Skrawki błękituTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Skrawki błękitu
Skrawki błękitu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 18,98  15,18 
Skrawki błękitu
Skrawki błękitu
Audiobook
Czyta Aleksandra Justa
12,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Iwona Surmik

Skrawki błękitu

Saga

Skrawki błękitu

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 0, 2021 Iwona Surmik i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726891492

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

SKRAWKI BŁĘKITU

Raz jaśnie pani powozem jechała,

na swojej drodze rycerza spotkała...

Zue przyczaiła się w krzakach, gryząc wargi do krwi. Nie znosiła tej złośliwej rymowanki, a jeszcze bardziej nienawidziła zasmarkanych bachorów, które wywrzaskiwały wierszyk na całe gardło. Niech tylko podejdą bliżej.

... rozłożyła przed nim nogi.

On chędożył ją bez trwogi,

potem kuśkę schował w spodnie

i odjechał bardzo godnie...

Już widziała przez żółknące liście nagie łydki i bose stopy utytłane w błocie. Gdyby miała pod ręką kamień, bez trudu trafiłaby w rudą czuprynę Misty.

... Pani płacze, bo wianek straciła,

a za dziewięć miesięcy Zuelę powiła.

Teraz.

Rzuciła się na przechodzące najbliżej swojej kryjówki dziecko. Rozdarła mu koszulę, drapała i okładała pięściami, aż zabrakło jej tchu, a z nosa pechowego śpiewaka pociekła krew. Dzieciaki rozpierzchły się, jak stadko wróbli, ale zaraz zebrały się ponownie.

... wianek straciła, a za dziewięć miesięcy Zuelę powiłaaa!

Zue złapała pecynę ziemi i cisnęła za dziećmi. Grudy przylgnęły im do włosów, zasypały oczy.

– Wynocha, parszywce!

Poturbowany chłopczyk podniósł się, pokazał język i pognał za spłoszoną gromadką.

Raz jaśnie pani...

Dziewczyna przysiadła na trawie, objęła się ramionami.

– Niech was zaraza wydusi, łachy przeklęte – smarknęła. – Ja wam pokażę, popamiętacie mnie...

– Zuela!

Wstała, obciągnęła spódnicę, rozmazała po policzkach łzy i poszła w stronę chaty.

Na jej widok Vajasa załamała ręce.

– Istny starach na wróble – wykrzyknęła. – Znowuś się biła?

Zue wzruszyła ramionami.

– Nie trza się głupimy dzieciskami przejmować, gąb im nijak nie zatkasz. A tera do roboty się bier, groch trza wyłuskać.

Dziewczyna siadła przed chatą i zaczęła kruszyć w palcach suche strączki. Ziarnka wrzucała do glinianego dzbana, susz zasłał ziemię wokół jej nóg. Zaraz zbiegły się kury i rozwlekły łupiny po całym podwórku.

Vajasa patrzyła na to, mieszając kopyścią w garnku.

– Oj, biednaś ty, biednaś, dziewczyno – mamrotała do siebie. – Moja chata dla ciebie za ciasna, a we dworze cię nie chcą. Taki już bękarci los.

Pochyliła się nad paleniskiem, żeby podrzucić drew. Gdzieś blisko dało się słyszeć szczekanie psa. Przez podwórko przebiegł spłoszony kot, rozgonił kury i smyrgnął do izby. Wskoczył wprost na plecy przykucniętej gospodyni.

Vajasa wzdrygnęła się, potrąciła garnek. Zachybotał się na pałąku, a gorąca zupa chlusnęła jej wprost na nogi.

Wrzasnęła rozdzierająco. Wystraszony kocur rozorał jej pazurami grzbiet i skrył się w kącie, pies zaskowytał przenikliwie, żałobnie.

• * *

Oparzeliny były rozległe, nabrzmiała pęcherzami skóra odsłoniła żywe mięso. Ciało zamiast się goić, sczerniało, rany jątrzyły się, cuchnęły zgnilizną. Nie pomagały kataplazmy nasączone wywarem z dębowej kory ani lipowa herbatka. Chora leżała rozpalona gorączką, nieprzytomna. W jednej z nielicznych chwil świadomości ubłagała sąsiada, Duna, by dał znać we dworze, że umiera.

Zue patrzyła na agonię Vajasy i ogarniał ją żal nad losem swojej opiekunki, bo kochała ją szczerze. I choć trudno było wytrzymać smród, jaki wydzielały rany, nie odstąpiła Vajasy aż do chłodnego poranka, kiedy pierwszy przymrozek ściął wodę w kałużach. Gdy kobieta wydała ostatnie tchnienie, razem z sąsiadkami przygotowała zmarłą do pochówku; obmyła, zawinęła w całun, oplotła dłonie różańcem Kanatii.

Vajasa spoczęła pod starą wierzbą. Przez zbitą z gałęzi Ostatnią Bramę przeprowadzili ją sąsiedzi, oni też odmówili modlitwę do bogini, bo nikogo we wsi nie stać było na sprowadzenie kapłana. Zue położyła na świeżej mogile wianek spleciony z nieśmiertelników i z głębi serca błagała Kanatię, by znalazła dla poczciwej Vajasy przytulne miejsce w swoich ogrodach, przesycone zapachem jaśminu, oświetlone promieniami porannego słońca. Wróciła potem do chaty samotna, przygnębiona.

Następnego dnia przed chałupą zatrzymała się dwukółka, którą powoziła ciemno odziana kobieta. Dziewczyna patrzyła na nią bez tchu, a serce biło tak mocno, jakby miało wyskoczyć z piersi. Lecz już pierwsze słowa rozwiały jej nadzieje.

– Ciebie zwą Zuelą? Jestem Kaska. Przysłała mnie pani Irla, żebym cię do dworu zabrała. Zabierz rzeczy i jedźmy, bo zaraz ciemno będzie.

Zue spakowała do tobołka koszulę z poszarzałego płótna, kolorową chustkę kupioną u wędrownego handlarza, gładziutki kamyk w kształcie serca. Pogłaskała po grzbiecie krowę, poczochrała kota. Krasulę miała wziąć sąsiadka, kot musiał radzić sobie sam. Usiadła obok Kaski i furka ruszyła. Wzdłuż wyboistej dróżki ustawiły się wsiowe dzieciaki i wrzeszczały na pożegnanie:

Raz jaśnie pani powozem jechała...

* * *

Klamka miała kształt liścia, a drzwi ozdobiono wymyślnym fryzem. Mimo pozornej lekkości były solidne i Zue musiała z całej siły przyciskać do nich ucho, żeby usłyszeć choć słowo. Na szczęście pan Rejk miał donośny głos i nie dbał o to, by go ściszyć. Nie domyślał się pewnie, że gniewnych słów słucha ta, przeciwko której je zwracał.

– ... łożył nie będę na utrzymanie bękarta – dudnił. – Czyś pomyślała, jaki wstyd na mój dom ściągnęłaś? Chcesz niecnotą ludziom w oczy świecić? Nigdy, pókim żyw!

Rozległ się huk. Ojczym musiał walnąć pięścią w stół i strącić gliniany wazon pełen astrów. Przez chrzęst skorup słychać było kobiece chlipanie.

– Czas już, żeby się za mężem dla Janny rozejrzeć. A kto ją weźmie z domu, gdzie się bękarty chowają?

– Cóż mam z nią zrobić? Skazać na poniewierkę? – płakała matka.

– Trzeba było o tym myśleć zanim rozłożyłaś nogi przed jaśnie panem!

Zue nie usłyszała odpowiedzi, a i następne zdania były stłumione, bo Rejk widać krążył po obszernej komnacie.

– A kto ją zechce? Bez wiana, bo ja ani grosza nie dam, bez nazwiska...

Głosy znowu przycichły. Dziewczyna odsunęła się od drzwi i wsparła o ścianę, kilka drobnych łez spłynęło po okrągłych policzkach. Więc piosenka nie kłamała... Nagle z całej siły zatęskniła za Vajasą, jej przyjaznym uśmiechem, ciepłym uściskiem.

– To najlepsze, co może ją spotkać – zagrzmiał ojczym i Zue drgnęła, bo głos rozległ się tuż przy dźwierzach. – Bożą służką zostanie i basta.

W eremie chcą mnie zamknąć, pomyślała dziewczyna. Przed oczami stanęła jej dostojna matrona w białym habicie Halefen, rozdająca jałmużnę, błogosławiąca dzieci, sypiąca kwiaty w świątyni Asukara.

– Lepsze takie życie niż twoja łaska, dziadu – mruknęła buntowniczo. Otarła łzy i odeszła.

Korytarz, który wiódł do schodów był ciemny, nieprzyjazny. Rejk nie zezwolił na rozlokowanie pasierbicy w komnatach, przydzielono jej więc ciasny pokoik na poddaszu. Za posłanie miała przetarty siennik, za umeblowanie starczył wbity w szarą ścianę kołek. Wewnątrz było duszno, bo izdebka przytulona była do komina, a przez nieszczelne okienko do środka wpadał gryzący dym. Zue nie czuła się pokrzywdzona. Chałupa Vajasy miała tylko jedną izbę, w której prócz nich sypiały kury i czyniące okropny rumor gęsi, ale nagle zapragnęła obejrzeć, co kryje się za masywnymi drzwiami. Wśliznęła się do pierwszego z brzegu pomieszczenia. Kiedy oczy przywykły do mroku, rozpoznała łóżko z rozłożoną na noc pościelą, ustawione pod ścianami skrzynie, krzesło. Pogładziła drewno, przysiadła na brzeżku łoża, dotknęła poduch, a potem przytuliła do nich policzek. Były takie miękkie, delikatne w dotyku. Zafascynowana odkrywanym właśnie światem nie usłyszała kroków w korytarzu, nie dostrzegła smugi światła rozszerzającej się pod drzwiami. Poderwała się gwałtownie oślepiona blaskiem świecy, przestraszona.

– Czego tu szukasz, kocmołuchu? Pewnie chciałaś coś ukraść.

To była jej przyrodnia siostra. Zue na jej widok poczuła palącą zazdrość, bo Janna była wyjątkowo urodziwa – oczy lśniły błękitem, jasne włosy wyglądały niczym słoneczne promienie, wdzięczną figurkę podkreślała różowa sukienka, ozdobiona wstążkami. Ona, wobec tej delikatnej panienki, wyglądała jak chłopka. Skórę miała zbrązowiałą, oszpeconą młodzieńczymi krostami, włosy o pospolitej barwie jesiennych liści, a postać mocno zaokrągloną.

– Nie udawaj królewny, kiej twój dziadek kozy pasał – syknęła w odpowiedzi.

Janna z rozmachem odstawiła świecę. Kilka kropel wosku spadło na wyściełającą podłogę matę.

– Bękarci pomiot w lepiance chowany! Wynoś się z mojej alkowy, bo gnojem śmierdzisz!

Złośliwe słowa ubodły Zue nie mniej niż dziecięca rymowanka. Rzuciła się na wydelikaconą panienkę, przeorała paznokciami twarz, rozdarła sukienkę. Janna nie pozostała jej dłużna. Miotały się po komnacie, sapiąc i piszcząc. Błyskały nagie łydki, fruwały włosy. Zue, która od dziecięctwa tłukła się z wsiowymi obdartusami, szybko zdobyła przewagę. Przydusiła Jannę do materaca.

 

– Jużeś nie taka ważna – sapnęła z satysfakcją.

– Ty suko – jęknęła dziewczyna. – Zapłacisz za to. Mamo...

Zuela wepchnęła jej w usta zdarty z głowy czepek i szarpnęła sznur przytrzymujący firanki baldachimu. Kiedy wiązała ręce i nogi miotającej się dziewczyny, w oko wpadł jej nożyk do czyszczenia paznokci. Z paskudnym uśmiechem zaczęła pasmo po paśmie ciąć złociste włosy.

– Tera wyglądasz jak strach na wróble – zarechotała i wyszła.

Koniec świata, który zapowiadało proroctwo ze świętej księgi Asukara był niczym wobec awantury, jaka rozpętała się następnego ranka. Ojczym wychłostał Zue rzemieniem, aż na koszuli pokazały się krwawe smugi, matka wymierzyła kilka siarczystych policzków. Janna przyglądała się temu z zaciętą miną. Oberżnięte włosy ukryła pod czepcem, ale podeszłe krwią zadrapania mocno szpeciły delikatną skórę.

Choć razy bolały dotkliwie, Zue nie płakała, nie błagała o litość. Zacięła się w sobie, a poczucie krzywdy raniło mocniej niż chłosta.

Resztę dnia spędziła zamknięta w przydzielonej izdebce, bez jedzenia i wody. Żeby nie myśleć o bólu i pragnieniu, otwarła okno i nie zważając na dym, podglądała toczące się wokół dworu życie. Ogrodnik otulał krzaki róż słomianymi chochołami, służąca goniła dropiate kury spacerujące po świeżo wybielonych prześcieradłach, stajenny oprowadzał wstrząsającego grzywą wałacha. Wreszcie, gdy cienie się wydłużyły, a słońce zniknęło przesłonięte deszczowymi chmurami, w drzwiach zgrzytnął przekręcany klucz. W progu stanął odziany w długą pelerynę mężczyzna.

– Zbieraj się, panna – polecił ochryple.

Zue zarzuciła płaszcz, który jej podał i wyszła na zewnątrz. Na podjeździe stał powóz z zasłoniętymi materią oknami. Nie chciała myśleć, że matka nie wyszła, by ją pożegnać, czy pobłogosławić na drogę.

Powóz podskakiwał na wybojach, przez okna wpadało chłodne, wilgotne powietrze. Dziewczyna dygotała z zimna, plecy zdawały się otwartą raną, wargi wyschły, w brzuchu burczało z głodu. Odgrodzona od światem drewnianymi ścianami, ukryta w wilgotnym mroku nie uchwyciła chwili, gdy koła zaczęły turkotać po bruku, nie słyszała harmideru miasta. Głowa opadła jej na piersi i zapadła w płytki sen. Aż podskoczyła, kiedy woźnica z rozmachem otworzył drzwi. W świetle drzazgi, którą trzymał Zue zobaczyła wyszczerzone w uśmiechu brązowe pieńki zębów.

– Wysiadaj, panna.

Poczuła nieokreślony lęk, ciemność wewnątrz powozu nagle wydała się bezpiecznym schronieniem. Sługa wyciągnął rękę. Miał kościste palce z długimi paznokciami, które przypominały sępie szpony. Umknęła przed ich dotykiem i niezgrabnie wygramoliła się z landary.

Kropelki deszczu rozpryskiwały się na jej twarzy, skwierczały w zetknięciu z płomieniem. Pochodnia wyławiała z ciemności śliskie od deszczu brukowe kamienie, nagie pędy bluszczu oplecione wokół muru, skuloną sylwetkę kota, którego złote oczy lśniły niesamowitym blaskiem.

Gdzieś na skraju ciemności pojawiła się postać opatulona płaszczem, ze sterczącym czubem kaptura. Drewniane patynki stukały miarowo coraz bliżej i bliżej...

– Nie – jęknęła.

Chciała się cofnąć, ale woźnica zagradzał drogę ucieczki.

Postać przystanęła, płomień prześliznął się po bladej twarzy, nieruchomych oczach. Wiatr szarpnął połami płaszcza, odsłonił czerń habitu.

– Witajcie w chramie Kanatii, wędrowcy.

* * *

Szorn był w kancelarii. Zastawiające ją meble były proste, bez żadnych ozdób, ot, zwykły stół, pełne papierów poczerniałe szafy z niedomykającymi się drzwiami, poplamiony atramentem blat do pisania. Krzesło miało wyślizgane podłokietniki i przetarte siedzenie z ledwo widocznym kwiatowym wzorem. Oświetlające pomieszczenie świece paliły się równo, woskowe łzy spływały na srebro lichtarza, zastygały na porysowanym blacie. Wokół płomieni krążyły ćmy. Ich delikatne skrzydełka muskały pochyloną nad rejestrem łysinę Szorna, a on odganiał je niecierpliwym ruchem.

Z pióra kapnął inkaust, rozlał się brzydką plamą na stronnicy, zamazał cyfry. Kapłan pośpiesznie zasypał kleksa piaskiem i czekając aż wyschnie, siadł na karle. Sięgnął po opleciony wikliną dzban i srebrny kubek, posmakował wina. Przymknął oczy.

Musiał się zdrzemnąć, bo gdy uchylił powieki, świece wypaliły się prawie do końca, a ich słabe płomyczki migotały niespokojnie. Ćma z przypalonymi skrzydełkami szamotała się w woskowej kałużce, postukiwała szarpana wiatrem okiennica. Wstał i podszedł do okna. Słaby dźwięk, który usłyszał nie pasował do cowieczornej melodii. Otworzył szerzej okiennice.

Pochodnie na placu były pogaszone, w mroku majaczył tylko zarys marmurowego katafalku i biała plama całunu, okrywającego spoczywające na nim zwłoki. Nad nimi pochylała się postać utkana z ciemności. Szornowi zdawało się, że owa istota obejmuje zmarłego swym cieniem, zmienia biel na szarość, a potem na czerń.

Ostatnia świeca wypaliła się. Słaby blask odbijający się w szybie znikł. Szorn poczuł ogarniający go lodowaty chłód, a zaraz potem prawie niewyczuwalne muśnięcie, jakby sama bogini dawała znak swej obecności. Zacisnął palce na różańcu, zamknął oczy. Ale znajome słowa modlitwy nie przyniosły ulgi, nie odegnały przerażenia. Wtedy usłyszał śpiew...

Otworzył oczy. Przywykły do ciemności wzrok łatwo wyłowił odzianą w czarny habit służkę. Obejmowała zmarłego i nuciła mu ostatnią kołysankę. Strach przerodził się w gniew.

– Ta przeklęta dziewczyna... – wymamrotał przez ściśnięte gardło. Wrócił do stołu i duszkiem wychylił resztkę wina.

Wszyscy kapłani i słudzy śmierci traktowali zmarłych bezosobowo, dbając tylko, by uczestnicząca w ostatnim nabożeństwie rodzina ujrzała ich obmytych i odzianych w dostarczone szaty, przystrojonych w klejnoty. Po przekroczeniu Ostatniej Bramy trupy odzierano z drogocenności i składano w kamiennych sarkofagach lub grzebano w niedbale wykopanych mogiłach. Doczesne szczątki nie były już ważne, a wiecznej szczęśliwości lub nieustającej kary umarli doświadczali w ogrodach Kanatii.

Zuela była inna. Nie bała się nieboszczyków, nie wzbraniała, jak inni, przed wykonywaniem przypisanych jej prac. Z początku Szorn myślał, że martwi budzą w niej nienaturalną fascynację, co zdarzało się czasem służącym za Bramą, lecz szybko pojął, że problem z Zue jest zgoła innej natury. Dziewczynę zdawało się przepełniać współczucie dla trucheł, których serce przestało bić, troszczyła się o nie, pamiętała imiona. Kapłan miał czasem nieprzyjemne odczucie, że Zue nadaje nowy sens służbie Kanatii, ale szybko odganiał takie myśli. Wszak każdy powinien rozumieć, że skromne datki nie wystarczyłyby na utrzymanie chramu, dlatego słusznym jest pozbawianie umarłych cennych ozdób – im na nic nie mogły się już przydać.

– Podejdź tu, dziewczyno – wezwał krnąbrną służkę i poszedł zapalić nową świecę. Ustawił ją na szerokim wykuszu okna, by dobrze widzieć twarz winowajczyni.

Piosenka umilkła. Służebna podeszła i ukłoniła się, choć kapłan nie dopatrzył się w lekkim skinieniu głowy należnego mu szacunku. Poczuł dreszcz, kiedy napotkał spojrzenie brązowych oczu. Odbijające się w nich maleńkie płomyki napełniały je niezwyczajnym blaskiem, jakby przez źrenice nastoletniej dziewczyny w głąb jego duszy spoglądała sama bogini.

–Cóż ty wyrabiasz? – spytał gniewnie i sam dał odpowiedź. – Czas tylko trwonisz, bo umarłym niepotrzebna twoja piosenka. Dość już tego, powiadam. Dość! – I walnął pięścią w parapet. – Musisz stąd odejść.

– Jakże to? Dokąd?

– W Waldes takoż chram się znajduje. Więcej mają zajęcia, bo blisko puszczy leży, a tam o wypadek nietrudno. Z listem cię poślę, do przełożonego. Może on cię rozumu nauczy.

Wyciągnął dłoń do pocałowania, a potem patrzył, jak sylwetka dziewczyny niknie, stapia się w jedno z ciemnością nocy.

* * *

Chram Kanatii, stał na wzniesieniu poza obrębem miasta, bo zadawnione przesądy głosiły, że zmarli nie mogą kalać swą bliskością żywych. Otoczony był wyszczerbionym murem z rzecznych kamieni, opleciony pnączami. Za ogrodzeniem rozciągał się żalnik. Sarkofagi były zielone od mchu, stele stały krzywo na porośniętych mogiłą trawach. Wiatr i deszcz zacierał wyryte na nich imiona i słowa błogosławieństwa.

Bożnica była uboga. Drewno poczerniało, deski przeżarły korniki, dach przeciekał. W wietrzne dni po wnętrzu hulał wiatr, kręcąc źdźbłami trawy i suchymi liśćmi. W deszczowe noce woda spływała z kamiennego katafalku, tworzyła kałuże na glinianej polepie. Ostatnia Brama była zwichrowana, bo jeden z filarów wypaczył się, a oplecione nieśmiertelnikami zwieńczenie skrzypiało złowieszczo. Obok świątyni stała świeżo zbudowana dzwonnica. Głuchy jęk dzwonu był zwiastunem śmierci.

Mająca swój początek na placu przed kaplicą brukowana droga wiodła do Malaporu. Zue maszerowała raźnie, choć przenikliwy wiatr szarpał połami jej płaszcza, ziębił gołe stopy. Po lewej ręce miała rzekę, a po prawej ugory pokryte płachtami topniejącego śniegu. Zima tego roku, choć nie bardzo sroga, ciągnęła się wyjątkowo długo. Kra na Derennie dopiero zaczęła pękać, zamiast deszczu w powietrzu wirowały śniegowe płatki, kałuże szkliły się od lodu.

Dziewczyna przystanęła na stromiźnie i spojrzała na rozciągające się u jej stóp miasto. Opasane było ostrokołem, z wysokim szpicem bramy na wprost i mnogością domów. Z kominów unosił się dym, słychać było uderzenia młota pracującego w kuźni.

Zaczątkiem rozłożonego malowniczo nad brzegiem rzeki Maloporu była osada złożona z kilku zaledwie chat. Rozrosła się po wojnie, kiedy pogranicze stało się bezpieczne. Ściągali tu kupcy z południowego Loor, przybywali handlarze z sąsiedniej Malakki, czasem zdarzyło się zawinąć do przystani szerokim barkasom z północnych królestw. Najmniej na cotygodniowym jarmarku było Begenów, choć przecie zarzeczna prowincja od szesnastu już lat była pod panowaniem królestwa. Prawda, że Loorczycy nie zapomnieli im dawniejszych zajazdów i ciągle traktowali jak barbarzyńców. Ci nieliczni, którzy zdecydowali się przekroczyć Derennę spojrzenie mieli zawsze czujne i broń pod ręką. Odzywali się mało, nie szukali zaczepki, a prowokowani unikali zwady. Może bali się zemsty, może pamiętali pogrom sprzed lat.

Zue, która pierwsze trzynaście lat życia spędziła w małej wiosce, a trzy ostatnie zamknięta za murami Domu Śmierci rozglądała się po wąskich uliczkach, chłonąc nowe wrażenia. Po ciszy panującej w chramie, miejski gwar ją ogłuszył. Zewsząd słychać było nawoływania, rozmowy, szepty, gdakanie kur, poskrzypywanie zawieszonych na łańcuchach szyldów, stukanie okiennic. Oszołomiona, potykała się, potrącała przechodniów i nie dość szybko uskoczyła przed konnym, aż pryskające spod kopyt błoto zmieszane z nieczystościami zostawiło brzydkie plamy na jej płaszczu.

Wędrowała uliczkami, zerkała na stragany, przystawała przed warsztatami. Znęcona zapachem świeżego pieczywa kupiła rumianego rogala, płacąc miedziakami ze szczupłej sakiewki, którą dał jej Szorn. Przysiadła obok straganu i ugryzła chrupiącą skórkę. Ktoś otarł się o nią, więc odsunęła się bardziej, nie przestając jeść.

Oddaj, co nie twoje – usłyszała.

Podniosła wzrok. Przed nią stał wysoki mężczyzna odziany w nabijaną ćwiekami skórzaną kamizelę bez rękawów, szerokie hajdawery i safianowe buty. Na skroniach i kościach policzkowych miał wytatuowane czarne znaki, włosy związane w węzeł na czubku głowy. Zza pleców widać było rękojeść miecza. Trzymał za kark pryszczatego wyrostka. Chłopak próbował się wyrwać – przebierał nogami, wymachiwał długami rękami, aż poczerwieniał z wysiłku.

– Ratunku! – wrzasnął, ale kramarz zamiast pośpieszyć z pomocą, uśmiechnął się złośliwie. Przechodnie przystanęli. Zue pospiesznie przełknęła kęs. Nie zamierzała patrzeć obojętnie, jak osiłek znęca się nad niewinnym chłopakiem. Zanim zdążyła otworzyć usta, wytatuowany mężczyzna sięgnął za pazuchę wyrostka i wyjął stamtąd sakiewkę. Jej sakiewkę.

– Powinienem ci odrąbać rękę – powiedział obojętnie.

– Litości, panie – zapłakał młodzik. – Matka chora, dzieciaki płaczą z głodu. Małe jeszcze, sześcioro ich...

– Łże, złodziejskie nasienie – włączył się kramarz. – On swojej matki nigdy na oczy nie widział.

Spojrzenie zadziwiająco ciemnych oczu mężczyzny zwróciło się w stronę Zue. Wstała niepewna, co powinna zrobić, poły jej płaszcza rozeszły się, odsłoniły aksamitną czerń habitu i zawieszony na szyi różaniec Kanatii.

 

– Nie wiedziałem, żeście kapłanka! – rozdarł się chłopak. – Darujcie, matko. Nie skazujcie na wieczną mękę.

Dziewczyna zakłopotała się, bo „matką” czy „ojcem” nazywano kapłanów, a ona nie była niczym więcej, jak tylko służką w chramie, lecz uznała, że nie pora na tłumaczenia. Podeszła, odebrała mieszek i spojrzała w wystraszone oczy.

– Puśćcie go, rycerzu. Bogini sama wymierzy sprawiedliwość.

Mężczyzna rozluźnił chwyt, wyrostek opadł na kolana. Trząsł się, wzrok miał rozbiegany. Wymamrotał pod nosem ni to podziękowanie, ni przekleństwo i na czworakach smyrgnął w tłum. Wojownik skinął niedbale głową i również odszedł. Gapie rozstępowali się przed nim, popatrując ze strachem na tatuaże, zawieszony na plecach miecz, rozwiewane wiatrem włosy.

Roztrzęsiona Zue przywiązała na powrót sakiewkę i popatrzyła bezradnie na sprzedawcę.

– Trza uważać na takie męty – wymamrotał sprzedawca. – Naści jeszcze rogala. Nie potrza zapłaty, nie. Waszego miedziaka na ofiarę dam... Ogórka wam jeszcze dołożę, dobrze zakwaszony. Pewnie wam spieszno w drogę, mateczko.

Odeszła.

Zmitrężyła w zaułkach i na targowym placu cały dzień, ale wyniosła z tej wędrówki naukę. Kiedy przechodnie dostrzegali czarną szatę, ustępowali jej z drogi, a straganiarze z ukłonem podawali rzeczy, które ledwo musnęła wzrokiem. Z początku bawiło ją to, a tobołek zapełnił się jedzeniem i cieszącymi oko drobiazgami: glinianą gwizdawką, sercem z piernika, różańcem bogini z nanizanych na rzemyk muszelek. Lecz zabawa szybko zaczęła ranić. Bo też nic śmiesznego nie było w ustępowaniu jej z drogi i unikaniu dotyku, jakby była trędowata.

Słońce chyliło się ku zachodowi, piętrowe kamienice rzucały głębokie cienie na uliczki, stragany zamknięto. Zue poczuła zmęczenie. Napotkanego przechodnia zapytała o nocleg. Wskazał jej szyldy paru zajazdów. Wybrała ten, na którym wymalowano ptaka z rozłożonym szeroko, barwnym ogonem. Spodobały jej się żywe barwy wizerunku, dodatkowo zachęciła muzyka dobiegająca spoza uchylonych drzwi. Otuliła się płaszczem i weszła do środka.

We wnętrzu było tłoczno. Pachniało gotowaną kapustą i piwem. W kominku płonął ogień, oświetlając szarpiącego struny cytry grajka. Łojówki na stołach rzucały chwiejne blaski na twarze gości, ich płomyczki tańczyły w źrenicach, odbijały się w kuflach.

Zue prześliznęła się wzrokiem po zajętych ławach i wypatrzyła wolne miejsce. Stół, do którego podeszła stał w kącie, gdzie nie sięgało światło ani ciepło bijące z kominka. Opadła na zydel z mimowolnym westchnieniem, bo odwykłe od długich marszów stopy bardzo ją bolały, zsunęła kaptur i zerknęła na skrytego w cieniu gościa. Wątły płomyk zachybotał, ukazał tłusty, porysowany blat, sękate deski ścian i twarz z wytatuowanymi wokół oczu znakami. Uśmiechnęła się.

– Witajcie, rycerzu. Nie zdążyłam wam podziękować za uratowanie mojej sakiewki.

Mężczyzna skinął głową, ale nie odezwał się, nie odpowiedział na uśmiech, a Zuela pomyślała, że żałuje udzielonej pomocy. Posmutniała, zgarbiła plecy i ciaśniej otuliła się płaszczem. W kącikach oczu zaszczypały łzy.

Podszedł gospodarz. Nawet jeśli zdziwił go widok samotnej dziewczyny siedzącej przy jednym stole z wojownikiem mauri, powściągnął język. Przyniósł kwaterkę piwa, postawił michę z kapustą i świńskimi żeberkami. Zue napiła się chłodnego piwa i ogryzła kości, a resztki rzuciła psu błąkającemu się między stołami.

Znużona, zasnęłaby pewnie na niewygodnym stołku, gdyby nie muzyka, jękliwa, nieharmoniczna. Obróciła się i spojrzała na grajka. Broda i zmierzwione włosy zakrywały twarz, ale można było dostrzec, że ma wyjątkowo ciemną skórę i wąskie, nieco skośne oczy. Ubrany był na południową modłę: w koszulę z wyjątkowo szerokimi rękawami, szarawary i ciżmy z podwiniętymi do góry noskami. Szarpał struny, wydobywając z nich smętną melodię. Gościom nie podobała się wyraźnie, bo klęli coraz głośniej. Do ustawionego obok muzykanta kubka, zamiast miedziaków sypały się odpadki. Ucichli, kiedy muzyka zmieniła rytm i pojawiły się w niej żywsze nuty.

Zue nie widziała ze swego kąta skąd wyszła tancerka, ale na jej widok otwarła ze zdumienia usta, a potrzeba snu nagle się ulotniła.

Kobieta, z twarzą ukrytą pod woalem, ubrana była w ledwo zakrywający piersi, krótki kaftanik i szeroką spódnicę z lśniącego czerwienią jedwabiu. Brzuch miała nagi, stopy bose. Na rękach i nogach błyszczały bransolety. Stanęła naprzeciw grajka i zaczęła tańczyć.

Zue zapatrzyła się na hipnotyczne ruchy tancerki. A ta poruszała się płynnie, jakby jej ciało pozbawione było kości, wirowała w zmysłowych piruetach, z rękami wyciągniętymi na boki. Jej biodra falowały; była uwodzicielską kochanką, kwiatem na wietrze, wężem. Każdą figurę podkreślała ruchami nadgarstków i palców. Oliwkowa skóra lśniła kropelkami potu, przez kaftan dostrzec można było zarys piersi, woal odsłaniał linię podbródka i czarny, mocno spleciony warkocz. A muzyka grała coraz szybciej, ogniściej, by urwać się niespodziewanie, jakby wpół dźwięku. Baletnica zastygła z dłońmi wyciągniętymi ku górze i opuszczoną głową.

Ukryty w cieniu mauri rozpoznał młodą kapłankę w chwili, kiedy przekroczyła próg gospody „Pod pawim ogonem”. Obserwował jej postać okrytą płaszczem, z kapturem nasuniętym na czoło. Widział jak przygasła, kiedy nie odpowiedział na powitanie, ale nie jego sprawą było dbanie o dobry humor sług śmierci.

Zaczął się występ. Wojownik widział go już wcześniej. Tancerka prezentowała wciąż te same wystudiowane pozy, muzyka przyspieszała lub zwalniała w jednakim czasie, goście wzdychali albo bili brawo, tak samo jak wczoraj i przedwczoraj. Odwrócił wzrok od falujących bioder i znów zerknął na młodziutką kapłankę. Miała ładną buzię z lekko zadartym nosem i pełnymi ustami. Ta twarz szczera i otwarta, zamiast potępiania oglądanego bezeceństwa, wyrażała zachwyt i fascynację. Dziewczyna kołysała się w rytm ruchów tańczącej, splatała i rozplatała palce, naśladując jej gesty.

Baletnica zamarła. Zasłona na twarzy unosiła się leciutko poruszany przyspieszonym oddechem, skóra błyszczała od potu.

Po chwili cytra odezwała się ponownie, skocznie, rytmicznie. Zakwefiona kobieta przemykała pomiędzy gośćmi, nadstawiając kubek. Grajek podniósł się również. Jak na człowieka, który potrafił wydobywać ze swojego instrumentu tak delikatne dźwięki, był zaskakująco silnie zbudowany. Chodził za swoją partnerką ciągle szarpiąc struny, ale jednocześnie czujnie rozglądał się wokół. Najwyraźniej pilnował, by żaden z podchmielonych gości jej nie uchybił.

Mauri spędził w gospodzie trzy długie wieczory i wiedział, co się wydarzy. Nie pomylił się. Ledwo tylko egzotyczna para wyszła, wybuchła wrzawa. Podnieceni mężczyźni krzyczeli, walili miskami w stoły, tupali. Półnaga tancerka pobudziła ich zmysły, rozpaliła żądze, a ładniutka kapłanka była jedyną kobietą na sali. Lecz dziewczyna najwyraźniej nie widziała przekrwionych, spotniałych twarzy, nie spostrzegła stającego za jej plecami pijanego gościa, bo wzdrygnęła się pod dotykiem ciężkiej łapy.

– A może teraz panna zatańczy? – powiedział mężczyzna i pociągnął za płaszcz. – Trzeba ino zdjąć przyodziewek.

Siedzący najbliżej zarechotali. Wyciągali szyje, by zobaczyć spłonioną twarz, napawać się zawstydzeniem. Szarpane przez pijaka okrycie zsunęło się na ziemię. Blask łojówki oświetlił różaniec Kanatii i załamał się na czerni aksamitu.

Mężczyzna zamarł, śmiechy umilkły.

Mauri czekał na wybuch gniewu, przekleństwo, ale dziewczyna milczała. Jej twarz była maską rozpaczy.

Wysunął się z cienia, pozwolił, by ogień z paleniska oświetlił tatuaże.

– Wybaczcie – wybełkotał pijak i schylił się po okrycie. Rzucił go na stół i wycofał się tyłem, kłaniając się co chwila. Po sali przemknęły nerwowe chichoty.

Mauri stanął tak, by zasłonić przed tłumem drżące ciało, zmartwiałą twarz.

– Oberża to nie miejsce dla kapłanki – pouczył ją surowo.

Dziewczyna zwróciła na niego piwne, błyszczące od łez oczy.

– A gdzie jest moje miejsce? – spytała.

Nie umiał odpowiedzieć.

• * *

Zue obudziła się w podłym nastroju. Odruchowo poszukała różańca i zaczęła odmawiać modlitwę. Przerwała ją w pół słowa. Nosiła w sobie zbyt wielki żal do bogini, by głosić jej chwałę, a obok nie było nikogo, kto doniósłby kapłanom, że poniechała porannego obowiązku. Trochę dumna z własnej odwagi, a trochę przestraszona zuchwałością, rozejrzała się po nędznej izbie. Poranne światło ukazywało nędzę pomieszczenia, w którym spędziła noc. Siennik był przetarty, po ścianach pełzało robactwo, dzbanek na wodę był pusty. Odsunęła stołek, którym wieczorem podparła drzwi i wyszła.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?