WzgórzeTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




Tytuł oryginału: Brdo

Copyright © by Ivica Prtenjača, 2014

Copyright © for the Polish translation by Siniša Kasumović, 2020

Copyright © for the Polish edition by Biblioteka Analiz, 2020

Wydanie pierwsze

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody wydawcy jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Redakcja: Ewa Tenderenda-Ożóg Korekta: WIRE

Projekt okładki: Roksana Kularska-Król, Studioroxi.pl

Warszawa, 2020

ISBN 978-83-956056-6-6


Książka została wydana przy wsparciu finansowym Ministerstwa Kultury Republiki Chorwacji

Knjiga je objavljena uz financijsku potporu Ministarstva kulture Republike Hrvatske

The book was published with the financial support of the Ministry of Culture of the Republic of Croatia

Wydawca:

Biblioteka Analiz

ul. Mazowiecka 6/8

00–048 Warszawa

tel. 22 828 36 31

www.biblioteka-slow.pl Facebook.com/bibliotekaanaliz Facebook.com/WydawnictwoBibliotekaSlow

Konwersja

Epubeum

W tych dniach odwróciłem się do ludzi I ujrzałem ciemne ścieżki piasku, nawet teraz nie mogę w to uwierzyć.

Stjepan Gulin

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Mucha wylądowała na kosmyku Jezusa, a następnie przemieściła się nagle na plakat Hajduka*, łaziła po udzie jakiegoś chłopaka, który patrzy w przyszłość. Potem odfrunęła i kilkakrotnie zderzyła się z szybą okienną, szukając wyjścia z tego pokoju, gdzie stoję i czekam, aż człowiek, którego zbudziłem z popołudniowej drzemki, zapisze mój numer dowodu, imię i nazwisko oraz numer komórki. Taka jest procedura, wyjaśnił mi, gdy w szafce, której drzwiczki zostały oplątane różańcem, poszukiwał klucza do koszar. Powiedział mi, że pierwszy raz zaprowadzą mnie na górę, kiedy ktoś z jego ludzi skończy pracę, ale nastąpi to dopiero wieczorem, gdy słońce schyli się ku zachodowi.

I po tym wszystkim stałem już na ulicy, w te pierwsze dni czerwca, kiedy asfalt topnieje, a upał wali po głowie jako ostrzeżenie. Poszukałem jakiegoś cienia i zdecydowałem się zostać tuż obok pomieszczeń Ochotniczej Straży Pożarnej Javorna, miejsca, które dopiero co opuściłem, rozmyślając o wolności, mającej nastąpić po południu, tutaj, w tym miasteczku z pogranicza kilku światów i z końca kilku, skomasowanych w jedno popołudnie, wieków.

O nic nie pytałem, ledwo wyjąkałem własne imię. Będzie, co ma być, pomyślałem. Nie wiem tylko, co zrobić z tą zabójczą ciszą, z tym milczeniem, z którego w mękach urodziła się moja pogarda i zmęczenie ludźmi. Nie mogłem już z nimi wytrzymać, poczułem, jak mi odrywają ciało z przedramienia, jak pożerają mnie swoim niekończącym się gadaniem i pytaniami. Osaczali mnie, szukali czegoś, co im się nie należy, albo czegoś, czego nie mogłem im dać. Wszyscy po kolei byli w tych swoich słabych ciałach fantastycznymi artystami, pisarzami, ważnymi dziennikarzami, historycznymi postaciami z polityki i błyszczącymi uwodzicielami z estrady. Wszyscy odkryli tajemnicę życia, szczęścia i sukcesu. Do czego byłem im potrzebny? W końcu, do czego były im potrzebne te wystawy i książki, które ledwo co wystukali i przynieśli mi na biurko, aby wykreować ich kariery, aby wepchnąć ich do telewizji, posadzić przed kamerą, którą zanudzali swoją gadaniną. Komu byli potrzebni, z wyjątkiem samych siebie, gdy zamawiali specjalne torty i naręcza kwiatów na swoje promocje książek i otwarcia wystaw? Ta przyzwoita i straszna arogancja, której mieli aż nadto, była dla mnie nie do zniesienia.

Na deptaku wzdłuż morza – co za niesamowity widok – suszyły się rozłożone sieci, które na samym ich końcu zszywali jeden starzec i jeden chłopak. Z lodziarni, w której ścianę wbudowana była ogromna lodówka, dochodził jakiś chory, elektroniczny rytm. W drzwiach stał surowy, śniady mężczyzna w białej koszuli, obserwując z tą samą uwagą i przechodniów, i dwóch młodych mężczyzn także w białych koszulach, którzy wycierali stoły i podlewali kwiaty w ogródku restauracyjnym. Na betonowych kołach wokół palm siedziało kilku turystów z plecakami, a jeden – w kasku rowerowym – na złączonych kolanach trzymał iPada i coś pisał. Tak zatopił się w tym, co robi, że ekran zjadł mu prawie pół torsu, zostały tylko ręce do łokcia i kawałek nóg w solidnych adidasach.

W pobliskim sklepie kupiłem dwie puszki piwa, pół chleba, dwadzieścia deka mortadeli, dwa pomidory i trochę soli; gdy będę czekał, zjem sobie obiad. Sól będzie i tak mi tam na górze potrzebna. Mam nadzieję, że ktoś mi podpowie, jak tam na górze jest z prowiantem, z wodą, no jakoś to chyba będzie.

Stąd, z deptaku, koszary były niewidoczne, nie wiedziałem, czy w ogóle istnieją i po której stronie wyspy się znajdują, co będę oglądał przez następne trzy miesiące. Zostanie to dla mnie jeszcze ciągle tajemnicą, przynajmniej przez kilka godzin, dopóki któryś ze strażaków, jak mi powiedziano, się nie zwolni.

Nożem, którym – jeszcze gdy jeździłem na wakacje – łowiłem ośmiornice, i który zdecydowałem się zabrać ze sobą na tę wyprawę, na kolanie rozkroiłem chleb i na dwóch połówkach położyłem mortadelę, której cierpki zapach prawie ściął palmę, pod którą siedzę. Na papierze po wędlinie pokroiłem pomidory, obficie je posoliłem, ale po chwili tego pożałowałem: co mnie czeka w drodze do koszar, czy na górze w ogóle jest woda i czy z powodu tej soli już pierwszej nocy nie popadnę w tarapaty?

Czy ta sól jest tylko lękiem przed samotnością, której tak pragnę? Lękiem przed nocą na pustkowiu, tymi zapomnianymi szelestami i ruchami, nocnymi trzepotami i krokami, dźwiękami śmierci i narodzin z dala od ludzi i ich relaksu w malutkim miasteczku nad morzem, które, jeżeli wszystko się uda, będę tego lata bronił od pożarów.

Wypić jedno piwo w tak gorące popołudnie niewiele znaczy, wypić szybko i to drugie, znaczy zapomnieć o milczeniu, którego się uczę i podziwiam przez ostatnie dwa lata, i znaczy to też rozmawiać z młodzieńcem, który mnie prowadzi wąską ulicą na sam kraniec miasteczka, pokazując klasztor, do którego latem przybywa kilku duchownych i prowadzą jakieś odnowy, powiedział.

Myśli o odnowie duchowej? Tak, myśli; obcokrajowcy też w niej uczestniczą; nie znają języka, ale stoją tam i modlą się. Później jest dużo pracy na deptaku, w kafejkach. Opowiada o sobie, że jest kelnerem, ojciec choruje na cukrzycę, a jego starsza siostra nie wyszła za mąż, ale ma chłopaka, nawet noszą takie same nazwiska, wiesz, żadna to rodzina.

Za klasztorem, za cmentarzem, za gajem oliwnym znajduje się garaż straży pożarnej, a w nim stoi jeden stary, wypucowany man, dużo sprzętu: gaśnice i hydronetki plecakowe. Przed samym garażem leży wielka sterta, prawie góra piasku, za nią wraki dwóch landroverów bez kół, bez drzwi, bez szyb, chociaż są niezwykle czyste. Na jednym zauważyłem mosiężną płytkę, na której wielkimi literami wygrawerowano: JAVORNA – VELEBIT**1992. 112 BRYGADA.

- Czy to jest łup wojenny? – pytam młodzieńca.

- Nie, no coś ty, ojciec mi to przywiózł, żal mu było zostawić na górze. To znaczy, chodzi mi o Velebit. A jak te samochody zostały zniszczone i co się z nimi stało, nie wiem. Mówią, że nasi nimi jeździli, gdy przebywali na górze, ktoś mówi, że tak było, inny zaś, że nie, ojciec mi mówi, że tak, stryj, że nie. No i bądź tu mądry! Oj, sporo czasu minęło. Czasem turyści przychodzą tu i robią sobie z nimi zdjęcia. Widzisz, że części brakuje, to którejś nocy ktoś zdjął cały kardan i zabrał, może do frezarki, kto wie.

Dino wyciągnął z jednej szafeczki zieloną torebkę, w której były motorole.

- Ktoś znowu zabrał baterię, chyba ci, którzy polują na dziki, chuj by to strzelił, teraz musimy znowu iść do miasta, bo bez tego nie dasz sobie rady tam na górze. Zostaw rzeczy, tutaj spędzisz noc, a jutro na spokojnie cię spakujemy. Wracamy.

- Nie, no, chciałbym tu zostać, a ty przyniesiesz baterię jutro, jeżeli tylko o to chodzi.

- A co tu będziesz sam wyrabiał, na litość boską?

- Przecież będę sam przez trzy miesiące, to jeden dzień dłużej nie robi różnicy.

- Masz rację, wariat z ciebie. To widać.

- Ej, Dino, co to za dziki?

- Normalne dziki, na wyspie jest ich dużo.

Za garażem znajdowało się niskie pomieszczenie z kilkoma łóżkami, kabiną prysznicową i poręcznym, starym radyjkiem, którego nie miałem zamiaru włączać, stertą starych gazet, których nie chciałem brać do ręki, i do tego jakaś wielka szklana butelka z korkiem. W późnopopołudniowym świetle błyszczała w niej ciecz koloru miodu, do której ktoś wetknął kilka gałązek. Otworzyłem, pachniało trawami i figami, nie chciałem spróbować.

 

Smutne są zbiorowe sypialnie, zawsze znajdują się w jakimś stanie wojny, w stanie gotowości na wypadek porannego alarmu, wywołują niepokój, koszmarne sny i poczucie obcości. Pokoje hotelowe straszą na swój unikatowy sposób, najczęściej brakiem ludzi, imitacją wrażenia przebywania w domu. Często gapiłem się na obrazy w pokojach hotelowych, jakieś akwarele, tempery, pytając, komu tak naprawdę jest potrzebna ta nędzna sceneria, kogo ona mogłaby uratować, ogrzać w tej pustce, która nastąpi, gdy drzwi pokoju hotelowego się zamkną, tej pustki, która chwyta za serce niczym bardzo smutna wiadomość. Ta sypialnia przypomniała mi moje koszary, jedyny hostel, w którym kiedykolwiek spędziłem noc, po tym, jak na głównej ulicy w pewnym miasteczku dwie prostytutki z któregoś ze wschodnich państw demokratycznych zaoferowały mi siebie w koślawej angielszczyźnie.

Przestraszyłem się, poczułem obrzydzenie i przegoniłem je, a one za mną splunęły.

To długie i niskie pomieszczenie było wysprzątane i czyste, podłoga z betonu pozamiatana, ściany białe, chociaż miejscami przeżarte wilgocią, a pośrodku sufitu świeciła jedna żarówka. Łóżka porozkładane, bez pościeli, ale z materacami postawionymi pionowo, aby się wietrzyły i suszyły na samym początku lata, tej letniej nocy, żeby tu stały niczym kamienne bloki, pomiędzy którymi usnę i obudzę się.

Nic nie chciałem robić, niczego dotknąć, chciałem zostać w swoim wiotkim kokonie nietykalny, nieporuszony. Jednocześnie pragnąłem zrzucić z siebie tę ciężką koszulę lenistwa i cichutkiego upadku. Chciałem się zmienić, ruszyć z miejsca i dlatego położyłem materac na łóżku koło okna, włączyłem radio i odnalazłem Program Trzeci***. Wygodnie ułożyłem się na niskim posłaniu i zacząłem przeglądać stare gazety, niektóre nawet sprzed dwóch lat. Z czasem wszystko w gazetach umrze, wiadomości przestaną być wiadomościami, ci, co się żenili, teraz się rozwodzą, modele samochodów już są wyprzedawane na giełdach, tematy gospodarcze stają się tematami kronik przestępczych, więc wszystko to, wydrukowane, niewarte jest ani minuty czyjejś uwagi lub życia. Z wyjątkiem klepsydr.

One, w swojej nieprawdopodobnej formie, w kilku tylko słowach, jednej fotografii i spisie żałobników zawierały i miłość, i życie, i śmierć jednocześnie. Czytam o tym, jak po krótkiej i ciężkiej chorobie zmarł pewien magister ekonomii, jak go opłakują Buba, Bobo, Ogi, Grozda i Stanislav. Ale ja najbardziej opłakuję starych ludzi ze wsi, tych, co w życiu robili sobie fotografie tylko do dowodów, na których pozują zupełnie poważni i przerażeni niczym Indianie, jakby wierzyli, że to fotografowanie zabierze im kawałek duszy. W strojach ludowych, kobiety w chustkach na głowie, mężczyźni w staromodnych kapeluszach, te twarze odprowadzają mnie w jakąś moją trzymiesięczną wieczność.

Bo wieczność jest, zgodnie ze swoją podstawową cechą, właściwie tylko białą kartką.

Znalazłem jakąś szklankę i teraz popijam rakiję z tymi tajemniczymi gałązkami. Czekam na poranek, czekam na kogoś, kto mógłby przyjść i powiedzieć, że to, co robię, ma sens, ale słyszę tylko, jak robaki i myszy wędrują po górze piasku, jak osypuje się im on pod nogami i spada. Czuję, jak się nawzajem pożerają ci moi nocni sąsiedzi i jak gdzieś ryczy osioł, a ten mocny dźwięk odbija się od ziemi i roznosi po wzgórzu, na które jutro wejdę i z którego, przynajmniej taką mam nadzieję, zejdę obnażony, bez tego ciężkiego i zastałego cierpienia, które mi na zewnątrz krępuje ręce, a wewnątrz zamyka myśli.

* Chorwacka drużyna piłkarska ze Splitu (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

** Pasmo górskie w Chorwacji.

*** Program Trzeci Chorwackiego Radia jest odpowiednikiem Programu Drugiego Polskiego Radia – przeważają emisje z muzyką klasyczną.

* * *

Księgarnia, w której pracowałem, już nie istnieje, została zamknięta niedługo po tym, jak na krótko objąłem posadę w wielkim wydawnictwie, a następnie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Lokal ten, gdy książki zostały już zabrane, przejął Instytut Lepszego Życia, drobna wytwórczość kłamstw i przepowiedni, ale długo miejsca nie zagrzał, bo cała ulica, w której była „Glorija”, pomału wymarła, więc Instytut przeprowadził się do internetu i rozlazł się po prywatnych mieszkaniach, wchodząc w samo sedno lepszego życia – został niedopowiedziany, ale pożądany. Nieistniejący, ale rzeczywisty. Połączenia były drogie, seanse jeszcze droższe, ale lepsze życie było tak naprawdę tanie, to takie masowe zjawisko, które ukazałoby się już kilka sekund po nawiązaniu kontaktu.

Książek już nie sprzedawałem, ale teraz, z powodu mojej względnej piśmienności, kierowałem działem stosunków z mediami, byłem jego jedynym przedstawicielem, więc dużą część mojego czasu w pracy spędzałem na pakowaniu zaproszeń do kopert i drukowaniu naklejek z imionami i nazwiskami zaproszonych. Dużo tego było. Ponieważ praca ta była całkowicie niepasująca do osoby takiej jak ja, regularnie zdarzało się, że zaproszenie dostał i co poniektóry szacowny nieboszczyk, zamiast najbliższej rodziny pisarza lub artysty, na którego promocję książki lub wystawę zapraszałem. Miało to sens, bo większość tych ludzi, którzy najpierw nieśmiało pojawiali się na naszych redakcyjnych korytarzach ze swoimi tekstami, później, a zwłaszcza gdy książka została już wydana, tracili tę nieśmiałość, aby przywłaszczyć sobie miejsce w wieczności, jakby nie wątpili, że im się należy. Wydać książkę było imperatywem, który otwiera ciężkie drzwi poznania samego siebie i dopisuje ten zasłużony i należący im się wykrzyknik do ich losu. No i jak wtedy nie zaprosić na tę promocję jakiegoś naszego szanowanego i ważnego nieboszczyka, żeby również on mógł się z tej wieczności, klęcząc, ukłonić!

Tak naprawdę w muzeum wszystko było takie samo, tyle że korytarze były szersze, a poczucie chłodu, gdy się patrzyło na budynek, mocniejsze i jakoś straszniejsze. Wszyscy ci malarze, wideoartyści, konceptualiści, fotografowie, cały ten ambitny świat, który nie zna granic językowych, bo swoim dziełom nadaje tytuły angielskie, wszyscy ci pozerzy, którzy słabo rozróżniają cokolwiek z wyjątkiem swojej ograniczonej poetyckiej struny, która często się zatraca w próbach tworzenia mocnej metafory, potem znowu się pojawia, błyska, drży w autobiograficznej kontemplacji, później ponownie gaśnie, pojawia się, a oni z kustoszami poklepują się po plecach, dyskutują o formatach, o jakichś lampach, montażach, wideoprojektorach i w ogóle nie radzą sobie bez szarpnięcia takim czy innym prądem, cały ten kicz miernego obijania się po świecie w tej części Europy wtaczał się do mojego warsztatu, a dokładnie na moje biurko.

Z wyjątkiem przyjacielskich promocji książek i przyjacielskich otwarć wystaw, cała reszta była męką i jałowością, które czasami ze mnie czyniły pijaka, czasami depresyjnego wędrownika, głównie nieszczęśnika, który nie umiał bawić się tak, jakby to ktoś na jego miejscu bez wahania czynił: mało pracował, mało podróżował, a następnie miło i tendencyjnie bajdurzył z wybrańcami na wystawach lub promocjach, potem znowu podróżował, a swoją pracę przerzucał na jakąś wolontariuszkę, aby na koniec zostać dyrektorem i tak dalej.

Otwierałem przeważnie podobne wystawy. Klucz do sukcesu był taki: zawsze przyjść w ubraniu, o które nie wykłócasz się ani z własnym odbiciem w lustrze, ani z własnym poczuciem wygody. Spędzić przynajmniej pół godziny przed wystawą gdzieś między ludźmi, ale w samotności i odszukać pierwsze zdanie, którym tę publikę, przygotowaną na możliwie najgorsze formy nudy, poprowadzę po zjeżdżalni niespodziewanego uroku i szarmanckiego bezsensu, czasami po stromym zboczu, po którym pędzą pociągi śmierci w lunaparkach w nudzącym się świecie.

Pamiętam tylko niektóre spotkania i niektóre osoby.

Pamiętam, gdy odsunąwszy się od ludzi, jako pierwszy odchodziłem od mikrofonów w poszukiwaniu lampki czerwonego wina, pamiętam, jak chowałem się za plecami dużo wyższych i szerszych, jak w tym ścisku i gwarze, który powstawał po otwarciu, szukałem prawa do odrobiny samotności. Wszystko to było nadmiernie przesadne, całe to ponuractwo, te bukiety kolorowych kwiatów, które śmierdziały chemicznymi plantacjami europejskiej północy, ci fotografowie, którzy zlecieli się przed nami i jak opętani błyskali swoimi poobijanymi aparatami, zdenerwowani, przekupni, wymizerowani własnymi rozwodami i alimentami. Rodzina, pełna oczekiwań, stała w pierwszych rzędach. Przyjaciele w ostatnich, nieco zawstydzeni, całkowicie anonimowi.

Uciekałem od tych, którzy chcieli mieć wystawę i w tym celu szukali porady.

Od tych, którzy ją mieli i szukali publiki. Od tych, którzy chcieli tylko pogawędzić.

Od tych, którzy zdanie rozpoczynali od: Pan to mnie na pewno nie pamięta, ale...

Od pijaków przychodzących na promocję, by jeść i pić i przy tym przepychać się łokciami.

Od tych, co wzruszali ramionami i od tych, co nadmiernie klaskali.

Od tych, którzy mówili, że trafili tu przez przypadek, że są tutaj tylko chwilowo.

Od tych, co nie chcieli wyjść, gdy już było po wszystkim.

Zostawał mi przeważnie kelner, jego wzrok i ręka z zimnym jamesonem, wysunięta w całym tym dostojnym bezsensie.

* * *

Z mieszkania, w którym spędziłem dobrych pięć lat, z zagrzebskiego zadupia przeprowadziłem się do kawalerki zakupionej przy ulicy Draškovicia, naprzeciwko szpitala chirurgii urazowej, drugie piętro. Niefunkcjonalne mieszkanie rozpadało się, jak zresztą większość mieszkań w centrum, w tych starych kamienicach. Jednak był jakiś urok w tych grubych ścianach i w przeciągu tych okien. Gdy się przeprowadzałem, nie mogłem nawet podejrzewać, że właśnie te ściany bardzo dokładnie i całkowicie nasiąkną wszystkimi długimi i pustymi, a jednak w pewien sposób miłymi rozmowami, jakie prowadziłem z Katariną, teraz już moją byłą żoną, prawniczką w Kancelarii Adwokackiej Nedoklan i Drakulić. A przeciąg w trakcie jednego popołudnia zabrał i tę odrobinę sensu i wspólnej potrzeby, która nas przez te trzy lata zbliżyła do siebie i uczyniła małżonkami, którzy nigdy, ale to nigdy nie pokłócili się o nic, którzy nigdy, ale to nigdy w ciągu tych trzech lat nie poczuli się naprawdę blisko siebie, nawet w tym blasku młodości, poprzedzającym półmrok średniego wieku, otchłań czterdziestki, odwrotność grawitacji, w której sprawy same się tłumaczą. Nie trzeba za dużo pytać, wszystko staje się jasne, a ta jasność ma twarz śmierci, zapach zgliszcz.

Wkrótce Katarina stała się trzecim nazwiskiem na mosiężnej tabliczce przy ulicy Berislavicia 11, na której teraz jest schludnie napisane: Kancelaria Adwokacka Nedoklan, Drakulić i Mazur–Nedoklan, a ja, jakby mi ktoś zdjął pancerz i uprząż, przechadzam się ulicą Draškovicia niezwykle miękkim krokiem, z opuszczonymi swobodnie ramionami, wesoło wymachując rękoma, tak jak chodzi człowiek, który gdzieś zostawił swoje brzemię i teraz poluje na ową siłę, jeszcze ciągle popychającą go do przodu. Tym razem w kierunku szpitala chirurgii urazowej.

* * *

Dzień już wstał i teraz mogłem dokładniej zobaczyć, gdzie jestem. Obszedłem garaż kilka razy, wszedłem po dróżce wijącej się przez gaj oliwny na małe wzniesienie, z którego mogłem dostrzec północną część Javorny, zakrzywiony deptak nad morzem i jego koniec. Widziałem malutki port z łodziami, kombi, który do jedynego kiosku dowozi gazety, miejscowego rybaka, który przed sklepem pod jedną z palm wyłożył swój nocny połów. Dwie białe skrzynki ze styropianu z tej odległości wyglądały na puste. Zszedłem na dół i usiadłem przed garażem. Byłem gotowy, wykąpany, spakowany, trochę jednak spięty. Patrzyłem, jak po brzegu tamtej góry piasku pełźnie blavor*, prawie czarny, gruby, dłuższy niż metr, swoją tępą głową rozsuwa kamyczki i powoli znika w zaroślach. Poczułem niepokój, rzuciłem za nim kamieniem, gdy usłyszałem głosy, które dochodziły z drugiej strony garażu, z pola. Dwa głosy męskie i jakiś brzęk, rżenie. Wstałem, a przede mną zjawił się Dino i starszy mężczyzna, który prowadził objuczonego, jasnoszarego, niezwykle wysokiego osła, na plecach którego ładunek był owinięty materiałem namiotowym, a ogon podwiązany kawałkiem sznurka.

- Dzień dobry, pospałeś sobie na tej naszej peryferii. Ja jestem Stanko, a oto dla ciebie najważniejsze stworzenie na świecie przez następne trzy miesiące – osioł przez wielkie O.

 

Podałem im rękę i utonąłem w wielkim ciemnoszarym oku, które mnie intensywnie i spokojnie obserwowało. Na Stanka popatrzyłem ukradkiem. Był to siedemdziesięcioletni mężczyzna, pełen życia, szybki. Rękę miał twardą i mocną, rękę człowieka, który się nie waha. Jest sekretarzem Straży Pożarnej i na niego spadło zadanie, aby mnie wyposażyć na czas pobytu w koszarach. Dziś rano Dino i Stanko przypomnieli sobie, dokąd i dlaczego idę. Obładowali osła niemiłosiernie, ogon mu podwiązali, aby się nie plątał w jeżynach, gdy będziemy się wspinać, oraz, jak mi Dino powiedział, aby nikogo nie chlasnął po twarzy, bo w niektórych miejscach ścieżka na szczyt mojego wzgórza jest stroma, trzeba uważać.

- No i tak – zaczął Stanko – tutaj na ośle masz prowiant, nieco narzędzi i panel solarny, abyś miał trochę prądu do komórki, komputera...

- Nie mam komputera.

- Dobrze, jakby nie było, tutaj masz panel i akumulator, zamontujemy to wszystko, gdy dotrzemy na górę, koszary są czyste, byliśmy w nich parę tygodni temu, studnia jest pełna, podstawowe rzeczy będziesz miał. A pozostałe to albo sobie bez nich dasz radę, albo zadzwoń, to ci przygotujemy, a ty po to zejdziesz.

- Oczywiście, nie jest daleko.

- Nie jest, półtorej godziny.

Do jednej torby Dino wepchnął motorolę, poczułem lekkie zdenerwowanie w brzuchu, jakiś prąd w mięśniach.

- Idziemy – powiedział Stanko i obrócił osła.

Dino i ja poszliśmy za nimi. Milczeliśmy, ja już ciężko oddychałem, wirowało we mnie całe moje przygnębienie i bezruch, całe lenistwo, moje ostatnie lata, które spędziłem, siedząc w pracy lub w kafejkach. Cały ten koszmar pchał mi się do gardła, ust, aby spaść na zarośla i koniki polne, opuścić mnie raz na zawsze. Nogi mnie bolały, plecy mnie bolały, ale najbardziej ze wszystkiego cisnął mnie i dusił ten skurcz, ten węzeł w piersiach, który dopiero miał się rozsupłać. Dotarłem na wzgórze, gdzie ponownie mogłem oddychać. Człowiek, który nienawidzi, z reguły oddycha płytko. Ja to zmienię. Po paruset metrach łagodnej, lecz wyczerpującej wspinaczki zatrzymaliśmy się obok samotnego domu. Stanko zawołał z podwórka, a w drzwiach pojawił się potężny brodacz z butelką domowej rakiji i tubką plastykowych szklaneczek, wyszedł bez pośpiechu i bardzo powoli powiedział:

- Stanko, chodź, łykniemy trochę przed wspinaczką. Co ty na to?

Łyknęliśmy i przywitaliśmy się. Brodacz to bratanek Stanka, stary kawaler na progu pięćdziesiątki, pół–pustelnik, który nawet w tak małym miasteczku jak Javorna potrafi żyć niczym odludek, prawie niewidoczny. Przynajmniej tak było w ostatnich latach. Odkąd zdobył noktowizor do swojego karabinu, rzadko kiedy śpi nocą, poluje, nosi kukurydzę do wabienia dzików, aby je zabijać. W dzień, to oczywiste, śpi i odpoczywa, polowanie na dziki w takim terenie to rzecz wyjątkowo trudna, mimo że zwierzyny łownej jest wystarczająco, czasami nawet po dwa łby na noc. Po drodze Stanko opowiada o swoim bratanku z miłością, a jednocześnie z jakimś rodzajem rozpaczy, jaką można usłyszeć u dojrzałego mężczyzny, w którym jeszcze ciągle krążą soki życia i który nie poddał się chorobom czy bezsilności. To poczucie rozpaczy rozdziera poranek, chociaż jest tylko wyszeptane i ubrane w dwa słowa: brak kobiety.

Ruszyliśmy dalej, czasami się odwracałem, aby jeszcze raz popatrzeć na dom Toma: była to duża, kamienna budowla w wielkim gaju oliwnym. Na podwórku, obok czarnej łady nivy, Tomo bawił się ze swoimi dwoma psami. Ten mniejszy, czarny, biegł za rzuconą skórą dzika, a większy, biały, tylko stał, piszczał i szczekał, ogarnięty zgubną psią miłością oraz przywiązaniem. W końcu Tomo podniósł go do góry, ucałował, zawiesił dokoła szyi niczym jagnię i nakarmił czymś z ręki.

Oddaliliśmy się przez gaje oliwne i teraz już szliśmy szeroką ścieżką przez las sosnowy, zasadzony tutaj przez żołnierzy austro-węgierskich, a konkretnie przez ich kapitana, który dowodził całą wyspą przez kilka lat. Kiedy i jak dowodził, Stanko nie mógł powiedzieć albo nie chciał. Może przesadziłem z tym pytaniem, a dokładnie z banalnością tego pytania.

- Jakby to było ważne – zdecydował się mi pomóc Dino. Ważne jest, że sosny wciąż tu jeszcze są i dzięki temu możemy iść w cieniu, a nie w słońcu.

Popatrzyłem na komórkę, stuknęła dziewiąta, a plecy pod plecakiem miałem zupełnie mokre, nogi powoli zaczęły mnie zdradzać, a jeszcze nawet nie zaczęliśmy się wspinać. Stanko zauważył, że się męczę, więc zatrzymaliśmy się pod drzewem, aby wytchnąć, napić się wody i ruszyliśmy dalej, ale już w nieco szybszym tempie. Wiedziałem, że im pochyłość będzie większa, tym szybciej pójdziemy, bo Stanko to człowiek, któremu gdy jest ciężko, staje się jeszcze silniejszy niż zwykle.

Szedłem za ogonem osła i patrzyłem, jak towar buja się na zwierzęciu, jak jego nogi z każdym krokiem wbijają się w kamienną ścieżkę, a wszystko to wygląda harmonijnie i bezpiecznie. Dotarliśmy na nagie płaskowzgórze i stąd aż do szczytu nie było już cienia, rosły niskie krzaki – jeżyny i makia, gdzieniegdzie niskie dęby, aż przychodziło człowiekowi na myśl, gdzie te wszystkie dziki kryły się na tej prawie nagiej ziemi.

Ścieżka zrobiła się wąska i niebezpiecznie stroma, a w niektórych miejscach musiałem porządnie podeprzeć się kijem, aby nie stoczyć się w dół aż do deptaku przy morzu i lodziarni. Popatrzyłem w kierunku miasta i z tej odległości ludzie byli jeszcze dobrze widoczni, ale tylko ich torsy i głowy, bo ręce i nogi zniknęły w drgającym żarze tego ranka, piątego czerwca.

Na szczęście znowu płaskowzgórze. Zatrzymaliśmy się obok sadzawki dla owiec, pod olbrzymią skałą, która unosiła się nad tą polaną.

Jesteśmy w pół drogi – powiedział Stanko. Najgorsze za nami, uśmiechnął się Dino.

Jak powiedzieli moi przewodnicy, teraz nam zostało tylko wejść na wzgórze, a tam już nie będzie serpentyn, tylko prosta ścieżka do koszar. Stroma, niebezpieczna i słoneczna.

Z torebki przerzuconej przez ramię Stanko wyciągnął kawałek chleba i kiełbasę, którą podzieliliśmy się, rozrywając ją na kawałki.

- To najlepsza rzecz na świecie, Tomo robi ją sam, szkoda, że nie wzięliśmy jej więcej. Jest z młodego dzika, spróbuj, jaka dobra.

Oj tak, wędzona, sucha, ze szczyptą rozmarynu i tymianku, z dużą ilością pieprzu i tłuszczu, kiełbasa ta była prawdziwie męskim śniadaniem, a właściwie posiłkiem na każdą okazję. Aż rozsadzała ją intensywność. Zawierała w sobie jednocześnie pocieszającą i niepokojącą ilość soli i pieprzu. Pasowała do tego poranku, tego dnia i tej sceny niczym jamajski lekkoatleta do sprintu na sto metrów.

Dino sięgnął ręką pod poły namiotu i zdjął z osła miskę oraz plastikowy kanister, w którym kiedyś był płyn do wycieraczek samochodowych, a teraz woda dla naszego towarzysza podróży. Miał spocone biodro i skórę pod siodłem, pociemniał od potu, ale pił powoli, jak hrabia, dokładnie tak długo, jak należało. Pił jak to zwierzak robi. A dla mnie, zmęczonego ludźmi, był to ładny i uspokajający widok. Czy mi go zostawią tam na górze? Zapytam. Poproszę Stanka, aby tak zrobił.

- Patrz – powiedział Dino i pokazał głową w kierunku sadzawki; na jej wilgotnym brzegu, na zielonkawych kamieniach, wygrzewało się w słońcu dziesięć prawie nieruchomych, grubych i czarnych blavorów.

Stanko odwrócił się tylko i zaczął wspinaczkę. Dino pociągnął osła i poszedł za nim, a ja stałem przez kilka chwil zapatrzony w tę przerażającą scenę.

No i co mi zrobią? Nic, niejadowite jaszczurki bez nóg, mogłem je pogonić jednym kamieniem. Ale nie potrafiłem się ruszyć, patrzyłem na te leżące czarne węże i pełen obaw pytałem sam siebie, gdzie ja jestem, co się ze mną stanie, gdy zapadnie noc i zostanę całkiem sam na tym wzgórzu, w tym piekle, które pełza, chrumka, szeleści, łamie i biega, krzyczy i piszczy, w piekle, które gdzieś w moich wnętrznościach poruszy, odepchnie wszystkie moje nagromadzone stare i nowe lęki.

Mam mój nóż, który wbijałem w podmorskie dziury i wyciągałem z nich ośmiorniczki z ich atramentową chmurą, będę nim wymachiwał przed tym piekłem, gdy mnie bezsenność dopadnie na szczycie, sądząc po wszystkim, spokojnego wzgórza, w tej głośnej, wspaniałej chwili niby to zwyczajnego życia.

1 Żółtopuzik bałkański – jaszczurka beznoga, podobna do węża. Może urosnąć do 120 cm. Ubarwienie ma różnorodne, zależne od wieku gada. Im starszy, tym kolor jest ciemniejszy.