Maria Skłodowska-Curie. Złodziejka mężów – życie i miłościTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Wstęp

Anciupecio i przyrządy fizyczne, czyli dzieciństwo w Warszawie

Jedno „takie głupie lato w życiu”

Gorączka zwana zakochaniem

Spełnione marzenia

„Więc jednak powróci Pani do Paryża!”

„Czarodziejska baśń”

Nagroda Nobla, splendory i duchy

Samotność i macierzyństwo

„Złodziejka mężów”

Wojna, medycyna i promienie rentgena

Niechciana sława

„Mężczyzna, który poślubił Irenę” i „okropne obcasy”, czyli skomplikowane sprawy rodzinne

Bibliografia

Okładka


Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Damasiewicz

Konsultacja

Sylwia Łapka-Gołębiowska

Redaktor prowadzący

Zofia Gawryś

Redaktor merytoryczny i korekta

Ewa Grabowska

Redaktor techniczny

Beata Jankowska

W książce wykorzystano fotografie ze Stowarzyszenia Curie i Joliot-Curie, a także z Muzeum i Archiwum Curie.

Copyright © by Bellona Spółka Akcyjna, Warszawa 2016

Copyright © by Iwona Kienzler, Warszawa 2016

Zapraszamy na strony

www.bellona.pl, www.ksiegarnia.bellona.pl

Dołącz do nas na Facebooku

www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

Nasz adres: Bellona Spółka Akcyjna

ul. Bema 87, 01-233 Warszawa

Dział wysyłki: tel. 22 457 03 02, 22 457 03 06, 22 457 03 78

Faks: 22 652 27 01

e-mail: biuro@bellona.pl

ISBN 9788311141575

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

W życiu niczego nie należy się obawiać. Należy jedynie zrozumieć.

Maria Skłodowska-Curie

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wstęp

Maria Skłodowska-Curie była kobietą niezwykłą: jako pierwsza przedstawicielka płci pięknej w 1893 roku uzyskała licencjat nauk fizycznych i matematycznych na Sorbonie, była pierwszą kobietą profesorem Sorbony, pierwszą kobietą i jedną z czterech osób, którym dwukrotnie przyznano Nagrodę Nobla (oprócz naszej rodaczki dwukrotnymi laureatami tej prestiżowej nagrody byli: amerykański fizyk i chemik Linus Pauling, amerykański fizyk John Bardeen oraz angielski biochemik Frederick Sanger). Nawiasem mówiąc, aż pięciu członkom rodziny Curie przyznano to wyróżnienie: dwoma pierwszymi laureatami byli Maria i jej mąż Piotr Curie, potem nagrodę przyznano samej Skłodowskiej, a następnie kolejny noblowski dyplom i złoty medal odebrali córka uczonej Irena Joliot-Curie oraz jej mąż Fryderyk Joliot-Curie. Młodsza córka Marii, Ewa Curie, często żartowała, iż jest jedyną osobą w rodzinie nieposiadającą tego wyróżnienia, ale dzięki niej rodzina wzbogaciła się o kolejnego noblistę, gdyż w 1965 roku mąż Ewy, Henry Richardson Labouisse Jr, kierujący organizacją UNICEF, otrzymał pokojową Nagrodę Nobla. Nawiasem mówiąc, jego teściowa, której nie miał okazji poznać, także na to pokojowe wyróżnienie zasługiwała.

Marię Skłodowską nawet po śmierci czekało „bycie pierwszą” – w 1995 roku szczątki jej i Piotra, jej męża, zostały przeniesione do paryskiego Panteonu. W ten sposób nasza rodaczka stała się pierwszą i jedyną kobietą spoczywającą w Panteonie i jednocześnie pierwszą pochowaną tam osobą o innej niż francuska narodowości.

Bohaterka tej opowieści była niewątpliwie jedną z największych, jeśli nie największą, umysłowością swoich czasów. Wszak to właśnie jej odkrycia zmieniły świat, to ona dała ludzkości energię atomową. A żyła i pracowała w czasach, w których kobietom odmawiano prawa do samostanowienia, ba, uważano, iż pod względem intelektualnym znacznie ustępują mężczyznom, a jedynym zadaniem przydzielonym im przez Matkę Naturę jest rodzenie i wychowywanie dzieci.

Chociaż Skłodowska przez wielu uznawana jest za feministkę, ona sama nigdy się za nią nie uważała, aczkolwiek dla równouprawnienia kobiet zrobiła znacznie więcej niż wszystkie organizacje feministyczne i sufrażystki razem wzięte. Była też jedną z pierwszych naukowców, która stała się osobą publiczną, niemalże celebrytką, i która doświadczyła wszystkich blasków i cieni sławy. Jednak sama Skłodowska nie lubiła ani popularności, ani wrzawy wokół siebie, a tym bardziej swojego wizerunku stworzonego przez dziennikarzy. „Maria Curie zawsze cierpiała skrycie nad tym, iż świat chce ją widzieć inną niż ona jest w istocie – napisała w biografii uczonej jej młodsza córka Ewa. – A tak była pod tym względem wrażliwa i nieprzejednana, że nie umiała do końca życia przybrać żadnej z owych postaw sztucznych, jakie na ogół wielkim ludziom narzuca ich sława. Obcą pozostała jej zawsze zarówno zdawkowa uprzejmość, jak poufna serdeczność wobec nieznajomych, zarówno poza surowości, jak i skromność na pokaz. Nie umiała być sławną”[*]. Pewnemu dziennikarzowi, który chciał przeprowadzić z nią wywiad na temat jej życia prywatnego, powiedziała, że w nauce liczą się fakty nie ludzie. Ewa Curie nazwała ją „cierpliwą nieprzyjaciółką sławy”, natomiast Albert Einstein twierdził, że polska uczona jest „jedynym niezepsutym przez sławę człowiekiem”, dodając jednocześnie: „Gdyby cząstka jej siły charakteru i poświęcenia cechowała intelektualistów Europy, ten kontynent miałby bardziej świetlaną przyszłość”.

Maria Skłodowska-Curie zasługuje też na uwagę z zupełnie innego powodu, który nazwałabym nawet romantycznym. W jej życiu, o czym często się zapomina, bardzo wielką rolę odegrała miłość i relacje damsko-męskie. Co więcej, to właśnie burzliwe życie uczuciowe pośrednio uczyniło z niej naukowca, gdyby bowiem jej pierwszy ukochany, Kazimierz Żórawski, wbrew rodzicom pojął ją za żonę, nigdy nie wyjechałaby na studia do Paryża. A gdyby we Francji nie spotkała Piotra Curie, uczonego o idealistycznym spojrzeniu na świat, wróciłaby do Polski, pracowała jako nauczycielka i nigdy nie osiągnęła sukcesów na polu nauki… Skłodowska jako jedna z nielicznych kobiet swojej epoki potrafiła też walczyć o miłość i to wbrew konwenansom czy sztywnym normom, którym podlegała słaba płeć w czasach, w jakich żyła, za co zresztą zapłaciła wysoką cenę.

Książka ta nie jest poświęcona uczonej i jej odkryciom, ale właśnie kobiecie, której przyszło przełamywać kłamliwe stereotypy i która kochała i dla miłości gotowa była wiele poświęcić.

* Curie Ewa, Maria Curie, Warszawa 1967, s. 6.


Maria z rodzeństwem w 1911 r. (od lewej: Maria, Helena, Bronisława, Józef)

Anciupecio i przyrządy fizyczne, czyli dzieciństwo w Warszawie

Nasza opowieść rozpoczyna się 7 listopada 1867 roku w domu przy ulicy Freta 16 w Warszawie, gdzie Bronisława Skłodowska wydała na świat swoje najmłodsze, piąte dziecko. Dziewczynce, która miała w przyszłości zadziwić cały świat naukowy, na chrzcie nadano imiona Maria Salomea. Ich wybór nie był przypadkowy: Maria była nie tylko matką Jezusa, ale też patronką Polski, wciąż tkwiącej w okowach rozbiorów. Poza tym takie właśnie imię nosiła babcia dziewczynki ze strony matki. Z kolei drugie imię, które w przyszłości sprawi jej wiele kłopotów, piąta córka Bronisławy otrzymała po swojej babce ze strony ojca, Salomei Skłodowskiej z domu Sagtyńskiej. Jak zauważa biografka polskiej uczonej Barbara Goldsmith, Maria przyszła na świat w tym samym roku, w którym szwedzki uczony Alfred Nobel opatentował swój wynalazek – dynamit. Dochód z tego śmiercionośnego materiału wybuchowego umożliwi mu w przyszłości ufundowanie nagrody, o której do dziś marzą najtęższe umysły naukowe całego świata, a Maria Skłodowska zostanie jedną z pierwszych osób nią wyróżnionych.

Ród Skłodowskich, którego członkiem był ojciec naszej bohaterki Władysław, wywodził się z mazowieckiej szlachty. Pierwsze wzmianki o jego protoplastach pochodzą z drugiej połowy XIV stulecia, a dwieście lat później ten ród, pieczętujący się herbem Dołęga, zajmował ważną pozycję na Mazowszu. Z czasem znaczenie rodziny uległo osłabieniu. Skłodowscy stali się szlachtą zaściankową i jak wszyscy przedstawiciele tej warstwy społecznej żyli z uprawy roli. Gospodarowali we wsi Skłody założonej przez ich przodków, uciekinierów z Prus, które były wówczas we władaniu Krzyżaków. „Rodzice pochodzą z drobnej szlachty – napisze później w Autobiografii Maria Skłodowska. – W ojczyźnie mojej w tej klasie społecznej często znajdowało się wielu spokrewnionych z sobą właścicieli małych i średnich posiadłości ziemskich. Z nich właśnie do niedawna rekrutowała się przede wszystkim inteligencja polska”[1]. Tym, który spowodował, że rodzina Skłodowskich z rolników przekształciła się w inteligencję, a nawet w intelektualistów, był dziadek Marii ze strony ojca, Józef Skłodowski. To właśnie on wyprowadził członków rodziny z zaścianka i to pośrednio dzięki niemu w domu rodzinnym przyszłej noblistki panowała intelektualna atmosfera, sprzyjająca kształceniu się piątki dzieci Władysława i Bronisławy.

 

Józef Skłodowski swoją edukację rozpoczął jeszcze za czasów Księstwa Warszawskiego, w 1812 roku, kiedy był uczniem szkoły elementarnej w Zarębach Kościelnych nieopodal Pułtuska. Ponieważ był chłopcem zdolnym, inteligentnym i przy tym niebywale pracowitym, dzięki poparciu księdza Zawadzkiego z zakonu pijarów udało mu się skończyć szkołę średnią, a w roku 1828 – Uniwersytet Warszawski, gdzie studiował filozofię. Później sam poświęcił się działalności pedagogicznej, pracując początkowo w Białej Podlaskiej, a następnie w szkole średniej w Warszawie na Muranowie. Jego karierę zawodową przerwał udział w powstaniu listopadowym, w którym służył jako artylerzysta, biorąc udział m.in. w bitwie pod Iganiami. Pod Chmielnikiem dostał się do niewoli i był zmuszony przez Kozaków do przemaszerowania boso ponad dwieście kilometrów do obozu jenieckiego. Obdarty, wygłodzony i z pokaleczonymi nogami zdobył się jednak na nadludzki wysiłek, próbując ucieczki. O dziwo, udało mu się zbiec i dotrzeć do Warszawy. Jakimś cudem uniknął represji związanych z udziałem w powstańczym zrywie i kiedy już wyleczył poranione stopy, wrócił na wcześniej zajmowane stanowisko nauczycielskie, aczkolwiek do końca życia uskarżał się na bóle nóg. Postanowił założyć rodzinę i ożenił się z panną Salomeą Sagtyńską, córką właściciela majątku Radlin na Kielecczyźnie. Para doczekała się aż siedmiorga dzieci, jednym z nich był Władysław, ojciec bohaterki naszej opowieści.

Józef Skłodowski swoją pedagogiczną karierę kontynuował na prowincji, początkowo w Kielcach, skąd przeniesiono go do Łomży, a potem w Łukowie i Siedlcach, gdzie awansował na stanowisko dyrektora szkoły. Ostatnie dwanaście lat przed emeryturą przepracował na stanowisku dyrektora gimnazjum w Lublinie.

Trzeba przyznać, że Józef Skłodowski był nauczycielem i pedagogiem z powołania, a jego największą pasją stały się nauki przyrodnicze. Chcąc zapoznać z nimi również swoich uczniów, w kierowanej przez siebie placówce jako nauczycieli zatrudniał wyłącznie wykształconych, wybitnych matematyków i przyrodników. Sam również nie stronił od pracy, katalogując zbiory biblioteczne szkoły, jedne z największych w całym Królestwie Polskim, liczące ponad dziesięć tysięcy woluminów. Zdając sobie sprawę, że nawet najcenniejsze dzieła nie powinny bezużytecznie spoczywać na półkach, zadbał o odpowiednie pomieszczenie dla biblioteki, zapewniając dostęp do ksiąg nie tylko uczniom kierowanej przez siebie szkoły, ale również mieszkańcom miasta. Miał też dość postępowe zapatrywania: jak wspomina Józef, jego wnuk i jedyny brat Marii, do swojej szkoły przyjmował nie tylko szlacheckie dzieci, ale też młodzież niemogącą pochwalić się herbowym pochodzeniem, pod warunkiem, że była zdolna i pracowita. Był przez uczniów niezmiernie lubiany i jako nauczyciel doczekał się nawet jednego bardzo sławnego wychowanka, którym był Aleksander Głowacki, znany pod swym literackim pseudonimem Bolesław Prus.

Józef Skłodowski jako dyrektor szkoły znajdującej się na terenie zaboru rosyjskiego oprócz nauczania młodzieży, co było jego pasją, musiał też wywiązywać się z nieprzyjemnych obowiązków. Był zobowiązany nakładać kary dyscyplinarne na uczniów manifestujących wywrotowe postawy w stosunku do władz rosyjskich, a więc jawnie okazujących patriotyczne uczucia. Wystąpienia, w tym rozmaite demonstracje, w których chętnie brała udział polska młodzież, nasiliły się zwłaszcza w okresie poprzedzającym wybuch powstania styczniowego. Zdaniem władz, Józef Skłodowski jako dyrektor wykazał się wówczas zbyt daleko posuniętym liberalizmem, dlatego w 1862 roku, wcześniej, niż przewidywały przepisy, został zmuszony do przejścia na emeryturę.

W owym czasie Józef był już dziadkiem, cieszącym się sporą gromadką wnuków. Czwórka z nich (piąta, Maria, urodziła się dwa lata po powstaniu) była dziećmi jego syna Władysława, który poszedł w ślady swego ojca i wybrał karierę pedagogiczną. Ponieważ nie mógł studiować na tej samej uczelni, co ojciec, gdyż po upadku powstania listopadowego Uniwersytet Warszawski na rozkaz cara Mikołaja I został zamknięty, pozostały mu studia w Sankt Petersburgu, gdzie zgłębiał tajniki matematyki i fizyki. Po powrocie do kraju znalazł pracę w Warszawie w charakterze asystenta nauczyciela. Było to dość marnie płatne zajęcie, a skromne dochody praktycznie uniemożliwiały Władysławowi założenie rodziny. Zmieniło się to, kiedy w jego życiu pojawiła się wyjątkowo urodziwa, inteligentna, co ważniejsze, niezależna finansowo panna Bronisława Boguska. Jej wnuczka Ewa Curie tak opisała wygląd babci, którą znała jedynie z opowieści matki i z fotografii w rodzinnym albumie: „twarz o rysach niezmiernie regularnych, ogromne warkocze i pod łukami dumnych brwi wielkie, wydłużone «egipskie» oczy ciemnoszare, w których spokojnym spojrzeniu zdaje się drzemie jakaś dziwna tajemnica”[2]. Panna Bronisława była owocem bardzo romantycznego związku, niczym z powieści dla pensjonarek. Otóż jej ojciec, Feliks Boguski, właściciel niewielkiego folwarku, zakochał się w Marii Zaruskiej, dziewczynie wywodzącej się ze znacznie zamożniejszej szlachty. Ze względu na różnice majątkowe o uzyskaniu zgody rodziców na małżeństwo mowy być nie mogło, ale Boguski postanowił zawalczyć o swoją wybrankę z iście ułańską fantazją – porwał Marię i wziął z nią potajemny ślub. Jak łatwo się domyślić, panna odwzajemniała uczucie.

Pomimo że nie miała żadnego posagu, Bronisława nie była typową panną na wydaniu gorączkowo rozglądającą się za kandydatem na męża dysponującym odpowiednio zasobnym portfelem. Była bowiem kobietą niezależną, pracującą, a w dodatku piastującą niebywale odpowiedzialną funkcję dyrektorki prywatnej szkoły dla dziewcząt, mieszczącej się w budynku przy ulicy Freta 16 w Warszawie. Swoją pozycję zawdzięczała wyłącznie inteligencji i pracowitości, dzięki którym mozolnie pokonywała szczeble kariery, począwszy od stanowiska nauczycielki, a skończywszy na funkcji dyrektorki szkoły, do której zresztą niegdyś sama uczęszczała. Jako jedna z niewielu kobiet w tych czasach dysponowała więc własnym źródłem dochodu i wybierając kandydata na męża, nie musiała przejmować się zasobnością jego portfela. Wręcz przeciwnie – mogła wspierać go finansowo, a będąc dyrektorką placówki oświatowej, dysponowała też całkiem przestronnym mieszkaniem znajdującym się na parterze w jednym ze skrzydeł budynku szkoły. Oczywiście, niezależność finansowa przyszłej pani Skłodowskiej nie była jedyną przyczyną, dla której Władysław poprosił ją o rękę. Młodzi najzwyczajniej w świecie zakochali się w sobie, a pensja i mieszkanie Bronisławy tylko ułatwiły niezamożnemu młodzieńcowi decyzję o założeniu rodziny. Pobrali się w 1860 roku i zamieszkali w służbowym mieszkaniu panny młodej, gdzie spędzili siedem lat.

Mieszkanie przy ulicy Freta nie było wymarzonym lokum, trudno je też określić jako eleganckie, ale było dość przytulne, chociaż Władysław bezustannie skarżył się na hałas dochodzący ze szkolnych korytarzy. To właśnie tu przyszła na świat gromadka ich dzieci: w 1862 roku córka Zofia, rok później jedyny syn Skłodowskich Józef, w 1865 roku Bronisława, w 1866 roku Helena i wreszcie w 1867 roku Maria. Obowiązki związane z prowadzeniem domu i wychowaniem dzieci nie skłoniły jednak żony Władysława do rezygnacji z posady, dochody jej męża były wciąż niewystarczające na utrzymanie rodziny, aczkolwiek łączenie pracy zawodowej z zajęciami typowymi dla pani domu i matki musiało sprawiać jej dużo kłopotów. W jednym z listów do przyjaciółki napisała: „Muszę przyznać, że teraz, kiedy widzę, jak trudne jest życie kobiety, nie miałabym nic przeciwko temu, aby ponownie zostać panną Boguską”[3], zaraz jednak dodała: „niech Droga Pani nie myśli, że mnie się już sprzykrzył Władysław, o nie, co dzień go więcej kocham i cenię”[4]. Wkrótce na barki młodej żony spadł też obowiązek opieki nad chorym na gruźlicę młodszym bratem małżonka, Przemysławem Skłodowskim, którego przyjęli pod swój dach, a skutki tej decyzji okazały się tragiczne w skutkach.

Chociaż ani Władysław, ani jego żona nie brali udziału w powstaniu styczniowym 1863 roku, a sam Skłodowski opowiadał się raczej za pozytywistyczną pracą od podstaw dla dobra narodu niż za chwytaniem za broń przy każdej okazji, to jednak tragiczne wydarzenia boleśnie dotknęły ich rodzinę. Jeden z braci Władysława, Zdzisław, odniósł w walce poważne rany, ale udało mu się uniknąć niewoli i uciec do Francji. Z kolei brat Bronisławy, Henryk, miał znacznie mniej szczęścia i za udział w powstańczym zrywie został zesłany na Syberię. A jak zauważa Susan Quinn, autorka biografii Marii Skłodowskiej: „Dom Skłodowskich zewsząd otaczały miejsca powstańczej klęski. Niecały kilometr na północ od ulicy Freta wznosi się Cytadela Aleksandryjska, kolos z czerwonej cegły zbudowany przez cara Mikołaja dla zastraszenia mieszkańców Warszawy. (…) Po powstaniu więziono tam tysiące polskich patriotów czekających na wywózkę na Syberię. Piątego sierpnia 1864 roku pogrążeni w żałobie Polacy zebrali się pod Cytadelą, aby towarzyszyć w ostatniej drodze dowódcom powstania, którzy mieli zostać straceni przez powieszenie na stokach twierdzy”[5]. Wówczas życie stracili: Romuald Traugutt, Roman Żuliński, Józef Toczyski, Rafał Krajewski i Jan Jeziorański, a polska ludność zaboru rosyjskiego pogrążyła się w żałobie.

W odwecie za powstańczy zryw w 1867 roku rosyjskie władze zniosły resztę autonomii Królestwa Polskiego, nazywanego odtąd Krajem Przywiślańskim i co gorsze, przystąpiły do rusyfikacji ludności polskiej, w tym także dzieci i młodzieży uczących się w szkołach wszystkich szczebli. Miastom, których mieszkańcy odważyli się czynnie popierać powstańców, odebrano prawa miejskie, co przyczyniło się do ich upadku. Na terenie Królestwa skasowano klasztory, w których mieściły się główne ośrodki polskiego oporu.

Wszyscy obywatele narodowości polskiej, mężczyźni, kobiety i dzieci, na znak popowstańczej żałoby ubierali się na czarno. Tylko panna wstępująca w związek małżeński miała prawo do włożenia do ślubu białej sukni. Na co dzień na ulicach i w domach kobiety ubierały się w czarne, skromne sukienki ozdobione jedynie białymi kołnierzykami lub mankietami. Co ciekawe, żałobne czarne stroje nosiły także lalki, którymi bawiły się dziewczynki. Miejsce wytwornej biżuterii zajęła znacznie skromniejsza, wykonana z lawy wulkanicznej, rogów, hebanu, ebonitu lub srebra oksydowanego na czarno, z reguły w formie krzyża z koroną cierniową, co miało przypominać o niedoli niegdysiejszych powstańców zesłanych na Sybir. Popularne też były brosze z orłem w koronie, a na klamrach pasków widniały symbole wiary, nadziei i miłości: serce, kotwica i krzyż. Ze względu na oczywistą niechęć władz do tego typu patriotycznej biżuterii, noszono ją zwykle pod koszulami, a wychodząc do miasta, kobiety często przykrywały czarne spódnice kolorowymi narzutkami. Kiedy jakaś dama nieopatrznie wyszła na ulicę bez takowej narzutki, ryzykowała zatrzymanie przez patrol. Musiała wówczas udowodnić, że w jej rodzinie ostatnio ktoś umarł, dlatego kobiety nosiły przy sobie fałszywe zaświadczenia o zgonie fikcyjnych krewnych.

Z czasem, głównie ze względu na dotkliwe represje, starano się zrezygnować z noszenia czarnych strojów i żałobnej biżuterii. Domicjan Mieczkowski w swojej broszurze Reforma stroju Polek z uwzględnieniem okoliczności teraźniejszych, wydanej we Lwowie w 1864 roku, przekonywał czytelników: „Gdzie noszenie żałoby narodowej nie napotyka gwałtownego oporu i nie naraża na doskwierne prześladowanie, tam niechaj jej stale dochowują Polacy i Polki podług właściwego tej barwy ducha i znaczenia: mianowicie z jednoczesnym wdrażaniem się i hartowaniem w przestrzeganiu skromności, prostoty, oszczędności, samozrzeczenia osobistego i chwalebnej w popieraniu wyższych celów gorliwości. Gdzie zaś wróg najezdniczy, biorąc oznakę noszonego przez krajowców stroju żałobnego za hasło do wściekłych ze swej strony napadów (…), wystawa poczciwych obywateli i zacne obywatelki na igrzysko swej przewrotności i podłości; tam zaiste musi być zwleczona żałoba stroju; wszakże powinna pozostać żałoba serca”[6]. Popowstańcza żałoba narodowa zakończyła się ostatecznie w 1866 roku, po ogłoszeniu przez rząd carski amnestii.

 

Możemy domniemywać, że Bronisława Skłodowska stosowała się do zaleceń i nosiła zarówno stroje w kolorze czarnym, jak i „żałobną” biżuterię, tym bardziej że jej szwagier zmuszony został do emigracji, a rodzony brat zesłany na Sybir, ale Maria zapewne nie widziała jej tak ubranej, urodziła się bowiem w okresie, gdy żałoba narodowa już nie obowiązywała. Mogła jednak widzieć u matki ową czarną biżuterię, bowiem Polki nosiły ją aż do wybuchu pierwszej wojny światowej. Przez cały okres dzieciństwa Marii w domu pielęgnowano pamięć o zrywach powstańczych i uczestnikach tych tragicznych wydarzeń.

Rodzice Marii Skłodowskiej tworzyli kochające się i bardzo zgodne stadło, chociaż dzieliła ich jedna, ale za to dość istotna kwestia – światopogląd. Podczas gdy Bronisława była osobą wierzącą, znajdującą w modlitwie pociechę w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji, jej mąż był racjonalistą i ateistą, wierzącym tylko w zbawczą moc nauki. Ponieważ po ojcu odziedziczył zamiłowanie do nauk przyrodniczych, starał się zaszczepić je także swoim dzieciom. Dodajmy, że ze znakomitym skutkiem. Chociaż pracował i spełniał się zawodowo jako nauczyciel, wydaje się, że w skrytości ducha marzyła mu się kariera badacza, o czym świadczą słowa jego najmłodszej córki, która w Autobiografii, wspomniała: „Korzystał z każdej sposobności, ażeby nam coś wyjaśnić z zakresu przyrody. Niestety, nie posiadał pracowni i nie mógł wykonywać doświadczeń”[7]. Na naukę i opowieści o tajnikach przyrody wykorzystywał każdą wolną chwilę i, jak wspomina jego syn, przed „każdą podróżą układał z góry jej plan i rozkład, przygotowując się do zwiedzania nowych okolic, miast i muzeów itp. A potem często robił notatki z rzeczy widzianych i przeżytych”[8].

W domu Skłodowskich nie było miejsca na głupie i bezsensowne zabawy, każda nawet pozornie błaha rozrywka miała cele edukacyjne. Starsza siostra Marii, Helena, wspominała później: „do nauki historii służyła loteryjka, wykonywana przez nas stopniowo i stale pod kierunkiem ojca dopełniana. Wyszukiwanie w pismach dziecięcych, w książkach, czasem w sklepach, odpowiednich obrazków do niej stało się naszym ulubionym zajęciem”[9]. Z kolei geografii Władysław uczył swoje dzieci za pomocą klocków przedstawiających części świata, łańcuchy górskie, rzeki czy też kraje i miasta. A ponieważ klocki z reguły ustawiano na podłodze, dziecięcy pokój po takiej „lekcji” przypominał pobojowisko, czym zresztą nie przejmowała się ani Bronisława, ani Władysław, bezpośredni sprawca całego zamieszania.

Skłodowski uważnie śledził rozwój nauki i interesował się wszystkimi nowinkami badawczymi, a od czasu do czasu pisywał też do prasy popularnonaukowe artykuły. Z czasem jego zasób wiedzy stał się naprawdę imponujący. „My dzieci nawet już po dorośnięciu tak pewne byłyśmy wszechstronności wiedzy naszego ojca, że ze wszystkimi wątpliwościami zwracaliśmy się doń jak do encyklopedii”[10] – wspominał Józef, jego jedyny syn i starszy brat Marii. „Aż zdumienie ogarnia, jakim sposobem mógł człowiek w jego warunkach materialnych i zaabsorbowany wychowaniem dzieci do tego stopnia śledzić postęp wiedzy, zdobywać sobie najnowsze książki i czasopisma naukowe, nie ograniczając się nawet przy tym do swej specjalności (matematyka, fizyka i chemia), lecz wciąż pogłębiając znajomość języków zarówno nowożytnych (prócz rosyjskiego, zna on wybornie francuski, niemiecki i angielski), jak też łaciny i greckiego. Kiedy ten człowiek znajdował czas, aby tłumaczyć na język ojczysty – prozą i wierszem – tyle najcelniejszych utworów obcych?!”[11] – zastanawiała się jego wnuczka Ewa, znająca go wyłącznie z opowiadań.

Maria Skłodowska nie mieszkała długo w domu przy Freta, gdzie obecnie znajduje się poświęcone jej muzeum. W 1868 roku, kiedy ojciec rodziny otrzymał nominację na podinspektora gimnazjum na Nowolipkach, rodzina Skłodowskich przeprowadziła się do nowego lokum, mieszczącego się przy ulicy Nowolipki 11. Domu, w którym zamieszkali, próżno szukać w Warszawie, zawierucha ostatniej wojny zmiotła go z powierzchni ziemi, a istniejąca obecnie zabudowa nie pokrywa się z zabudową przedwojenną. W tym mieszkaniu zatrzymali się na dłużej i chociaż w przyszłości będą się jeszcze niejeden raz przeprowadzali, w tym rejonie spędzą dwadzieścia lat. We wszystkich przeprowadzkach towarzyszyły im te same sprzęty i bibeloty, w tym piękny barometr wiszący w gabinecie Władysława, który bardzo fascynował małą Aciupencio, jak pieszczotliwie nazywali Marię rodzice i reszta rodzeństwa.

Codzienne życie na Nowolipkach podlegało ustalonemu schematowi: Rano dzieci szły do szkoły, po powrocie jadły obiad, odrabiały zadania, a wieczorem po kolacji odbywały gimnastykę pod czujnym okiem ojca. W sobotnie wieczory, z reguły od godziny siódmej do dziewiątej, Władysław czytał swoim dzieciom polską literaturę, w tym także wiersze poetów romantycznych, zakazanych przez carskie władze. Dzięki temu Maria, podobnie jak reszta dzieci, pokochała poezję, zwłaszcza Mickiewicza i Słowackiego.

Po objęciu przez Władysława stanowiska podinspektora, stan finansowy rodziny na krótki czas uległ poprawie. Bronisława też nie zrezygnowała z pracy. Codziennie od poniedziałku do soboty szła na Freta, by sumiennie wypełniać swoje nauczycielskie i dyrektorskie obowiązki. Jednak z czasem okazało się to wysiłkiem ponad siły i to nie tylko ze względu na trudności w pogodzeniu pracy zawodowej z prowadzeniem domu i opieką nad dziećmi, ale głównie z powodu gwałtownie pogarszającego się stanu jej zdrowia. Jak wspomniano, w domu Skłodowskich znalazł schronienie młodszy brat Władysława, Przemysław, a ciężar opieki nad chorym spoczął głównie na barkach Bronisławy. Niestety, Skłodowska zaraziła się od niego gruźlicą, która w owych czasach była praktycznie nieuleczalna i zbierała straszliwe żniwo. Jak obliczono, choroba ta była przyczyną jednej czwartej wszystkich zgonów w XIX stuleciu. Właściwie nie ma się czemu dziwić, bowiem był to czas wymarzony dla jej rozprzestrzeniania się: europejskie miasta przyjmowały tysiące ludzi poszukujących pracy, a poziom higieny był wówczas, delikatnie mówiąc, nie najlepszy. Wszy i pluskwy występowały nagminnie, zwłaszcza w biedniejszych domach, a rynsztoki pełne były domowych odpadów. Na domiar złego bardzo powszechny był zwyczaj spluwania, wszędzie i gdzie popadnie, a prątki gruźlicy, o czym dzisiaj doskonale wiemy, przenoszą się właśnie z ludzką śliną. Współcześni naukowcy uważają, że w tamtych czasach prątki gruźlicy znajdowały się dosłownie wszędzie: na ubraniach, sztućcach, ścianach budynków oraz oczywiście w żywności. Wystarczyło tylko nieznaczne osłabienie organizmu, by ulec zakażeniu, a gruźlica była podstępną chorobą, rozwijającą się latami, choć zaczynała się dość niewinnie, podobnie jak zwyczajne przeziębienie. U każdym przypadku choroba rozwijała się inaczej, czasem trwała miesiące, a czasem lata, ale w końcu doprowadzała do zgonu chorego. Zdiagnozowanie gruźlicy oznaczało więc praktycznie wyrok śmierci.

Dla tracącej zdrowie Bronisławy Skłodowskiej łączenie pracy zawodowej z obowiązkami matki i pani domu z czasem okazało się wysiłkiem ponad siły, ostatecznie więc zrezygnowała z pracy zawodowej. Ale choroba miała też inne skutki, które niewątpliwie odbiły się negatywnie na psychice dzieci, zwłaszcza najmłodszej Marii. Bronisława w trosce o zdrowie swoich córek i syna zdecydowała się bowiem ograniczyć kontakt fizyczny z nimi. Nie tylko jadała na oddzielonym od innych, chowanym na specjalną półkę w kredensie talerzu i piła ze swojego kubka, którego nie mógł używać nikt inny z rodziny, ale także zrezygnowała z wszelkich pieszczot wobec swoich dzieci, nie całowała ich ani nie przytulała. Według Ewy Curie, Bronisława zapadła na gruźlicę, jeszcze będąc w ciąży z piątym dzieckiem, według innych biografów, Skłodowska zachorowała, kiedy jej najmłodsza córka miała zaledwie cztery lata. Faktem jest, że w 1871 roku Bronisława zaczęła gwałtownie chudnąć, wówczas też pojawił się u niej uporczywy suchy kaszel.

Po rezygnacji pani domu z pracy w szkole znów trzeba było zaciskać pasa. Bronisława, chcąc choć w części odciążyć domowy budżet, nauczyła się szewskiego rzemiosła i szyła buty zarówno sobie, jak i gromadce swoich dzieci. Stuk młotka często towarzyszył dzieciom przy odrabianiu lekcji. Fakt, że Bronisława, wykształcona szlachcianka, nie bała się fizycznej pracy, mógł mieć też wpływ na jej dzieci, w tym także na najmłodszą córkę. Wiele lat później dorosła już Aciupencio, pracując ze swoim mężem w laboratorium, przerzucać będzie tony blendy smolistej niczym zwyczajny robotnik… Po latach, już jako sławna uczona i noblistka, Skłodowska pisała, iż jej matka obok „wybitnej inteligencji miała wielkie serce i niezłomne poczucie obowiązku”[12]. Jak się okazuje, owo niezłomne poczucie obowiązku odziedziczyły po niej wszystkie dzieci, na czele z najmłodszą córką.