Każdy ma swoje nieboTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Każdy ma swoje niebo
Każdy ma swoje niebo
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 12,98  10,38 
Każdy ma swoje niebo
Każdy ma swoje niebo
Audiobook
Czyta Aleksandra Justa
7,99  5,91 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Iwona Surmik

Każdy ma swoje niebo

Saga

Każdy ma swoje niebo

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 0, 2021 Iwona Surmik i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726891461

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Każdy ma swoje niebo

Oczywiście wszystkie nazwy, postacie i sytuacje wyssałam z palca, zaś podobieństwa są przypadkowe i niezamierzone.

Kolejka – raz, dwa, trzy, pięć, siedem osób, a wszyscy wściekli, rzucający zjadliwe uwagi.

– Siedzi jak na tronie, a ja czekam godzinę!

– Malowana lala. Obłożyła się papierami i udaje, że coś robi.

– Idę do kierownika, niech ją pogoni.

Idź. Do kierownika, dyrektora, prezesa albo samego Boga. Może oni siądą na moim miejscu i obsłużą was wszystkich. Niech tłumaczą, przekonują, płaszczą się – profesjonalnie, uprzejmie, z uśmiechem.

– Niestety powinna pani przepisać ten druczek, nie spełnia wymogów. Przykro mi, że traci pani czas, ale to konieczne. Nie, „A” wygląda inaczej, tak samo „R”, a „BURMISTRZ” pisze się przez „U” otwarte i „RZ”. Trudno, niech zostanie. Dziękuję, do widzenia.

– Dzień dobry, proszę usiąść, w czym mogę pomóc?

– Dziękuję, do widzenia.

– Dzień dobry, proszę usiąść, w czym mogę pomóc?

– Dziękujędowidzenia.

– Dzieńdobryproszęusiąśćwczymmogępomóc?

– Dzię...widzenia.

– Dobry...siąść...pomóc?

– Przykro mi, ale to nie wchodzi w zakres moich obowiązków. Owszem, proszę pana, wywieszka znajduje się na drzwiach, o tutaj. Gdyby pan był uprzejmy ją przeczytać, nie spędziłby pan czterdziestu minut w kolejce.

– Nie, nie uważam, żebym zachowała się bezczelnie. Skoro tak pani twierdzi... Kierownik przyjmuje w pokoju numer 40. Do widzenia.

– Dzień dobry, proszę usiąść, w czym mogę pomóc?

– Dziękuję, do widzenia.

– Dzień dobry... Nie, nie szkodzi, że już tak późno. Proszę usiąść i nie zwracać uwagi na sprzątaczki. W czym mogę pomóc?

Było piętnaście po czwartej, kiedy Renatka wyszła z biurowca. Zachodzące słońce odbijało się od śniegu i drażniło czerwone, załzawione oczy. Wynoszone do domu papiery, nad którymi miała posiedzieć wieczorem ciążyły w reklamówce. Bolały ją plecy, a nadgarstek rwał od ściskania komputerowej myszki. Szła na przystanek, powłócząc nogami, przygarbiona, z potwornym bólem głowy i twarzą zdrętwiałą od wykrzywiania się w sztucznym uśmiechu. Autobus uciekł jej sprzed nosa, więc dotarła do domu o wpół do szóstej. Rozebrała się, rzuciła na łóżko i zasnęła.

Obudził ją dzwonek telefonu.

– Dzień dobry, Biuro Obsługi Klienta, mówi Renata Kulczycka. W czym mogę pomóc? – wymamrotała do słuchawki.

– Zwariowałaś? – odezwał się zdumiony, damski głos.

– Justyna?

– Idziemy wieczorem do pubu. Wypijemy parę piw, może kogoś poderwiemy?

– Daj spokój. Późno wróciłam, głowa mi pęka, jeszcze nic nie jadłam i mam robotę na wieczór.

Justyna milczała i Renatka pomyślała, że przyjaciółka się rozłączyła.

– Jesteś tam?

– Wiesz, tak sobie myślę... Dzwonię trzeci raz w tym miesiącu i ciągle słyszę to samo: masz robotę, głowa cię boli, jesteś zmęczona. Dziewczyno, ledwo skończyłaś trzydzieści lat, a zachowujesz się, jakbyś przekroczyła sześćdziesiątkę.

– Ale ja naprawdę jestem padnięta – broniła się Renatka. – I mam całą reklamówkę papierów do przejrzenia.

– Jak chcesz. – Głos Justyny zobojętniał. – Trzymaj się.

Renatka odłożyła słuchawkę. Miała przeczucie, że przyjaciółka więcej nie zadzwoni. Wzruszyła ramionami, wygrzebała się z pościeli, powlokła do kuchni i zajrzała do lodówki. Na półce leżał kawałek zeschniętego sera i jedno jajko. Oczywiście, znowu zapomniała o zakupach. Westchnęła smętnie, zjadła ser z czerstwą bułką, wzięła prysznic i siadła nad papierami, ale nie mogła się skupić.

Masz trzydzieści lat, a zachowujesz się jak sześćdziesięciolatka, brzmiało jej w uszach.

To prawda. Nigdzie nie wychodzę, z nikim się nie spotykam, nie pamiętam, kiedy byłam u fryzjera czy kosmetyczki.

Ta ostatnia myśl sprawiła, że spojrzała do lustra.

Oczywiście, widziała codziennie swoją twarz, kiedy się czesała albo myła zęby, ale już od dawna tak naprawdę nie przyglądała się sobie. To, co teraz zobaczyła wcale jej się nie spodobało. Zaczerwienione białka, drobne zmarszczki i podkówki wokół oczu, szara cera, włosy opadające w nieporządnych kosmykach. A figura? Renatka zrzuciła koszulę i obróciła się przed lustrem. Nie, nie była gruba, tylko jakaś taka... sflaczała. Przygarbiona, z wyraźnie opadającym prawym ramieniem. I miała, szlag by go trafił, cellulit.

Kiedy tak się zmieniłam? Kiedy zniknął uśmiech, a pojawił się ten wyraz zmęczenia i goryczy? Jak to się stało, że ta cholerna praca przysłoniła mi cały świat, odebrała radość, pozbawiła prywatnego życia?

Ubrała się, siadła na kanapie i machinalnie zaczęła przeglądać przyniesione papiery. Artykuły, ustępy, zmiany do artykułów i ustępów, w tym coś usunięto, w następnym dodano.

Nic mnie to nie obchodzi. Zamiast gapić się na tę poronioną twórczość powinnam wyjść z przyjaciółmi, pogadać o zwykłych, codziennych sprawach, potańczyć, wypić parę kieliszków wina i chociaż na chwilę zapomnieć o przepisach, klientach, telefonach.

Sfrustrowana, rzuciła papierami, aż się rozsypały po dywanie.

Dość tych stresów i zaniedbywania własnego życia. Jutro pójdę do fryzjera, zrobię porządne zakupy, zjem coś ciepłego i zadzwonię do Justyny. Popołudnia i wieczory znów będą należeć do mnie!

Pod wpływem buntowniczego nastroju przygotowała sobie ubrania na następny dzień – krótką spódnicę i seksowną bluzkę z koronkowymi wstawkami. Idąc za ciosem, zrobiła nawet kilka skłonów i przysiadów.

Nie spała dobrze. Śniły jej się szczerzące zęby segregatory pełne dokumentów i chichoczące nad jej niewiedzą teczki z przepisami.

Oczywiście zaspała. Narzuciła przygotowane wieczorem ciuchy, zrezygnowała z makijażu i pobiegła na autobus. Wpadła na salę w ostatniej chwili, zdyszana i zaczerwieniona. Na szczęście, zamiast reprymendy została tylko obrzucona potępiającym spojrzeniem przełożonego.

Nie zdążyła napić się kawy, a komputer, jakby na złość migał na czarno i zielono, kiedy przy biurku stanął pierwszy klient. Renatka wykrzywiła się w uśmiechu.

– Dzień dobry, proszę usiąść. W czym mogę pomóc?

– Dziękuję, do widzenia.

– Dzień dobry, proszę usiąść, w czym mogę pomóc?

– Dziękuję, do widzenia.

– Dzień dobry... Proszę nie krzyczeć! Naprawdę nie jestem w stanie ustalić, kiedy miał miejsce fakt, o którym pani mówi. To powinno wynikać z pani dokumentacji. A co się z nią stało? Przykro mi z tego powodu. Do widzenia.

– Dzień dobry, proszę usiąść, w czym mogę pomóc?

– Dziękuję, do widzenia.

– Dzień dobry, koleżanka pana przyjmie, ja mam przerwę. Nie proszę pana, nie wychodzę, bo mi się nie chce pracować. Kodeks pracy gwarantuje każdemu pracownikowi piętnastominutową przerwę w ciągu ośmiu godzin. Przykro mi, że ocenia mnie pan w ten sposób. Do widzenia.

– Dzień dobry... Według mojego zegarka wróciłam punktualnie. Proszę usiąść, w czym mogę pomóc?

– Dziękuję, do widzenia.

– Dzień dobry, proszę usiąść, w czym mogę pomóc?

– Do widzenia...

– Dzień dobry, Biuro Obsługi Klienta, przy telefonie Renata Kulczycka, w czym mogę pomóc? Oczywiście, panie kierowniku, już idę.

Renatka obciągnęła spódnicę, zapięła żakiecik i przeciskając się pomiędzy klientami, pomaszerowała do gabinetu szefa.

– Proszę usiąść pani Renato.

Ton kierownika nie zapowiadał niczego dobrego, jeszcze gorzej wróżyła przesuwająca się w górę i w dół grdyka.

– Klienci skarżą się na panią. Jest pani nieuprzejma, wróciła pani z przerwy pięć minut później i sam widziałem, że zeszła pani ze stanowiska poza czasem przerwy. Ponadto, jak wynika z analizy pani całorocznej pracy, przyjęła pani około dziewiętnastu tysięcy dokumentów, w tym aż DZIEWIĘĆ błędnych.

Renatce zabrakło tchu.

Dziewięć błędnych dokumentów na dziewiętnaście tysięcy przyjętych! Pięć minut spóźnienia (siedziała w toalecie, pewno nabawiła się wrzodów), wyprawa do kiosku (na terenie budynku) po tabletki od bólu głowy. Nieuprzejmość!

Łzy zakręciły jej się w oczach.

Dziewięć błędnych dokumentów, dziewięć na dziewiętnaście tysięcy...

– Jeżeli chce pani nadal tu pracować, musi pani przemyśleć swoje postępowanie i zmienić postawę. Nie potrzeba nam osób nieudolnych, opuszczających się w pracy, nie umiejących się skupić, czy odpowiednio się zachować. To wszystko odbije się na pani rocznej ocenie, która i tak jest ledwo zadowalająca. A chętni, by zająć pani miejsce czekają w długiej kolejce. Czy korzysta pani z Internetu?

– Słucham?

– Rzeczywiście, nie potrafi się pani skoncentrować. Pytałem, czy korzysta pani z Internetu w czasie pracy?

Przytłoczony dziewięcioma błędami intelekt Renatki wreszcie zaczął działać.

 

– Wyłącznie w celach służbowych. Nie prowadzę też prywatnych rozmów telefonicznych – odpowiedziała przytomnie, choć niezgodnie z prawdą.

– Będę panią obserwował – zapowiedział szef i odprawił ją łaskawym skinieniem.

Renatka wycofała się na paluszkach, z całej siły powstrzymując odruch złożenia głębokiego ukłonu połączonego z ucałowaniem ręki kierownika. Siadła na swoim stanowisku.

– Dzień dobry, proszę usiąść, w czym mogę pomóc? Nie płaczę, oczy mi łzawią, od komputera. Niestety źle pan wypisał ten druk, sugeruję tylko duże litery w wyznaczonych miejscach. Oczywiście, że pomogę. Zaczynamy od góry. Powolutku, nie ma powodu, żeby się denerwować. Już daję następną kartkę. Nie, naprawdę nie płaczę, to katar. Podać jeszcze jedną? Słucham? Może pan powtórzyć?

Skupiona na dokumentach Renatka rzadko podnosiła wzrok na siedzących przed nią klientów, teraz jednak nie mogła się powstrzymać.

Mężczyzna nie prezentował się atrakcyjnie: starszy od niej, chyba niezbyt wysoki, z nitkami siwych włosów na skroniach, ubrany w znoszoną kurtkę i szalik w kratkę. Wyglądał na zmęczonego, miał kilkudniowy zarost, głębokie zmarszczki wokół ust i... och!, piękne oczy – okolone długimi rzęsami, trochę szare, trochę niebieskie. A w nich wyraz współczucia? Troski? A może tylko życzliwego zainteresowania?

– Proszę się nie gniewać – powtórzył ciepłym głosem. – Jestem policjantem, takim co czyta. Kolega od pisania nie mógł przyjść. No, wreszcie się pani uśmiechnęła.

Renatka nie tylko się uśmiechnęła. Głośno się roześmiała i podsunęła kolejny druk.

– Musi pan się skupić, bo spędzimy tak czas do wieczora.

– Cała przyjemność po mojej stronie – odpowiedział policjant i zaczął bazgrolić od nowa.

– Patrzajcie, jak szczerzy do niego zęby. Paniusiu, weź się za robotę, a nie facetów podrywaj.

– Mona Lisa się znalazła...

– Panie, jak chcesz se kobitę przygadać, to ją zaproś na kawę, a nie kolejkę blokuj.

Renatka poczerwieniała, ale nie przestała tłumaczyć i pokazywać kolejnych wykropkowanych pól do wypełnienia.

– Tu jest tak codziennie? Jak pani to wytrzymuje?

– Nie wytrzymuję – wymamrotała ledwo słyszalnie Renatka. – To wszystko.

– Dziękuję za cierpliwość i przepraszam za te komentarze. Do widzenia.

– To nie pana wina. Do widzenia.

– Dzień dobry, proszę usiąść, w czym mogę pomóc?

– Dziękuję, do widzenia.

– Dzień dobry...

– Do widzenia.

Znów wyszła półtorej godziny później, znów była śmiertelnie zmęczona, przygarbiona i miała zaczerwienione oczy, a w reklamówkach ciążyły przepisy. Nie w głowie był jej fryzjer ani kosmetyczka. W ostatniej chwili przypomniała sobie o zakupach. Wzięła z półki same mrożonki, jakieś puszki i słoik dżemu. I tak nie miała siły, żeby gotować.

Wlokła się z opuszczoną głową, zziębnięta, bo cieniutka bluzka nadawała się na raczej lato niż mroźną zimę. Nie zauważyła nawet, że padał śnieg. Delikatne płatki wirowały w świetle latarni, iskrzyły na chodnikach, pokrywały drzewa, które wyglądały niczym z baśni Andersena. Na szczęście podjechał spóźniony autobus. Wsiadła do tyłu, nie wypuszczając toreb. Od kiedy ją okradziono starała się mieć wszystko pod kontrolą.

Autobus jechał za szybko i Renatka, która nie miała wolnej ręki, obijała się o poręcz. Niespodziewanie usłyszała huk, świat zawirował w obłędnym tańcu i odwrócił się do góry nogami. Ostatnim, co zapamiętała, była zabłocona piaskiem i solą podłoga, którą widziała nad głową. Potem zapadła ciemność.

* * *

Na widok sali konferencyjnej każdy designer rwałby sobie włosy z głowy. Ściany, sklepienia i marmurowa podłoga wyglądały jak renesansowa kaplica. Na tym tle raził stół i nienaturalnie powyginane krzesła z plastiku, położone na nich laptopy i podwieszony u sufitu plazmowy ekran. Grono zebranych również tworzyło niejednorodną mieszaninę. Zdecydowana większość ubrała się klasycznie – w śnieżnobiałe szaty przepasane złotym sznurem i rzemienne sandały. Byli jednak i tacy, których pióra zabarwiono na różne kolory, poprzez delikatny błękit aż do wściekłej czerwieni, szaty miały krój długiej marynarki, spod której wystawały nogawki spodni z elegancko zaprasowanymi kantami, szyje ozdabiały krawaty, a z kieszeni wystawały telefony komórkowe. Barwnopiórzy wydawali się bardzo zajęci: rozmawiali przez komórki, wysyłali esemesy lub e-maile, studiowali wykresy. Jednak żaden nie zerkał na zegarek. Tu czas się zapętlał – przeszłość, teraźniejszość i przyszłość stanowiły jedno.

Zebrani ożywili się, gdy do sali przybył Metatron, Głos Pana.

To było zwykłe, nudne zebranie sprawozdawcze. Skrybariusz podsumował spisy dusz, inwentarzowe i bilanse, co uśpiło większość słuchających. Nawet aniołom brakowało cierpliwości, aby zagłębiać się w meandry księgowości. Wystarczyła świadomość, że wszystko się zgadza. Tylko Koguty, jak nazywano zapatrzone w techniczne nowinki anioły, słuchały uważnie i robiły notatki.

Monotonny głos Skrybariusza wreszcie umilkł i niebiański księgowy zaczął składać papiery.

– Jakieś uwagi czy zastrzeżenia? – spytał dla porządku, nie spodziewając się odzewu.

– Owszem − odezwał się Nitajah, powszechnie uważany za przywódcę barwnopiórych.

Jego skrzydła miały dekadencko ciemny odcień granatu, a długie jasne włosy wiązał w kucyk. Szeptano po kątach, że Nitajah ma kontakty z Upadłymi i przesiąkł ich rewolucyjnymi ideami. Senna atmosfera konferencji ożywiła się, najwyraźniej coś wisiało w powietrzu. Czyżby zanosiło się na kolejny przewrót?

– Chciałbym zwrócić uwagę szanownego przedmówcy i wszystkich zebranych na oczywiste fakty. Wraz z moimi współpracownikami zadałem sobie trud przeanalizowania sprawozdań za kilkaset poprzednich okresów rozliczeniowych. Poproszę o wykres.

Rozległ się stukot klawiszy i martwy ekran rozbłysnął kolorowymi liniami. Z piersi zebranych wyrwało się chóralne: Ochch... po części wynikające z rozczarowania podjętym tematem, a po części dlatego, że ekran traktowano jako element dekoracji i wiele z konserwatywnych aniołów nie wiedziało, że może okazać się przydatny. Wpatrywały się więc pilnie w żółte, niebieskie i zielone szlaczki, nie pojmując ich znaczenia. Tymczasem Nitajah wziął wskazówkę i zaczął objaśniać wykres.

– Na osi „x” oznaczono wieki, na osi „y” liczbę pozyskanych dusz. Jak widać do roku 1492 notujemy wyraźny wzrost. To ta wznosząca się czerwona linia. Kolejne okresy, zaznaczone na zielono, również charakteryzują się wzrostem, nie jest on już co prawda tak dynamiczny, ale wyraźnie zaznaczony. Potem mamy okres stagnacji, nieco w górę, trochę w dół, bilans zapewne wychodzi na zero. A teraz spójrzmy na tę czarną linię – to wiek ostatni. Ten obraz mówi sam za siebie.

Nitajah zrobił dramatyczną pauzę. Na sali rozległy się oklaski, bo wszystkim podobały się osie „x”, „y” i kolorowe szlaczki, znacznie ciekawsze niż wywody Skrybariusza.

Nieco zbity z tropu anioł kontynuował.

– Poproszę o kolejny wykres. Tym razem zbadałem średnią wieku trafiających do nas dusz. Na osi „x” pokazano wiek odchodzących z ziemskiego padołu, na osi „y” wyłącznie tych, którzy wędrują do Nieba. Co z tego wynika?

Odpowiedzią była cisza.

– Nie rozumiecie? – Nitajah z szelestem rozłożył skrzydła, pióra zalśniły granatem. – Jak tak dalej pójdzie Niebo stanie się bankrutującym przytułkiem dla starców i śmiertelnie chorych. Nie uratują nas nawet Ogrody Allacha, które jako jedyne osiągają dodatnie wyniki. Za jakiś, moim zdaniem niezbyt odległy czas, przyjdzie nam sprzedać ostatnią trąbę, a aureole zabierze komornik.

– To niemożliwe – machnął lekceważąco ręką Achajah. – Doceniam twój wysiłek Nitajahu, ale naprawdę nie wiem, co próbujesz udowodnić?

– Że Niebo przestało być atrakcyjne. Rozejrzyjcie się wokół, Piotrze pomyśl, kogo wpuszczasz przez bramę? Starców i dewotki, nagłe zejścia, dzieci. A gdzie reszta?

– Brednie!

– Liczby nie kłamią – upierał się Nitajah.

Atmosfera zmieniła się diametralnie, senność minęła. Oburzone, lekceważące, ironiczne głosy wznosiły się i opadały.

– Oszalałeś!

– Upadli zamącili ci w głowie...

– Nitajah stracił wiarę.

– Ma rację. Liczby nie kłamią.

Głos Skrybariusza zginął pośród ogólnej wrzawy.

I nagle, zupełnie nieoczekiwanie odezwał Metatron.

– Mów, Nitajahu.

Tego nikt się nie spodziewał. Anioły złożyły pokornie skrzydła, a z ich piersi wyrwało się spontaniczne: Alleluja! Wyróżniony uwagą Pana Nitajah tylko na chwilę stracił głowę. Zaraz odchrząknął i poprawił krawat.

– Niebo, jako miejsce wiecznego pobytu, stało się mało atrakcyjne. Dlaczego? Przeprowadziliśmy badanie opinii publicznej. Posłuchajcie.

Ekran rozbłysnął na nowo, ukazując obrazy z ziemi. Nitajah, w dżinsach i podkoszulku, z ciemnymi okularami na nosie stał z mikrofonem obok kuso odzianej panienki z gołym pępkiem i kolczykiem w języku.

– Co dla pani oznacza Niebo? – spytał.

– Jestem w telewizji? To jakiś quiz czy promocja? Niebo? Chyba jakiś pub, nie? Czego się spodziewam w Niebie? No, niezłej muzy, tanich drinków i facetów do poderwania. Po południu jestem wolna, może wpadniemy tam razem?

– Niebo... – zamyślił się motocyklista w skórzanej kurtce. – Nie przypominam sobie takiej marki. A, to niebo. Wszystko jedno, do nieba czy piekła, ale tylko razem z moją ślicznotką. To model z 1964, niewiele już takich jeździ. Miejsca tam macie dużo, nie? Chóry? Jaja sobie robisz, koleś? Spadaj.

– Nudy, nudy, nudy.

– A widziałeś, jakie w piekle są laski? Przypomnij sobie Liz Hurley.

– W niebie mi wynagrodzą wszystkie nieszczęścia, muszę tylko płacić składki i stawiać krzyżyki, gdzie trzeba, tak mówi ojciec redaktor. Szczęść boże, aniele stróżu mój.

– Mam coś podpisać? Ale gwarantujecie zdrowie, szczęście i kasę? Co mnie obchodzi wieczność, forsa teraz albo idę do konkurencji.

Prezentacja dobiegła końca. Anioły siedziały wstrząśnięte, z pospuszczanymi głowami i smętnie zwisającymi skrzydłami.

– Kto to jest Liz Hurley? – zaszemrał ktoś, ale odpowiedziało mu głuche milczenie.

– Jest bardzo źle – podsumował Nitajah. – Należy zadać sobie pytanie, dlaczego Niebo z perspektywą pobytu w Raju, stało się tak mało popularne? Od chwili Stworzenia wiadomo, że ludzie są krótkowzroczni i przedkładają doraźne korzyści i doczesne dobra ponad przyszłe szczęście. Szczególnie, że dla obecnego pokolenia śpiew w chórach i przechadzanie się po ogrodach Pana nie są tak atrakcyjne, jak niegdyś. Dlatego należy wyjść naprzeciw współczesnym oczekiwaniom. Więc nie chóry i spacery, lecz dyskoteki, baseny, jachty i samochody, każdemu według potrzeb. Drugą ważną sprawą jest reklama. Nie chciałbym bezcześcić waszych oczu obrazami Piekła, ale faktem jest, że nasi konkurenci od wieków prowadzą intensywną, a co ważniejsze skuteczną kampanię. Korzystają z mass mediów, są na bilbordach, ogłaszają się w prasie, występują w filmach. Popatrzcie.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?