresek prostych i krzywych, krótkich i długich, przecinających się wzajemnie pod kątem prosty, ostrym i rozwartym, a Akr wrócił w objęcia Zou zy szczęśliwy, z głową pełną pomysłów co do kształtów następnych linii. W ciągu kilku dni i nocy w samotności swojej pracowni doskonalił technikę rysunku, wypróbowując coraz to inne narzędzia i poszukując nowych tematów, aż wreszcie, dygocąc z emocji, zdecydował się na pierwszy publiczny pokaz swej sztuki.

Współplemieńcy z zadziwieniem patrzyli na kształty ukazujące się spod rylca i dyskretnie rysowali kółka na niskich czołach, póki nie skończył. Kiedy jednak ujrzeli gotowe dzieło, nie mogli powstrzymać okrzyków zdumienia i zachwytu. Ze ściany patrzył na nich olbrzymi byk połyskując wyrytymi oczami, w których odbijały się płomienie ogniska.

Sukces happeningu był oszałamiający, a zamówienia posypały się hurtem. Akr pracował teraz dniem i nocą ozdabiając ściany naskalną tapetą, a jego sława wciąż rosła, docierając również do innych jaskiń; podróżował więc sporo i powoli tracił kontakt z otaczającą go rzeczywistością.

Kiedy po kolejnym udanym tournee wrócił do domu i zastał swoją żonę w krzakach z Donk juan skur ys synem, wpadł w szał i rzucił się na rywala, zapominając o swych pacyfistycznych poglądach i zasadzie nie stosowanie przemocy. W odwecie Zou za i Donk juan obili go tak, że powlókł się do jaskini, ukrył w swym kącie i przez tydzień lizał rany.

Jego nienawiść do żony rosła z każdą chwilą i w końcu musiała znaleźć ujście. Akr zaczął tworzyć nowe dzieło. Spod rylca wyłaniał się kształt paskudnego babsztyla z monstrualnie wielkimi piersiami, obwisłym brzuszyskiem i olbrzymimi pośladkami osadzonymi na grubaśnych udach. Twarz była wykrzywiona w grymasie małpiej złośliwości, oczy patrzyły zezem, a czaszka była łysa niczym jajo, słowem była to wierna podobizna jego małżonki, oprócz łysiny oczywiście, która stanowiła akt najbardziej wyrafinowanej zemsty, na jaką mógł się zdobyć zdradzony artysta.

Z satysfakcją napluł na obraz, kilka razy łupnął kamieniem w podobiznę łysej czaszki i wreszcie nasikał, a kiedy gniew trochę opadł, obok zaczął tworzyć kobietę swoich marzeń.

Była szczupła, by nie rzec chuda, z ledwo zaokrąglonymi biodrami, niewielkimi półkulami piersi, wysmukłą szyją i wyjątkowo długimi nogami. Owalną twarz ozdabiały duże oczy, z wyraźnie podkreślonymi rzęsami, słodkie usta w kształcie serca i łagodnie spływające na ramiona pofalowane włosy. Oczywiście Akr zdawał sobie sprawę, że tworzone dzieło jest jedynie abstrakcyjną fantasmagorią, ale nie dbał o to i dlatego postanowił w swej artystycznej wizji posunąć się jeszcze dalej.

Wybiegł z jaskini, nie zważając na zdziwione pomrukiwania współlokatorów i jak oszalały zaczął rwać trawę, liście i jagody, a potem wrócił do środka.

Mimochodem wynalazł parawan zarzucając skórę na kamienie by chronić swoją prywatność przed natrętami i wrócił do realizowania swych oszałamiających pomysłów. Sok z czerwonych jagód ozdobił serduszkowate usta i paznokcie rąk i nóg, żółty pył kwiatowy zabarwił włosy, a przylepione na ślinę chabry nadały kolor oczom.

Akr zamieszkał w swojej pracowni i jak natchniony kontynuował pracę, rysując swój ideał w różnych pozach, a potem godzinami gapił się na swoje dzieło. Wychodził tylko po to, by narwać nowego zielska do odnowienia koloru i coś zjeść.

Zou za wreszcie go opuściła, przeniosła się do Donk juana i teraz jemu zamieniała życie w koszmar.

Akr z wiekiem porzucił dekadencki tryb życia, spoważniał, ustatkował się. Jego nowa żona nie była pięknością z portretu, ale nauczyła się przyrządzać wegetariańskie potrawy i nie sprzątała coraz to bardziej zakurzonej pracowni męża. Bez oporu godziła się na romantyzm, choć sam Akr mocno się rozczarował do spacerów przy księżycu, kiedy to oboje ustanowili pierwszy rekord świata w biegach przełajowych, uciekając przed polującą nocą panterą. Spłodzili kilkanaścioro dzieci i dożyli końca swych dni w jaskini spokojnej starości.

Dwadzieścia pięć tysięcy lat później 10 września 1999 roku nauczyciel geografii, prowadzący dla swych uczniów lekcję na stokach Gór Świętokrzyskich nagle i dosłownie zapadł się pod ziemię, odkrywając w ten sposób jaskinię z okresu paleolitu. O swym znalezisku poinformował natychmiast proboszcza, telewizję regionalną i speleologów, w takiej właśnie kolejności.

Jako pierwsi do środka weszli: szaleńczo przejęty odkrywca, dwóch grotołazów i ksiądz taszczący pojemnik z wodą święcą i kropidło. Telewizja miała przyjechać później, bo filmowała właśnie spontaniczny protest emerytów i członków Kółka Różańcowego pod kioskiem Ruchu prezentującym w oknie najnowszy numer Penthousa.

Po przejściu Korytarza Byków, Nawy Kotów i Absydy Mamuta ekspedycja dotarła do zagrodzonego kamieniami przejścia, z którego zwieszały się prehistoryczne szczątki skóry, a światło latarek wyłowiło z mroku rysunki naturalnej wielkości.

 

Ksiądz przeżegnał się zamaszyście, mrucząc jednocześnie pod nosem:

– Mój Boże, cóż to za lubieżne, pornograficzne świństwo.

Nauczycielowi zabrakło tchu, a speleolog, młody chłopak, nie zdołał powstrzymać gwizdnięcia zachwytu.

Ze ściany, niczym z rozkładówki Playboya, uśmiechała się prezentując swe wdzięki, owłosiona na całym ciele Pamela Anderson.

Sosnowiec, 19.05.2000 Iwona Lidia Surmik