Przepis na zbrodnię

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Przepis na zbrodnię
Przepis na zbrodnię
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,98  31,98 
Przepis na zbrodnię
Przepis na zbrodnię
Audiobook
Czyta Magdalena Zając-Zawadzka
24,99  18,49 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Iwona Mejza

Przepis na zbrodnię

Saga

Przepis na zbrodnię

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2016, 2021 Iwona Mejza i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726855685

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Postacie


Marlena Zawilska pisarka pogrążona w pracy nad najnowszą powieścią kryminalną, zmagająca się z niesubordynowanymi bohaterami książki. Pisanie wybija ją z codziennego rytmu i trzeba czasu, by Marlena zauważyła, że wokół niej zaczynają się dziać różne dziwne rzeczy ze szczególnym wskazaniem na morderstwa.
Pan Kot kot, który uważał, że został już wystarczająco dobrze wychowany i dodatkowe zabiegi edukacyjne nie są mu już do szczęścia potrzebne.
Eugeniusz Słodki kolega Marleny ze szkoły podstawowej. Gieniu wrócił do Miasteczka po wieloletniej nieobecności, by załatwić parę niecierpiących zwłoki spraw. Na widok Marleny zwanej w szkole Lenką szczerze się ucieszył. Mieli do pogadania.
Kurier osobnik zasadniczy i obowiązkowy. Skoro zlecono mu dostarczenie przesyłki na konkretny termin, to zrobił wszystko, by się wywiązać z obowiązków. Że mu nie wyszło, tak bywa.
Agnieszka Walińska przyjaciółka autorki z czasów szkolnych obdarzona dużo lepszą niż ona pamięcią.
Wojtek Waliński mąż przyjaciółki, który – jak zawsze – chciał dobrze.
Maryla Morska nazwana przez kuzyna Serwerownią, zawsze zainteresowana tym, co się dzieje wokół niej, a konkretnie u sąsiadów. Marylka zawodowo gotuje i w swoim świętym notesie zapisuje wszystko jak leci, łącznie z numerami rejestracyjnymi nieznanych jej samochodów.
Edward Morski zapracowany mąż Marylki mogący zawsze liczyć na ostatni kawałek wyśmienitego ciasta upieczonego przez żonę.
Teresa Zawilska mamusia Marleny. Osoba obdarzona wybitną cierpliwością i zamiłowaniem do prac ogrodowych oraz do czytania powieści kryminalnych. Nie spodziewała się, że kiedyś te pasje się połączą.
Ciocia Alicja zwana za plecami Lukrecją to rodzona siostra Teresy Zawilskiej. Konkretna, nieco uszczypliwa, obdarzona manią porządkową. Siostrzenica – autorka kryminałów – jest dla niej sporym wyzwaniem.
Romuald Tracki zwany dziadkiem Trackim. Samotnik, który wcale aż takim wielkim samotnikiem nie jest. Oczywiście do czasu. Sąsiad Zawilskich.
Podkomisarz Marek Zakrzewski policjant, który uległ talentom kulinarnym Marylki. Trudno mu się dziwić. Zapomniał, że w życiu nie ma nic za darmo.
Czesław Brudziński wielbiciel włoskiego klimatu i znawca win tęskniący za beztroskim życiem.
Bracia Gibcy zawsze występujący wspólnie właściciele zapuszczonego gospodarstwa przy końcu ulicy Brzegowej.
Jerzy Wiecha-Wiechejski emerytowany pracownik pobliskiej komendy policji zaczynający karierę jako milicjant pod koniec lat siedemdziesiątych minionego stulecia. Ambitny i zdeterminowany, by wyjaśnić jedną z tych spraw, które nie dają spać emerytowanym glinom.
Michał Milski były mąż autorki niemający wpływu na przebieg akcji.
Alfred Pasłęcki mieszkaniec pobliskiej wsi, człowiek niestabilny nerwowo.
Karolina Grońska straszna teściowa Józeczka.
Józeczek sąsiad Zawilskich, człowiek wielkiej cierpliwości.
Józeczkowa żona Józeczka, córka Karoliny Grońskiej, kobieta temperamentna i bardzo zazdrosna.
Mieczysław „Glanc” Chromy mężczyzna życia Karoliny Grońskiej. Cóż z tego, że o wiele młodszy? Ponoć szczęśliwi i czasu, i lat nie liczą. Miał swoje za uszami.
Państwo Mazurkowie sąsiedzi Marleny posiadający psa obdarzonego talentem wokalnym.
Koleżanki i koledzy Marleny Zawilskiej z podstawówki przyjaźnie zawarte w dzieciństwie są najtrwalsze.

Ze znużeniem wpatrywałam się w ciemny ekran laptopa. Lapek, jak go zdrobniale nazywałam, nie wytrzymał braku aktywności i sam się wygasił. Wiedziałam, że gdy kliknę, pojawi się ta przeklęta biała kartka. Bez tytułu, bez pierwszego zdania, które – jak wiadomo – ma największy wpływ na powodzenie książki. A co z pierwszym akapitem, który leży odłogiem w moich poskręcanych zwojach mózgowych i nijak nie może się zmaterializować? Sytuacja była podbramkowa. Mijał trzeci miesiąc od podpisania umowy na nową książkę. Trzeci! Został ledwie kwartał do terminu oddania tekstu, a ja, wiedząc, o czym chcę pisać, nie wiedziałam, od czego zacząć! Nic, tylko sobie w łeb strzelić i tym samym pozbyć się problemu.

Zachciało mi się być pisarką, to teraz mam, pomyślałam markotnie i jednak kliknęłam enter. Biała kartka na monitorze wciąż była pusta. Nie chciało być inaczej. Zamknęłam plik. Zapisz zmiany? Jakie zmiany?! Wklepałam rząd pytajników, zapisałam i uznałam, że pójdę zrobić coś konkretnego. Cokolwiek, byleby nie siedzieć i nie popadać w depresję przed ciemniejącym ekranem laptopa.

Postanowiłam dotlenić mózg. Może kiedy go dotlenię, to zacznie działać.

Było miłe sierpniowe popołudnie, dochodziła szesnasta. Zza otwartego okna dobiegał świergot kąpiących się w piasku wróbli. Pan Kot wygrzewał się na parapecie w resztkach zachodzącego chmurami słońca. Pogoda była nie najgorsza na pracę w ogrodzie.

Wyjęłam z szafki w przedpokoju robocze ciuchy, czarny podkoszulek pamiętający lepsze czasy, legginsy i chustkę na głowę. Zmieniłam okulary. Te, w których piszę, czasami same mi się zsuwają z nosa.

Zamierzałam upiłować nadłamany konar wierzby rosnącej naprzeciw kuchennego okna. Wierzba posadzona przed domem dla ozdoby z czasem rozrosła się i zaczęła skutecznie przysłaniać widok na ogród. Trzeba było przyciąć konary i uregulować bujne pędy. Ostatnie huraganowe wiatry nadłamały jedną z grubszych gałęzi, więc teraz tylko wystarczyło dopomóc naturze.

W pierwszej kolejności wywlokłam drabinkę, która należała do kategorii ciężkiej. Była metalowa, ale nie aluminiowa, więc wymagała siły chłopa i stabilnego podłoża. Komplet pił leżał na szafie na ganku. Wprawdzie w dwóch, takich do cieńszych gałęzi, kiwały się rozeschłe trzonki, ale wystarczyło doraźnie omotać je plastrem, żeby się ustabilizowały. Wzięłam też dwa sekatory, mały i duży z przedłużonymi ramionami, przeznaczony do przycinania grubszych gałęzi. Przyda się. Potrzebowałam jeszcze porządnej siekierki. Moja z wyglądu i gramatury przypominała katowski topór. Nie musiałam daleko szukać, gdyż tkwiła na posterunku w piwnicy, przytulona do pieca centralnego ogrzewania. Trochę przyrdzewiała od wilgoci, ale gdy łupnę parę razy w drzewo, to się sama odrdzewi.

Byłam gotowa. Po usunięciu konara zamierzałam posprzątać leżące wokół starej psiej budy gałęzie, wyplewić grządkę, zamieść wokół i ogólnie poczuć, że jeszcze się do czegoś nadaję.

Drabinkę ustawiłam tak, aby opierała się bokiem o pień drzewa. Dodatkowa asekuracja zawsze jest mile widziana. Na ostatnim stopniu stanowiącym niewielką platformę położyłam trzy piły, siekierkę i sekator. Ten duży. Sprawdziłam stabilność drabiny i weszłam na pierwszy stopień. Potem na kolejne. Powiało z lekka i sprężysta gałąź wierzby musnęła mnie po niedbale zawiązanej chustce. Chwyciłam mocniej za uchwyt drabinki i stojąc na przedostatnim stopniu, schyliłam się po piłę. Zerwał się mocniejszy wiatr. Ścisnęłam rączkę narzędzia i hardo zabrałam się do pracy.

 

Białe wióry osypywały moją twarz i ręce, przynosząc ze sobą jakieś czarno-rude drobiazgi. Nie zwracałam uwagi, gdyż byłam zajęta wymienianiem piły na sekator. Chciałam przeciąć grubą korę drzewa, żeby łatwiej szło piłowanie. Przecięłam, szczęśliwie unikając rozbicia okularów. Zawsze zapominam, że sekator swoje waży i lubi odskakiwać od przecinanej gałęzi. Odłożyłam narzędzie i pochyliłam się po siekierkę. Wzięłam trzonek do ręki, gotowa do użycia środków ostatecznych, i dopiero wtedy zauważyłam, że te drobiazgi to mrówki. Zaskoczona odkryciem, tak się zamachnęłam, że mało brakowało, a własnoręcznie skróciłabym się o głowę. Drabinka zakołysała, gdy uparcie broniłam się ciężkim narzędziem od mrówczej czeredy. Zjechałam po pięciu stopniach na ziemię, klapiąc z rozgłosem w obity papą taras dla psa. Siekierka wylądowała obok mnie, a mrówki najspokojniej w świecie wędrowały po moich ramionach. Małpy wredne!

Masowałam obolały tyłek kompletnie zniechęcona i siłą rozpędu kombinowałam co dalej. Mrówki strzepałam. Dla pozoru udały, że się mnie boją. Nadpiłowany konar zawisnął nad moją głową, stwarzając całkiem realne zagrożenie. Zwłaszcza że wiał silny wiatr, a niebo z nieco zachmurzonego, ale miłego dla oka, przeszło w normalne polskie, przynoszące zawieruchy i deszcze. Postanowiłam konar ukręcić. Ewakuowałam drabinkę. Oparta o ogrodzenie nie powinna nikomu zrobić krzywdy. Narzędzia przeniosłam na wspomniany taras, a sama podeszłam do zwisającej gałęzi. Kręciłam zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Gdy trzasnęła, zachwiałam się i z konarem w objęciach wylądowałam na kupce pracowicie gromadzonych kamieni potrzebnych do zbudowania skalniaka. W kości ogonowej żałośnie chrupnęło, a ja przypomniałam sobie, że miałam przyswajać świeże powietrze, a nie uszkadzać tylną część ciała.

Sąsiedzi zajęci swoimi sprawami nie reagowali na moje ekscesy, a Pan Kot, który zastał mnie w momencie, gdy usiłowałam zwlec się z góry polnych kamieni, patrzył dziwnie, ni to z wyrzutem, ni z politowaniem. Ale mu się sierota w domu trafiła. Poznosiłam narzędzia, a cięższy niż myślałam konar przewlokłam po ziemi, sapiąc z wysiłku, i ułożyłam przy ogrodzeniu oddzielającym mój ogród od sąsiadów. Drabinkę zostawiłam w spokoju i odpuściłam ogrodowe porządki.

Moja ogrodnicza nadgorliwość na nic się zdała, a ja po raz któryś z rzędu zadałam sobie pytanie o sens takiego, a nie innego życia. Mogłam mieszkać w bloku albo – w ramach zasłużonych luksusów – w apartamencie z dwudziestoczterogodzinną ochroną, unikając nie dość że kontaktów międzyludzkich, to też jakże bliskich kontaktów z naturą, a konkretnie z ziemią i górą kamieni. Wypoczęte palce same tańczyłyby po klawiszach, produkując kryminał za kryminałem.

A może przerzucić się na pisanie romansów?

To byłoby zdecydowanie prostsze. On kocha, ona nie kocha. Albo odwrotnie. On wyjeżdża, bo nie może znieść odrzucenia, ona orientuje się, że jednak go kocha, ale on już zdążył poślubić inną, więc ona też wychodzi za mąż. Mijają lata, spotykają się na zjeździe szkolnym na przykład, uczucie wybucha, ale potem on ląduje w szpitalu, bo miał wypadek, gdy wracał taki zakochany. Ona myśli, że ją wykorzystał, więc ponownie wychodzi za mąż za pierwszego z brzegu. Znowu mijają lata, spotykają się w ekskluzywnym domu starców, oboje samotni z głębokim postanowieniem spędzenia razem ostatnich dni życia. Ślub, żeby wszystko było formalnie, i biała suknia panny młodej.

Lenka, czyś ty oszalała?! Jakiej panny młodej!? Suknię już dawno mole zżarły. Romanse są do kitu. Wolę pisać kryminały.

Strzepałam z siebie resztki mrówek i zdjęłam z włosów poszarpaną przez gałęzie chustkę. Umyłam się i przebrałam w dres. Za oknami zrobiło się już całkiem ciemno, a o szyby waliły duże krople deszczu. Pan Kot siedział na wycieraczce przed drzwiami do domu i czekał, aż go wpuszczę. Kość ogonowa bolała mnie coraz silniej. Potrzebowałam czegoś specjalnego, żeby wrócić do formy.

Padło na grzańca. Miałam otwarte wino, jeszcze z zeszłego miesiąca. Nawet jeśli trochę wywietrzało, to na grzańca się nada. Cynamon, goździki, odrobina miodu. Zagrzać.

W pierwszej kolejności dałam jeść Panu Kotu, który miał w nosie moją obolałość i chciał dostać to, co mu się w ramach współmieszkania należało. Kiedy już go obsłużyłam, zajęłam się sobą. Wlałam wino do rondelka, postawiłam na ogniu, dodałam resztę ingrediencji i wciągnęłam zapach świąt. Za oknem nadal ciupało żabami, a mnie ogarniała senność. Ocknęłam się, gdy bulgoczące wino zaczynało spływać po zewnętrznych ściankach rondelka, wydzielając przy tym upojne korzenne wonie. Znowu przegotowałam…

Pan Kot z namaszczeniem wylizywał resztki tuńczyka w sosie własnym, które podeschły i przywarły do ścianek miseczki. Był zmęczony po całym dniu wytężonej pracy, a woń wydobywająca się z ustawionego na kuchence garnuszka działała na niego usypiająco.

Co znowu ta sierota wymyśliła? Już i tak z ledwością dzisiaj powstrzymał się przed wiele mówiącym prychnięciem na widok ciała gramolącego się z wysiłkiem i pojękiwaniem z kupki kamieni. Nie zamierzał jej przypominać, że własnoręcznie i dobrowolnie zgromadziła sterty gruzu szumnie nazywanego kamieniami wapiennymi. Obok ułożyła otoczaki, które podobno miały ozdobić ogrodowe oczko. Oby.

Usadowił się wygodniej na parapecie i z lekka czknął rybą. Znowu zjadł zbyt dużo. Z mozołem podniósł łapkę do pyszczka i zaczął czyścić pazury. No już, już, wyłącz te smrody, kobieto. Że też wszystkiego trzeba w tym domu pilnować!

W końcu wyłączyła. Przez chwilę stała i wdychała zapach, jakby to co najmniej była kocimiętka. Wlała miksturę do kubka i poszła zasmradzać pokój. I gdzie on będzie spał?

Pan Kot potępiająco machnął łapą i postanowił, że wyjdzie na dwór. Tę noc spędzi poza domem, choćby miał spać na wycieraczce.

A potem łaskawie wróci. Jak zawsze.

Ranek wstał rześki. Powiało chłodem. Kto to widział takie wahania temperatury pod koniec sierpnia! Było nie było, to wciąż jest lato. Od upału powyżej trzydziestu stopni do deszczowych trzydniówek z temperaturą w porywach do piętnastu. Choćby człowiek nie wiem jak chciał twórczo pracować, to i tak nie jest w stanie. Pogoda na to nie pozwala.

Kość ogonowa bolała mnie coraz mocniej, więc siedzenie sprawiało trudności. Pytanie, jakim cudem cokolwiek napiszę i wyrobię się z terminem do połowy listopada, wisiało w powietrzu bez odpowiedzi. Już dawno przestałam wierzyć w cuda. Za wyjątkiem tych pod patronatem świętego Antoniego, ale to całkiem inna sprawa i porządny święty.

Postanowiłam, że po śniadaniu jeszcze raz przeczytam konspekt przyszłej książki i spróbuję podjąć jakieś decyzje. Cokolwiek, byleby pchnąć sprawy do przodu. Mordercę miałam wymyślonego, a nieboszczyk, cóż… nie był taki zły.

Otworzyłam okno, żeby pokój się przewietrzył, gdyż nadal czułam lekką woń moich kulinarnych eksperymentów z winem. Pan Kot ułożył się na kanapie, przygotowany do głaskania, a ja sięgnęłam po nakreślony jakiś czas temu plan i zagłębiłam się w czytaniu.

Przyszły Denat stwarzał pewne problemy. Dziennikarz z wykształcenia i zawodu jeszcze do niedawna zajmujący się problemami typu: skłonności przebrzmiałej gwiazdy do alkoholu, kuracja odchudzająca znanego prezentera czy ekspresowe przedłużanie włosów w salonie piękności będącym pralnią brudnych pieniędzy mafii. Oczywiście o samej mafii nie pisał, gdyż nie zamierzał mieć większych problemów. On specjalizował się w celebrytach. Mężczyzna jeszcze młody i w miarę przystojny, jakby to miało mieć znaczenie dla rozwoju sytuacji, z mało skomplikowanym życiorysem, u którego doszły do głosu resztki ambicji i postanowił wyjaśnić sprawę, na którą natknął się, tropiąc ślady drobnych afer wybuchających w wymuskanym światku celebrytów.

Dlaczego facet, który przez większość zawodowego życia zajmował się porównywaniem nóg drugorzędnych aktorek, ryzykuje karierę? Jakiś powód musi być. Może mu ktoś mimochodem rodzinę skrzywdził, przykrość wyrządził niespodziewaną albo groził i okazało się, że akurat na ten typ człowieka groźby działają pobudzająco. Ruszył więc do działania.

„Przyszły Denat przeszedł przemianę po załamaniu psychicznym byłej narzeczonej uwikłanej w nielegalne interesy prowadzone przez firmy Przyszłego Mordercy” – tyle podpowiedział mi konspekt.

Przyszły Morderca też niczego sobie… To osoba uważająca, że jest nietykalnym pępkiem świata. Kiedy ktoś z zewnątrz zaczął węszyć wokół niego, zrobiło się gorąco. No, może nie od razu gorąco, ale nieprzyjemnie ciepło. A takiego nieprzyjemnego ciepełka nie lubią ludzie biznesu. Największy komfort czują, gdy wokół jest cicho i spokojnie, a oni z uśmiechem załatwiają swoje sprawy.

Mnóstwo osób postronnych. Zdecydowanie za dużo, oceniłam. Muszę kogoś wyciąć. Czytałam, zastanawiając się, co mnie podkusiło, by tak namotać w konspekcie. Powinno być prosto, przejrzyście i zrozumiale dla czytelnika, a sama się w tym gubię.

I najważniejsza sprawa – lokalizacja!

Przypomniałam sobie lata temu podczytywane porady na temat pisania bestsellerów. Stało tam jak byk, że najważniejsza oprócz miłości jest lokalizacja. Czyli żadna pipidówka, żadna prowincja, co najmniej Wrocław albo Gdańsk, a najlepiej od razu z grubej rury wysłać bohaterów do Londynu albo innego Paryża. Z przejęcia zaczęłam obgryzać ostatni ołówek. Chciałam zabłysnąć, wymyślić coś atrakcyjnego i przebić tym inne kryminały.

Tak… to było to! Powinnam wysłać mordercę do Barcelony! Torreador w czasie corridy przez przypadek zamiast byka zabija nieszczęsną ofiarę, która nie wiadomo w jaki sposób znalazła się w zasięgu tej tam długiej, nigdy nie pamiętam, jak się to narzędzie zbrodni nazywa. Zapada cisza, wszyscy na ostatnim wdechu, a tu świst i denat gwarantowany. Torreador płacze rzewnymi łzami i okazuje się kobietą.

Wzruszające, jednak to nie ten gatunek literacki. Poza tym o ile dobrze pamiętam, corridy w Katalonii zostały zakazane. I bardzo dobrze! Robienie spektaklu ze śmierci zaszczutego zwierzęcia nikomu nie przynosi chluby.

Tak się wczułam, że prawie miałam przed oczami scenę konania i niesienia pomocy usta-usta. Z zamyślenia wyrwał mnie gwałtowny dźwięk przypominający ryk krowy. To pies państwa Mazurków sygnalizował potrzebę natychmiastowego wyjścia na spacer. Zanim zdążyłam odłożyć lapka z kolan na ławę, do kakofonii dźwięków dołączył odgłos kosiarki spalinowej, którą uruchomił sąsiad, i warkot helikoptera zmierzającego w kierunku szpitala. O błogim spokoju, jakże potrzebnym przy pisaniu, mogłam zapomnieć.

Zrobiłam listę zakupów, przebrałam się w dyżurne wyjściowe ciuchy i wyszłam do sklepu.

Miasteczko jest większe, niż myślą ci, którzy po raz pierwszy słyszą jego nazwę. Kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców, mnóstwo imprez kulturalnych, dookoła pola i wsie. To idealne miejsce. Mieszkam w nim od urodzenia i nie zamierzam się wyprowadzać. Bo niby dokąd? Do Warszawy? To akurat mi do szczęścia nie jest potrzebne. Na jakąś wieś cichą i przytulną, gdzie w każdej chałupie trup w piwnicy ukryty i mnogość niewyjaśnionych spraw przytłacza? Też nie. W naszych piwnicach jest wystarczająco dużo trupów. Pełny asortyment. Najlepsze do mieszkania są miasta, w których zachowując względną anonimowość, możemy czuć się bezpiecznie. Nie za duże, nie za małe. Moje właśnie takie jest. Rynek i stare miasto zlokalizowane w centralnym punkcie miejskiej mapy oraz osiedla składające się z bloków wybudowanych w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych minionego stulecia. Kilka wieżowców to efekt pracy budowniczych we wczesnych latach osiemdziesiątych, a rozrastające się dzielnice podmiejskie to plon ostatnich lat.

Dzisiaj słońce zdrowo przypieka, a ja idę lewą stroną ulicy, chowając się w cieniu wybujałych lip posadzonych w ramach prac społecznych wykonywanych w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Wlokę się powoli, obolała po wczorajszych harcach z siekierką, potykając się na nierównych płytkach chodnikowych. Mijam domy jednorodzinne, wymieniając z ich mieszkańcami zwyczajowe „dzień dobry”. Pogoda dopisała, więc ludzie starają się nadgonić zaległości w ogrodach, pielą rabatki i koszą trawniki na potęgę. Ja też powinnam, bo za chwilę zamiast w miarę zadbanego ogrodu będę miała zarośniętą wybujałą trawą i polnym kwieciem łąkę. Nie ma zmiłuj, swoje trzeba zrobić, nawet książka musi poczekać. Mobilizuję się i przyspieszam kroku. Na szczęście do najbliższego sklepu mam niedaleko. Zostawiam za sobą domki i wchodzę pomiędzy czteropiętrowe bloki. To właśnie tam jest zlokalizowany mój ulubiony sklep.

W środku wieje pustkami. Jak zawsze kupuję pół bochenka chleba, masło, twaróg półtłusty, dwadzieścia deko sera żółtego, wodę mineralną niegazowaną oraz kilka plasterków wędliny, bardziej dla Pana Kota niż dla mnie. Podobno nie należy karmić kotów wędliną. Jednak cóż zrobić, skoro Pan Kot uwielbia szynkową. Dokupuję dwie puszki tuńczyka w sosie własnym i wędzoną makrelę. Wygląda na świeżą. Zjemy z Panem Kotem na kolację. W pamięci przebiegam stan zapasów. Saszetki jeszcze są, sucha karma też. W razie czego dokupię następnym razem w zoologicznym. Dla siebie nie zamierzam gotować obiadu. Odkąd mama wyjechała do cioci, odtąd z lenistwa przeszłam na suchy prowiant tylko dla spokoju sumienia uzupełniany gotowanymi warzywami.

 

Moje myśli krążą wokół tego kryminału, który nie chce się dać napisać. Denat. Najważniejszy jest denat. A może jednak morderca? Nie. Absolutnie nie. Najważniejszy jest motyw. Powód, dla którego osoba pozornie, a może nawet nie pozornie, tylko naprawdę porządna i prospołeczna jest gotowa sięgnąć po środki ostateczne i zabić. Podobno każdy z nas w określonych okolicznościach może się stać mordercą. Dowiedli tego amerykańscy uczeni. A jeśli to właśnie oni tego dowiedli – kimkolwiek są – nie pozostaje mi nic innego, jak przyjąć to za pewnik. Wszak wszystkie teorie eksportowane zza oceanu są u nas niepodważalną prawdą.

Wracam obładowana siatkami, bo wstąpiłam jeszcze do warzywniaka i dokupiłam trochę ziemniaków, dwa buraki, pęczek marchewek, jabłka i cukier. Dobrze, że mieli ten cukier, bo nie umiem pić gorzkiej kawy. Ziemniaki ugotuję w mundurkach, zawsze to mniej pracy, a podane z masłem i solą są namiastką tych pieczonych niegdyś w ognisku. Pracy nie wymagają, a zachowują pozory obiadu. Idę skrótem koło domu dziecka. Kilku nastolatków gra w piłkę, za którą goni też biały pies podobny do labradora. Zajęci swoimi sprawami, nie zwracają na mnie uwagi. Przemykam w stronę bramy. Nie uśmiecha mi się oberwać piłką w głowę. Powinnam chodzić przez szkolne boisko, byłoby szybciej, ale peszą mnie te wywieszki, że zabronione. Bramki już od kilku lat nie ma, brama otwarta, wszyscy chodzą, a tu zabronione. To moja dawna szkoła. Mnóstwo wspomnień łączy mnie z tymi odnowionymi za unijne pieniądze murami. Doskonale pamiętam lekcje fizyki w sali schowanej we wnęce przy wejściu do pokoju nauczycielskiego. To tam drewnianym krzesłem przyłożyłam koledze, który nieopatrznie wyprowadził mnie z równowagi. Bić się nie lubiłam, ale krzesło jako narzędzie odwetu siłowego sprawdziło się znakomicie. Poza tym lekcje nie były zbyt atrakcyjne i mało kto zwracał uwagę na próbującą nas czegoś nauczyć fizyczkę, skądinąd bardzo sympatyczną i lubianą nauczycielkę. Tylko ta fizyka nikomu nie leżała. Zdaje się, że jej też nie.

Ogólnie bardzo miło wspominam czas podstawówki. Na przykład biblioteka… Tak się zamyśliłam, że o mało nie uszkodziłam faceta, który szedł z naprzeciwka. Duży i przyciężki, zamortyzował moje potknięcie, wykazując się refleksem i podtrzymując mnie za ramię. Mało brakowało, a wraz z siatami wylądowałabym na ziemi!

Bąknęłam jakieś niemrawe „przepraszam”, chcąc w miarę kulturalnie zejść mu z drogi i udać się w kierunku wejścia do szkoły. Chętnie sprawdziłabym, gdzie teraz znajduje się biblioteka. Po trzydziestu pięciu latach wszystko miało prawo się zmienić albo mnie w pamięci przestawić. Facet stał jak wmurowany, wpatrując się we mnie trochę nazbyt intensywnie. Poczułam się nieswojo. Wprawdzie był środek dnia, a nawet co bardziej dociekliwi dostrzegliby, że do środka dnia kilku godzin brakuje – jednak strach mnie obleciał. Jak mówią, „dla chcącego nic trudnego”. Kto powiedział, że nie można mordować w południe? Byłby z tego nawet niezły tytuł w lokalnej prasie: „Śmierć w południe”.

– Lenka?! – Facet zagulgotał radośnie. – Kobieto, kopę lat! Ja to mam szczęście… Dopiero co wróciłem i już cię spotykam!

Nie rozumiałam tej jego radości i nie „spotykam”, tylko „potykam”. To ja się o niego potknęłam! Uniosłam głowę i przyjrzałam się uważniej rozradowanemu mężczyźnie. Coś piknęło mi w środku, bo te oczyska były jak dwa jeziora głębokie, prawie Hańcza. No, nie może być! Czyżby Eugeniusz Słodki się odnalazł?

– Gieniu, to naprawdę ty? – kwiknęłam radośnie, powstrzymując odruch ponownego rzucenia mu się w ramiona. Już w pełni usprawiedliwionego.

– Pamiętasz? No ty byś nie pamiętała… – mamrotał z rozczuleniem, zabawnie podrygując. – Koniecznie musimy się spotkać i pogadać. Masz kontakt z naszymi? Bo ja w ogóle, ale pomyślałem, że przyjadę i kogoś znajdę. Siądziemy, pogadamy… Będzie jak za dawnych czasów. Nasza stara buda – westchnął z rozrzewnieniem. Przerwał tyradę, żeby złapać oddech. Zanim zdążyłam się wtrącić, kontynuował: – Lenka, nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię widzę. To co? Dzisiaj wieczorem? – Wyjął ręce z kieszeni, tłamsząc w nich wizytówkę. – Masz. Tu jest numer do mnie – rzekł i wcisnął mi kartonik. Sięgnął jeszcze raz do kieszeni i wygrzebał z niej telefon komórkowy. – Rzuć no namiary na siebie, żebyśmy kontaktu nie stracili – rozkazał.

No to rzuciłam, bo rzeczywiście byłoby głupio tak się odnaleźć i od razu zgubić. Pomyślałam, że jak kuć żelazo, to tylko gorące, więc z miejsca zaproponowałam:

– Jasne! Jeśli ci pasuje, to o siódmej w Pinezce. Zadzwonię do ludzi. Tylko że wiesz, jak teraz jest… Wszyscy są obłożeni obowiązkami i mogą nie przyjść. Gdy mieliśmy mieć spotkanie klasowe, to też wszyscy chcieli, gadali, żeby zorganizować, a potem połowa klasy nie przyszła. Wiesz, jak jest – powtórzyłam niezobowiązująco i przypominając sobie o wieloletniej nieobecności Gienia w Miasteczku, wyjaśniłam mu, jak dojść do proponowanej przeze mnie knajpy.

– Wiem, wiem… ale ty przyjdziesz? – upewnił się. – Bo wiesz, mamy do pogadania.

Mieliśmy.

– Przyjdę – zapewniłam. – Skoro już się odnalazłeś, to nie przepuszczę takiej okazji i wyspowiadam cię za wszystkie czasy – zażartowałam. Po chwili zapytałam w celu doraźnego zaspokojenia ciekawości: – A gdzie ty się podziewałeś przez te wszystkie lata?

Gieniu łypnął na mnie, z lekka zezując, co oznaczało, że zadałam niewygodne pytanie. Odpowiedział:

– W Australii byłem. No to na razie! – Zakręcił się w miejscu i w chwilę potem zniknął w bramie prowadzącej ze szkoły na ulicę, a ja – wybita z rytmu – nie zawracając sobie głowy szkolną biblioteką, podążyłam do domu.

Jedno mi nie pasowało. Mój kolega mówił tak, jakby nigdy z Polski nie wyjeżdżał, a przecież tyle lat w Australii powinno było się odbić na akcencie.

Do trzeciej zdążyłam obdzwonić jedną trzecią byłej klasy, każdego informując o powrocie naszego kolegi z podstawówki, Eugeniusza Słodkiego, i planowanym spotkaniu w Pinezce. Knajpa ta została wybrana ze względu na strategiczne położenie. Wszyscy mieliśmy do niej równie blisko, co daleko. Były też wspomnienia – spotkanie klasowe sprzed prawie dziesięciu lat trwające upojnie do piątej nad ranem. To były piękne czasy!

Otrząsnęłam się z zamyślenia. Powinnam coś przełknąć, bo nie lubiłam wychodzić z domu głodna, zadzwonić w parę miejsc i przyjść na umówione spotkanie dobre piętnaście minut wcześniej.

Rzeczywiście, mieliśmy do pogadania. Jeżeli kiedykolwiek miałam wątpliwości co do tego, kto zakosił mi płytę ABBY, to teraz już byłam pewna, że Słodkiego ruszyły wyrzuty sumienia. Poza tym łączyła nas tamta sprawa. Szczerze mówiąc, już dawno zdążyłam o niej zapomnieć, ale jeżeli Gieniu ją miał na myśli, a byłam prawie pewna, że tak, to coś było na rzeczy. Znaleźliśmy się wtedy w nieodpowiednim miejscu o niewłaściwym czasie, a zaraz potem był koniec roku szkolnego, koniec podstawówki, i on zniknął. Na całe długie trzydzieści pięć lat. Cóż, porozmawiamy. Może mój szkolny kolega ma całkiem co innego na myśli. Tego na razie nie wiedziałam.

Nie było innego wyjścia, jak szybko przygotować się na wieczór.

Doszło do mnie, że trzeba coś na siebie włożyć, coś innego niż dyżurne ciuchy do sklepu. Należę do kobiet, które na ostatni moment odkładają szukanie w szafie czegokolwiek niezmiętego. Zdarza mi się prasować, ale to rzadkość. Po prostu cierpliwie czekam, aż się wyprostuje. Właśnie pracowicie prostowałam zagięcia w dżinsach, które zgruchmonione leżały w głębi szafy , gdy rozległ się dzwonek telefonu. Mojemu „proszę” odpowiedziała niczym niezmącona cisza. Byłam do tego przyzwyczajona. Po ostatnich zmianach związanych z przełączeniem na coś tam telekomunikacyjne, głos po drutach szedł dłużej i zanim dotarł do ucha, trzeba było odczekać. Po chwili doszło do mnie końcowe „bry” i świst. Grzecznie się przywitałam, czekając, co dalej nastąpi.