Siewca śmierciTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Siewca śmierci
Siewca śmierci
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 12,98  10,38 
Siewca śmierci
Siewca śmierci
Audiobook
Czyta Artur Ziajkiewicz
7,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Iwona Surmik

Siewca śmierci

Saga

Siewca śmierci

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 0, 2021 Iwona Surmik i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726891508

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Siewca śmierci

Podążyłem śladami onego do Tunisu. W tym mieście trudno jest przejść ulicą bogobojnemu chrześcijaninowi, by nie narazić oczu i uszu na bluźniercze obrazy czy słowa. To siedlisko piratów, różnej maści bandytów i złodziei, na targu można kupić niewolnika równie łatwo jak przyprawy, w menażeriach straszą potwory, a domy rozpusty kuszą przyjezdnych i stałych mieszkańców. Panuje tu nieustanny hałas, języki mieszają się niczym w wieży Babel, pięć razy dziennie słychać wrzaski nawołujące do modlitwy, jakby Bóg niewiernych patronował wszelkiemu występkowi. Wierę, że Nasz Pan nie będzie zwlekał z karą i miasto podzieli los Sodomy i Gomory.

Kwaterę mam nędzną, lecz w tym samym miejscu, co ów człek. Czuję zgrozę na myśl, że jego wzrok wreszcie spocznie i na mnie, dlatego każdego dnia modlę się żarliwie, by dobry Bóg ustrzegł mnie przed nienawiścią tego przeklętego sługi Szatana. Wszak wyrządził już tyle zła na świecie, a jego ślady znaczone są krwią niewinnych.

Podejrzewam, że Siewca Śmierci zmierza teraz na Sycylię…

− Pozwolicie się przysiąść?

Piszący wzdrygnął się i wielki kleks rozlał się na karcie papieru. Pośpiesznie przesypał go piaskiem i dopiero wtedy podniósł wzrok na nieproszonego kompana. Zadrżał, choć w gościnnej izbie panowała nieznośna duchota. Ze ściskanego kurczowo gęsiego pióra kapały czarne łzy.

− Niech będzie pochwalone imię Pańskie… − szepnął.

I

Nie wiadomo skąd L'Isle d'Escargot wzięła swą nazwę. Może zawdzięczała ją kształtowi, jakby zwiniętej skorupki z zapadniętym środkiem albo odciskom ślimaków znajdowanych w wapiennych skałach? Nikt na nią nie zaglądał, bo poza drzewami i kamieniami nie było tam nic ciekawego. Jednak któregoś dnia znalazła lokatora − mężczyznę w średnim wieku, ubranego w szatę przypominającą mnisi habit. Spod naciągniętego na czoło kaptura patrzyły okrągłe oczy pozbawione rzęs, a nos wyglądał jak zakrzywiony ptasi dziób. Cerę miał szarą, kostropatą, ręce obandażowane szmatami. Fagobert, bo tak się nazwał, zapłacił przewoźnikowi za kurs w jedną stronę i więcej się nie pokazał.

Życie w nadmorskiej wiosce było monotonne, wypełnione ciężką pracą i modlitwą, pozbawione ekscytacji, nowin lub najmniejszej odmiany, więc tajemniczy przybysz budził ciekawość. Dlatego, po miesiącu w odwiedziny do nowego sąsiada popłynęła nie jedna, ale trzy łodzie.

Na pierwszy rzut oka zdawało się, że wyspa wciąż jest bezludnym kawałkiem lądu. W zatoczce brakowało śladów stóp, nie znaleźli też wydeptanych ścieżek, ściętych drzew, nawet połamanych gałęzi. Dopiero przy tryskającym ze skały źródełku zauważyli szałas.

Sklecono go z drewna wyrzuconego przez morze, bo na ciemnej powierzchni zachowały się ślady soli. Przed nieforemną budowlą pozostały resztki ogniska obłożonego kamieniami. W popiele odcisnęły się ptasie łapy, obok leżał zawalony trójnóg. W błotnistej kałuży stał kociołek, a spływająca woda przelewała się przez brzegi.

Obozowisko wyglądało na opuszczone i ludzi ogarnęło złe przeczucie. Najodważniejszy przeżegnał się, nim zajrzał do szałasu.

Na wymoszczonym trawą posłaniu walały się drobiazgi potwierdzające domysł, że nieznajomy był mnichem, a przynajmniej pątnikiem − mały krucyfiks z różanego drzewa, sękaty kij i muszla, jaką przypinali sobie do odzienia pielgrzymujący do Santiago de Compostela. Nie było tylko Fagoberta − ani żywego, ani martwego.

Rybacy wpierw obeszli całą wyspę, potem strudzeni napili się wody, pomedytowali chwilę, bo według nich mnich nie mógł odpłynąć niezauważony przez wioskowych, wreszcie, niczego nie wymyśliwszy, wsiedli do kryp i powiosłowali do domu. A następnego poranka czyraki Jacquesa zniknęły.

Wieść rozeszła się błyskawicznie i na L'Isle d'Escargot wyprawiła się cała pielgrzymka − kulejący Jean, Marie z bledziutkim, kaszlącym krwią synkiem, bezdzietni Pierre i Arletta, stary Antoine, którego łamało w kościach i zasmarkany Paul. Chorzy i zdrowi pili źródlaną wodę z kociołka i odmawiali modlitwę za nieznajomego. Opowiadali potem, że zdrój i szałas otacza niezwykła jasność, jakby aniołowie zabrali mnicha wprost do nieba.

Może naprawdę Fagobert cieszył się szczególną łaską Pana, bo katar Paula ustąpił, Antoin poczuł się raźniej, a Jean odrzucił kostur.

To wystarczyło, by ogłosić światu, że dzieją się cuda. Z okolicznych wiosek i miasteczek zaczęli tłumnie ściągać proszący o zdrowie i pomoc w ciężkich terminach.

* * *

Hrabiemu Tuluzy Rajmundowi VI nie sprzyjało szczęście. Północni baronowie z zawiścią patrzyli na bogate ziemie i miasta Południa. Szukali pretekstu do zbrojnej interwencji i pretekst się znalazł, kiedy 14 stycznia 1208 roku zamordowano papieskiego legata Pierra de Castelnau. O mord oskarżono katarów, pojawiły się nawet plotki, że hrabia osobiście przyczynił się do jego śmierci. Rajmund chciał wierzyć, że jeśli pojedna się z Kościołem Rzymskim i poprze krucjatę ogłoszoną przez papieża Innocentego III, zminimalizuje jej skutki. Zgłosił się nawet na wodza, ale wkrótce zrozumiał, że jego nadzieje były płonne.

Znaczny nadzór nad wojskowymi działaniami powierzono Szymonowi de Montfort, a duchową opieką sprawował Armand Amalric. Opat z Cîteaux bez wahania rozkazał wymordować tysiące winnych i niewinnych katarskiej herezji w Béziers. Zabito szukających schronienia w kościele św. Marii Magdaleny i tych na ulicach miasta, nie bacząc na ich wiek, płeć czy pozycję, wierząc, że Bóg i tak rozpozna swoich.

Kiedy do Tuluzy dotarła wiadomość o cudach na L'Isle d'Escargot hrabia Rajmund pomyślał, że oto nadarza się okazja, by zakończyć to szaleństwo. Wysłał listy do papieża oraz biskupa Narbonne, przedstawiając zaszłe na wyspie wypadki i prosząc o ich dogłębne zbadanie. W razie, gdyby znalazły potwierdzenie, przedstawił projekt budowy opactwa przewyższającego niezwykłością La Merveille na Mont Saint-Michele. I choć wskazywał argumenty natury teologicznej, tak naprawdę miał nadzieję, że papież doceni jego starania, ostatecznie odrzuci podejrzenia, że hrabia sprzyja heretykom i położy kres rzezi i grabieżom.

Aby zamanifestować szczerość swoich zamierzeń, nie czekał na odpowiedź, lecz wyłożył środki i nakazał rozpoczęcie prac budowlanych. Wyspa obfitowała w wapień, więc sprowadzono kamieniarzy, murarzy i cieśli, którzy postawili niewielki kościółek, wierząc, że wokół niego rozrośnie się monumentalna budowla.

Plany wydawały się bliskie realizacji, bo pewnego poranka na plaży znaleziono wyrzucone przez morze ciało. Było nagie, mocno pokaleczone, lecz z ciągle widoczną tonsurą i rybacy bez wahania rozpoznali Fagoberta. Widać Bóg zwrócił jego doczesne szczątki, aby wierni mogli je odpowiednio uczcić.

Mimo tego niezwykłego wydarzenia wypadki nie potoczyły się zgodnie z oczekiwaniami hrabiego Tuluzy. Biskup Narbonne zwlekał z odpowiedzią, papież nie odwołał zbrojnych, a rycerze obracali w perzynę miasta i równali z ziemią wsie, bezlitośnie mordując mieszkańców. Wszak nagrodą za udział w krucjacie był odpust zupełny, miejsce w raju oraz wszystkie łupy, jakie udało się wziąć. Dodatkowo rosło ryzyko zarazy, bo zmarłych nikt nie chował, a za udzielenie im ostatniej posługi groziła ekskomunika.

Lata mijały, padł Perpignan, padły Narbonne i Carcassonne, a Szymon de Montfort w bitwie pod Muret pokonał wojska hrabiego Rajmunda VI. Pięć lat później Bóg wezwał do siebie de Montforta, który zginął od uderzenia w głowę kamieniem machiny miotającej. Hrabia wraz ze swym synem Rajmundem VII powrócili do domu.

W 1222 roku odszedł do Pana także Rajmund VI, a jego następca zapomniał albo nie wiedział o wydarzeniach na L'Isle d'Escargot.

Jednak okoliczna ludność pamiętała Fagoberta i nieustannie odwiedzała wysepkę. Pielgrzymujący do Composteli pod ochroną templariuszy także chętnie nadkładali drogi, by pomodlić się w małym kościółku zwieńczonym żelaznym krzyżem. Było ich tak wielu, że na wyspę sprowadził się kapłan, bo podróż kolebiącą się łódką źle wpływała na jego żołądek, i garbaty kościelny z żoną i piątką dzieci, potem ściągnęli handlarze odpustów i świętych relikwii, a wreszcie między chatami stanął szynk z gościnnymi pokojami dla zamożniejszych pielgrzymów.

L'Isle d'Escargot powoli zmieniała swoje oblicze. Drzewa wykarczowano, ich miejsce zajęły łąki, na których pasły się krowy, owce i kozy, zaorano niewielkie poletka, w warzywnikach rosła marchew, kapusta i rzepa. Na błotnistych podwórkach maluchy taplały się w błocie wespół ze świniami, kobiety pilnowały domostw, mężczyźni trudzili się w polu lub zajmowali handlem.

II

Druga oktawa Zmartwychwstania Pańskiego nie przyniosła spodziewanej poprawy pogody − świeżo wyrosłe trawy falowały w podmuchach zimnego wiatru, fale rozbijały się z impetem o urwisko, ptaki krzyczały ze strachu przed nawałnicą.

 

Grupa dzieciaków zaganiała owce do zagrody. Kiedy zdawało się, że wszystkie są już bezpieczne, poprzez szum i łoskot przebiło się żałosne beczenie. Najstarszy Jacques zawrócił, a za nim pobiegła jego siostrzyczka Anne.

Wapienne skały porastały trawy i śliski mech, leszczynowe krzaki chłostały pączkującymi gałęziami. Pomiędzy nimi uwięzło jagnię i rozpaczliwie wzywało pomocy.

Chmury zagęściły się, niebo zrobiło się granatowe i lunął deszcz. Przemoczona Anne odgarniała patyki, a Jacques próbował wydobyć wierzgające stworzenie. I nagle zniknął.

Zestrachana dziewczynka wrzasnęła i uciekła. Gnała na oślep po łące, ślizgała się, potykała i przewracała, podnosiła się i znów biegła, póki trafiła na ścieżkę. W pędzie zderzyła się z wysokim młodzieńcem, który zmierzał do wioski.

− Ratujcie, panie. Jacques pod ziemię się zapadł. Ratujcie… − chlipała.

Widać było, że jest przerażona, więc Piat bez namysłu pośpieszył na wzgórza. Anne potruchtała za nim.

W miejscu, gdzie zniknął Jacques otworzył się wąski otwór. Piat krzyknął, a z wnętrza odpowiedział mu pisk przestraszonego chłopca. Wrzucony kamień odbił się po króciutkiej chwili, więc mężczyzna przeżegnał się, związał pod brodą długie uszy płóciennej czapki, przecisnął się przez dziurę i opuścił się na rękach.

Jacques siedział pod ścianą, tuląc do piersi jagniątko. Chłopiec i zwierzę wyglądali podobnie − oboje bezbronni, pobrudzeni ziemią i trawą, skuleni i popłakujący.

− Stało ci się co? − zapytał Piat.

Dziecko pokręciło przecząco głową, więc młodzieniec − silny i ciekawski − zaczął się rozglądać. Jaskinia była niezbyt wysoka, sucha i widna. Światło wpadało przez wejście usytuowane od strony urwiska. Piat wychylił się i zakręciło mu się w głowie, bo skały schodziły pionowo, a w dole rozbijały się wysokie fale.

− Tędy nie wyjdziemy, chyba że zamienimy się w ptaki − mruknął.

Wapienne ściany miały szarobiały kolor, przy wejściu ubarwiony zielenią mchu. Sufit ozdabiały sopelki nacieków, a między nimi, głową w dół, zwisały nietoperze. W kącie leżało olbrzymie gniazdo z dwoma wielkimi czarnymi piórami zaczepionymi o patyki. Kiedy młodzieniec je kopnął rozsypało się, ujawniając niezwyczajną zawartość − płaszcz przypominający mnisi habit, rzemienne sandały, bieliznę i sakiewki. W jednej z nich było kilka złotych i srebrnych monet, co Piat od razu sprawdził. Krążki miały wyryte wizerunki obcych władców, a zamiast łacińskich podpisów symbole przypominające wijące się robaki. Inną wypełniały mocno pachnące zioła i smolisto czarne kamienie ozdobione dziwnymi rysunkami, a największa, skórzana, zawierała pogniecione papiery. Piat spakował wszystko w tobołek zrobiony z płaszcza, podsadził Jacques'a do ziejącej w suficie szczeliny, podał mu jagnię i wreszcie sam wylazł.

Szczękająca zębami Anne z równym zapałem wyściskała brata i owieczkę, a potem oboje pobiegli w stronę chat. Utytłany błotem, szary od kurzu, który przylepił się do przemoczonego odzienia młodzieniec powlókł się za nimi. Brnąc przez trawę, zastanawiał się, co powinien uczynić ze znalezionym złotem? Owych kilka monet stanowiło spory majątek, więc mógłby postawić nową chałupę i wysłać swatów do Geneviève o oczach błękitnych jak chabry i pszenicznym warkoczu. Przecież należy mu się nagroda za uratowanie dzieciaka, tłumaczył sobie.

Na wyspie panowała niezwykła cisza. Przybyłe podczas nieobecności Piata łodzie zabrały ostatnią grupę, nie przywożąc nikogo. Chłód, deszcz i silny wiatr odstraszyły pątników. Woleli przeczekać słotę w nadmorskiej wiosce niż znosić kołysanie zalewanej przez fale łupiny.

Kiedy młodzieniec wreszcie dotarł do opustoszałego zajazdu postanowienie zapadło. Pokaże znalezisko ojcu wielebnemu, ale o złocie nie wspomni. Jutro odpłynie z wyspy i nigdy więcej nie zawita na L'Isle d'Escargot.

Ksiądz był suchy, pochylony do przodu, miał smagłą skórę, garbaty nos i oprószone siwizną włosy. W skupieniu wysłuchał młodego człowieka, po czym obejrzał znalezione przedmioty.

− To Bóg pokierował waszymi krokami − oznajmił uroczyście. − Niechybnie rzeczy te należały do Fagoberta. Wystawimy je w kościele, by poprzez nie wszyscy mogli obcować ze świętym i za jego pośrednictwem doświadczać łaski Pana. Dziękuję ci synu i błogosławię w imię Boga Ojca i Syna, i Ducha Świętego.

Nękany wyrzutami sumienia Piat gorliwie pomagał w oczyszczeniu relikwii i mocowaniu ich na ścianie, w pobliżu ołtarza. W tym czasie wielebny przepatrywał sakiewki. Mocno zdumiony zważył na ręku kamienie, poślinił wydrapane znaki, by odzyskały kształty, wąchał zioła, a potem zabrał się do odcyfrowania papierów.

Koniec końców okazało się to niemożliwe − poza liturgią mszy świętej nie znał łaciny. Udało mu się tylko odczytać adresata - Dominika de Guzmán. Imię założyciela Zakonu Głosicieli Słowa Bożego nie było mu obce, więc po namyśle spakował zapiski i przekazał Piatowi z prośbą o posłanie ich do najbliższego zgromadzenia Dominikanów. Wyłożył nawet parę miedziaków na opłacenie posłańca.

Wieść o cudownym znalezisku szybko się rozeszła i na wieczorne nabożeństwo przybyli wszyscy mieszkańcy, nawet ledwo narodzone dzieci w ramionach matek. Po mszy wyspiarze ze czcią całowali rąbek habitu i dotykali sandałów, wierząc w ich cudowną moc. Tylko Piat wymknął się zaraz po podniesieniu, bo skóra go paliła ze wstydu.

Spał niespokojnie, kołatało mu serce, żołądek się skręcał, oblewały poty. Zerwał się jeszcze przed świtaniem, zepchnął na wodę jedną z wyspiarskich łodzi i odpłynął.

Zamierzał wylądować daleko od wsi, ale nie znał się na sterowaniu i prąd zniósł go wprost na wioskową plażę.

W nadmorskiej osadzie dzień zaczynał się wcześnie. Rybacy wracali z połowów, w wiklinowych koszach rzucały się ryby, dym z wędzarni snuł się między domami i kłuł w oczy, handlarze ustawiali towary na straganach, z zajazdu dochodziły smakowite zapachy.

− Mam pilną wiadomość, którą trzeba dostarczyć do Narbonne. − Piat tłumaczył się napotkanym mieszkańcom, choć nikt go o nic zapytał.

− Ostawcie pisanie w zajeździe. Jak sie kto bedzie wybierał w tamtom strone zabierze ze sobom − poradził mu ktoś.

Piat odetchnął. Zostawił listy u karczmarza i ruszył na zapełniające się ludźmi targowisko.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?