Pocałunek Fauna

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ III

— Nie ma mowy — powiedziała gospodyni lekarza — już dawno go nie ma. Powinna pani iść, dzieci stąd zabrać, a nie rodzić. Kto to widział, żeby tak o, ni z tego, ni z owego, w taką zawieruchę!

Długo jeszcze gadała, ale ona nie mogła słuchać. Ból, którego dotąd nie znała, wskazywał, że coś dzieje się nie tak z dzieckiem, z nią…

Dopiero babka, ta stara czarownica z domu obok, zabrała się pomagać. Nie pomogła.

— Nic z pani nie będzie — powiedziała w końcu po dziesięciu godzinach, kiedy słońce stało już wysoko, a dzieci dawno spały zmęczone w podróżnych ubrankach. — Nie urodzi pani. Mowy nie ma… dwojaczki i to odwrócone. Zresztą nawet, gdyby pani urodziła, jak pani w drogę pójdzie w połogu? A ja muszę iść! Ja chcę żyć. Oni zaraz tu będą!

Odeszła tak koło dziesiątej, jej kroki dudniły po pustych ulicach miasta. Rosjanie nie weszli jeszcze, ale byli niedaleko.

— Niech pani choć weźmie dzieci — krzyknęła w dal, ale tamta odwróciła się niechętnie.

— Pani! I co ja z nimi zrobię?! Co ja im dam jeść?!

Wróciła jednak. Wzięła za rączki jej dwa największe skarby i podreptała pospiesznie w kierunku czekającej na nią grupki. Dwoje najukochańszych dzieci. Johann dziesięcioletni niechętnie szedł z tą obcą kobietą, wciąż oglądając się na dom, w którym została matka. Po co chciała więcej dzieci? Nie chciała. To Hans. Wrócił z frontu wschodniego tylko na dwa dni. I był taki kochany, i przywiózł jej ten głupi kamień… Powinna była od razu go wyrzucić.

— Hans! Hans, gdzie jesteś? — zawołała w pustkę, choć teraz nie mógł jej już pomóc. Zmarła godzinę później, nie zdoławszy wydać na świat bliźniąt.

*

Znaleźliśmy go na cmentarzu. Był chropowaty. W tamtych czasach opętani byliśmy myślą o skarbie. Chyba wszyscy przechodzą taki okres w życiu, jedni wcześniej, drudzy później. To rodzaj nieszkodliwego szaleństwa, które sprawia, że patrzy się na wszystko oczami poszukiwaczy.

Na domy, strychy, kościoły… te zrujnowane oczywiście. W każdym kawałku kamienia szuka się wartości. I snuje się marzenia. Marzenia o nowych światach, które się zdobędzie, gdy tylko znajdzie się skarb. Bo to, że on istnieje, jest niewątpliwe. To, że czeka na nas, tym bardziej. Właśnie tam, na tym kawałku zaczarowanej ziemi. Dlaczego? Bo ten kawałek ziemi jest magiczny.

Mieszkają w nim legendy, tajemne zdarzenia, jest pełen nieodkrytych jeszcze skarbów. Był. Właśnie. Był. A czy jest teraz? Nad tym się zastanawiałam, mijając czarne, kamienne koronki Wrocławia. Czarne i kamienne, bo Wrocław zrobiony jest jakby z kamiennych koronek, misternych, strzelistych, zniewalających.

Ktoś powiedziałby, że to gotyk, ktoś inny, że to gotyk płomienisty. Mnie Wrocław wydawał się właśnie koronkowy. Było w nim coś z ciemnych zaułków Brugii, coś ze strzelistych rzeźbień Metzu, coś z kamiennych odcieni Norymbergii.

Jeszcze zanim zobaczyłam te miasta, wiedziałam, że Wrocław jest szczególny, i zawsze się go bałam. Był stary, kamienny, czarny i ogromny. Teraz jakby skurczył się w sobie. Skarlał. Prawda, powódź, kryzys. Stare kamienice jeszcze bardziej się zestarzały, tynki poszarzały, a bruki pokryły plamami wyrw, dziur i pęknięć.

W bramach pokurczeni, brzydcy ludzie. Jakieś kobiety uginające się pod ciężarem życia, jakieś dzieci, tu i tam ktoś żebrze na ulicy zaopatrzony w kartkę papieru, na której wypisane są koleje jego smutnego losu, bo nie ma siły już mówić, bo nikt nie chce go słuchać, bo nie zna polskiego.

Karta obleczona w folię, żeby nie trzeba było pisać jeszcze raz, gdyby spadł deszcz. Wszędzie buro. Szaro, smutno. Nie, to tylko wrażenie. Mijamy jakąś szczególnie smutną dzielnicę.

— Trudno się tu prowadzi — Bernard westchnął, aby odwrócić od siebie moją uwagę. Oczy miał niebezpiecznie szkliste. — Ojciec opowiadał mi. Był w Breslau jako mały chłopiec. Tylko jeden raz, ale mówił, że to piękne miasto.

No właśnie. Breslau. Bernard należał do tych umiarkowanych Niemców, którzy nie chcieli niczego odbierać ani udowadniać, ale którzy z łezką w oku opowiadali o tym, jak to ojciec w dzieciństwie…

— Alt Warthau!

— Co?

— Alt Warthau. Tak się nazywa wieś, w której urodził się ojciec.

Alt Warthau. Znałam tę nazwę. Znałam, choć słabo.

— Warta Bolesławiecka — powiedziałam, przypomniawszy sobie dawno zapomnianą nazwę i uzmysłowiwszy sobie niewielką wiedzę, którą miałam na temat Bernarda i jego rodziny. — Warta? Ta Warta? Koło Bolesławca? — zapytałam, sama nie wiem dlaczego. W końcu nie znałam żadnej innej Warty.

— Pojedziesz tam ze mną?

— Może — odpowiedziałam niezbyt pewna, czy mogę składać jakiekolwiek obietnice. — Ale zdaje mi się, że to dość blisko. O ile pamiętam, jakieś dwadzieścia kilometrów.

— To co?

— To nic — powiedziałam zgodnie z prawdą. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że wjechaliśmy na tę straszną poniemiecką autostradę, na której, tak jak dwadzieścia lat temu, trzęsło niemiłosiernie. Wszędzie pusto. Nigdzie ani jednej stacji benzynowej. Ani jednego zajazdu. W okolicznych lasach kiedyś stacjonowali Rosjanie. Co teraz tam jest? Pewnie nic.

Gdzieś w środku połaskotało mnie niepokojące wzruszenie, a przecież to tylko drzewa, nie rozpoznaję żadnego z nich. A przecież to tylko kamienie. To nic osobistego — zwykły, trochę jakby smutny, krajobraz.

*

Pamiętam, gdy przyjechał do mnie znajomy, który robił album fotograficzny na temat lasu. To było już w Kanadzie. W czasach, kiedy poodganiałam wspomnienia, jak najdalej się dało. Kiedy starałam się nie myśleć o tamtych czasach.

Rozłożył przede mną kilka fotografii. Piękne. Nasycone światłem i cieniem. Bogate wszystkimi kolorami zieleni, które tylko można spotkać w lesie. Przeglądałam je. Z zachwytem wciągałam powietrze przesycone nieistniejącym zapachem. Jedno ze zdjęć wydało mi się szczególnie piękne.

Drzewa na nim, uchwycone od dołu, prawie nie miały koron, poszycie utkane było z paproci, a słońce padające pod kątem wyłuskiwało ze światła pajęczyny babiego lata.

— To jest najpiękniejsze — powiedziałam, nie wiem sama dlaczego.

— Zrobiłem je w takim zakątku Polski. Jak on się nazywa? Czekaj, sprawdzę — pogrzebał w notatkach. — A. Wiem. To się nazywa Basse Silesie.

Basse Silesie? To właśnie Dolny Śląsk.

*

Gdzieś w środku znowu połaskotało mnie wzruszenie, a przecież to tylko drzewa, ale to przecież drzewa stąd, z tego lasu, z mojej przeszłości i choć to tylko drzewa, myliłby się ten, kto sądziłby, że są takie, jak wszędzie. Drzewa. Kamienie, las, droga…

Czas stanął w miejscu, cofnął się o dwadzieścia lat, jadę z Markiem jego maluchem, podskakując na wybojach, wracamy z Legnicy ze sklepu muzycznego. Nareszcie mam gitarę. Prawdziwą gitarę, ona też jęczy i podryguje przy każdym wyboju.

Marek wesoło nuci jakąś piosenkę. Nie stało się nic. Nie było Düsseldorfu, Metzu, Kanady. Jeszcze nie było. Albo nie było w ogóle. Nie było i nie będzie. Nie będzie skarbu, od którego się zaczęło. Nie będzie fauna, nie będzie zamku w Grodźcu…

Mam siedemnaście lat i długie jasne włosy, przewiązane hipisowską opaską, mam gitarę, na której nauczę się grać. Świat też ma siedemnaście lat i jest piękny. Tylko dlaczego Marek nuci jakąś niemiecką piosenkę?

Otwieram oczy. To Bernard. Jesteśmy w Kruszynie. Rozglądam się dookoła za tymi, których mogłabym tu spotkać, oczywiście dwadzieścia lat temu. Nie ma nikogo. Albo są, a ja ich nie widzę. Pozmieniali się. Wydorośleli. Nie poznaję ich. Jak w tym rosłym mężczyźnie z nadwagą rozpoznać kolegę z klasy? A w tamtej kobiecie o zniszczonej twarzy koleżankę? Może to oni, ale ja nie starzałam się z nimi, więc nie rozpoznam ich. Nie rozszyfruję w ich postaciach kolei losu, które ich rzeźbiły.

A ja? Ja też jestem inna, ale patrząc codziennie w lustro, oswajałam każdą zmarszczkę, jedną po drugiej. Niechcący przechodziłam nad nimi do porządku dziennego. Przyzwyczajałam się.

Dlatego nie lubię oglądać zdjęć, ale nie boję się luster.

Zachłannie wpatruję się w krajobraz za oknem samochodu. To tu. Gdzieś w środku eksploduje chwila radości.

Powoli przejeżdżamy tory kolejowe. Bolesławiec. Po lewej stronie szpital psychiatryczny. To tam leżała Agnieszka. Przez miesiąc czy dwa. Potem chyba też, ale mnie już nie było. Nie było mnie, żeby ją odwiedzać, i tego raczej nie żałuję. Ten szpital to szczególne miejsce.

Jest jak miasto w mieście. Gdy się tam wejdzie, ma się wrażenie, że jest się w innym świecie. I wcale nie widać tam białych kitli, nie widać pielęgniarek.

Pacjenci też z rzadka snują się wypielęgnowanymi alejkami dalecy, inni. Drzewa tu szumią inaczej, ospale. Domy, kamienne i szare odbijają odgłosy i cienie, jakby od niechcenia.

Po drugiej stronie tej samej ulicy blokowisko. Żółto–różowo–szare, pokryte brzydkimi pstrokatymi graffiti i brudne. Nie ma w nim ani uroku, ani tajemnicy. Tego blokowiska nie rozpoznaję. Powstawało w czasie, kiedy zbierałam siły, by odejść.

— Więc tu się urodziłaś? — Bernard wyrywa mnie z zamyślenia, tuż koło baru Bolko.

— Urodziłam się i żyłam, aż do pewnego… aż do dnia, kiedy postanowiłam wyjechać. Mogę ci nawet pokazać, gdzie się urodziłam — odpowiadam, syntetyzując wszystkie możliwe pytania, które mógłby mi w tej chwili zadać, bo potrzebuję ciszy. Muszę choć przez chwilę zatopić się w euforii. Odejdzie zbyt szybko.

Już za chwilę, za godzinę, za dzień oswoję się z myślą, że jestem właśnie tu, obejrzę stare ulice, odwiedzę zakamarki z dawnych lat i euforia ustąpi. Nie wróci, więc chcę ją czuć.

*

Znaleźliśmy go na cmentarzu. Szarego kamiennego fauna na płaskorzeźbie. Nie wiedzieliśmy ani kim był, ani skąd się wziął, ani nawet kogo przedstawiał. Nazwaliśmy go faunem, ale mógł być czymkolwiek albo kimkolwiek. Złym człowiekiem albo nawet diabłem. Ciekawe, czy gdybyśmy wiedzieli, kim był, tak samo zabralibyśmy go ze sobą? Tak samo połączylibyśmy nasz los z jego losem?

 

Nie wiem. Wątpię, choć nigdy nie byłam przesądna. Ten faun nie mógł w żaden sposób ściągnąć na nas szczęścia ani nieszczęścia. Był tylko kamiennym symbolem, ale czego?

— Zróbmy sobie z niego talizman — powiedziała Agnieszka, bo to, czym byliśmy, powinno zostać jakoś oznaczone rytuałem, talizmanem, hasłem. Bo przecież nie byliśmy tylko grupą znajomych. Byliśmy czymś o wiele więcej. Czymś… Kimś… A przynajmniej tak sądziliśmy. Czy mieliśmy rację?

— Jasne — zawołała Baśka. — Świetny pomysł!

I tak jedno przez drugie zaczęliśmy tworzyć rytuał. Rytuały, te zwłaszcza, które się tworzy naprędce, bywają zabawne, ale nigdy nie zostaje z nich wiele. Z naszego został tylko on. Kamienny faun. Resztę słów i gestów zapomnieliśmy, jak zapomina się rzeczy i sprawy bez znaczenia.

— Ale kto go będzie miał? Bo on jest tylko jeden. Może odbijemy go w gipsie? I wszyscy będziemy mieli po jednym? — powiedział ktoś, już nie pamiętam, kto.

— Może damy go do ceramiki? Odbiją nam! — ten pomysł też upadł, choć nie był taki zły.

Debatowaliśmy nad tym jeszcze długo wieczorem, siedząc na kamiennej ławce na ganku domu, w którym mieszkałam.

Wieczór był tak pachnący, jakby wszystkie zapachy świata zebrały się nagle tu, koło mojego domu, żeby zawrócić nam w głowach.

Długo potem wierzyłam, że takie noce, tak pachnące i piękne z upstrzonym gwiazdami niebem, z poszumami drzew, pokrzykiwaniem spóźnionych ptaków są wszędzie, choć może zawsze trochę inne.

Długo w to wierzyłam, ale nigdy potem, nigdzie na świecie nie udało mi się poczuć tego samego nocnego zapachu, tego samego albo równie mocnego, równie wonnego, równie czarownego. Nigdy.

Owszem, noce pachniały. Pachniały zawsze i wszędzie, ale… W ich zapachu brakowało zawsze czegoś szczególnie wonnego. Co to było?

I wszystko miało jakiś urok. Smród spalin nocnego Düsseldorfu. Zapach rzeki płynącej przez stary Metz i drzewa, kanadyjskie klony, ale już nigdy to nie było właśnie to. Może tym nieznanym składnikiem zapachowym była młodość? Nie. Może przyjaźń? A może jeszcze coś innego?

— Rozbijmy go na kawałki — powiedział Michał. Każdy dostanie jeden. Będzie sprawiedliwie.

Sprawiedliwie. Michał zawsze mówił i myślał o sprawiedliwości. Nie o sprawiedliwości jako takiej, ale o tym, że jemu też się należy. On też ma prawo. Więc dlaczego nie miałby dostać kamiennego fauna? Bo przecież by nie dostał. Gdyby faun był jeden, dostałby go Marek. Więc trzeba było go podzielić.

I to był ten pomysł. Ten, który potem zrealizowaliśmy. Było jeszcze wiele planów. Mieliśmy być bractwem. Mieliśmy być wtajemniczeni…

Nigdy nie staliśmy się niczym innym, jak tylko garstką przyjaciół. To bardzo wiele, ale przyjaźń to wielkie słowo. Więc czy byliśmy przyjaciółmi? Wtedy? Ale gdybyśmy byli wtedy…, nic tego by nie zmieniło, więc może nawet nie byliśmy przyjaciółmi.

*

— Hotel! Musimy znaleźć jakiś hotel! Robi się późno — powiedział Bernard, ale ja tylko się uśmiechnęłam.

Tu, jak nigdzie indziej, byłam u siebie.

— Jedź prosto. Tą ulicą. Zatrzymamy się w hotelu Piast.

Jako dziecko marzyłam, że kiedyś w nim zamieszkam, choć na jedną noc. Nie wiem dlaczego. Teraz marzenie miało się spełnić. Ktoś powiedziałby, że marzenia się spełniają, ale… To, co się spełniało, nie było już marzeniem. Rozmyło się, zatarło, straciło znaczenie, więc po co się spełniło? Żeby mi pokazać, że nie warto marzyć?

*

Miasto na pierwszy rzut oka nie zmieniło się prawie wcale. W każdym spojrzeniu odkrywam te same ulice. Te same miejsca. Te same domy. Nie zmieniły się nawet skwery. Park. Ten, obok którego przejeżdżamy.

W oczach kłębią się łzy. W gardle wiele niechcianych uczuć. Więc wróciłam? Więc to już?

I jeszcze jedna niedająca mi spokoju myśl. Michał powrócił. Nie wiem, czy to prawda, nie wiem, czy to możliwe, ale boję się. Boję się, bo to zmieniłoby zbyt wiele. Gdyby nie teraz, a wtedy, to zmieniłoby jeszcze więcej.

*

Minęliśmy stację benzynową. A może już jej tam nie było? Potem dawny dom partii. Ciekawe, co w nim się teraz mieści. Pamiętam, był w nim sklep. Sklep tylko dla uprzywilejowanych. Poszłam tam coś załatwić pewnego dnia i zobaczyłam w tym sklepie… Wszystko. Banany. Pomarańcze. Krówki. Sprawiedliwość.

Jeszcze parę metrów, kino, nie, sala widowiskowa. Okrąglak, a naprzeciwko… Piast. Stary, dobry hotel Piast. Przychodziłam tu czasami do kawiarni. Wypić kawę i popatrzeć.

— Co to jest Piast? — Bernard ze swoją ubogą polszczyzną, choć usiłuje coś zrozumieć, nieraz przekręca wszystko.

— Piast, tu chodzi o Piastów, no, o królów, to taka Polska dynastia. Bardzo stara dynastia.

— Związana z tymi ziemiami?

— Związana z Polską. Z Polską w ogóle, mówi się „piastowskie ziemie”, piastowskie, czyli polskie.

— Te ziemie?

Oczy Bernarda wyrażają zdziwienie.

— Przecież to są ziemie niemieckie… — mówi nie całkiem pewnie.

— Nie mam zamiaru zmieniać, naprawiać ani uczyć cię historii! Mów sobie, co chcesz! Myśl, co chcesz! Jestem za głupia, żeby się w tym połapać, dla mnie to rdzennie polskie ziemie! Rozumiesz! Polskie i inaczej nie może być, ale ty, owszem, masz prawo myśleć, co chcesz… W końcu jesteś Niemcem!

*

— Nie! Drogie dzieci! Tak się nie mówi!

Nauczycielka, gruba, nieprzyjemna pani od polskiego w szkole podstawowej, jedna z tych, które się pamięta do końca życia, tłumaczy nam, że nie wolno mówić niektórych słów.

— To niedopuszczalne! Niedopuszczalne! Musimy dbać o czystość naszego języka. Wanda Orzecka, przyjdziesz jutro z matką!

— Ale za co?!

— Wszyscy wiedzą, że nie wolno tak się wyrażać!

A ja się nie wyrażałam. I nie chodziło o brzydkie słowa. Nie chodziło o przekleństwa. U nas w mieście nie wypadało mówić: kartofel, wolno było mówić: ziemniak. Nie wolno było powiedzieć szlafrok, istniała tylko podomka, wolno było mówić: rajstopy, a broń Boże, rajtuzy!

To były słowa zabronione. Dlaczego? Czy dlatego, że dźwięczały z niemiecka?

*

Pochodzenie Bernarda nigdy dotąd mi nie przeszkadzało. Tam, w Kanadzie, nie miało właściwie żadnego znaczenia i nie przywodziło na myśl takich słów jak: raus, Hende hoh, schnell ani żadnych innych niemieckich słów z filmów o wojnie, którymi karmiła nas telewizja za czasów mojego dzieciństwa. Nigdy nie było w nim nic wrogiego.

W Kanadzie można być Niemcem, Polakiem, Chińczykiem i nie ma najmniejszego znaczenia, kim się jest. Nie budzi to ani zachwytu, ani pogardy, ani żadnych innych emocji. Tutaj… tutaj to co innego.

*

Nie pamiętam, ile czasu szliśmy do Grodźca. Nie pamiętam ani jak tam dojść, ani ile to kilometrów, ani ile czasu zajęła nam droga. Nie pamiętam też, czy byliśmy tam tylko raz, czy może kilka razy. Nie pamiętam prawie nic. Takie rzeczy zapomina się łatwo.

Byliśmy tam wszyscy. Nieodłącznie nierozłączni. Baśka, Agnieszka. Marek, Jacek, Michał i ja.

To był jeden z tych dni, w którym nic nie zapowiadało nieszczęścia, słońce przebłyskiwało przez chmury, była chyba jesień, bo mieliśmy na sobie panterki.

Nie, tego też nie pamiętam, tylko to zdjęcie. Kto jeszcze był z nami? Nie wiem, ale byliśmy chyba tylko my. Las był rzadki, podejście strome. W końcu doszliśmy. Ruiny z zewnątrz zarośnięte lasem, wewnątrz też były porośnięte trawą i krzewami. Było chyba chłodno.

Ze zdjęcia niewiele wyczytam. Małe, czarno–białe, zniszczone. Jedno z dwóch zdjęć Marka, które zabrałam ze sobą w świat. A może nie. Może to nie ja je zabrałam? Może to matka przywiozła je ze stertami „potrzebnych”, a wcale niepotrzebnych drobiazgów, które zwiozła ze sobą ze swojego życia w moje, kanadyjskie, sterylnie wyprane ze wspomnień.

Ileż ona tego przywiozła. Jakieś książki z dedykacjami. Stare zdjęcia osób, których już nie znam, obraz w żółtych ramach, serce z brzozowej kory, pas harcerski, finkę, plastikową laleczkę bez rąk… filiżankę w błękitne różyczki.

Po co to przywiozła? Czasami miałam wrażenie, że właśnie dla mnie. Że nie zabrała wcale tego, co dla niej było cenne, a to, co kiedyś było cenne dla mnie. Po co? Po co uratowała od zapomnienia tak nieważne drobiazgi?

Zresztą, czy naprawdę były nieważne?

— Bo zapomina się tak łatwo — powiedziała kiedyś w przypływie wzruszenia — zbyt łatwo. A ty nie powinnaś była…

— To moja sprawa, co powinnam, a co nie — powiedziałam zbyt szybko i zbyt głośno, żeby ją uciszyć.

Serce z brzozowej kory z zatartym już napisem rozgościło się na ścianie obok zdjęcia z pierwszej komunii, które też przywiozła.

Zatarty napis znałam na pamięć. Więc może było ważne.

Rozmowy z nią polegały głównie na tym, żeby nie rozmawiać. Robiłam wszystko, żeby nie padały zbyt ważne słowa, żeby nie wracały zbyt ważne wspomnienia, żeby nie przeszła gładko, tak jak to tylko ona potrafiła, od: „Co zjesz na śniadanie”, do: „Dlaczego wtedy wyjechałaś?”. Ona to potrafiła, jak nikt na świecie i choć nie wiedziała, o co pytać, trafiała bezbłędnie na bolesne dla mnie tematy.

Tamtego dnia w ruinach zamku w Grodźcu przyrzekaliśmy sobie przyjaźń. To takie romantyczne. Takie filmowe. To trochę jak małżeństwo.

…i że cię nie zapomnę aż do śmierci…

— A ty zapomniałaś!

— Nigdy! Gdybym tylko mogła!

…i gdzie ty, tam ja…

To już nie była ta przysięga. To my. Marek i ja… przyrzekaliśmy sobie, że nasza nastoletnia miłość wytrzyma próbę czasu. A ona przecież nie mogła… To była tylko nastoletnia miłość. Oczarowanie… Jedna z tych bzdur, o których się pisze wiersze. Nic więcej.

— Dajcie fauna — powiedział Michał — rozbijemy go…

— Nie róbcie tego — zaszumiało w koronach drzew. Albo powiedział ktoś obok nas. Albo nikt nie powiedział, tylko ja usłyszałam to w środku w duszy. — Nie róbcie tego. Nie wiecie, że fauny są bardzo mściwe? Nie wiecie, że fauny, nawet te kamienne, chcą żyć? Nie wiecie, jak trujące są pocałunki fauna?

— Tylko uważaj! Na sześć części i ani skrawka więcej!

Faun jęknął kamiennym zgrzytem uderzony o omszały lekko kamień. Popatrzył na mnie, jęknął jeszcze raz, zakasłał grzechotem rozpadającej się bryły i posypał na ziemię pod naszymi nogami.

I nie było już brzydkiego, chropawego fauna, a mnóstwo nic nieznaczących kamyków.

Ja dostałam trójkątny, szpiczasty z lewym okiem i kącikiem wykrzywionych ust. Pośpiesznie schowałam go do kieszeni czarnej panterki. Faun rozsypał się na tak wiele kawałków.

— Resztę się wyrzuci — zdecydował Michał, ale widziałam, jak ukradkiem zbiera je i wkłada do swojej kieszeni. Na co były mu potrzebne?

— Wiesz… Niepotrzebnie go zabraliśmy stamtąd — powiedziałam do Baśki…

— Kogo? — zapytała, jakby nie wiedziała, o kim mówię. Wiedziała. Wiedziała, ale wolała myśleć o nim jak o rzeczy, a nie jak o osobie.

— Fauna — odpowiedziałam — przecież go zniszczyliśmy…

— Zabiliśmy — dodała Agnieszka. Agnieszka zawsze mówiła prawdę, ale nie zawsze to, co mówiła, było prawdą. Żyła w swoim świecie.

*

…i że cię nie zapomnę aż do śmierci…

Tak mogłoby to wyglądać, gdyby… Gdyby. Ale do tego nie doszło.

— A ty zapomniałaś!

— Nigdy! Gdybym tylko mogła! A ty? Patrzyłeś! Nie zrobiłeś nic. Miałeś mnie chronić! Ufałam ci!

— Byłem tylko dzieckiem! Wiesz, że nie mogłem! Wiesz, że gdybym mógł… i gdzie ty, tam ja… A ty odeszłaś! Uciekłaś!

— Musiałam! Musiałam odejść i musiałam zapomnieć! I nic się nie udało! Nie zapomniałam i choć odeszłam, wciąż tkwię tutaj, jakby jakaś nić…

Czy tak będzie wyglądała nasza rozmowa z Markiem, kiedy już go spotkam?

Bo przecież go spotkam. Przecież z nim porozmawiam. Ale czy to będzie rozmowa? Prawdziwa? Do sedna i do łez czy tylko przerzucanie się słowami, po to tylko, aby nic nie powiedzieć, po to tylko, aby nikt i nic już nigdy?

Czy nie tak właśnie rozmawiam z Bernardem? Z matką? Z innymi?

*

— Patrzcie, co znalazłem! — Michał przebiegł przez ulicę, pod ramieniem trzymając jakąś grubą księgę. Otworzył ją i zaczął pośpiesznie wertować.

Potem zabrał się do czytania nam obszernych fragmentów.

„Wydobycie tego cennego kruszcu w okolicach Lwówka, Złotoryi i Bolesławca potwierdzają liczne dokumenty. Do najstarszych należy ręcznie spisany Manuskrypt Pätzolda z XVI wieku opisujący okolice Lwówka”.

 

— Czyli? — patrzyliśmy na Michała, jak zwykle w takich przypadkach płonęły mu oczy.

— Słuchajcie dalej:

„Z zapisków bolesławieckiego kronikarza Rutharda z 1630…”. Nie. To nie to… Uczeni z XVII wieku, tacy jak Schwenkfeld i Volkelt, piszą o Lwówku, że: „tutaj znajdowały się złoża żwiru złotonośnego”.

— Czyli?

Michał popatrzył na nas jak na jakieś zjawy.

— Czyli tu gdzieś jest złoto!

— Albo było!

— Pieprzycie! Jeżeli było, to i jest! Ile czasu Niemcy mieli na ucieczkę? Tydzień? Dwa? Nie! Najwyżej kilka godzin!

— I co? Złoto zostawili tobie?

— Niektórzy tak!

I zaczęliśmy szukać skarbu…

*

— Bernard? — zapytałam po długiej znowu ciszy — czy ty też szukałeś skarbu?

— To znaczy? — oderwany od gazety patrzy na mnie rozbawionym wzrokiem. Chciałabym go zapytać o tyle rzeczy, ale… nie wypada. Chciałabym go zapytać, czy gdyby żył za czasów Hitlera, wstąpiłby do Hitlerjugend. To głupie, gdyby potwierdził, znaczyłoby, że okrucieństwo jest w każdym. Mógłby stwierdzić, że nie może tego wiedzieć.

Chciałabym go zapytać, co jego matka, ojciec, robili w czasie wojny, dziadek, babka, czy… to wszystko, co chciałby wiedzieć każdy. Tam, w Kanadzie, na neutralnym gruncie te pytania nie przychodziły mi do głowy. Tu cisną się w natłoku.

— Nie. Nie szukałem skarbów. Jak można szukać skarbów w Monachium w środku miasta… Choć nie, gdy byłem u dziadka na wsi… na strychu…

A my szukaliśmy skarbów. Wszędzie. Na gliniankach, na cmentarzach, po lasach…

I znajdowaliśmy. Kamienne rzeźby, krzyże pokutne, ruiny. Stare książki pisane gotykiem i do tego po niemiecku. Kamienie tak piękne, że musiały być szlachetne, choć nie były zbyt cenne, ale Michał nie o takich skarbach marzył.

Jego skarb miał być cenny. Drogocenny. Oszałamiająco drogi. Oszałamiająco.

— I co byś z tym zrobił?

— Nie wiem.

Tak mówił, choć chyba nie była to prawda.

Wszystkie cechy ludzkie, te dorosłe, rodzą się w dzieciach, potem gnieżdżą się i rozwijają, czasem potajemnie w nastolatkach, żeby ukazać się w całej strasznej okazałości w ludziach dorosłych. Michał był zachłanny.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?