Klątwa utopców

Tekst
Z serii: Babie lato #18
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Klątwa utopców
Klątwa utopców
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56,85  45,48 
Klątwa utopców
Klątwa utopców
Audiobook
Czyta Magda Karel
27,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Miała białe kozaczki, kolorowe paznokcie z klejnocikami, ostry i błyszczący makijaż, przerażający neonowym różem futrzasty kubraczek, srebrną bluzeczkę i minispódniczkę, która bardziej przypominała opaskę.

– To Andżelika, a to mój kumpel Michał – rzucił Filip, zapraszając parę do samochodu, i włożył ich torby do bagażnika.

– Hejka – odezwała się Andżelika i to było objawienie, jedno z tych, z którymi nikt nie chce mieć do czynienia. – Fajowo, że nas zabrałaś, i ogólnie super, Filip mówił, że jesteś ekstra, że niby trochę zakręcona jak słoik po ogórkach, ale ogólnie w porzo! Nie, Filip? Nie za bardzo wypasiona ta fura, ale zawsze lepsza niż autobus!

– Masz rację – przytaknął Filip łaskawie. – Samochód mógłby być lepszy, ale Daga się uparła, żeby kupić z drugiej ręki.

– Że niby jak z ciucholandu? Ja tam w szmateksach nie kupuję. Wolę dopłacić, zresztą na bazarku są ładniejsze rzeczy i kolory można dobrać, bo ja to różowy lubię najbardziej. I telefon też mam różowy. – Wyjęła z obszytej futerkiem torebki aparat z podobizną Hello Kitty. – Śliczniutki, nie?

– No, nie żartuj! – prychnął Michał, widząc rozbawioną minę Filipa. – Ona to mówi serio! Skoro właśnie taki chce, to czego jej bronisz? Różowy też może być elegancki – dodał po chwili. – Daga, zatrzymaj się przy jakiejś knajpce, może coś zjemy?

Zaparkowali przy stacji benzynowej, jednej z tych lepszych, obok której ktoś postawił całkiem sympatyczną i dość elegancką restaurację.

– Tutaj? – zapytał Filip zawiedzionym tonem.

– Tutaj, kochanie. Nie mamy wyjścia. Jak tak dalej pójdzie, to na miejsce dotrzemy dopiero wieczorem, a ja muszę jeszcze zrobić obiad. Kinga sama sobie nie poradzi, a dziadek musi jeść regularnie – powiedziała Daga przepraszająco.

– Wyluzuj, Filip – odezwała się Andżelika, której lokal wyraźnie się spodobał. – Wyluzuj! Całkiem tu przytulaśnie. – Usiadła przy stoliku, wyjęła telefon i bez żenady zaczęła robić zdjęcia. – No co? Na fejsa wrzucę! Niech psiapsióły zazdroszczą! – wyjaśniła, widząc zdziwione miny całej trójki.

Michał uśmiechnął się zażenowany.

– To co zjemy? – zapytała Daga, przeliczając w myślach swoje finanse. Nie spodziewała się większych wydatków i miała przy sobie niewiele pieniędzy.

– Lody z podwójną bitą śmietaną i owocami! I po koniaczku! – zaproponowała Andżelika. – Albo nie, likierek bananowy będzie lepszy... Nie, nie bananowy, porzeczkowy!

– A ty, Filip, co weźmiesz? Może golonkę z kapustką? – zaproponowała Daga. – Albo schabowego z frytkami?

Chłopak skrzywił się z niesmakiem.

– Tutaj? Nie sądzę, żeby jedzenie było tu dość świeże, no i ten tłuszcz... I kapusta! Brrr... Wolałbym coś lekkiego...

– Nie marudź, Filip! – prychnął Michał. – Wczoraj na imprezie wpieprzałeś schabowe jak małpa kit...

Filip zesztywniał, ale po chwili odparł z godnością:

– To co innego. Tamte były świeże, a nie z mikrofali!

Michał chciał coś jeszcze powiedzieć, ale Filip zmroził go wzrokiem.

Daga jakiś czas temu przekonała się, że u jej chłopaka droga przez żołądek do serca jest wyboista, najeżona pułapkami i cholernie kosztowna.

– Rybkę? – zaproponowała bez entuzjazmu.

– Oszalałaś, kochanie?! Nie wezmę do ust tego mrożonego świństwa! – odparł ostro. – Zresztą już sobie wyobrażam ich menu. Panga to obrzydlistwo, dorsz na pewno będzie suchy, mintaj... Nie... Zjadłbym węgorza, ale pewnie nie mają!

Niestety mieli, a cena przyprawiła Dagmarę o drżenie rąk. Sobie pewnie by odmówiła takiego luksusu, ale dla Filipa była skłonna do wszelkich poświęceń.

Wiedziała, że jak zawsze to ona zapłaci rachunek. Tak jakoś po prostu się przyjęło. Filip nie śmierdział groszem, za to był elegancki, przystojny, czasami nawet zabawny. Daga absolutnie nie przypisywała mu złych intencji. Tłumaczyła sobie, że po prostu dba o zdrowie, i słusznie. Po co jeść tony tłuszczu, po co sobie zapychać żyły cholesterolem? Uważała jego postępowanie za mądre, dobre i godne naśladowania, nie mogła tylko zrozumieć, dlaczego tak ją czasem denerwuje.

– Wiesz, kochanie – powiedział chłopak, zamawiając jeszcze jeden likier dla Andżeliki i koniak dla siebie, bo Michał nie miał ochoty pić o tak wczesnej porze. – Jak tylko się pobierzemy, na pewno znajdę odpowiednią pracę i będę utrzymywał nas na właściwym poziomie... Wiem, że ty się starasz, ale sama rozumiesz.

Jasne, że rozumiała. Starała się jak cholera! Bardzo, najbardziej na świecie, ale po prostu nie wychodziło. Może dlatego, że on był księciem z bajki, a ona niestety miała marne kwalifikacje na księżniczkę. Pracowała dorywczo to tu, to tam, w szkołach językowych, biurach i sekretariatach, czekając na obiecaną stałą pracę na uczelni. Wkrótce miała ją dostać, ale zarobki nie zapowiadały się specjalnie dobrze, w każdym razie nie tak, jak by chciała.

Pozostała część drogi minęła dość spokojnie, nie licząc słowotoku Andżeliki i złośliwych reakcji Michała.

Nowa znajoma zachowywała się jak kretynka, co wyraźnie denerwowało Michała i bawiło Filipa. Dagmara miała niejasne wrażenie, że ci troje dość dobrze się znają. Robiła wszystko, żeby nie powiedzieć Andżelice czegoś nieprzyjemnego. Miała jej dosyć. To różowe coś wyraźnie kradło jej chłopaka! Więcej, narzeczonego. Prawie męża. Przecież za kilka miesięcy mieli się pobrać!

Skierowała się na Słodków. „Jakoś się ułoży” – pomyślała. Nie chciała tłumaczyć Filipowi i Michałowi, że co jak co, ale do Warszawy razem nie pojadą. Postanowiła, że załatwi to sam na sam z Filipem. Niech on się teraz tłumaczy! W końcu to jego znajomi.

Kiedy dotarli pod dom dziadka, Dagmara poczuła, że coś jest nie tak. Było zbyt cicho i zbyt pusto.

– Co jest, do cholery? – mruknęła, wysadzając pasażerów i podchodząc do drzwi.

Zamknięte. Klucz, co prawda, jak zwykle leżał pod donicą z pelargoniami, ale nigdzie nie było dziadka i Kingi.

Ani psów.

– Gdzie oni się podziali? – Zdezorientowana skierowała się do domu pani Stasi, nerwowo analizując sytuację. Przecież nie zrobił jej numeru i nie wyjechał... I co z Kingą?

– Pani Stasiu! – zawołała, usiłując zachować spokój. – Pani Stasiu!

Kiedy podeszła do drzwi domu starszej pani, stanęła jak wryta. Całe były czymś umazane. Czymś czerwonym. Miała tylko nadzieję, że to nie krew. Na wycieraczce leżała spora lalka, jakby kukła ze szmat, z której sterczały jakieś igły. Na szyi lalka miała zawiązany powróz.

Daga odruchowo złapała się za serce.

– Tylko tego brakowało! – krzyknęła. – Komuś odbiło czy jak?!

– To jakieś wiejskie voodoo! – stwierdził ze znawstwem Michał.

– Makabryczne! – pisnęła Andżelika. – Okropne!

– I co teraz?! – krzyknęła rozdzierająco Dagmara. – Coś musiało się tu stać! Nie ma Kingi, nie ma pani Stasi...

– Dziadek zwariował, złapał siekierę i już... Stąd ta krew na ścianach – zawyrokował Filip. – Lepiej stąd spadajmy. Wracajmy do Warszawy. Nie mam ochoty na kontakt z niebezpiecznym mordercą.

Nie był specjalnie odważny, dlatego lubił straszyć innych, bo to odwracało uwagę od jego własnych słabości.

Michał zdegustowany pokręcił głową.

– Nie bądź idiotą. To naprawdę paskudnie wygląda, trzeba coś zrobić. Coś tu się stało...

– Boże – jęknęła Dagmara. – A Kinga? Muszę ją odnaleźć. Nie zostawię jej na pastwę...

Nie wiedziała, na czyją lub czego pastwę nie zostawi przyjaciółki, ale wiedziała, że nie i już. Dagmara była zasadniczo lojalna, co nie zawsze się sprawdzało w układach z chłopakami, którzy cenili tę cechę, ale tylko wobec siebie samych.

– Ja ci pomogę – zadeklarował Michał. – Nie zostawię cię samej w takiej sytuacji! Zresztą ta kukła i cała reszta... To wszystko wygląda fatalnie.

– Ja też – szepnęła dotąd milcząca Andżelika, która cały czas dreptała krok w krok za Filipem.

Wszyscy popatrzyli na nią jak na cielaka z dwiema głowami, zastanawiając się, do czego mogłaby im się przydać ta koszmarna różowa zjawa. Dziewczyna zamilkła speszona.

– No co?! – pisnęła po chwili. – Chcę pomóc! Przecież głupia nie jestem!

Litościwie nie zaprzeczyli.

– Chyba zadzwonię na policję – stwierdziła Dagmara, ignorując deklarację Andżeliki. Tylko tego jej brakowało do kompletu nieszczęść...

– Ale ja nic nie zrobiłam! Nie dzwoń! – jęknęła różowa, czerwieniąc się. – Po co zaraz wzywać gliny?

– To nie o ciebie chodzi, chcę zgłosić zaginięcie pani Stasi i pokazać im te drzwi...

– Zgłupiałaś? – Filip też był wyraźnie przeciwny wzywaniu przedstawicieli władzy. – Te bohomazy to pewnie keczup, lalka to wygłup dzieciarni, a pani Stasia jest dorosła, mogła wyjść choćby po zakupy! Albo gdzieś wyjechać!

– Filip ma rację. To nie najlepszy pomysł – stwierdził, aczkolwiek niechętnie, Michał. – Pewnie nic jej się nie stało.

– Fakt – westchnęła dziewczyna niezbyt pewnie. – Ale jeśli ktoś ją zabił?

– Bzdura! – ostro zareagował Michał. – Kto i po co? Nakręcasz się.

Daga po chwili wahania wzięła lalkę w dwa palce, wzdrygając się z obrzydzeniem.

– Zabiorę ją do domu – oświadczyła. – To może być ważny dowód.

– Jesteś wariatką... kochanie – skomentował jej decyzję Filip, dodając ostatnie słowo ze względu na wyraźną dezaprobatę w oczach Michała. – Mamy tu niezły pasztet. Twój dziadek był politycznie uświadomiony czy moherowy?

– Moherowy generał? – Andżelika aż pisnęła z radości. – W bereciku?

Daga powstrzymała odruch wymiotny, choć żądza mordu jeszcze mocniej rozbłysła w jej oczach, ale postanowiła poczekać na bardziej sprzyjające okoliczności. Krzaki, wieczór, bezgwiezdna noc i różowa zjawa zniknie raz na zawsze... Brr... Otrząsnęła się.

 

W tej chwili zadzwonił telefon.

– Co się stało, dziadku?! – krzyknęła do słuchawki. – Gdzie jesteś?! Gdzie Kinga?!

– Mówiłem ci, wyjechałem, ty też musisz, bo... bo coś się stało! Coś strasznego. Nie siedź tam, tylko wsiadaj do samochodu i jedź za nami. To ważne!

– A Kinga? Co z nią, co się dzieje, dziadku...?

Nie dostała odpowiedzi. Miała ochotę gryźć i kopać. Generał przerwał połączenie.

– Boże, nie powiedział, co z Kingą! – wrzasnęła zrozpaczona.

– Porwał ją jak nic – mruknął złośliwie Filip, uśmiechając się wrednie. Wcale nie tęsknił za tą piekielnie złośliwą, choć piękną dziewczyną. Jej zniknięcie bardzo mu odpowiadało.

– A może to ona jego porwała? – zasugerowała Andżelika. Widząc zaszokowane spojrzenie Dagmary, na chwilę umilkła, ale postanowiła brnąć dalej. – No bo wiesz, seks i te rzeczy? To się zdarza nawet w najlepszych rodzinach!

W tej kwestii jednak Dagmara całkowicie wykluczała swoją rodzinę. Dziadek kiedyś z pewnością uprawiał seks, pewnie raz czy dwa, na co dowodem była jej matka. Dziewczynę ten fakt nieco przerażał, więc usiłowała o tym nie myśleć, zresztą to było dawno, ale teraz? Dziadek i seks? To wykluczone. W końcu bycie seniorem rodu do czegoś zobowiązuje!

– Andżeliko, jeżeli jeszcze raz powiesz coś na temat seksu, będę musiała cię zabić – powiedziała, cedząc słowa przez zęby. Miała dość.

– Wiesz, twoje zachowanie to czysta pudernica! – odgryzła się różowa. – Znalazła się cnotka niewydymka, świętsza od papieża!

– Pudernica? Chodzi ci o pruderię! I masz rację, Andżeliko – pochwalił ją Filip, czym wywołał na twarzy Dagmary wypieki złości.

Dziewczyna usiadła zrezygnowana przy stole.

– I co teraz będzie? – zapytała, nie licząc na odpowiedź.

Mimo to ją otrzymała.

– Jakoś sobie poradzimy – pocieszył ją Michał. – Pojedziemy za nimi! Skoro dziadkowi na tym zależy, to trzeba to zrobić.

Na twarzy Filipa pojawił się wyraz niekłamanego obrzydzenia.

– Nie słuchaj go, dziewczyno. – Filip wzruszył ramionami. – To nie ma sensu. Jeżeli dziadek uciekł, to coś się stało i jest niebezpieczne. A w takim razie lepiej trzymać się od tego z daleka. Proste? Proste! Nie chcesz wracać do Warszawy, to zostaniemy tutaj. Poczekamy na rozwój wypadków i spędzimy miło kilka dni...

Znów zadźwięczał dzwonek telefonu. Tym razem odezwała się Kinga. Jej głos wydawał się spokojny, choć to, co mówiła, było bardzo dziwne.

– Dagmara, proszę, błagam, przyjedź tu po mnie.

– Ale po co? Dlaczego? Mów! – krzyknęła Daga.

Na chwilę zapanowała cisza.

– On mnie porwał...

Dagmara nadstawiła uszu. Czy tylko jej się wydawało, że ktoś podpowiadał chyba Kindze, co ma mówić?

– Porwał?

– No tak. Proszę... – Kinga jakby zachichotała.

Dagmara chciała wierzyć, że to był nerwowy chichot.

– Mów natychmiast, co się dzieje! – zażądała.

Znów zapanowało niezręczne milczenie.

– Ojej, telefon mi się... – jęknęła Kinga. – Nie mogę rozmawiać. Przyjeżdżaj jak najszybciej.

Znów dało się słyszeć chichot. Potem dziewczyna się rozłączyła.

Dagmara próbowała się do niej dodzwonić, ale bez skutku. Nie wiedziała, co o tym myśleć.

Dziadek porwał Kingę? To jakaś totalna bzdura! A może ktoś porwał ich oboje? Nie, nielogiczne, ale stało się coś strasznego. Tylko co?

Usiłowała się dodzwonić na oba telefony raz jeszcze, ale nie odpowiadały. Z jednej strony czuła wściekłość, z drugiej przerażenie, ale chyba przeważało to pierwsze. W domu pani Stasi nikogo nadal nie było. Czyżby i ją ktoś porwał? Pojechała z nimi? Dlaczego?

Zdezorientowana Dagmara miotała się po kuchni. Nie miała ochoty robić obiadu, ale musieli przecież coś zjeść. Stanęło na kanapkach, których nikt poza Michałem nie chciał nawet spróbować. Andżelika tak się przejęła sytuacją, że nie była w stanie przełknąć ani kęsa.

Filip znowu stroił fochy. Chleb z jajkiem na twardo najwyraźniej nie spełniał jego standardów.

– Pójdę do sklepu – zadecydował w końcu. – Kupię coś rozsądnego do jedzenia, może jakieś wino...

– Nawet mowy nie ma. Nie będę piła. Muszę mieć jasny umysł. Wy też. W końcu nie wiadomo, co się dzieje.

Michał z aprobatą pokiwał głową.

– Idę z tobą! – krzyknęła Andżelika i pobiegła za Filipem.

– A tej co znowu? – zdziwiła się Dagmara. – Łazi za nim jak różowy kurczak za kwoką!

– Niech łazi, przynajmniej nie będziemy musieli jej słuchać – rzucił Michał ze śmiechem, ale Dagmara nie była zachwycona. Rywalizowanie o Filipa z osóbką o inteligencji majonezu nie za bardzo jej pasowało, ale nie mogła nic poradzić na to, że kwitła w niej zazdrość. Nie łzawa, typu „mój ci on”, ale taka, która rozgląda się za porządną ostrzałką do noża...

*

Dagmara posprzątała w kuchni i przycupnęła na ławeczce pod drzewem.

– Cicho tu, przyjemnie, prawda? – powiedziała do Michała, który usiadł obok niej. Wcale nie była zachwycona spokojem, ale nie wiedziała, o czym ma z nim rozmawiać. – Gdyby nie to całe zamieszanie...

– Wiesz, to wcale nie musi być takie straszne, jak wygląda. Może to zwykłe nieporozumienie? Czy ja wiem? Przenocujmy tu, a jutro coś się postanowi. Daleko jest ten sklep? – zapytał po chwili z nutą niepokoju w głosie.

– Nie, a dlaczego pytasz?

– Bo nie ma ich już od godziny, a robi się ciemno... Może wyjdziemy im naprzeciw, bo wyraźnie się zapodziali...

– Tu nie ma gdzie się zgubić! – parsknęła dziewczyna. – Wszędzie jest o rzut beretem!

– Tym bardziej mnie to dziwi – mruknął zaniepokojony Michał. – Idziemy!

Pospiesznie ruszyli zalesionym poboczem w kierunku sklepu. Z daleka zauważyli jakieś poruszenie i usłyszeli krzyki. Zobaczyli, jak ktoś rzuca się biegiem w ich kierunku, a za nim, piszcząc, biegło coś różowego, potykając się co chwila. Kilka metrów dalej, nieco wolniej i dość chwiejnie, zbliżały się inne osoby.

Z wrzasku, pokrzykiwań i wzniesionych rąk dało się wywnioskować, że ktoś wyraźnie ma ochotę na samosąd.

– Nie powinnam była im pozwolić tam iść! – jęknęła Daga rozdzierającym głosem. – Zawracajmy i biegiem do domu, zanim dopadną i ich, i nas. Skrótem!

Odwróciła się i zawołała do zbliżającego się Filipa:

– Coś ty znów, kochanie, narozrabiał?!

Różowa zjawa, która wyglądała mniej więcej jak rozczochrana Andżelika, nie przestawała piszczeć. Miała poszarpaną kurteczkę i upaprane kozaczki, ale truchtała nadzwyczaj wytrwale.

Pędzili dalej, kiedy nagle usłyszeli za sobą tupot, trzask łamanych gałęzi i krzyki.

– Są za nami! – krzyknął Michał.

– Znają skrót, przecież to tutejsze pijaczki, szybciej!

Daga chciała coś jeszcze powiedzieć, ale Michał gestem dłoni nakazał jej ciszę. Dotarli do domu ostatkiem sił i zabarykadowali się w kuchni.

– Gasimy światła, może pobiegną dalej! – zarządził Michał, ale nadzieja na bezkrwawe rozwiązanie sprawy szybko w nim zgasła.

– Ja ci dam, ty miastowy dupku! Teraz mnie popamiętasz, ty i twoja różowa pindzia! – krzyczał ktoś najwyraźniej bardzo pijany. – Popamiętaaaaasz!

Tupot słychać było coraz lepiej.

– I nogi wam z dupy... – Ktoś czknął głośno. – No, tego, powyłamywamy! O! Dopadniemy cię, bydlaku pieprzony...

Daga popatrzyła na Filipa z niedowierzaniem.

– Coś ty im zrobił? – zapytała.

– Kiedy nic! – odparł Filip z wyższością. – Nawet się do nich nie odzywałem. Mówię ci, odbiło im zupełnie bez przyczyny, dziewczynę zaczęli szarpać, to uciekłem!

Michał popatrzył na Filipa z gigantycznym niedowierzaniem.

– Dziewczynę zaczęli szarpać, to uciekłeś? Taki z ciebie bohater?

– Odczep się! Ja jestem po prostu rozsądny! Co niby miałem zrobić? – Filip obraził się na wszystkich. – Dać się posiekać? To nie w moim stylu!

Pewnie kłótnia trwałaby jeszcze długo, gdyby nie to, że pod domem zapanował nieopisany harmider.

– A wyłaź stamtąd! Wyłaź natychmiast, domu nie podpalim, bo Generałowy, ale czekać możemy i do rana!

– Już późno, a nam się wcale nie chce spać... – zaintonował ktoś, fałszując niemiłosiernie, co wzbudziło okrzyki aprobaty i głośne śmiechy.

– Strasznie to dziwne! – Dagmara pokręciła głową z niedowierzaniem. – Co wyście narozrabiali w tym sklepie?

– Naprawdę nic, tylko rozmawialiśmy – mruknął Filip niezadowolony. – O tym porwaniu i w ogóle... Zastanawialiśmy się, czy przypadkiem ten twój dziadek nie zwariował i nie porąbał kogoś siekierą.

Obok domu awantura trwała w najlepsze. Daga właśnie postanowiła zadzwonić po policję, gdy ze zdziwieniem stwierdziła, że z daleka dobiega głos syreny. Najwidoczniej ktoś postanowił wezwać stróżów prawa, ale awanturnicy zamiast się rozbiec lub ukryć, czego oczekiwała dziewczyna, nadal stali pod domem. Przyjęli bojowe postawy, jakby szykowali się do konfrontacji.

– Do pierdla z nimi! – krzyczeli, wskazując dom. – To jakieś oszusty!

– Do pierdla!

W całym tym gwarze trudno było usłyszeć poszczególne zdania, ale podpici i wściekle przejęci mężczyźni najwyraźniej mieli ochotę na jakiś koszmarny samosąd.

– ...i że wariat! – krzyczał ktoś z pokaźnego i wciąż rosnącego tłumu. – I że udusił...!

– Różowa Pindzia...! Zamordował!

– Ktoś zabił Różową Pindzię, jak rozumiem? – odezwał się bardzo głośno policjant.

– Jeszcze nie – odparło kilka głosów z tłumu. – Ale to da się naprawić!

Reszty już nie usłyszeli, ale zrozumieli, że kilka osób ma na to szczerą ochotę.

Po chwili dało się słyszeć pukanie do drzwi. Otworzyli z wahaniem.

– O co tu chodzi? – zapytał policjant, wchodząc do środka. – Kto wywołał to zamieszanie?!

– Nikt – wyrwał się Filip. – To oni zaczęli nas gonić! Bez dania racji! Naprawdę.

– Jasne. Włamaliście się tu! Zgadza się?

– Nie! To dom mojego dziadka! – jęknęła płaczliwie Daga.

– No, tego, który zwariował – dodała Andżelika.

– Co takiego?! Chyba nie mówi pani o Generale?!

– No właśnie mówię! – pisnęła dziewczyna zadowolona, że ktoś wreszcie jej słucha.

Policjant westchnął i oparł się o drzwi.

– Tak, teraz rozumiem i wcale im się nie dziwię! Nie wolno tak mówić o Generale! To wyście musieli oszaleć, żeby coś takiego opowiadać, i to jeszcze w sklepie, przy... – Funkcjonariusz przerwał oburzony.

– Przy tych pijaczkach? – Filip otworzył oczy szeroko ze zdumienia – Daga, dlaczego nie powiedziałaś, że dziadek jest alkoholikiem?

– Jakim alkoholikiem?! Niech się pan liczy ze słowami, młody człowieku, bo nie ręczę za siebie! Życie panu niemiłe?! Generał to...

– Jakiś tutejszy celebryta! Rozumiem! – krzyknęła Andżelika. – Piosenkarz! O kurczę, nikt mi nie uwierzy, jak opowiem, że miałam dla niego...

– Zamknij się, debilko – warknął Filip.

– Kim, do licha, jest ta pani? – zaciekawił się policjant.

– To Różowa Pindzia – odparli Michał i Dagmara grobowymi głosami, nie zastanawiając się, jak odbierze to zainteresowana.

– Nie piosenkarz? – zapytała dziewczyna z żalem w głosie.

– Nie! Generał! – odwarknęła Dagmara.

– A to znaczy co? To lepiej czy gorzej? – Andżelika wyraźnie nie wiedziała, o czym mówi. – To taki jakby zakonnik? Bo u jezuitów jest generał, babcia mi mówiła.

Słowotok Andżeliki skutecznie zamknął wszystkim usta.

– W każdym razie nie powinien mordować.

– Bo nie mordował! – mruknął policjant, szczerze zdziwiony tokiem rozumowania dziewczyny. – Co wy w ogóle wygadujecie? Odbiło wam? O co chodzi z tym mordowaniem?

– O nic! – krzyknęła Dagmara zdecydowanie.

Andżelika znów spróbowała się wtrącić, ale uciszył ją Filip, za co Dagmara była mu naprawdę wdzięczna. Na wszelki wypadek wolała na razie nie wtajemniczać policji w dziwne zniknięcie dziadka i historię z kukłą.

Funkcjonariusz skierował się do wyjścia.

– Uspokoję ich, ale przez jakiś czas proszę się nie rzucać w oczy, a poza tym doradzałbym ostrożność. Ci ludzie potrafią być nieobliczalni, dziś wam się udało, ale jutro...

Śpiewy i wrzawa za oknem cichły. Przez jakiś czas słychać było jeszcze pojedyncze groźby, ale policjanci skutecznie, choć dość powoli, rozgonili towarzystwo do domów.

A wtedy znów zadzwonił telefon.

– Gdzie jesteś? Dojeżdżacie? – zapytała Kinga.

– Nie, no, siedzę cały czas w Słodkowie. W domu! Nie mam zamiaru nigdzie się stąd... – odpowiedziała gniewnie Dagmara i tym razem w tle usłyszała: „Cholera jasna!”.

 

– Błagam, przyjedź, to ważne – sapnęła Kinga. – Bestia zżarł mi ładowarkę. To konieczne! I pani Stasia...

– Co z nią? I co z dziadkiem?!

Piiip. Piiip. Piiip. Telefon Kingi zapiszczał, sygnalizując rozładowanie baterii. Dagmara nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć. Pozostali tylko się na nią głupio gapili. Przez jakiś czas chodziła po kuchni tam i z powrotem, ale w końcu się poddała.

– Musimy się przespać – zawyrokowała – a rano postanowimy, co dalej. Ty, Filip, śpisz na sofie w salonie, Michał bierze dwa fotele, nie położę cię w pokoju dziadka, bo nie wypada. Andżelice pościelę u Kingi. No, dobranoc. – Udała ziewanie.

Nie miała ochoty na dyskusje, choć spać też specjalnie jej się nie chciało. Andżelika posłusznie podreptała za Dagmarą do sypialni Kingi.

– Bo wiesz... – wydukała wreszcie. Dało się zauważyć, że coś ją trapi. – Bo wy jutro gdzieś pojedziecie, prawda?

– Taaak, pewnie tak – mruknęła Daga na odczepnego, zmieniając pościel.

– No bo ja bym z wami... – zaproponowała z wahaniem dziewczyna. – Może się przydam.

„Jak dziura w moście” – pomyślała Daga, ale nie miała serca powiedzieć tego głośno.

– Bo widzisz, Filip mówił, że znajdę tu pracę, że niby własny pokój i jedzenie...

– Pracę? – Daga nie wierzyła własnym uszom.

– No, u tego dziadka, na opiekę chciałam przyjść, a teraz co ja mam zrobić? Zabierzesz mnie? Może po drodze coś znajdę albo jak ten dziadek przestanie wariować, to mnie weźmie do roboty? Wprawdzie świr z niego, ale nie za bardzo szkodliwy, co? – Ze strachem zasłoniła ręką usta.

Jej słowa rozczuliły Dagmarę. Filip pomyślał o opiece dla dziadka, żeby ona nie musiała sama kogoś szukać. No, no... Smerf Maruda to jednak naprawdę kochany facet! Szczerze ją to ucieszyło. Tylko skąd wiedział o całym kłopocie? Pewnie mama mu powiedziała, choć, hm, zazwyczaj nie rozmawiała z obcymi na takie tematy...

– Ale wiesz – dziewczyna zatrzymała się przy drzwiach – to wszystko jest strasznie głupie!

– Co? – zdziwiła się Dagmara.

– No, wszystko. – Andżelika powiodła ręką dookoła siebie. – Ta ucieczka i w ogóle...

– Tak uważasz? Według mnie to raczej straszne! – Daga oburzyła się szczerze.

– No bo popatrz, skoro oni tak go tu wszyscy kochają, tego twojego Generała, że za głupie gadki w sklepie o mało nie rozerwali nas na strzępy, to czego on mógł się bać? I po co uciekał, przecież ludzie by go obronili, nie?

Głupota Andżeliki nagle wydała się Dagmarze jakoś mniej oczywista.

Dziewczyna zdała sobie sprawę, że Różowa Pindzia jakimś cudem może mieć rację! To tylko pogłębiło jej niepokój, bo albo dziadek coś kombinował, czego nie dało się wykluczyć, albo naprawdę coś się stało. Choćby ta sprawa z kukłą... Chciała natychmiast podzielić się przemyśleniami z Filipem i Michałem, ale ci zdążyli już zasnąć.

Poszła więc do swojego pokoju, nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć. Bała się usnąć, więc jak to zawsze w takich przypadkach bywa, zasnęła natychmiast.

I śniła. Coś plątało jej się po głowie. Jakieś słowa i makabryczna kukła. To nie był pokrzepiający sen.

– Szumu nie zrozumiesz głemboko noco nad zalew z czartami! Ukradła... I tak ukradła! – Słyszała dziwaczne frazy wypowiadane z jakimś wschodnim, podchodzącym pod rosyjski akcentem.

Obudziła się zlana potem. Zrozumiała.

– Rosyjska mafia! – krzyknęła. Zaraz potem dało się słyszeć huk, stukot i kilka przekleństw. Wyskoczyła z łóżka i nie narzucając szlafroka, wpadła do saloniku.

Filip właśnie wstawał z podłogi, a Michał usiłował się wydostać spod zawalonej konstrukcji z foteli.

– Czego wrzeszczysz? – burknął wściekle Filip. – Morduje cię kto?

– Rosyjska mafia! – wrzasnęła.

– Morduje cię rosyjska mafia? Oszalałaś?

– Nie mnie, dziadka! Sama słyszałam. We śnie. – Dagmara się uśmiechnęła, zadowolona z rozwikłania zagadki, ale po chwili zdała sobie sprawę, że radość w tym przypadku jest nie na miejscu. – W każdym razie tak mi się wydawało.

Andżelika wychynęła z pokoju trochę mniej różowa niż wczoraj. Piżamę miała zieloną.

– I co z tą mafią? – zapytała sennie, przecierając oczy.

– Śniło mi się takie coś. Jakby gadali po rosyjsku, że ktoś coś ukradł diabłom głemboko noco...

– Głęboką nocą – poprawił Filip z naganą.

Daga się obraziła.

– Nie, przecież mówię wyraźnie: głemboko noco. To było z takim wschodnim akcentem...

– U nas tak gadają. – Andżelika uśmiechnęła się ciepło.

– To ty z Rosji jesteś? – zapytał Michał ze złośliwą miną.

– No co ty? Z Zamojskiego! Przecież ja nawet ruskiego nie znam! – dodała usprawiedliwiająco, jakby sama znajomość tego języka była bardzo, ale to bardzo niebezpieczna.

– Spać! – jęknął Filip rozdzierająco. – Dajcie mi wreszcie spać!

Znów się położyli, a przynajmniej taki mieli zamiar. Michał odbudował konstrukcję z foteli, zazdrośnie patrząc na moszczącego się na sofie Filipa, dziewczyny poszły do swoich pokoi. Pogasili światła.

Dagmara poważnie się zastanawiała nad Andżeliką i jej inteligencją, bo o takową zaczęła właśnie dziewczynę podejrzewać, co niestety trochę ją martwiło. Po co ktoś niegłupi miałby udawać idiotę? Zazwyczaj to działa w drugą stronę i choć daje marne rezultaty, to jednak da się prosto wytłumaczyć.

Zamknęła oczy i nagle usłyszała to coś.

Nie był to właściwie jakiś szczególnie niepokojący dźwięk, tylko że rozległ się bardzo blisko domu.

Ktoś coś mówił, a brzmiało to obco i niepodobnie do niczego.

– Szete dike sekisi[1].

Drugi głos odpowiedział coś po swojemu, ale bardzo cicho. Do pokoju Dagi bezszelestnie wśliznęła się Andżelika.

– Słyszysz? Ktoś mówi, że się kisi!

– Słyszę, ale nie rozumiem. Kisi? Kto się kisi? Może to Cyganie?

Coś zaczęło sapać. Znów usłyszały męski głos:

– Folia forsę[2].

Dagmara zrobiła wielkie oczy.

– Ktoś kisi pod folią jakąś forsę?

– A macie tu kompostownik? – zapytała Andżelika.

– A bo ja wiem? – Daga nie była pewna – Mamy beczkę do kiszenia kapusty, to nie wystarczy? No ale kto kisi pieniądze?

– Może twój dziadek je schował...

Coś zachrobotało pod drzwiami.

– Jeśli to Cyganie, to będą kłopoty... – szepnęła Daga.

– Koma siekieri[3]?

– Cholera, gadają coś o siekierze!

– Szne sepa, szne sepa[4] – sapnęło coś po chwili.

– Będą ciąć rzepę siekierą? – pisnęła Andżelika ze zgrozą.

– Albo nas! – wrzasnęła Dagmara, podskakując na materacu.

– Co tam znów wyprawiacie, kretynki?! – rozdarł się Filip, zapalając światło i powodując kolejną katastrofę łóżkową Michała.

Za drzwiami coś szurnęło i z tupotem zaczęło się oddalać. Daga dałaby sobie głowę uciąć, że to coś klęło, choć z pewnością w jakimś obcym języku.

Z lękiem wyszli na dwór. Było ciemno, chłodno i ogólnie zwyczajnie. Dopiero kiedy chcieli wrócić do domu, zobaczyli, co się stało. Drzwi wymazano czymś czerwonym, co jeszcze nie przestało pachnieć sosem pomidorowym. „Wymazano” to jednak złe słowo. Na drzwiach widniał napis „Ócjekac zfhut”. Wszyscy jak jeden mąż pozostali w niezbyt błogiej nieświadomości znaczenia tego dzieła, dopóki Andżelika nie przeczytała napisu na głos.

– Uciekać wschód. – Niestety miała potworny zwyczaj wypiskiwania swoich wypowiedzi. – Aha, ktoś każe komuś uciekać na wschód.

– Ale... Boże, jak można... i kogo oni mają na myśli?

– Ciebie, to jasne – powiedział Michał. – Dziadek przecież mówił, że zdarzyło się coś strasznego, niewykluczone, że... ale te ortografy to już przesada! Po co ktoś narobił tyle byków?

– Wiem, on chciał, żebym pomyślała, że jest rosyjskim mafiosem, który nie umie pisać, więc może mi spokojnie obharatać głowę siekierą?

– No tak, ale co to zmienia? Nawet umiejący pisać facet po studiach może spokojnie odrąbać komuś wszystkie członki, a nie tylko głowę! Do tego nie trzeba mafiosa!

– To po co te byki?

– Może ten ktoś nie zna polskiego?! – zasugerował Michał niezbyt pewnym głosem.

– To jeszcze gorzej! – jęknęła Dagmara. – Z Polakami zawsze jakoś da się dogadać, a z takimi to jak? Załóżmy, że leci do ciebie facet z siekierą, ty do niego coś mówisz, a on nie rozumie, ani be, ani me, ani kukuryku!

– Gość chce cię zarąbać, a ty urządzasz sobie z nim pogaduszki? Oszalałaś. – Michał popukał się w głowę. – Ja bym zwyczajnie spier... hm... uciekał!