Łzy smokaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Łzy smoka
Łzy smoka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 9,98  7,98 
Łzy smoka
Łzy smoka
Audiobook
Czyta Aleksandra Justa
5,99  4,43 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Iwona Surmik

Łzy smoka

Saga

Łzy smoka

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2006, 2021 Iwona Surmik i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726771381

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Łzy smoka

Góra wyrastała pośrodku lasu. Już z daleka wyglądała na niepasującą do otoczenia, jakby przypadkiem porzuconą i całkiem samotną. Była szara, ale kiedy słońce kryło się za chmurami przybierała odcień czerni, a obmyta deszczem lśniła niezwykłą barwą zieleni. Rosnącą wokół bujną roślinność przetrzebiły okoliczne plemiona, bo opływająca górę rzeka i liczne naturalne źródła pozwalały na osiedlenie się. Ludzie wycinali niewielką przestrzeń, budowali chaty, orali i siali proso, hodowali bydło. Rzadko spotykali się z mieszkańcami innych wiosek, jeszcze rzadziej wyruszali do miasteczka, żeby sprzedać albo wymienić owoce swojej pracy. Tak naprawdę niewiele potrzebowali  parę garnków, ciepłe derki, materiał na ubrania, żelazne groty do włóczni i strzał, ostrza do noży.

Plemię Waho od wieków żyło w cieniu góry i szanowało ją. Nikt nie ośmieliłby się odłupać nawet kamyczka, grozić ogniem czy biegać po skałach. W zamian góra, na swój kamienny sposób, strzegła ich przed niebezpieczeństwem. Na jej grzbiecie wyładowywały swój gniew pioruny, z jej zboczy spłynął wodospad, który ugasił pożar, w jej trzewiach mieściła się jaskinia, miejsce ostatniego spoczynku zmarłych. Była też swojego rodzaju wyrocznią i sądem. Z wielką starannością zbierane okruchy skał, sproszkowane i dodane do wody sprowadzały wizje, a napojeni taką mieszanką podejrzani o przestępstwo wyznawali swoje winy lub oczyszczali się z zarzutów.

Góra miała też swój sekret, który ujrzeli nieliczni  jezioro ukryte między wypukłościami. Waho wierzyli, że to źródło mądrości, i pokolenia przywódców wyruszały na pielgrzymkę, by dostąpić objawienia.

* * *

Przycupnięta pod południowym stokiem wioska składała się z kilkunastu chat, zbudowanych z bali i krytych strzechą. Najważniejszym miejscem był plac z olbrzymią hikorą. Tu gromadzili się mężczyźni, żeby omówić istotne kwestie, w jej cieniu gwarzyły kobiety i bawiły się dzieci.

Stojące na wprost drzewa domostwo wyróżniało się werandą. Plecione krzesło wodza Waho było puste. Ansi umierał, a jego trzy tłuste żony krzątały się wokół, jakby wymiecenie podłogi, czy zmielenie mąki na zapas mogło zatrzymać go dłużej.

Starzec miał grubą, szarą, pooraną zmarszczkami skórę, czarne oczy i mocno zarysowane łuki brwiowe, które nadawały mu wyraz surowości. Najmłodsza żona, Pawa, czuwała nad nim nieustannie i podawała chłodną wodę do picia, a drobny młodzieniec  wnuk o imieniu Kabu  starał się zapamiętać każdą wskazówkę mamrotaną przez Ansiego w chwilach przytomności. Niezdolni do pracy członkowie plemienia czuwali na zewnątrz, kołysząc się w przód i w tył, i mrucząc pieśń ułatwiającą umierającemu przejście na drugą stronę.

Upiorny monotonny zaśpiew przynosił ulgę śmiertelnie choremu Ansiemu. Mimo to nie był jeszcze gotów, żeby opuścić świat żyjących i dołączyć do przodków.

 Okaż jej szacunek. Obiecaj...  szepnął, kiedy Kabu z tobołkiem na plecach szykował się do wyjścia.

 Obiecuję  powiedział Kabu i po raz ostatni uścisnął drżącą rękę dziadka.

Starzec zamknął oczy. Powiedział już wszystko, teraz mógł tylko czekać.

* * *

Na górę dało się wejść tylko od północnej strony, przeciwnej niż ta, w której leżała wioska Waho. Przetarty niegdyś szlak zarósł i Kabu musiał torować sobie drogę przez splątane poszycie, wycinać gałęzie, przekraczać powalone wiatrem olbrzymy. Pozostawiał za sobą znaczoną krwią ścieżkę, jęki i złorzeczenia poranionych drzew i krzaków. Z zemsty szarpały kolcami odzienie, chłostały witkami, wystawiały korzenie, żeby się potknął. Kabu słyszał, jak ptaki przekazują wiadomość o jego wyprawie i prorokują porażkę, może nawet śmierć, czuł spojrzenia skradających się za plecami zwierząt. Jednak żadne nie ośmieliło się go zatrzymać. Kroczący pewnie na dwóch nogach, uzbrojony w dzidę z żelaznym grotem, osłonięty zrogowaciałą skórą był przeciwnikiem trudnym do pokonania.

Droga zajęła mu cały dzień, a tuż przed zmierzchem znalazł ślady dawnego obozu  osmalone ogniem kamienie i zmurszałe resztki zeriby. Wykorzystując ostatnie promienie słońca Kabu przyciągnął nowe gałęzie i ułożył je w półokręgu; plecy chroniła góra. Jadł podpłomyki i owoce, i nasłuchiwał. Ansi mówił, że jeśli się skupi góra do niego przemówi, lecz rejestrował tylko szum wiatru, skargę drzew, prześmiewcze nawoływania ptaków i pogróżki wilków. Nieco zawiedziony owinął się derką i zasnął.

* * *

Cisza dzwoniła w uszach, jakby Kabu przekroczył granicę między dwoma światami. Wszystko na dole żyło, rodziło się i umierało, krzyczało albo szeptało, a góra tylko trwała. Nie widział ptaków, owadów, wygrzewających się jaszczurek. Kamienie stały nagie, bez osłony mchów, czy frywolnych ozdób ze źdźbeł trawy i kwiatków.

Kabu przestraszył się tej martwoty, dlatego zaczął nucić. To była pogodna piosenka o lisie i sprytnym myśliwym, który zastawił na niego pułapkę. Najpierw śpiewał bardzo głośno, potem ciszej, a końcówkę, w której myśliwy chełpi się zdobyczą ledwie wymamrotał. Cisza pochłonęła słowa, zamiast się rozproszyć stała się głębsza. Dopiero po chwili Kabu pojął dlaczego. Nie słyszał echa  głosu, który powinien wzmocnić dźwięk, ponieść go między skały i wrócić, ogłaszając triumf myśliwego.

Brakło mu odwagi, by podjąć następną melodię, zamiast tego przysiadł na naturalnym stopniu i zaczął grzebać w tobołku. Wyruszył o świcie, kiedy szarość ledwie rozjaśniła mrok i nie marnował dotąd czasu na posiłek.

Głodny Kabu z zapałem szarpał zębami twarde kawałki mięsa pachnącego jałowcem i dymem z ogniska. Pokrzepiony znajomym zapachem i smakiem podjął wędrówkę.

„Będziesz wiedział, którędy iść”, mówił mu dziadek.

Miał rację. Nikt nigdy nie wydeptał ścieżki, mimo to Kabu szedł pewnie, jak po wytyczonym szlaku. Wspinał się coraz wyżej i wyżej w jednakowym rytmie. Podciągał się na rękach, szedł na czworakach, kroczył wyprostowany. Dopiero kiedy stanął na przełęczy i spojrzał w dół okazało się, że przebył jakby wykute dla olbrzyma schody: prawie płaskie platformy i spadki, w niektórych miejscach łagodniejsze, lecz częściej wysokie i strome. Jeszcze dziwniejszym wydało się Kabu, że szlak nie wiódł wprost na szczyt, tylko okrążał beczkowato wypiętrzone wzniesienie. Nie było jednak innej drogi. Przecinająca skały siatka szczelin, okazała się za płytka, by zmieścić w nich palce czy nawet zaczepić pazur.

Przełęcz wieńczyła brama, z prawej strony prosta, pocięta pionowymi pęknięciami, z lewej wychylała się do środka, tworząc łuk. Rzucany przez nią cień przynosił ulgę po ostrym słońcu na zboczu. Kabu wodził dłońmi po chłodnej skale, pozostawiając na niej kropelki krwi.

Natrafił na szczelinę i obrysował jej kształt. Wydał mu się znajomy, więc spróbował jeszcze raz.

ANSI

„Wyryłem swoje imię obok imion Menena, Okiego, Segmuta i innych”, wspominał z dumą dziadek.

W przejściu było ciemno i Kabu macał palcami niczym ślepiec, szukając śladów dawnych mędrców. Czy ta podwójnie załamana kreska przecięta poziomą linią oznacza Menena-Puszczyka?

Od czasu, gdy wielki wódz wspiął się na skałę, upłynął wiek, jednak Kabu, dotykając ledwie wyczuwalnych rys, miał uczucie, jakby dotknął swojego przodka, słyszał oddech, czuł zapach skór i potu, którym przesiąkły.

Skoro sam dotarł tak daleko zasługuje, by jego imię znalazło się między czczonymi imionami dziadka, pradziadka, prapradziadka...

Twarde, wrośnięte w ciało pazury pozostawiły mało widoczne zadrapania, więc Kabu wyrył ideogram nożem.

Choć wyszło trochę krzywo i znaki były zbyt rozstrzelone, Kabu poczuł dumę. Odetchnął głęboko, gotów do dalszej wędrówki. Teraz schodził ze skały i musiał bardzo uważać, żeby się nie pośliznąć; z opisu Ansiego wiedział, że stromizna kończy się przepaścią. Ten etap okazał się bardziej wyczerpujący niż wspinaczka. Kabu głośno sapał, złamał szpon, dłonie miał śliskie od potu i krwi, poranione stopy. Kręciło mu się w głowie, marzył o łyku wody, ale nie mógł się zatrzymać.

Zerknął na bezchmurne niebo i ze zgrozą uświadomił sobie, jak niewiele czasu mu pozostało.

„Jeśli nie dotrzesz do jeziora, nim słońce minie światło bramy musisz zawrócić”, ostrzegał dziadek, a on o tym zapomniał i zabawiał się w wykuwanie imienia.

Zdenerwowany spróbował opuszczać się szybciej. Stracił koncentrację, nie sprawdził uchwytu i zaczął się obsuwać. Szorował brzuchem po kamieniach, a rozcapierzone palce czepiały się najmniejszych szczelin.

 Głupiec, głupiec!

Odłamki sypały mu się na głowę. Zabolało, kiedy stopa zaklinowała się w ciasnej szparze, a plecy uderzyły o chropowatą powierzchnię. Kabu wytężył wszystkie siły, żeby odzyskać równowagę.

Zatrzymał się na iglicy wystającej z wąskiej platformy. Czuł, jak się chwieje, i niemal wtopił się w skałę przed sobą, by nie przeważyć ciężaru i nie opaść.

Wreszcie lawina się skończyła, a iglica przestała dygotać. Wstrzymując oddech, Kabu powolutku odwrócił się i rozejrzał.

 

Był dokładnie tam, gdzie powinien. Występ sterczał nad przepaścią niczym trampolina. Kabu wychylił się lekko.

Z przerażenia zawirowało mu w głowie, bo oglądał świat do góry nogami. Kopulaste wierzchołki miał teraz u stóp. Dopiero gdy znów zerknął na wprost zrozumiał, że odbijają się w tafli jeziora, tworząc iluzję rzeczywistości. By się upewnić zebrał w garść spadłe okruchy i rzucił. Spodziewał się plusku, rozbryzgu wody, kolistych refleksów, tymczasem zobaczył tylko drgnięcie, które na moment zburzyło fałszywy świat. A może tylko mu się zdawało, może akurat mrugnął, albo oczy zaszły mu łzami, bo odwrócony krajobraz znów trwał na swoim miejscu.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?