Klątwa utopców

Tekst
Z serii: Babie lato #18
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Klątwa utopców
Klątwa utopców
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56,85  45,48 
Klątwa utopców
Klątwa utopców
Audiobook
Czyta Magda Karel
27,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– W sumie racja, kiedyś znajdowało się tu sanatorium.

– Dla wariatów? – Filip zbladł jak papier.

– Ależ skąd. Dla nerwowo i psychicznie chorych, dopiero potem zrobili z tego szpital, ale na krótko...

– Przecież nie musimy tu mieszkać? – Dagmara popatrzyła na kobietę z nadzieją, która niestety bardzo szybko zgasła.

– Musimy! – powiedziała twardo pani Stasia. – Ale kuchnia jest prawie całkiem w porządku, jeden salon, ten dolny też, i pokoje na parterze są zdatne do użytku, tylko korytarz trochę zagracony, no i góra. Tam lepiej nie chodzić.

Z jednego z pokoi wybiegła Kinga i rzuciła się Dagmarze na szyję.

– Dobrze, że jesteś, hm... jesteście – powiedziała niepewnie. – Razem będzie nam raźniej, trochę tu dziwnie nocami...

– Kinga, kochana! Jak dobrze, że u ciebie wszystko w porządku. – Dagmara się ucieszyła, po chwili jednak spoważniała. – Co to w ogóle ma znaczyć? Dlaczego... Jakim cudem... Dlaczego nie zostałaś w Kraśniku?

– Twój dziadek mnie prosił. Powiedział, że to ważne. Że muszę mu pomóc cię tu ściągnąć, bo od tego coś zależy, jakaś ważna sprawa!

– I ty się zgodziłaś? Uwierzyłaś mu? Zwariowałaś?!

– No wiesz... Twój dziadek jest rozsądny...

– Jasne! I co niby ci powiedział? Co to za ważna sprawa? Dokładnie!

– Dokładnie to powiedział, że nie może mi nic powiedzieć, ale to wszystko dla twojego dobra.

– Boże! Kinga, ty naiwniaczko... I co teraz? Zostajemy? Wracamy?

– Mamy tu zostać! – odparła twardo Kinga. – To konieczne!

– O, co to, to nie! – odezwał się Filip kategorycznie. – Nie ma mowy. Pal licho dziadka, sam się znajdzie. Jest dorosły. Chciałaś uratować Kingę, okej. Znalazłaś ją i misja zakończona! Ten dom, tfu, nie dom, to coś to istny koszmar!

– Przestań, Filip – mruknęła Dagmara. – To nie takie proste... Sam wiesz, że mama...

– A, jasne! Olała cię i pojechała do Turcji!

– Daj spokój, idioto – odezwał się Michał z dezaprobatą. – Jak możesz tak mówić? Nikt nikogo nie olewał. Pani Rogalska też ma prawo do odpoczynku.

– Znasz moją mamę? – zapytała niepewnie Dagmara.

Michał jakby się spłoszył.

– Nie, oczywiście, że nie, ale pomyślałem, że... No wiesz...

Dagmara popatrzyła na niego życzliwie, udając, że dała się nabrać na te mętne tłumaczenia. Coś tu się nie zgadzało, to był jakiś przekręt, jakaś afera, kłamstwo szyte grubymi nićmi.

– A jak ty się stąd do Warszawy dostaniesz? – zapytał złośliwie Filip. – Zdaje się, że mówiłeś o jakichś praktykach...

Michał wcale się nie przejął.

– Teraz mam wolne, przez pół dnia kombinowałem w Zwierzyńcu, jak to załatwić, i udało się! Zostanę z wami, oczywiście dołożę się do wyżywienia, to jasne!

Andżelika nie wiedziała, co powiedzieć.

– Ja bym też została. Dom jak dom, trochę przerażający, ale co tam... No i jak ten dziadek się znajdzie, to może weźmie mnie do opieki, tyle że nie mogę się dołożyć do żarcia. Forsy nie mam, ale chętnie pomogę, posprzątam, ugotuję, kozę wydoję...

– Kozę? Oszalałaś? Skąd weźmiesz kozę? – odparł Filip, rechocząc, ale pani Stasia popatrzyła na niego prawie z politowaniem.

– Jasne, że mamy kozę! – oświadczyła, uśmiechając się do Andżeliki.

„Ja chyba śnię – pomyślała w popłochu Dagmara. – To nie ludzie, tylko demony, kosmiczne roboty, zombie albo inne duchy... Wszystko robi się coraz dziwniejsze. Może te stwory zjadły już dziadka, a teraz chcą pożreć mnie i Filipa? Na deser?”. Nie wiedziała, co zrobić. Zostać tu i zmarnować tę resztkę wolnego czasu, która jej jeszcze została? Właściwie nie miała wyjścia. Nie mogła wrócić do Warszawy. Cała sprawa z kluczami śmierdziała na odległość, bo na pewno nie zostawiła ich w domu przez przypadek, nie była tak roztargniona jak Kinga, ale fakt pozostawał faktem, domowa forteca pozostawała dla niej niedostępna. Wyważanie drzwi i zmiana zamków nie wchodziły w rachubę, a Słodków? W tej chwili dom dziadka nie jawił się jako specjalnie bezpieczne miejsce, zresztą co za różnica? Tam wieś i tu wieś... Przez chwilę myślała o tym, by na czas całego zamieszania zatrzymać się z Kingą u Filipa, ale dwupokojowe mieszkanie jego rodziców zupełnie się do tego nie nadawało.

Z oddali, gdzieś z góry, zwielokrotniony pustką korytarza dał się słyszeć przeciągły pisk.

– Co to, do cholery, było?! – zawołał Filip z przerażeniem w głosie. – Boże kochany!

– Spokojnie – mruknęła Kinga. – To tylko Precel.

– Dog dziadka – wyjaśniła Dagmara. – Jak wlezie na fotel, a kocha to najbardziej na świecie, to te wielkie łapska zawsze jakoś mu się zasupłają i trzeba go rozplątywać, bo inaczej zaczyna strasznie wyć.

Dziewczyny pobiegły na górę. Widok, jaki ukazał się oczom Dagmary, był przerażający. Bure ściany, poniszczone drzwi i powybijane okna robiły koszmarne wrażenie. W jednym pokoju odnalazły Precla, rzeczywiście potężnie zapętlonego. Mimo że miał tylko cztery łapy, wyglądał jak wielki grafitowy pająk, który właśnie został zaatakowany przez krwiożerczy fotel. Chude i kościste kończyny sterczały na wszystkie strony i nie wiadomo było, od której zacząć, żeby uwolnić zwierzaka z tej przerażającej pułapki.

Po chwili ze schodów, dysząc, tupiąc i sapiąc, zbiegł...

– Kucyk? – jęknęła Andżelika.

– Nie – mruknął Filip. – Kucyki są mniejsze!

Szybko odsunął się pod ścianę, widząc, jak ogromny rozpędzony pies szarżuje wprost na niego.

– Weźcie ode mnie to bydlę! – pisnął, jak, nie przymierzając, panienka.

– Precel, daj spokój – westchnęła pani Stasia.

Zwierzak zatrzymał się posłusznie, rozejrzał po korytarzu i powoli, systematycznie zaczął obwąchiwać stojących. Nikt nie drgnął. Po chwili pies wszedł dostojnie do jednego z pomieszczeń.

– To nasza kuchnia – objaśniła pani Stasia.

Precel z łoskotem zwalił się pod stół.

– Trzeba uważać, bo już raz go przewrócił – powiedziała pani Stasia niespecjalnie przejęta. – Czyli postanowione. Zostajecie. Co rano przychodzi tu taka jedna baba ze wsi i druga do sprzątania. Ma na imię Krycha, nic do niej nie mam, ale trzeba na nią uważać!

– Dlaczego?

– No cóż, ostatnio szukała czegoś w moich majtkach!

– Pani Stasiu! – Dagmara zmartwiała. – Nie interesują mnie takie intymne szczegóły, fuj!

– No, źle się wyraziłam, owszem, grzebała w nich, ale nie miałam ich na sobie! – Kobieta zamilkła speszona.

– Rozebrała panią?!

– Co ty wygadujesz?! – Pani Stasia szybko się pozbierała. – Buszowała w walizce! W walizce z majtkami! A nie powinna. To nie do pomyślenia. – Zamilkła, ale po chwili znów zaczęła, tym razem z innej beczki: – Zrobimy tak. Wszyscy oczywiście śpimy na dole. Wybierzcie sobie pokoje. Są jednoosobowe. Rozpakujcie się. Odświeżcie... Ale mówię wam, ta Krycha kłamie i coś kombinuje!

– Pani Stasiu, niech pani nie przesadza. Wyraźnie miała pani zbyt dużo stresu – oceniła Dagmara, pewna, że właśnie okiełznała bestię. Krycha kłamie? Oczywiście każdy kłamie, pani Stasia jest reliktem przeszłości, a też coś kręci, więc dziewczyna postanowiła się nie przejmować.

Filip nie był zachwycony.

– Ja zupełnie spokojnie mogę spać z Dagmarą – wydukał niepewnym głosem, jakby się bał zostać na noc sam. – Jesteśmy parą.

– Zupełnie spokojnie to ty możesz spać tam, gdzie ci każę – odparowała pani Stasia złośliwym tonem, bez ceregieli przechodząc z chłopakiem na ty. – To nie Warszawa. Tu szanuje się tradycję i pewne zasady!

Szybko uporała się z przydziałem pokoi, zarządziła prace kuchenne, wysłała Andżelikę do sklepu...

– A co do pieniędzy, to nie musicie się martwić. Generał zadbał o wszystko. Mamy lodówkę, prąd, wodę, pomoc kuchenną i pełną spiżarnię. Jakoś damy sobie radę.

Dagmara jeszcze raz poczuła, że coś się nie zgadza. Owszem, dziadek mógłby zadbać o wszystko, ale tylko wówczas, gdyby był jasnowidzem. Filipa powinien przewidzieć. Kingę też, sam w końcu ją tu przywiózł, ale Michał i Andżelika? Ich przecież nie mógł się spodziewać.

– Pani Stasiu – zagadnęła kobietę. – Skąd ten koszmarny pomysł zamieszkania w ruinie? Po co to całe zamieszanie? Po co było mnie tu wlec aż ze Słodkowa? I o co chodzi z tą tajemnicą?

– Twój dziadek dostał jakąś wiadomość i powiedział, że to konieczne, chodziło o jakiegoś jego przyjaciela, tyle wiem – odpowiedziała pani Stasia wymijająco. – Przecież dzwonił do ciebie, sam ci mówił...

– Tylko że nic nie powiedział – obruszyła się Dagmara. – A ty, Kinga? Dlaczego, do cholery, wyłączyłaś telefon?

– Bo... tak wyszło, musiałam, najpierw pies zeżarł mi ładowarkę, a potem Adam... Nie chcę o tym gadać! – odparła dziewczyna i zamilkła z wyrazem zdecydowania na twarzy. – Zresztą przecież dzwoniłam.

– Tak? I co powiedziałaś? Że ktoś cię porwał!

– Musiałam, inaczej byś nie przyjechała! On mi kazał...

– Kto? Dziadek? Kazał ci powiedzieć, że cię porwał, a ty oczywiście go posłuchałaś. To jakieś kretyństwo! I po co to było?

– Hm, już mówiłam, dla twojego dobra – mruknęła Kinga, wzruszając ramionami.

– Pani Stasiu... Proszę natychmiast... Żądam...

– Możesz sobie żądać – odburknęła kobieta. – I tak ci nic nie powiem! Sama nic nie wiem.

Mimo wrodzonej prawdomówności pani Stasia nie miała wyjścia. To było coś jak kłamstwo pod przysięgą. Przyrzekła Generałowi, że nic nie powie, i zamierzała dotrzymać słowa, zresztą jej wiedza była ograniczona.

*

Minęło sporo czasu, zanim wszyscy, choć wyraźnie niechętnie, jakoś się rozlokowali. Pokoje okazały się w miarę przyzwoite, ale cała reszta przyprawiała o dreszcze. Może zresztą w tej ruinie nie kryło się nic niezwykłego, ale fakt, że wcześniej działał tu szpital, i to psychiatryczny, trochę wszystkich przerażał. Tak jakby szaleństwo było zaraźliwe, a jego duch przesiąknął mury i sączył się z nich na mieszkańców.

 

Oliwy do ognia dolała Andżelika. Wróciła z zakupami i zaaferowana wpadła do kuchni z rewelacjami.

– W sklepie mówili, że we wsi znów dzieje się coś strasznego. Że niby utopce wylazły i będą mordować ludzi. No co? – obruszyła się, widząc minę Dagmary. – Ja tam nie wiem, ale jak to opowiadali, to aż strach było słuchać.

– Daj spokój. – Pani Stasia machnęła ręką. – Utopce to pryszcz. Ja bardziej bałabym się miejscowych.

– Co pani?! – oburzyła się dziewczyna. – Ta ruina podobno jest przeklęta i kto tu zamieszka, „rychło gniewu zmarłych doświadczy”. Mówią, że w nocy duchy szaleńców wyją, diabły chichoczą, a dookoła krąży śmierć!

Zrobiło się dziwacznie. Dagmara w duchy nie wierzyła, w diabły też nie za bardzo, ale atmosfera tego miejsca sprawiała, że można było jak najbardziej uwierzyć w czyjeś szaleństwo, i to takie bardziej skrajne, no a od obłędu do krwi na ścianach już całkiem blisko.

Jedynie Michał jakimś cudem nie poddał się makabrycznej atmosferze.

– Głupoty – odezwał się. – Zwykłe bajki. Nie zamierzacie chyba w to wierzyć? Ktoś jaja sobie z was robi i tyle. „Rychło gniewu zmarłych doświadczy”, aha, jasne, to co niby, tu są jakieś upiory? Niemożliwe!

Popukał się wymownie w czoło. Reszta popatrzyła na niego niepewnie. O ile duchy i szaleństwo jakoś jeszcze mieściły się w głowie, o tyle upiory już nie. Bywają dobre duchy i łagodne szaleństwo, ale upiory są wyłącznie krwiożercze!

W oddali dało się słyszeć wiązankę przekleństw i głośne złorzeczenia. Bardzo to wszystkich podniosło na duchu. Brzmiało swojsko i zwyczajnie, nikt przecież nie klnie na upiory, no i co ważniejsze, one same nie używają chyba słów na „k”.

– Walczak! Ja ci nie popuszczę! – wrzeszczała jakaś kobieta, biegnąc za niezbyt trzeźwym mężczyzną, który co chwila zataczał się, padał, klął, wstawał i znowu potykał. – Gadaj, skądeś go wziął, tego dzikiego piesa?!

– Jakiego piesa, Muchowo, ja nie mam piesa, żadniusieńkiego. Dajcie wy mi święty spokój!

– A, jeszcze czego?! Spokoju ci się zachciewa, a dzikiego piesa to znów żeś na moje pole nasłał!

– A to co? – zaniepokoiła się Dagmara, patrząc, jak mężczyzna z wrzaskiem przebiega przed bramą. Za nim pędziła tęga kobieta, klnąca jak stado szewców albo i cały cech z dodatkiem kilku warszawskich taksówkarzy.

– Chyba jakaś tutejsza tradycja – mruknęła pani Stasia. – Oni tak codziennie. Muchowa jakiegoś psa chyba szuka, czy ja wiem? Dzikiego.

Dagmara wymownie popatrzyła na Filipa i o mało nie wybuchnęła śmiechem. Chłopak, obrażony, w ogóle się nie odezwał. Pokręcił się ostentacyjnie po kuchni, a potem zniknął. Wyszedł z domu i wrócił dopiero tuż przed kolacją.

– Dziura jakich mało, zanudzimy się tu na śmierć, nic tu nie ma, zupełnie nic! – oznajmił, siadając do stołu. – Ledwie kilka domów, jakaś rzeczyna, staw i nic więcej.

– Ta, jak mówisz, rzeczyna, to Tanew! – burknęła pani Stasia śmiertelnie obrażona, jakby doznała krzywdy bardzo, strasznie i okropnie osobistej, jakiegoś niedopuszczalnego afrontu i zbezczeszczenia świętości narodowych.

– Tak czy siak, rzeczyna, a to tutaj to wiocha, że aż strach. – Filip powiódł ręką dookoła. – Koszmar. Błoto, krzaki, komary i wiejskie pijaczki.

Przemawiał, jakby pozjadał wszystkie rozumy. Większość jego znajomych była zresztą zdania, że niewiele było do zjedzenia... Jedynie Dagmara wciąż usiłowała sobie tłumaczyć chamskie odzywki narzeczonego i właśnie miała to zrobić, ale nie zdążyła, bo w tym momencie do kuchni wpadł Bestia. Miał zadowoloną minę, w oczach tliły mu się iskierki radości, a ogon w dzikim tańcu obwieszczał wszem wobec, że pies ponownie narozrabiał.

– O, nie – jęknęła pani Stasia. – Na pewno znów coś zwinął! Odkąd nie ma dziadka, trudno nad nim zapanować. Strasznie kradnie!

Bestia ułożył się obok lodówki, wymownie patrząc to na jej drzwiczki, to na siedzących przy stole ludzi, jakby chciał ich zmusić do reakcji. Z miny zwierzaka można było wyczytać, że ktoś szybko powinien zapłacić haracz, bo inaczej będą kłopoty.

– Dawaj to, obwiesiu – westchnęła Dagmara, wyjmując z lodówki kawalątek kiełbasy. – Wiem, wiem, że to niepedagogiczne, ale co mam robić? Muszę mu to zabrać, bo schowa i nawet się nie dowiemy, co to było ani gdzie się podziało... Przy tej liczbie pomieszczeń można by szukać miesiącami! Patrzcie. Telefon. Kto zostawił na wierzchu komórkę?

Wszyscy nerwowo zaczęli się klepać po kieszeniach.

– Jezus Maria! – pisnęła pani Stasia. – To telefon Generała! Jest zakrwawiony...

Spojrzeli na czerwone plamy na pysku Bestii i na aparat. Wyglądał paskudnie, jakby ktoś wyjął go z krwawej kąpieli.

– A gdzie tam zakrwawiony, pani starsza to normalnie ma nie po kolei w mózgownicy! Buraczki! – westchnęła Andżelika. – Zeżarł mi pół miski, kradziej jeden, utarłam do bluzki, żeby była różowa!

– Farbujesz bluzkę buraczkami? – Michał popatrzył na dziewczynę z niedowierzaniem.

– A co, nie wolno?! – odgryzła się Andżelika. – Zresztą odczepcie się od moich buraczków! Zajmijcie się lepiej telefonem, bo wam pani starsza zejdzie na zawał jak nic!

Rzeczywiście kobieta wyglądała okropnie. Była bladosinozielona. Wszyscy oglądali komórkę, podając ją sobie z rąk do rąk.

– Pani Stasiu, co tu się dzieje? – zapytała ostro Dagmara, licząc na cud. Zadowoliłaby się choćby jedną konkretną odpowiedzią, ale się nie doczekała.

– Nie wiem. Nie wiem... Naprawdę nie wiem. Słabo mi... – pojękiwała pytana, wyraźnie nie mając ochoty mówić nic więcej.

– Niech pani zacznie od początku, może to coś da – zaproponował Michał.

– Od jakiego początku? Ja nic nie wiem! Generał wpadł do mnie strasznie zdenerwowany, była tam taka kukła, kazał mi się pakować. Mówił, że to niebezpieczne. Wyjechaliśmy. Nic więcej nie chciał zdradzić. Kazał tylko zawiadomić Dagmarę.

– Czyli uciekaliście? Tak?

– Coś w tym rodzaju. Chyba...

– Chyba?! – oburzyła się Dagmara. – Jak to? Powinna pani wiedzieć, czy pani ucieka, czy nie! – Dziewczyna kipiała wściekłością.

– Generał nie chciał mi nic wyjaśnić – odparła twardo pani Stasia, dochodząc do siebie. – Wyjechaliśmy w pośpiechu, stało się coś ważnego, ale nie powiedział mi co... Ktoś zadzwonił i strasznie wygrażał, że mu nie daruje, że go zabije... Że coś tam mu powyrywa. Gadał jeszcze o Utopcach i o jakimś spadku. Kiedy tylko przyjechaliśmy tutaj, Generał oświadczył, że musimy tu zostać, żeby nie wiem co, i że coś może się dziać, coś paskudnego, ale żeby pod żadnym pozorem nie wyjeżdżać. Zresztą jak? Zabrał kluczyki od land rovera...

– O co chodzi z tym spadkiem? – zaciekawiła się Dagmara.

– A żebym to ja wiedziała! – westchnęła teatralnie pani Stasia.

– I co dalej?

– Nic. To wszystko. No i w nocy rzeczywiście coś się dzieje, a Generał zniknął. Pojechał coś sprawdzić, coś dotyczącego tego spadku, ale co? Nie wiem i nie mam pojęcia, gdzie się podziewa, nie powiedział, dokąd jedzie. Myślałam, że wróci z wami, ale ten telefon? Może go ktoś uprowadził? Uwięził? Porwał?

– Tylko po co?

– Skąd mogę wiedzieć? Może sobie narobił wrogów?

– Handlował czymś? – podsunął Filip lekko rozmarzony. – Może narkotykami?

– Głupek! – warknęła Daga. – O, przepraszam, kochanie, ale to niedorzeczne, dziadek to porządny człowiek! Prędzej któraś z tych jego bab...

– Taki był z niego kogut? – Andżelika uśmiechnęła się z niedowierzaniem.

– Zamknij się, Andżelika! – obruszyła się pani Stasia. – Wam tylko świństwa w głowie! Chodzi o te biedne gospodynie, co je tresował jak rekrutów, któraś mogła chcieć się zemścić! Choć w sumie to mało prawdopodobne.

– Dlaczego? To co, gospodynie domowe nie mają prawa się mścić? Cóż to za dyskryminacja!

– Nic z tych rzeczy, jak chcą, to proszę bardzo, ale Generał nie uciekałby przed byle babą ze ścierką! To musiało być poważne niebezpieczeństwo, prawdziwe! Takie, no...

– Krwawe? – jęknęła Kinga.

– Z nożem w plecach? – podpowiedziała rozmarzona Andżelika.

– A niech wam język kołkiem stanie! – Kobieta się obraziła. – Wy, młodzi, w ogóle nie macie pojęcia, kim jest Generał! To wspaniały człowiek!

„Oho! – jęknęła Dagmara w duszy. – Będzie się działo. Wspaniały człowiek? Teraz nagle wspaniały, a wcześniej co mówiła? Nieodpowiedzialny, szalony, wariat. Wciąż na niego donosiła... Hm, albo pani Stasia ma zaniki pamięci, albo szykuje się jakaś grubsza afera”. Po chwili zastanowienia wybrała pierwszą ewentualność. Afera jej nie interesowała. Wcale, w żadnym wypadku, a tym bardziej krwawa, z nożem w plecach.

Zjedli kolację w niewesołych nastrojach i rozeszli się do swoich pokoi. Andżelika zajęła klitkę obok pani Stasi po lewej stronie, a Kinga i Dagmara dwie sypialnie po prawej. Filip niechętnie udał się do pokoju po drugiej stronie korytarza, a Michał trochę jeszcze pokręcił się po podwórku, dokładnie obejrzał okna i drzwi oraz zamknął drzwi wejściowe, zostawiając psy na korytarzu.

Nie bardzo wierzył w duchy. Sądził, że ewentualne nocne niepokoje to raczej sprawka żywych ludzi, więc wolał się upewnić, czy wszystko zabezpieczono jak należy, choć stan obiektu sprawiał, że było to najzwyczajniej w świecie niewykonalne.

Miał jeszcze coś do zrobienia, o czym nikt nie mógł się dowiedzieć, a do czego potrzebował Bestii. Szalony pies raz już pokrzyżował mu szyki, teraz więc musiał pomóc. Cicho zakradł się do pokoju pani Stasi, kiedy kobieta brała prysznic...

*

Jakąś godzinę później obudziły wszystkich straszne, zduszone, wręcz potworne jęki, odbijające się echem od pustych ścian korytarza.

– Mówiłam! – krzyknęła z nieskrywanym zadowoleniem pani Stasia, wybiegając w szlafroku z sypialni. – Uprzedzałam, że coś się dzieje!

Dobiegające z głębi korytarza odgłosy przypominały kwik zarzynanego świniaka i piski stada przerażonych szczurów.

– Szybko! To gdzieś po drugiej stronie! – wrzasnęła Kinga, biegnąc ciemnym korytarzem.

Z oddali dochodziło narastające i coraz bardziej potworne wycie. Po chwili dało się słyszeć coś jakby dźwięk piły mechanicznej.

Andżelika z przenikliwym piskiem przeskakiwała pozostawione, gdzie popadnie, resztki mebli, za nią pędziły pani Stasia i Dagmara. Pisk dziewczyny powodował drżenie resztek szyb w oknach i zawroty głowy, przez co Dagmara miała ochotę zakneblować ją czymkolwiek, choćby skarpetką.

– Boże! To wyje z pokoju Filipa! – zawołała z niedowierzaniem. – Ktoś go dusi!

Błyskawicznie dopadła drzwi, nie zważając na niebezpieczeństwo. Nic jej nie obchodziło. Ratowanie ukochanego to przecież był jej święty obowiązek. Najświętszy. Otworzyła drzwi.

Filip wył. Coś charczało.

Pani Stasia stanęła w progu niczym niezłomny Rejtan w szlafroku, na szczęście zapiętym pod szyję, ale tak czy siak w jednoznacznie heroicznej postawie.

– Nie wejdziesz tam, Dagmara! – krzyknęła histerycznie. – On może być nagi!

– Albo martwy! – sapnęła dziewczyna wściekle.

– Nie, nie dałby rady tak wyć – trzeźwo oceniła Andżelika, wzruszając ramionami. – Normalnie trupy to cichsze są.

Pani Stasia zajrzała do pokoju, jakby się bała, że Filip jest nie tylko goły, lecz także poćwiartowany.

– Kretyn! – prychnęła, cofając się, ale po chwili znów wsadziła głowę do środka i wrzasnęła na chłopaka: – No wiesz co?! Chyba oszalałeś, żeby nas budzić po nocach z takiego powodu! Co z ciebie za chłop?

– Chłop, nie chłop, ale ktoś go morduje! – jęknęła Dagmara już mniej pewnie.

– Morduje, zaraz morduje... To Precel się tylko zapętlił, biedaczek! Chciał się położyć, zapomniałam powiedzieć, że on tu sypia. Chodź, piesku, cicho, cicho. Ale trzeba przyznać, że warczy pięknie, jak piła mechaniczna...

– A swoją drogą, gdzie Michał? – zapytała nagle Dagmara, zorientowawszy się, że chłopaka brakuje wśród zgromadzonego towarzystwa.

– Nie ma go – powiedziała Kinga, której dopiero teraz udało się dotrzeć pod pokój Filipa. – No co? Zajrzałam. Pewnie gdzieś poszedł.

– W nocy?! – zbulwersowała się pani Stasia. – Zaglądałaś do niego w nocy? To niedopuszczalne!

– Tak, wiem. Mógł być nagi! – odparła Kinga złośliwie. – Pani Stasiu. To dla mnie nie problem. Widziałam już kilku nagich facetów, w tym paru całkiem nieźle zbudowanych.

Pani Stasia spłoniła się jak pensjonarka i o mało się nie przeżegnała. Dziewczyny popatrzyły na siebie i bezgłośnie parsknęły śmiechem, widząc to święte oburzenie.

 

Filip był wyraźnie obrażony.

– O, co to, to nie! Nie będę tu spał! – krzyknął. – Mowy nie ma! Ani chwili dłużej! Ja nie sypiam na psich posłaniach! Jak mogliście mnie tak potraktować?! Przecież to niehigieniczne... I ta cała sierść! Mogę dostać jakiejś choroby odzwierzęcej!

– Precel jest zdrowy! – mruknęła Dagmara. – Nic ci nie będzie!

Wielka romantyczna miłość do Filipa wcale jej nie przeszkadzała mieć go czasami dość. Szczególnie ostatnio. Zaczynał ją denerwować, nie żeby zaraz strasznie, okropnie czy coś. Tylko raz czy dwa miała ochotę go udusić albo przetrącić czymś ciężkim, ale oczywiście z miłości.

– Trudno, przenieś się gdzie indziej. Weź pościel, ale ostrożnie, nie wszędzie mamy światło.

Filip zwinął kołdrę, poduszkę oraz prześcieradło i z utyskiwaniem powlókł się do pokoju obok. Z trudem rozłożył wszystko na łóżku i obraził się na całe towarzystwo.

Umiał się obrażać w taki sposób, żeby niczego nie tracić, wywoływać poczucie winy u wszystkich dookoła i dostawać to, czego chce. Umiejętność tę doprowadził przez ostatnie kilka miesięcy do perfekcji, bo Dagmara, zapatrzona w niego jak w obrazek, na wszystko mu pozwalała.

– Nie chcę waszej herbaty! Chcę spać! – odpowiedział, kiedy zaproponowano mu zadośćuczynienie za straty moralne.

– Dziwny jakiś ten twój narzeczony. Obraźliwy, strachliwy, marudny... Całe szczęście, że go kochasz, bo inaczej byś z nim nie wytrzymała! – skwitowała zachowanie chłopaka pani Stasia. – I żeby tak z powodu pieska? Aż wierzyć się nie chce!

Precla z ledwością można było nazwać psem, a już zdrobnienie zupełnie do niego nie pasowało, ale pani Stasia miała trochę racji. Tyle wycia i przekleństw z powodu zwierzaka? To rzeczywiście stawiało odwagę Filipa pod dużym i bardzo zapętlonym znakiem zapytania.

– A gdzie Bestia? – zapytała Dagmara, ziewając.

– Pewnie Michał go zabrał, poszli gdzieś razem. Na spacer może.

– Nocą? – Andżelika aż zakrztusiła się herbatą. – Tutaj po zmroku się nie wychodzi! To nienormalne. No, chyba że po pijaku!

– Ach, wiesz, normalność to rzecz względna – odparła pani Stasia, ale Andżelika nie chciała się z nią zgodzić.

– Co pani opowiada? Spacery nocą po trzeźwemu? To nie tylko nienormalne, to niebezpieczne!

– Pewnie zaraz wróci – mruknęła Daga, też trochę zdziwiona nieobecnością chłopaka.

– No, jak spotka utopce, to raczej nie – skonstatowała Andżelika.

Pani Stasia spiorunowała ją wzrokiem.

*

Spały spokojnie, o ile było to możliwe w tak dziwacznym miejscu. Przywodziło im na myśl stare cmentarze, opuszczone domy szalonych morderców, miejsca spotkań przygodnych, choć niezbyt pogodnych duchów albo psychopatów, lochy mrocznych zamków, gdzie lepiej czułby się Drakula niż współczesna warszawianka.

Dagmarze śnił się mroczny cień z zakrwawioną siekierą, goniący ją po niekończącym się labiryncie pokoi i korytarzy.

Pani Stasia spała o wiele lepiej. Najwyraźniej zdążyła się już przyzwyczaić do niezwykłego lokum, poza tym noc była nadzwyczaj spokojna, jeżeli nie liczyć wrzasków Filipa. Uświadomiła sobie ten fakt z wyraźnym zadowoleniem, ale po chwili radość bezpowrotnie minęła. Z oddali znów dało się słyszeć jęki.

Były inne niż te, które budziły ją co noc. Jakby bardziej przerażone, za to mniej przerażające. Pani Stasia uznała, że to z powodu jasnego już, choć wczesnego jeszcze poranka.

Znów zwlokła się z łóżka i wyszła na korytarz. Po jakimś czasie dołączyła do niej Andżelika i reszta mieszkańców.

– Znów Filip? – zapytała Dagmara z niedowierzaniem.

– A temu co?! – zawołał Michał, przecierając oczy. – Czemu tak piszczy? Zobaczył mysz?

Roześmiał się złośliwie, co nie uszło uwagi Dagmary.

– Ja tam wejdę – zadeklarowała, ale zrezygnowała, widząc pełne zgorszenia spojrzenie pani Stasi. – Wiem, wiem, on może być nagi!

Michał otworzył drzwi na oścież i zobaczył Filipa, wprawdzie nie całkiem ubranego, ale też nie nagiego. Chłopak siedział skulony pod oknem, zawinięty w kołdrę. Jęczał.

– Ja, ja, ja... Jak mogliście mi to zrobić? To nękanie! Mobbing! Znęcanie się psychiczne nad bezbronnym człowiekiem! To pani sprawka, tak? Chce pani, żebym dostał zawału! Kora z Miedzianego Grodu, Kasztelan z Zatrutych Źródeł, Sara z Olkusza...

– Oszalał? – zapytała Kinga niezadowolona, że nie mogła dłużej pospać. – To obłęd, jak nic. Jest tu jakiś lekarz?

– Tuż obok mieszka weterynarz – westchnęła pani Stasia. – W razie czego będzie musiał wystarczyć.

Filip był mniej więcej tak zielony i drżący jak galaretka agrestowa.

– Kazaliście mi spać w kaplicy cmentarnej? Ze zmarłymi wariatami?

Dopiero teraz rozejrzeli się po pokoju. Rzeczywiście na półkach i półeczkach wybitych w ścianach stały niewielkie pojemniki, też jakby kamienne. Nie były przerażające, ale jednoznacznie kojarzyły się z miejscem ostatniego spoczynku.

– Spałem ze zwłokami? – Filip robił się coraz bardziej blady.

– A gdzież tam! To tylko urny! Tu nie ma żadnych zwłok, tylko prochy!

– A to, to co? Niby nie zwłoki? Ci wszyscy ludzie? Przecież żywi nie są?

– To tylko psy i konie. Dawny właściciel urządził to miejsce, chyba dlatego że nie ma w pobliżu specjalnych cmentarzy dla zwierząt. Nie chciał ich wyrzucać na śmietnik. Ty jesteś jakiś koszmarnie przewrażliwiony, zresztą sam sobie wybrałeś pokój! Zapomniałam powiedzieć o kapliczce... No, po prostu wyleciało mi z głowy.

– Spałem w kaplicy? Cmentarnej? Nie zostanę tu ani chwili dłużej! Wy jesteście jacyś nienormalni! Świątynia dla psów! No kurczę... Odwala wam!

– Licz się ze słowami – burknął Michał.

– To weź sobie inny pokój – poradziła Kinga. – I nie przesadzaj! Też mi problem. Kaplica... Coś ty taki? Boisz się?

Filip aż się zaczerwienił. Jak każdy tchórz najbardziej bał się nazwania swojej słabości po imieniu.

– Oczywiście, że nie! Są tu jeszcze inne tego rodzaju atrakcje? – zapytał, udając obojętność, ale nie za bardzo mu to wyszło. – Rzeźnia? Prosektorium? Pokój straceń? Może izba tortur? Znowu mnie gdzieś wpakujecie?! Lepiej prześpię się na korytarzu!

– O matko, przecież nie brakuje tu miejsca... – Michał wzruszył ramionami.

– A ty gdzie się podziewałeś w nocy, co? – zapytała Dagmara, dopiero teraz przypominając sobie o nieobecności chłopaka. – Martwiliśmy się, wiesz...

– Nie mogłem zasnąć – odparł, ziewając. – Wziąłem psa na spacer.

– W nocy? – zdziwiła się dziewczyna.

– Oj tam – mruknął, nie chcąc wdawać się w dyskusję, i uciekł do swojego pokoju.

Rano, czyli właściwie niedługo potem, Dagmarę obudziły łomoty i stuki dochodzące z kuchni. Zwlokła się z łóżka ledwie żywa.

– Znowu Filip?

– Nie, to Kusiakowa. Sprząta tutaj, gotuje... Kręci się po domu. I jest okropna. Ta baba to koszmar! Czy ona zawsze musi budzić nas o szóstej? – jęknęła Kinga, wychodząc ze swojego pokoju.

– Myślałam, że ktoś rozwala ściany!

Znów dobiegł je przerażający łomot.

– Może tłucze kotlety? – westchnęła Kinga z rozmarzeniem.

– Chyba że stalowe! Ten huk zdecydowanie nie pasuje mi do kotletów. Czy ona nie może zachowywać się ciszej?

– Nie, ale głośniej zdecydowanie tak – zapewniła Kinga. – To baba z piekła rodem i z mózgiem inkwizytora. Moher do kwadratu. Trzeba na nią uważać.

W tym momencie dał się słyszeć złowrogi wrzask. Potem dotarły do ich uszu pluski, tupanie i złorzeczenia oraz kilka kwiecistych wiązanek, zakończonych pospiesznym: „amen!”.

Po chwili rozległ się pełen satysfakcji basowy głos:

– Ryja nie miał! Dziabuł jeden! Ubiłam dziabuła!

Dziewczyny popatrzyły na siebie zdziwione. Z kuchni dochodziło teraz głośne sapanie.

– A masz!

Łup. Metaliczny, potwornie głośny dźwięk wywabił na korytarz również panią Stasię. Ona też nie miała ochoty wchodzić do kuchni.

– A masz! – Kolejne łup. – Nie uciekniesz mi! Zaraz mnie popamiętasz! Więcej łypoł nie będziesz na porządnych ludzi, dziabule jeden!

– Co ona tam robi? – zapytała zachłannie Dagmara, bojąc się zajrzeć do pomieszczenia.

– Pewnie znowu coś zabija. Ona z tych skrajnie bogobojnych. – Pani Stasia trochę speszona wzruszyła ramionami. – Zawsze sobie coś znajdzie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?