Pocałunek FaunaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ II

Kiedy tam jeszcze mieszkałam, bardzo chciałam stamtąd wyjechać. Dokądkolwiek, ale wyjechać, nie na chwilę, na stałe. Wszystkie nastolatki tego właśnie chcą — rycerza na białym koniu, który porwie je w daleki nieznany świat. Bo musi być daleki i nieznany, żeby mógł być światem. To miasto, nawet najpiękniejsze, nawet najbardziej moje, światem nie jest.

Mówimy: zaścianek, dziura, zadupie… Tylko dlatego, że to właśnie tu, a nie gdzie indziej. I na nic urokliwe zakątki, na nic piękne dzielnice. Na nic.

Właśnie tak było ze mną od zawsze. Nie stało się to wtedy, kiedy musiałam wyjechać, ani kiedy się na to zdecydowałam. Zawsze chciałam wyjechać. Daleko. Tak daleko… Wtedy chciałam, potem musiałam. Czy to cokolwiek zmieniło?

Na Piotra i Pawła mieszkała taka dziewczyna. Starsza ode mnie. Miała pokój z oknami wychodzącymi na duże bezkształtne podwórze, szare i brudne, na trzepak obwieszony dzieciakami, na garaże i na dwa pokręcone głogi, które wiosną ubierały się w drobne kwiaty, a jesienią w czerwone owoce i zielonożółte liście. Pokój ten mieścił się obok kotłowni wychodzącej na dziki park, do którego nie wolno było wchodzić, bo mieszkał tam potwór.

Mieszkała tam od urodzenia. Potem wyszła za mąż, urodziła dziecko i jej dziecko także mieszkało tam od urodzenia… Od urodzenia aż do…

Do czego? Może do śmierci?

Tylko że to nie śmierć była najgorsza, najstraszniejsza, ale właśnie to mieszkanie.

Wciąż te same ulice, te same domy, te same klatki, te same drzewa i te same odgłosy kroków, te same wrzaski dzieci i te same zapachy. Bigos, mielone, bigos…

Te same koty przemykające między nogami. Ten sam wiatr. Twarze dzieci coraz to starsze, coraz to inne. A ona tam, na Piotra i Pawła, wciąż w tym samym pokoju, w klatce za kotłownią czeka na wieczór, a kiedy nadejdzie, będzie czekać na dzień i znowu na wieczór.

Jej życie jest tylko czekaniem. Czekaniem na jutro, ale to też czekanie na śmierć.

Ja tak nie chciałam. Mnie kusił wielki wspaniały świat. I musiałam go zobaczyć, poznać.

Świat zawsze przecież zaczyna się tuż za rogiem, za tym ostatnim, do którego nie udało się jeszcze dotrzeć.

*

— Uważam, że w Warszawie trzeba będzie wynająć samochód, myślałaś o tym? — Bernard nerwowo przekłada torbę podróżną z jednej ręki do drugiej. Stoimy na paryskim lotnisku Charles’a de Gaulle’a, czekając na lot do Warszawy.

Jestem podekscytowana, wiercę się, jakbym miała coś do ukrycia. Wzbudzałabym chyba podejrzenia, gdyby nie spokój Bernarda.

Celnik prawie lekceważąco macha dłonią. Możemy przechodzić.

Megafony dudnią zapowiedzią naszego lotu. Paryż—Warszawa, lot numer 321. Podróżnych udających się… do odprawy… dwadzieścia jeden.

— Tak, wiem — odpowiadam od niechcenia, rozglądając się dookoła. Połowa z tych ludzi to prawdopodobnie Polacy, a ja nie byłam w Polsce od dwudziestu lat. Targa mną wzruszenie, którego się wstydzę. Nie mam ochoty robić z siebie idiotki. Nie mam ochoty pokazać, jak bardzo się cieszę i boję zarazem, jak chciałabym z kimś porozmawiać o czymkolwiek, może być o pogodzie, byle po polsku, sprawdzić, czy mówię, jak dawniej, czy nie nabrałam obcego akcentu.

— Jak się nazywa ta miejscowość? — Bernard, jak zwykle przesadzając, rozkłada jakąś mapę na kolanach, choć jeszcze nie wystartowaliśmy.

— Bolesławiec — odpowiadam, dokładnie akcentując każdą sylabę.

— Koło Łodzi?

— Co?

Otwieram zdziwione oczy.

— Koło jakiej Łodzi? Koło Wrocławia!

— Wiesz… To jakieś… sześćset, pięćset kilometrów od Warszawy… To nawet blisko!

— Bernard, to nie Kanada! — mówię, choć wcale nie wiem, czy to zrozumie. Przez ostatnie dziesięć lat dojeżdżał do pracy do Montrealu. 360 kilometrów w jedną stronę. W Kanadzie to blisko. Tu nie…

Tu… Co to znaczy: tu? Jestem stąd. I gdzie jest to tu? Przez te wszystkie lata, kiedy mnie tu nie było, wydawało mi się, że zdobywam świat, że coś robię, zmieniam, tworzę, ale nawet jeżeli była to prawda, to w głębi było coś jeszcze. Jeszcze bardziej realne, niemal namacalne, coś, co wciąż łączyło mnie z tamtym miastem, z tamtym czasem, z tamtymi ludźmi.

I wydawało mi się, że im jestem dalej, tym jestem bliżej, gdzieś tam w środku. Ale to, co się stało, pozmieniało nas wszystkich. Nagle w mgnieniu oka, w jednej wcale nie magicznej chwili staliśmy się obcy i samotni. I żadne słowa nie miały już sensu i nie dało się patrzeć w oczy. Nawet z daleka.

My, którzy zbudowaliśmy wokół siebie swoje światy, my, ufni, my, nastoletni, musieliśmy wydorośleć. I nagle okazało się, że nie było żadnych nas. Ani Baśka, ani Jacek, ani Marek czy ja, ani Agnieszka i Michał, nie stanowiliśmy już niczego wspólnego. Toczyliśmy się przez chwilę siłą bezwładu, usiłując odnaleźć sens, ale to, co się stało, było zbyt straszne, żeby…

— O! Schabowy z kapustą! Świetnie! — stwierdza Bernard. Hostessa roznosi obiad i drinki. Z zachwytem patrzy na Bernarda, a we mnie rozpala się iskierka zazdrości. Hm… Niemożliwe.

— Zaraz, zaraz — Bernard zagłębiony w myślach nawet tego nie zauważa — mówiłaś, że to jakieś spotkanie…

— Tak, ale… Jacek nie żyje — mówię bez emocji. — Michała nie ma… Zresztą, ty i tak ich nie znasz. Nie znasz i pewnie nie będziesz miał okazji poznać… — delikatnie, choć stanowczo oświadczam, że tam to ja rządzę.

— Rozumiem — odpowiada wcale niezdziwiony. — No, a ten Michał, dlaczego go nie ma? I jak to nie ma? Może będzie?

— Nie ma… Nie ma… Nie ma i nie będzie!

Mówię, jak zwykle odwracając oczy. Michała nie ma. Koniec. Nie będziemy o tym mówić. Nie ma, nie będzie. Kropka.

— A co się z nim stało?

— Nie wiem. Po prostu zniknął. Jak kamień w wodę — dodaję po chwili i biorę głęboki oddech. — Jak kamień.

— Kiedy? — Bernard chyba nawet nie słucha.

— Zaraz potem, a właściwie przedtem — odpowiadam odruchowo i łapię się na tym, że powiedziałam coś, czego nie powinnam mówić.

— Zaraz przed czym?

— Bernard! Daj spokój — odwracam oczy, które z pewnością pokazały zbyt wiele: strach…, ból? Winę? — Nie wracajmy do tego…

— No i kto jeszcze?

— No niby Baśka, ale… Ale ona podobno poszła do zakonu… No, a Agnieszka…

Resztę dopowiadam w myślach, bo Bernard… Nie zrozumiałby? Nie chcę być okrutna. Nie w tej chwili. Bo jest jeszcze ktoś. Bernard to przeczuwa. Wie, ale nie chcę z nim o tym rozmawiać.

Marek. I będzie Marek. Mój Marek. Ten sam, co wtedy, ale nie ten sam. Nie taki sam. Lata pewnie położyły na nim cień. Może zapomniał. Może nie pamięta nawet tego, co było. Szczęśliwy, żonaty, z wielkim tłustym brzuchem. Łysy!

Tak. Marek powinien być łysy. Za wszystko, co mi zrobił. Za wszystko, czego nie zrobił.

*

Wiadukt. Kamień szary, ciemny i zimny. Tory pod moimi stopami i tyle możliwości. Stałam tam jak otumaniona tym, co mi się przytrafiło. Okrucieństwem, na które skazało mnie życie. Stałam i wyłam. Moje krzyki, cichnąc, spadały na ulicę, na zadarte głowy tych z dołu.

— Nie!!! To nie może być prawda — krzyczała każda iskierka mojej duszy i mojego ciała. I to był jeszcze gorszy ból. Gdybym mogła, udusiłabym się własnymi rękoma, wydrapała z siebie znamiona nieszczęścia do żywej krwi. Rzuciłabym w proch na ziemię i wdeptała w kamienie. W piach. W piach. Pazurami rozdarłabym, rozorała.

Czekałam na pociąg. Powinien był nadjechać i ułatwić mi decyzję.

Nie nadjechał. A ja tkwiłam tam rozdygotana. Niezdolna skoczyć. Niezdolna polecieć. Przywiązana do życia jakąś niechcianą nicią. Do Marka.

Bo prawda była jedna. Marek.

I nie skoczyłam. Nie zrobiłam nic. Wróciłam do domu… Spakowałam do plecaka dwie pary spodni, jakąś koszulę, majtki…

Ale to nie było tak. O tym, że wyjadę, wiedziałam od dwóch tygodni. Miałam już nawet paszport. Nie wiedziałam tylko, że wyjadę nie sama.

A teraz wracam.

Znów zobaczę to miasto… Będę patrzeć w twarze tamtych ludzi. W każdej z nich będę szukać cieni przeszłości… W każdej będę szukać znajomych oczu i ust. Będę się zastanawiać, czy przechodzący obok chłopiec nie jest synem Marka. Czy idąca drugą stroną ulicy dziewczyna nie jest córką jednej z koleżanek z klasy, dzieckiem kogoś, kogo kiedyś znałam…

Będę chodzić po tamtych ulicach. Czy się zmieniły? Moja tęsknota za tym miastem ubrała je w piękne barwy. Ale jak można tęsknić za miastem?

Tęskni się za ludźmi, za młodością, za czymś straconym, zgubionym, za miłością. Ale za miastem?

Czy się zmieniło?

Nie można przecież tęsknić za chodnikami czy za ścianami domów. A za drzewami? Też nie, nie można tęsknić za łabędziami w parku… Można.

Dźwięk telefonu przywołał mnie do rzeczywistości.

— Zaraz. Zaraz. Kto mówi?

— Jak to kto? Ja, twoja matka! — głos zza oceanu tak ostry i skrzekliwy, jakby siedziała tuż obok mnie. Ona, łącznik obu światów, ona stamtąd i stąd, ona jedna, która tak jak ja wie i to, i tamto, choć nie wie nic. Zna każdy kamień tu, i każdą ulicę tam. — No i jak tam podróż sentymentalna?

— Jako tako. Zresztą, dlaczego zaraz sentymentalna? Dobra. O co chodzi? Nie dzwonisz chyba, żeby mi powiedzieć dzień dobry? — dla niej też bywam przykra, ale tylko zapobiegawczo.

— Nie…

— To o co chodzi?

Matka chyba się zawahała, bo na chwilę zapadła denerwująca cisza. Taka cisza może obiecać wszystko. Obiecać i przepowiedzieć, bo obietnica to coś dobrego, a ja nie spodziewałam się usłyszeć niczego dobrego.

— Właściwie nic. Tylko wczoraj, to znaczy przedwczoraj po twoim wyjeździe… — matka usiłowała coś powiedzieć, nie mówiąc niczego.

 

— No wyduś wreszcie — warknęłam prawie, bojąc się, że zaraz zaczniemy podchodzić do lądowania i trzeba będzie wyłączyć telefon. Albo że to, co ma mi do powiedzenia, jest zbyt straszne.

— Dzwoniła Baśka, bo to była chyba Baśka, nie przedstawiła się, ale… — głos mojej matki zadrżał nagle. Mnie pociemniało w oczach. Nagle coś zaczynało się dziać, coś, co dawno pogrzebałam, dosłownie i w przenośni.

— I co mówiła? No i skąd miała mój numer… — z wrażenia zaschło mi w gardle.

— Co mówiła? Coś jakby… Nadchodzą umarli… Albo coś w tym rodzaju.

— Co? — oniemiałam. Nagle zrobiło mi się słabo, poczułam w ustach ziarenka piasku i słonawy posmak krwi…

Piasek i krew, nadchodzą umarli…

— Co? — zapytałam jeszcze raz. — Kto nadchodzi?

— Piasek i krew, nadchodzą umarli — powiedziała matka powoli i wyraźnie. — A potem powiedziała, że Michał wrócił, i że się boi. Tyle, ale na mój rozum to coś z nią było nie tak…

— Mamo, powtórz jeszcze raz. Kto wrócił?

— Michał.

— To niemożliwe — powiedziałam powoli. — Nie Michał. Nie ten Michał. Ona chyba zwariowała… Zaraz! A może to nie była Baśka? Może to Agnieszka? — zapytałam, nie bardzo wiedząc, skąd matce przyszło do głowy, że to Baśka.

— Mówisz: Agnieszka? Mnie się też tak wydało, ale nie byłam pewna. No i ten głos, nie poznałam… — matka podchwyciła skwapliwie.

Piasek i krew? Michał? Niemożliwe.

On odszedł. Zniknął. Pewnego dnia wyszedł z domu i już nigdy nie powrócił. Szukano go. Zgłoszono nawet zaginięcie i przepytywano ich. Nie wrócił.

*

— No skup się, moja droga, i powiedz, kiedy widziałaś go po raz ostatni?

— Wczoraj. Wczoraj w bibliotece, a potem odprowadził mnie do łabędzi i więcej go nie widziałam.

— Co miał na sobie?

— Ubranie. Normalnie. Spodnie, takie z Peweksu, koszulkę, taką farbowaną. Niebieską. Albo nie: granatową.

— To w końcu jaką?

— Granatową.

— A dziś?

— Dziś nie wiem… Nie widziałam go…

— Zamierzał uciec z domu?

— Nie…

Michał nie uciekłby z domu. Tak mi się wydawało. Nie uciekłby choćby ze względu na matkę. Ale cóż można wiedzieć o drugim człowieku? Niewiele. Wiedziałam jednak, że nie uciekł. Zniknął, ale nie uciekł.

Michał zniknął. Ot tak, jak kamień w wodę, piasek i krew, w mgnieniu oka. Rozpłynął się. Nie mógł wrócić. Nie miał prawa wrócić. Nie wrócił. To nie Michał. Baśka… Agnieszka zwariowała.

*

Była noc, kiedy powiedziano jej, że musi uciekać, że idzie front, Rosjanie. A ona sama… dwoje dzieci, w ciąży i cały dom na głowie, a tu przednówek. O ziemniaki trudno. Z tym wielkim brzuchem prawie pod nosem nosiła węgiel. A Hans na wojnie. Ani jednej wiadomości. Żadnego listu… Czy aby nie ranny? A tu Rosjanie. Noc. Co robić? Budzić dzieci? W nocy? A może się da doczekać rana…

Rano, kiedy jest jasno, do głowy przychodzą jaśniejsze myśli.

Siedziała przy piecu, był ledwie ciepły, ale zawsze coś. I czekała. Co to się na tym świece powyrabiało? Co się powyrabiało? Front? Tutaj? Rosjanie?

Zerwała się. Strzały były coraz bliżej i ta niepokojąca łuna. I ludzie, którzy szli gromadami ulicą obładowani marnym dobrem.

Boże! Za co?

Obudziła dzieci. Johann płakał, mała Suzane też, tyle że była za mała, żeby coś zrozumieć. Ubrała je. Spakowała co cenniejsze drobiazgi. Z pojemnika na herbatę wyjęła resztkę pieniędzy. W oddali było słychać wybuchy. Pojedyncze strzały, serie z karabinów maszynowych.

Ta paskudna wojna, której tak nienawidziła, zbliżała się tutaj, do tego ukochanego skrawka ziemi, do domu, który odziedziczyła po babci, i do jej biednych dzieci.

— Hans! Gdzie jesteś? — krzyknęła z rozpaczą w głosie. — Potrzebuję cię!

Odpowiedziało jej echo wystrzałów.

Nie płakała, kiedy sklep na rogu podniósł ceny mleka, nie płakała, kiedy trzeba było skopać róże, żeby były ziemniaki dla dzieci, nie płakała, kiedy skonfiskowano jej samochód. W końcu rozumiała, co to wojna. Rozumiała, że trzeba poświęceń, ale teraz płakała. Zamykając na klucz drzwi domu, którego miała nie zobaczyć już nigdy w życiu. Płakała. Wiedziała, że ten klucz nic nie da, że to tylko rozwścieczy tę dzicz, że ktoś będzie grzebał jej w szafie, że talerze… te złocone z serwisu… A może by tak?

Ostatkiem sił rozgrzebała kupę piachu, potem zaczęła kopać, głęboko jeszcze głębiej. Powoli wkładała jeden po drugim piękne porcelanowe talerze. Zdobione błękitnymi różyczkami i złoceniami.

Wtedy wpadł jej w ręce drobiazg, pamiątka, głupi kamień, który Hans przywiózł jej z ostatniej przepustki. Był taki brzydki. Paskudztwo! Tfu! Paskudztwo, pomyślała i ze złością rzuciła kamieniem daleko za ogrodzenie na drogę. I po co on przywiózł to świństwo? — pomyślała zła na niego, na siebie i tę całą wojnę.

Potem, nie przykrywając ich niczym, zaczęła zasypywać ziemią cenne talerze, filiżanki, półmiski, garść po garści, łopata po łopacie. Ziemia jest dobra…

Zakopała, pochowała przeszłość. Obok płakały dzieci, prawie sine z nocnego zimna. Kiedy zaklepała łopatą ten kopiec wilgotnej ziemi, poczuła skurcz. Wiedziała. Przy trzecim wie się o wiele lepiej niż przy pierwszym.

Zaczęła rodzić.

*

— …zapiąć pasy, zgasić papierosy, podchodzimy do lądowania…

Takie proste słowa, a przyprawiły mnie o dreszcz. Dreszcz emocji. Polska. Sama nie wiedziałam, jak bardzo za nią tęskniłam. Zresztą, może to nie tęsknota? Bo co, że Polska? Bo w czym ta Polska lepsza? A jednak.

Kiedy dziesięć lat temu matka przyleciała do mnie do Kanady, chłonęłam każde jej słowo. Pytałam nawet o magnolię koło tego domu, w którym mieszkała siostra Anity. Pytałam o park z łabędziami i o Baśkę, o glinianki za Bobrem, o kino Wenus… Tak, tak się chyba nazywało, i o ten stary park koło urszulanek. Nie pytałam o Marka. Był między nami, i ja, i ona wiedziałyśmy, że czekam na każde słowo, każde wspomnienie o nim.

Nie pytałam, choć bardzo chciałam wiedzieć, nie, czy się ożenił, chciałam wiedzieć, że się nie ożenił, że cierpi, że każda jego myśl, każde jego słowo, każdy gest jest przepojony cierpieniem, tęsknotą za mną. Chciałam wiedzieć, że czeka… Że jest tam, że mogę wracać. Kiedyś, kiedy będę chciała albo już jutro. Albo nigdy. Ale chciałam wiedzieć, że mogę, że mam po co. Chciałam mieć wybór.

— Marek wstąpił do wojska…

— Co?! — myślałam, że się przesłyszałam. — Co? — zapytałam jeszcze raz.

— Do wojska. Na zawodowego.

Marek wstąpił do wojska? Ten człowiek nie miał honoru. Nie on, nie! A jednak wstąpił…

— Bernard? Czy ty byłeś w wojsku? — zapytałam znienacka, aż podskoczył. Zaczytany w „Warsaw Voice” usiłował od razu wejść w swoją rolę, wszystko wiedzieć, wszystko rozumieć i zawsze mieć swoje zdanie.

— Oczywiście, że byłem. Jak każdy porządny…

— Niemiec? — zapytałam zgryźliwie, wściekła na to, co powiedział.

— Nie! Nie Niemiec, mężczyzna! — odpowiedział spokojnie, jakby nie zauważył zaczepki. — Wojsko to dobra szkoła charakteru!

— Uhmm — odpowiedziałam.

— Masz coś przeciwko wojsku?

Trafiony zatopiony.

Znów wokół siebie zobaczyłam krew. Ciemną, prawie czarną. I poczułam ból. Ból, którego nie da się zapomnieć. Strach przyspieszył mi oddech. Zadrżałam. Znów krew. I strach, i krzyk. Jak wtedy…

I jeszcze raz, i jeszcze raz, i coraz więcej krwi i ich dzikie oczy. Patrzą. I jego oczy. Boi się. Nie robi nic. Nie ucieka, krzyczy. Teraz on. Baśka leży. Agnieszka, O Boże, teraz ja…, znowu ja…

— Tak. Mam wiele przeciwko wojsku. Zresztą, to nieważne. Nieważne. Ciekawe, jak wyglądałeś w mundurze?

— Całkiem dobrze… — wzruszył ramionami.

*

— I jak ci się podoba Warszawa? — pytam, choć wiem, że Warszawa nie mogłaby się mu podobać, nie jemu… Choć może z grzeczności powie coś miłego, skłamie.

— Rozkopana, a poza tym Starówka jest OK…

— Wiesz, że Niemcy zniszczyli ją w… — szukam w głowie w ilu procentach, obok słyszę westchnienie.

— Niemcy? Niemcy, czyli ja? Tak? Po to mi to mówisz?

Tym razem nie ma racji.

— Nie, Niemcy, czyli Niemcy. Hitlerowcy — jedziemy obrzeżami Warszawy w kierunku na Wrocław. Wynajęty, sama nie wiem jakim cudem, samochód wygląda dobrze i zachowuje się przyzwoicie. Bernard nareszcie ma zajęcie dla rąk, ja zapatrzona w migające przydrożne drzewa tylko czasem wracam do rzeczywistości.

Chciałabym zapamiętać każde z nich. I tę pokurczoną wierzbę, którą widać już tak rzadko, i brzozę. I ten dąb, i te krzaki, i zakręt, zza którego wyskoczył zając. Chciałabym zapamiętać i zabrać ze sobą, ale nie umiem. Za chwilę zapomnę i drzewa staną się drzewami. Nie kolejnymi, konkretnymi drzewami, ale jednym wielkim, dobrym na każdą okazję, choć tak naprawdę nieistniejącym. Chciałabym zapamiętać, tak jak pamiętam tamte wielkie rozłożyste czarne świerki za oknem domu, w którym mieszkałam. Patrzyłam na nie przedtem i potem. Potem nienawidziłam ich za to, że ich tam nie było. Że stoją i patrzą, i widzą, a nie robią nic. Tak jak Marek i Jacek. Bo Michał…

Michał już wtedy nie żył… Piasek i krew. Nie mogą nadchodzić umarli. A Michał umarł.

Już wtedy. Tak bardzo go za to znienawidziłam, za to, że wtedy, za to, że właśnie tam, za to… za to, że to zrobiliśmy. Za skarb, za wszystko.

*

Znaleźliśmy go na cmentarzu. Był brzydki, kamienny i nie należał do nikogo, bo to był ten poniemiecki cmentarz na górce, ten za tym żydowskim, potem zaoranym i zamienionym na park. Gdzie się podziały te płyty nagrobne? Na niektórych były daty. Sto, dwieście, trzysta lat, pewnie były cenne.

Cenne w ten szczególny sposób, cenne, bo opowiadające historie, cenne, bo coraz ich mniej. Cenne.

Ale pewnego dnia wróciliśmy tam i nie było ani jednego kamienia, ani płyty. Był tylko park.

— Ani jednego krzyża…

— To żydowski cmentarz, kretynie! Tu nie ma krzyży!

I poszliśmy dalej, na niemiecki. Pomniki z czarnego marmuru, złote gotyckie litery. Marmur wyślizgany, wypieszczony, jak ten na pomniku generała Kutuzowa.

Dziwny to był cmentarz. W niczym nie przypominał innych cmentarzy. I nawet nie był tak bardzo zaniedbany. Był jakiś taki… niewielki, pełen starych drzew. Ładny, o ile cmentarze mogą być ładne.

To tam znaleźliśmy tę kamienną płytę. Nie płytę. Płaskorzeźbę?

— Nie wolno niczego zabierać z cmentarza! To przynosi pecha — Baśka ostrzegła nas lojalnie, choć jej oczy także śmiały się do znaleziska.

— To nie jest cmentarz. To niemiecki cmentarz! — odpowiedzieliśmy prawie chórem, tak jakby to zmieniało stan rzeczy. Dla nas zmieniało.

Niewielka kamienna płaskorzeźba stała się naszą własnością.

Z zamyśleniem dotknęłam ręką piersi. Był tam. Oprawiony w srebro okruch kamienia, przypominał mi, jak łacińskie memento, o tym, co się stało. Tylko to, co przypominał, już nie istniało. Przyjaźń. Miłość. Młodość… Odeszły.