Ja, człowiekTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Iwona Surmik

Ja, człowiek

Saga

Ja, człowiek

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 0, 2021 Iwona Surmik i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726891478

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Czy człowiek może pamiętać chwilę swoich narodzin? On pamiętał wszystko: przytulność matczynego łona, kiedy unosił się zanurzony w wodach płodowych lekko łaskoczących jego delikatne ciało, otaczającą go zewsząd ciemność i nagłe skurcze, które zmusiły go do opuszczenia tej bezpiecznej kryjówki. Nigdy nie zapomniał bólu, jaki czuł przeciskając się przez kanał rodny, oślepiającego światła, chłodu i poczucia krzywdy, że potraktowano go tak brutalnie i bezwzględnie. Często, leżąc w ciemności, układał się w pozycji płodowej z podkurczonymi nogami i rękami, ssąc kciuk, ale nigdy nie było tak jak zapamiętał. Teraz też tak leżał. Projekcja ciągle tych samych wspomnień nie pozwoliła mu odgrodzić się od rzeczywistości, a on rozpaczliwie chciał zapomnieć. Czy naprawdę jutro wszystko się skończy, jak obwieścili to Inkwizytorzy? Czy znikną wszystkie obrazy, dźwięki, zapachy? W jaki sposób on może przestać istnieć, jeśli świat będzie trwał dalej? Jak rzeczywistość może funkcjonować bez niego? To tak, jakby w delikatnej materii wszechświata zrobić dziurę: nigdy już nie będzie tak piękny i doskonały, a jego bytu nie zastąpi żadna łata. Świadomość ostatnich chwil życia istniała tylko na marginesie wspomnień. Co oni mi zrobili, pomyślał z rozpaczą, dlaczego nie mogę uwolnić się od tych obrazów? Ile razy będę przeżywał te tortury?

– Czy to ma być wasza kara?! – krzyknął. Ten okrzyk odbił się od pustych ścian i wrócił echem, naigrywając się z jego męki.

Nie potrafił już dłużej się opierać, musiał się poddać i znów przeżyć to wszystko od nowa.

* *

Leżał na skrzypiącym łóżku i patrzył na sunącego po ścianie karalucha. Robal pełzł w górę, sprawnie pokonując szczeliny i nierówności niegdyś białej ściany. Berg mógłby wstać, wziąć łapkę i zabić go, ale wtedy musiałby wysunąć się spod szmatławej kołdry i tym samym odsłonić uszy, a tego nie chciał zrobić. Karaluch zakołysał się niebezpiecznie i zawisł prawie nad jego głową, przebierając łapkami w powietrzu. Zaraz spadnie, pomyślał Berg i przesunął się na poduszce, nieopatrznie odsłaniając uszy.

– Zabiję cię, ty suko! Za-bi-ję! – wrzeszczał ojciec, a każdej sylabie przyporządkowany był odgłos uderzenia. Trzask pękającego szkła i jęk bólu na chwilę zakłócił ten rytm.

Berg ponownie zanurzył się w swoim kokonie, ale to już nie pomagało. Ciągle słyszał wrzaski ojca i coraz cichsze pojękiwania matki. Nagle drzwi otwarły się z hukiem.

– Gdzie jesteś, gówniarzu?! Myślisz, że się przede mną ukryjesz? Wyłaź!

Owłosiona ręka sięgnęła pod kołdrę i wyciągnęła przerażonego chłopaka. Na jego głowę posypały się razy. Wił się, zasłaniając twarz rękami i nie próbował się bronić. To tylko podsycało wściekłość ojca, przydawało siły uderzeniom. Na podłodze w kuchni leżała matka z oczami tępo utkwionymi w rozgrywającej się scenie. Już nie jęczała, dyszała tylko ciężko i szybko, jakby bała się, że na następny oddech zabraknie jej sił. Ojciec wreszcie zmęczył się i rzucił Berga na łóżko, jak bezużyteczny gałgan, a sam wyszedł, nie troszcząc się o zamknięcie drzwi. Rozmazując sobie krew na twarzy, chłopak patrzył, jak mężczyzna opuszcza spodnie i wdziera się w ciało leżącej bezwładnie kobiety. Chciał, ale nie potrafił odwrócić wzroku od odbywanego na jego oczach gwałtu. Skulił się na łóżku, podciągając kolana pod brodę i ciasno obejmując je rękoma. Do ust włożył kciuk i ssał go, ciągle patrząc.

– Czy mogę tu zostać? – spytał dziadka rok później, taszcząc upchniętą w reklamówce poduszkę.

Staruszek z powagą skinął głową, a babka podreptała przygotować mu kąt do spania.

Dziadek był małym, opasłym człowieczkiem o łysej czaszce i drucianych okularkach zsuniętych na czubek nosa. Przyjął go i nigdy nie spytał: dlaczego? Pojawienie się Berga niczego nie zmieniło w jego ustabilizowanym życiu. Całymi dniami studiował swoją księgę, nie zwracając uwagi na krzątającą się niestrudzenie babkę ani na wnuka. Matka zaglądała tam czasami pospiesznie, z poczuciem winy gładząc go po głowie i uciekała w obawie, że mąż ją znajdzie. Nim Berg zdążył przywyknąć do ciszy i spokoju panującego w malutkim mieszkanku, musiał iść do szkoły i jego życie znów się zmieniło.

Ta szkoła była najgorsza w całej dzielnicy, może nawet w całym mieście. Uczęszczały do niej dzieci biedaków i bezrobotnych, ulicznic i drobnych złodziejaszków, wszystkie te, z których los zakpił już na początku życia. Berg niespodziewanie łatwo się zaaklimatyzował. Sześć lat nieustannego bicia przygotowały go na przyjęcie każdego ciosu, okazało się jednak, że nie on był tym, na którym skupiła się nienawiść nauczycieli, a leworęczny Chaq. Chaq wyglądał na jeszcze bardziej zabiedzonego niż on sam. Stał przy tablicy, obracając w dłoniach kredę, patrząc na klasę pełnymi bólu i nienawiści wielkimi, brązowymi oczami. Bergowi przypominał psa, którego wrzucił kiedyś do kloacznego dołu i obserwował, jak tonie powoli, bezradnie przebierając łapami. Na przerwie, pewien swojej bezkarności podbiegł do mańkuta i jednym ruchem ściągnął mu spodnie. Nie spodziewał się dzikiej furii, która ogarnęła Chaqa. Chłopak rzucił się na niego, tłukąc zapamiętale i bezmyślnie, niczym ojciec w pijackim widzie. Zabiłby go pewnie, bo Berg z nawyku przybrał owadzią pozę i biernie przyjmował ciosy, gdyby nie nauczyciel, który ich bez pardonu rozdzielił i jednakowo ukarał. Od tej pory trzymali się razem, w szkole i poza nią. Razem poznali smak pierwszego papierosa i opróżnili pierwszą w życiu butelkę taniego wina, razem podglądali dziewczyny i razem wpadli w ręce pijanego pedofila, ale to Chaqowi udało się uciec, bo Berg, który miał zakodowaną bierność wobec przemocy, nie potrafił się wyrwać.

Te wspomnienia Berg zepchnął do najciemniejszego kąta swojej podświadomości i nigdy nie pozwolił, by powróciły. Teraz nawet to nie zostało mu oszczędzone. Stał, jakby z boku i patrzył, jak zboczeniec przerzuca jego niedojrzałe ciało przez stół, ściąga spodnie i gwałci go brutalnie, dysząc sprośności wprost do ucha. Jak on sam, prawie nieprzytomny z bólu i upokorzenia, rozpaczliwie próbuje dosięgnąć butelki chyboczącej się na krawędzi stołu, wreszcie zaciska na niej spoconą dłoń i wali nią dręczyciela po głowie. Ciągle niemal fizycznie czuł moment, kiedy szkło rozprysnęło się na tysiące okruchów, a większe odłamki utkwiły w ciele gwałciciela. Wypuścił wtedy okrwawione szkło i uciekł. Nigdy nie sprawdził, czy pedofil przeżył.

Chaq czekał na niego przed domem, blady i przerażony, i razem wrócili na swoją ulicę. Nigdy nikomu nie opowiedział o tym zdarzeniu, nawet podczas spowiedzi przed dobrotliwym ojcem Vincenzo.

Ojciec Vincenzo był szkolnym katechetą i spowiednikiem. Miał wyblakłe, niebieskie oczy, włosy poprószone siwizną i miły uśmiech, na bosych stopach nosił sandały, a habit wisiał na nim, niby na strachu na wróble, taki był chudy.

– Jesteś dobrym chłopcem – szeptał w konfesjonale do Berga, kiedy chłopak kolejny raz coś przeskrobał. – Przyjdź do mnie po południu, zadam ci pokutę. Pomożesz poukładać moje książki.

Plebania była ponura i nieprzytulna, pachniała stęchlizną i tanim winem. Berg siedział w ciasnym pokoiku duchownego i popijał ciepłe kakao, patrząc jak ojciec Vincenzo sam porządkuje swój księgozbiór. Był prawie pewien, że duchowny nie zaprosił go do siebie dla odprawienia pokuty.

– Powiedz, co chciałbyś robić, kiedy będziesz dorosły? – spytał, kiedy Berg odstawił obtłuczoną filiżankę.

– Nie wiem – odpowiedział i naprawdę nie wiedział.

– Nie myślałeś o karierze duchownego? Za rok mógłbyś się starać o przyjęcie do Niższego Seminarium. Może mógłbym ci pomóc... – szepnął mnich, gładząc rozwichrzoną, rudawą czuprynę.

Czy chciał być duchownym? Nie, ale kapłańska szata budziła lęk i szacunek wśród ludzi. Wtedy jakoś nie przyszło mu do głowy, że większość księży jest jak ojciec Vincenzo, samotnymi starcami, osiadłymi w ubogich parafiach.

Zdecydował się w jednej chwili, przystając na cenę, której oczekiwał mnich. Mimo, że ciągle miał w pamięci gwałt, zapłacił bez sprzeciwu, jego przyszłość była tego warta. Kapłan dotrzymał słowa i tak Berg rozpoczął kolejny etap swojego życia.

Nienawidził seminarium. Nie cierpiał odoru niedomytych ciał, wilgoci nieogrzewanych pomieszczeń i wszechobecnego zapachu pleśni unoszącego się w każdej sali i kaplicy olbrzymiego, ponurego gmachu, nawet latem. Nie znosił obłudnie uśmiechniętych kapłanów karzących za najdrobniejsze przewinienia, nudził się na lekcjach. nie pojmując pokrętnych zawiłości teologicznych wywodów dopasowujących prawdy wiary do realiów świata. Mimo tego, mając piętnaście lat ukończył szkołę i sposobił się do egzaminów do Wyższego Seminarium.

Wtedy, po raz pierwszy od trzech lat, odwiedził swoje rodzinne miasto. Najpierw zaszedł do dziadka. Leciwy staruszek przyjął go chłodno i obojętnie słuchał o planowanych egzaminach. Pojął dlaczego, kiedy rzucił okiem na otwartą księgę, którą dziadek nieodmiennie studiował. To była Biblia Chrześcijan. Zrozumienie spłynęło na niego w jednej chwili, budząc dreszcz strachu.

 

– Jesteś heretykiem! – rzucił starcowi w twarz.

– Wezwiesz Inkwizytorów? – spytał z ukrytą furią dziadek. – Wyrzekniesz się mnie, bo nie chcę czcić waszego fałszywego Boga?

– Twój Bóg nigdy nie istniał, a to – wskazał na biblię, – to brednie! Bajki dla dzieci!

Dziadek uderzył go w twarz, aż się zatoczył.

– Precz! Nigdy więcej tu nie przychodź!

– Doniosę na ciebie! – wrzasnął Berg i uciekł. Nie poszedł jednak do Inkwizytorów, bo religijne spory nie obchodziły go wcale. Bał się tylko, że jeśli odstępstwo dziadka wyjdzie na jaw, jego kariera będzie skończona.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?