Zagraj mi na drogę

Tekst
Z serii: Czeskie krymi
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Chociaż muzyka była moją inspiracją oraz towarzyszyła mi przy pracy, to żaden z członków orkiestry czy innych pracowników Filharmonii Czeskiej, której działalność ogromnie cenię, nie służył mi za wzór podczas tworzenia bohaterów tej powieści. Prawdziwy jest wyłącznie sam budynek praskiego Rudolfinum.

przedtakt

7 listopada

– Od czego mam zacząć?

– Proszę zdecydować.

– Mówią, że płacz poprawia nastrój. Leczy niepokój, smutek. Ja nie umiem płakać. Być może przyniosłoby mi to ulgę, ale jestem jak czajnik z zatkanym gwizdkiem. Chwila i będzie wybuch. Chcę mu zapobiec, ale nie poradzę sobie bez pomocy. Boję się, że zrobię coś nieodwracalnego.

– Co na przykład?

– Ogarnia mnie depresja. Coraz częściej mam ochotę wszystko zakończyć. Ale… jeśli to zły pomysł? Nie wiem, co będzie po śmierci. Czy koniec życia oznacza koniec problemów, czy za grzechy trzeba odsiedzieć swoje w jakimś pośmiertnym zakładzie poprawczym? I jaki sąd decyduje, co właściwie jest grzechem?

– Na to pytanie pewnie nie znałabym odpowiedzi nawet po teologii, po psychologii tym bardziej.

– A jak pani myśli?

– Moje opinie nie wyleczą niczyjej depresji. Proszę też nie oczekiwać rad. Terapia psychoanalityczna polega na…

– Wiem, wiem. Ja mówię, pani słucha. Wywnętrzam się, dopóki nie odkryję „własnych nieuświadomionych konfliktów, co doprowadzi do trwałej zmiany osobowości”. Znam to na pamięć z waszej strony internetowej, nie musi pani powtarzać. No dobrze, oddaję się w pani ręce. Jeśli to ma pomóc, może mi pani nawet przylać.

– Nie zamierzam. Na początek skupmy się lepiej na źródłach tych stanów depresyjnych. Spróbujmy ich wspólnie poszukać.

– Mam na sumieniu śmierć własnych rodziców.

– Kiedy zmarli?

– Ojciec dawno temu, matka w tym roku.

– I ich śmierć wywołała poczucie winy?

– To chyba normalne. Każdy ma poczucie winy, kiedy kogoś zabije. Chyba że jest potworem. Ja nie jestem potworem, mam sumienie. Dlatego siedzę w pani gabinecie.

14 listopada

– Słyszała pani o kapeli Dranie? Grali rocka, dawno się rozpadli, ale kiedyś byli dosyć popularni. Dokładnie dziewięć miesięcy przed moimi narodzinami przyjechali do Mladej Boleslavi, mama tłukła się na koncert aż z Rousic. To taka stara wieś nad Berounką, powstała jeszcze za księcia Brzetysława. Stoi tam zameczek, barokowa kaplica i… Wiem, to nieważne, niepotrzebnie tyle gadam.

– Ważne jest wszystko, o czym czujemy potrzebę mówić.

– Mama miała fioła na punkcie Drani. Szczególnie jednego z nich, Jana Valacha. Wokalista, gitarzysta, uchodził za przystojniaka. Jak dla mnie morda niewyjściowa, ale mniejsza z tym. Po koncercie były autografy, jakaś popijawa, no i wylądował z mamą na tylnym siedzeniu busa. Dranie sprowadzali tam sobie fanki. Ona miała szesnaście lat, on dwadzieścia dwa. Gumek chyba nie uznawał. Przeleciał kolejną trzęsącą się na jego widok wiejską panienkę, i tyle. Pewnie nie znaczyło to dla niego wiele więcej niż zjaranie jointa. Miał takich wielbicielek na pęczki, nawet nie pytał ich o imię. Wokaliści kapel rockowych to buce. Pewnie nie wszyscy, ale Valach był właśnie taki. Mam jego geny. Sprawiam wrażenie osoby aroganckiej?

– To akurat nie jest cecha dziedziczna. Ale można ją nabyć przez wychowanie.

– Valach mnie nie wychowywał. Nie uznał ojcostwa. Kiedy test DNA je potwierdził, zaczął płacić alimenty, ale nie chciał mnie znać. Mam list, który wysłał do mamy. Pisze, że mama chciała go złapać na dziecko, że wszystko ukartowała, to niech mnie sobie teraz sama wyhowuje – przez samo „h”, chyba nie był za dobry z ortografii. No i wychowywała mnie sama. Do momentu, kiedy nie pojawił się ojciec.

– Czyj ojciec?

– Valach dał mi geny, ale całą resztę: miłość, poczucie bezpieczeństwa i godności mam po kimś innym. Najwięcej zawdzięczam obcemu człowiekowi. Mojemu prawdziwemu ojcu.

– Który zmarł?

– Przy moim udziale.

– To znaczy?

– Może innym razem opowiem, dziś chyba się nie odważę.

– Zapewniam, że wszystko, co mówią pacjenci, jest w stu procentach poufne. Obowiązuje mnie tajemnica zawodowa.

– Nie boję się, że zacznie pani rozgłaszać moje tajemnice. Raczej tego, co się stanie, kiedy wypowiem niektóre rzeczy na głos. Póki są w środku, we mnie, jakoś je kontroluję. Jeśli je wypuszczę, mogą zabić.

21 listopada

– Ojciec stworzył nam dom. Gdyby nie on, ludzie we wsi nadal patrzyliby na nas z góry. Szczególnie dziadek dawał mi odczuć, że jestem wpadką. Dzieckiem nieślubnym, nieuleczalnym parchem, który łapie się z własnej głupoty. Nie umiał mnie pokochać, nigdy mnie nie przytulił ani… Mniejsza z tym. Jego dom był naszym domem, mamy nie stać było na wyprowadzkę, ale dzięki ojcu wszystko zmieniło się na lepsze. Mama była dla mnie dobra, ale dopiero z tatą życie nabrało prawdziwego smaku. Sensu. Poświęcał mi dużo czasu. Opowiadał stare baśnie i legendy, wędkowaliśmy, zbieraliśmy grzyby, wszystkiego mnie uczył. Woda i las z ojcem u boku były inne niż bez niego. Wnosił w miejsca coś, czego tam wcześniej nie było. Miał wielką siłę. Nie chodzi mi o siłę fizyczną, tylko… Wierzy pani w hipnozę?

– Niektórzy terapeuci ją stosują, ja nie.

– Pani zdaniem nie działa?

– Po prostu nie sięgam po nią w terapii. Proszę kontynuować.

– Ojciec nie był hipnotyzerem, ale potrafił mną sterować. Delikatnie, bez nacisków, prostował negatywne wzorce myślenia w mojej głowie.

– Jakie na przykład?

– Wiedział, że mam słuch muzyczny, ale przez Valacha nie chcę się uczyć gry na żadnym instrumencie. Valach, przez to jakim był skurwielem, obrzydził mi muzykę, można powiedzieć, że mnie z niej okradł. A ojciec mi ją oddał. Przekonał, że to fajna sprawa. Najpierw kupił mi flet prosty, zwykłą szkolną piszczałkę, a kiedy po jakimś czasie zobaczył, że mi się znudził, przyniósł trąbkę. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Nie dało się mnie nawet siłą oderwać od instrumentu. Trąbka towarzyszyła mi wszędzie, rozbrzmiewała wszędzie, gdzie ona, tam ja. We wsi zaczęli mnie przezywać Trąba Bomba. Darli sobie łacha, ale nic to dla mnie nie znaczyło, byle dąć, byle grać. Ojciec zapisał mnie do szkoły muzycznej, a kilka lat później nadszedł pierwszy sukces. W Rousicach szykowało się uroczyste otwarcie zamku po rekonstrukcji i ojciec załatwił mi występ, moje solo Ballady Tomasza Stańki. Na widowni pełno ważniaków z powiatu, nawet z Pragi. Wszyscy bili brawo, a ojciec… całkiem się rozkleił. Sam nie miał talentu muzycznego i trochę przeceniał mój. Wychwalał mnie pod niebiosa, całymi godzinami mógł słuchać, jak gram. Zagraj mi coś na drogę, poprosił. Niedługo potem nie żył. Nie było najmniejszego powodu, żeby nie spełnić jego prośby, ale jestem… nadętą szują z wybujałym ego… glistą z genami Valacha… Nie chciało mi się czy coś. A ojciec nie naciskał. Nigdy się nie napraszał. Miał w sobie tyle godności… Gdyby jej nie miał, wciąż by żył.

28 listopada

– Długo padało, ziemia rozmokła. Tylko świr porwałby się na wycinkę drzew w takich warunkach. Ale właściciel zamku w Rousicach nie odpuszczał. Drzewa atakowały korniki, poza tym trzeba było pilnować ustalonych terminów wycinki, inaczej straciłby jakąś ważną dotację. Kazał ojcu jechać, bez względu na pogodę. A ojciec musiał słuchać, nie miał wyjścia.

– Brzmi, jakby w Czechach nadal funkcjonowało niewolnictwo.

– Mieszkaliśmy w budynku, w którym wcześniej była zamkowa suszarnia owoców. Ojciec zawarł umowę z właścicielem: nie musiał płacić czynszu, a w zamian wykonywał różne naprawy w zamku i na jego terenie, pomagał, ot, taki konserwator na zawołanie. Nie chciał łamać tej umowy. Mieliśmy ładny domek, z ogrodem i widokiem na rzekę, rodzice w życiu nie dorobiliby się czegoś takiego sami. Dlatego ojciec, chociaż znał ryzyko, pojechał wtedy do lasu. Było mokro, pośliznął się na zboczu, nie zdążył uciec przed dopiero co obalonym drzewem… Nie miał nawet czterdziestu lat.

– Przykro mi.

– Zupełnie niepotrzebna śmierć.

– Skąd wzięło się poczucie winy?

– Wystarczyło mu zagrać, jak prosił… Wyjechałby kilka minut później… i ten ciąg zdarzeń by nie nastąpił. Każda tragedia rozgrywa się w konkretnym, bardzo precyzyjnie określonym czasie. Jeśli się go przegapi, w ogóle do niej nie dojdzie. Kilka chwil później przestało padać, ziemia przeschła… Już pani rozumie? Wystarczyło nie gwiazdorzyć i zagrać ojcu coś na drogę, a wszystko potoczyłoby się inaczej.

5 grudnia

– Skąd ta cisza?

– Chyba mi to nie pomaga.

– Nie ma co liczyć na błyskawiczny cud, psychoterapia tak nie działa. To długotrwały proces, który zależy od pacjenta, ode mnie i od zażywanych leków. Do poprawy dochodzimy stopniowo, krok po kroku.

– Kiedy ja wcale nie czuję się lepiej. Raczej gorzej.

– Proszę się nie zniechęcać. Pogorszenie stanu na początku terapii jest dość częste. To oznaka nadchodzących zmian. Kiedy uda się już pokonać etap…

– Jest coraz większy.

– Co takiego?

– Strach. Boję się, że zrobię coś nieodwracalnego. Ojciec i matka… odwiedzają mnie.

– W snach?

– Też, ale nawet w ciągu dnia, na jawie. Tylko kiedy w pobliżu nie ma nikogo więcej. Nie lubią hałasu. Chcą być dobrze słyszani. Wysłuchani.

 

– Czy coś mówią?

– Często czuję ich dotyk. I zadają pytania.

– O co pytają?

– O rzeczy, o których nie chcę rozmawiać. Ani z nimi, ani z panią. Ufam pani, ale nie chodzi o zaufanie. Rzecz w tym, że kiedy te sprawy pozostają w środku, ukryte, mogę udawać, że ich nie ma. A kiedy wydostaną się na zewnątrz, trzeba będzie działać.

– A dlaczego lepiej uniknąć działania?

– Co jeśli to będzie złe działanie?

– Jak to złe?

– Z gruntu złe. Dobra, mam dosyć.

– Kończymy na dziś?

– Raczej nie tylko na dziś.

– Chyba nie przerywamy terapii?

– Rozważam to.

– Umawialiśmy się wstępnie na dziesięć spotkań, jesteśmy dopiero w połowie. Trochę za wcześnie na rezygnację, szkoda by było całej naszej pracy. Może zaproponuję inne rozwiązanie: zróbmy sobie przerwę. Dwa, trzy tygodnie albo całe święta. Sporo czasu, aby się przekonać, czy obawy były słuszne. To jak?

– Możemy spróbować.

– W takim razie spotkamy się w nowym roku. W środę ósmego stycznia, o tej samej porze?

– Ósmy stycznia, zapisuję. Gdyby coś mi wypadło, dam znać.

– Lepiej zostawić sobie otwartą furtkę.

– Miesiąc to sporo czasu. Kto wie, co się wydarzy.

w samym środku Wielkiej symfonii g-moll

Maszyna czyszcząca zostawiała za sobą mokry ślad, podłoga subtelnie lśniła. Waldemar otaksował ją z satysfakcją. Widok pięciuset metrów kwadratowych wyszlifowanego dębu poruszał w jego sercu romantyczną strunę. Nie miał pojęcia, czy w holu głównym Rudolfinum w ogóle urządza się bale, ale sprzątając tu w pojedynkę, otoczony poranną ciszą, zawsze lekko puszczał wodze fantazji. Wyobrażał sobie kobiety w wytwornych sukniach wieczorowych, feeryczne oświetlenie, słodkie dźwięki walca i siebie sunącego po gładkim parkiecie z przepiękną partnerką w objęciach. Tak naprawdę był raczej nędznym tancerzem, ale w marzeniach można wszystko, więc ani myślał się ograniczać, kiedy kręcił piruety na siedzeniu swojej szorowarki.

Wykonał ostatni obrót i ruszył w stronę schodów. Przeszklone lunety wpuszczały do środka jasne światło majowego poranka, na tafli Wełtawy bieliły się łabędzie. Turystów na razie brak. Wynurzą się z hoteli dopiero po śniadaniu, by zalać nabrzeże i mosty, zapełnić skwerek przed Rudolfinum i słuchać występów z namiotu, w którym na zmianę, w przeróżnych stylach, będą grać małe orkiestry i zespoły. Wieczorem niejeden z przybyszów zajdzie do środka, na koncert. Pojutrze zaczyna się Praska Wiosna, do stolicy zjechały już tłumy wielbicieli muzyki poważnej z całego świata. Waldemar postrzegał ten festiwal z innej perspektywy. Z bliska obserwował wchodzących do budynku członków tutejszej orkiestry i zagranicznych gości, wsłuchiwał się w dźwięki prób dobiegające zza drzwi, czyścił dywany, parkiety i posadzki ze śladów setek butów, plam po winie czy rozdeptanych torcików czekoladowych. Niektórych zabrudzeń nie dało się usunąć do końca, szczególnie uporczywe bywały ślady po gumie do żucia, ale starał się, jak mógł. Taka robota. Muzyczni giganci nie chwytali go szczególnie za serce, ale lubił posłuchać ulicznego jazzu, chętnie też przystawał nieopodal grywających na skwerkach gitarzystów czy akordeonistów. Wiosną nigdzie się nie spieszył. Powoli przemierzał Pragę i z radością chłonął atmosferę miasta, które hulająca po ulicach muzyka potargała niczym kapryśny wiatr włosy.

Wjechał w krużganek wokół holu. Posadzka była niemiłosiernie zadeptana, przechodziło się tędy do sal wystawowych i kawiarni, na marmurowej mozaice widniały ślady naniesionego na podeszwach błota. I jakieś plamy. Waldemar zatrzymał maszynę i zsiadł, chcąc sprawdzić, czy będzie trzeba wyjechać z holu i umyć podłogę także przed szatnią. Od razu dostrzegł, że jest potężnie wysmarowana. Po kamiennych płytkach ciągnęły się długie, rdzawe smugi. Wspiął się nad schody i zamarł. Na środku kolejnych stopni prowadzących w dół, w stronę wyjścia, walał się damski but na obcasie, a przy samych drzwiach drugi. Tuż obok leżała kobieta. Miała jasne włosy i czarną sukienkę, rozerwaną od góry do samego pasa. Skórę na jej szyi i piersiach pokrywał zaschnięty krwawy kożuch. Szeroko otwarte usta wyglądały, jakby próbowała gwałtownie złapać oddech, ale to było tylko wrażenie. Waldemar miał pewność, że ta kobieta już nigdy nie nabierze powietrza w płuca.

Mówi się, że maj to miesiąc miłości. Niby wytarty frazes, ale coś w nim jest, pomyślał Marián Holina po przebudzeniu, kiedy kilka centymetrów od swojej twarzy zobaczył twarz Sabiny. Wiosną cała natura buzuje od życiodajnych soków i gdybyśmy mijali obojętnie ten kocioł feromonów, znaczyłoby to, że bardzo z nami źle. Na szczęście aż tak źle nie jest. Wciąż ulegamy prawom natury.

Sabina spała na plecach, oddychała równo i spokojnie. Wpadające przez korony akacji światło malowało drżące wzory na jej twarzy, w bezruchu pozostawał tylko gwiazdozbiór piegów na czole. Mariána kusiło, by musnąć dobrze znane plamki opuszką palca lub, o wiele chętniej, ustami, ale nie chciał przerywać jej snu. Wczorajszy dzień był intensywny. Jeszcze o siódmej wieczorem wspinali się po zboczach Gór Szczawnickich i pukali w skalną ścianę szczytu Sitno, żeby obudzić śpiących w górze rycerzy. Nie udało się, spali jak susły, z czego Sabina wywnioskowała, że Słowakom nie dzieje się obecnie żadna krzywda i nie jest im potrzebna pomoc legendarnego wojska. Kiedy dwie godziny później ruszyli w kierunku Pragi, oboje byli zdziczali po tygodniu w górach, osmaleni słońcem i śmiertelnie wykończeni. Położyli się o świcie. A teraz była… Marián uniósł się na łokciach i sięgnął po telefon. Za kilka minut ósma. Migająca dioda informowała o nieodebranym połączeniu. Nazwisko na wyświetlaczu nie wróżyło niczego dobrego.

Wstał ostrożnie, żeby nie obudzić Sabiny, wciągnął krótkie spodenki i wyszedł na dwór. Panował poranny chłód, ale rosa zapowiadała upał. Znaczna część podwórza leżała w cieniu, od rzeki wiał rześki zefirek, a biurowce na Wyspie Rohańskiej nie wykazywały oznak życia. Podobnie jak kwiaty doniczkowe, które pani Štajfová, wynajmująca Holinie dolny loft w budynku, wyniosła na balkon przed wyjazdem do sanatorium. Zostawiła biedactwa pod jego opieką, a one od dobrego tygodnia nie widziały wody. Chwycił konewkę i napuszczając wody z kranu ogrodowego, zastanawiał się, dlaczego Karoch, jego szef, dobija się telefonicznie, skoro zostały mu jeszcze dwa dni do końca urlopu. Zły znak.

– A poleż se brzuchem do góry, chłopie, zasłużyłeś – śmiał się Karoch tydzień temu, kiedy Marián składał wniosek urlopowy. – Odetchnij, nabierz sił.

Ktoś niewtajemniczony mógłby odebrać te słowa jako życzliwość i troskę, ale Marián znał przełożonego dwadzieścia osiem lat i wiedział swoje. Karoch rozumiał, że czasem trzeba wypocząć, żeby potem znów zasuwać jak koń pociągowy, ponad normę, za przeciętny przydział siana, i dożyć emerytury, nigdy nie zetknąwszy się z terminem „zwolnienie lekarskie”.

W tym roku szef mógł lekką ręką przyznawać urlopy, bo od stycznia trafiło im się jedynie osiem zabójstw. Na pewno nie tylko do tylu doszło na terenie stolicy, ale sprawcy pozostałych byli widocznie tak cwani, że uznano je za wypadki, albo w ogóle nikt ich nie odkrył. Możliwe też, że wyjdą na jaw długo po fakcie – jak ostatnia sprawa Mariána. W opuszczonym garażu na Kobylisach odkryto ciała czterdziestoletniej kobiety i jej syna. Dwa miesiące przeleżeli w samochodzie, do którego wnętrza skierowano rurę wydechową. Ślady na ciele chłopca wskazywały, że próbował się wydostać, ale matka trzymała go z całych sił. Samotna, rozczarowana życiem na ziemi dała się omamić wiarą w błogie życie po śmierci w jakimś świecie równoległym i postanowiła zabrać ze sobą dziewięcioletniego synka. Ta historia przepełniła Mariána gniewem i głębokim smutkiem. Gniew z czasem wyparował, ale przygnębienie wpiło się niczym kleszcz i nie odpuszczało, nawet po zamknięciu sprawy. Wyglądało na to, że zagości na dłużej. Aż pewnego wieczora, przesyconego zapachem akacji, w drzwiach niespodziewanie stanęła Sabina. Smutek szybko zwinął żagle.

– Wybierasz się do rodziny, do Lehôtki? – dopytywał Karoch, podpisując Mariánowi wniosek urlopowy.

– Dawno się z nimi nie widziałem – uniknął bezpośredniej odpowiedzi Holina.

– Pamiętaj o mnie, jak będziesz kupował wino – dodał jeszcze szef, który swego czasu zakochał się w złotej, lśniącej Peseckiej Leánce z winnic nad Lehôtką. Marián wolał niczego nie obiecywać. Nie wybierał się na Słowację ani z miłości do wina, ani do krewnych. Mieli z Sabiną inne plany.

Wybrał numer Karocha.

– Co ci leży na wątrobie, Zdeňku? – Marián specjalnie mówił tonem urlopowicza niemającego najmniejszej ochoty na rozmowy o pracy, wykonywanie poleceń służbowych tym bardziej.

– Robota jest.

– To znaczy?

– Olga Brandejsová.

Mariánowi na dźwięk tego nazwiska stanęły przed oczami duże purpurowe litery z plakatu. Kojarzył ją.

– Śpiewaczka operowa?

– Klarnecistka. Gra w naszej praskiej filharmonii. Grała, znaczy się. Wygląda na to, że zamordowano ją w samiutkim Rudolfinum. Wysłałem Lídę na miejsce, ale nie może wziąć tej sprawy.

– Niby czemu? – Lída Šotolová była ulubienicą Karocha i jednym z najbardziej efektywnych koni pociągowych, który odznaczał się w Wydziale Zabójstw patologicznym wręcz zapałem. Zawsze kiedy lądował z nią w jednym zaprzęgu, Marián ledwo zipał.

– Konflikt interesów. Muszę ją zdjąć. Za dwa dni zaczyna się Praska Wiosna, w mediach będzie głośno o muzycznym światku i tak dalej. O tej sprawie usłyszy nawet głuchy. Nie mogę sobie pozwolić na błędy.

– Jak to konflikt interesów?

– Członkiem filharmonii jest prawie-że-szwagier Lídy, który… – Karoch uciął w pół słowa. Potem nastąpiło coraz głośniejsze sapanie. Holina odsunął telefon jak najdalej od ucha, bo doskonale wiedział, co się święci.

– Jak mówię, że Lída nie może tego wziąć, to znaczy, że nie może! Przyjmij to z łaski swojej do wiadomości i przestań mnie przesłuchiwać jak jakiegoś smarka!!! – ryk Karocha niósł się po podwórzu. – Pakuj się, zabieraj dupę z rodzinnej wioski i do roboty, ale już!

Marián złożył broń, walka nie miała sensu.

– Jestem w Pradze – przyznał. – Wróciłem kilka godzin temu.

– No to na co czekasz? Wskakuj do auta i migiem do Rudolfinum!

– Nie zapędzaj się – odparł Marián spokojnie, ale stanowczo. – Najpierw bez pośpiechu podleję kwiatki pani gospodyni, ogolę tygodniowy zarost i niespiesznie zjem śniadanie. A potem napompuję rower i wybiorę się do pracy we własnym tempie. – W górach, na łonie dzikiej natury, Holina poczuł nagły zew wolności i nie zamierzał ulegać tak obcesowym naciskom. Karoch oczywiście miał prawo odwołać go z urlopu, ale mógł to zrobić w inny, bardziej uprzejmy sposób. Tyle że uprzejmy Zdeněk Karoch to był oksymoron. Tym przyjaźniej starał się mówić Marián.

– Coś jeszcze, Zdeňku? – ciągnął z subtelnością godną baletnicy.

– Chciałem cię… – zaczął niepewnie, a Mariánowi przyszła do głowy szalona myśl, że Karoch zamierza go przeprosić. Nic takiego, rzecz jasna, nie nastąpiło. – Nie mów Lídzie, że wygadałem się o tym prawie-że-szwagrze, dobra? Wiesz, jakiego ma hopla na punkcie własnej prywatności. To musi zostać między nami. Zrozumiano? – Po proszącym tonie nie było już śladu.

– Jak nazywa się ten facet?

– Nie wiem… Doga, Draga… czy jakoś tak.

– Zapytam Lídy.

– Tylko spróbuj! Przecież mówię, żebyś…

– Wybacz, ale muszę kończyć, mam robotę – przerwał mu Marián i się rozłączył.

Wszedł po bocznych schodkach na balkon gospodyni i zabrał się do reanimacji kwiatów. Z bliska wyglądały jeszcze gorzej niż z podwórza. Jeśli nie uda się ich uratować, Štajfová mu nie daruje. I się załamie. Na starość źle znosiła straty. Zeszłoroczne problemy z sercem sprawiły, że pojęła kruchość własnej egzystencji i z całych sił uczepiła się życia. Domu, ogródka, nawet Mariána. Wcześniej bez przerwy gderała, teraz zdarzało jej się nawet uśmiechnąć. Bez dyskusji zgodziła się na wymianę wysłużonego kotła gazowego, kupiła nowe skrzynki na listy. Jakby chciała mieć pewność, że nim odejdzie na wieki, pozałatwia, co trzeba, i zostawi wszystko w najlepszym porządku. Marián ją rozumiał. Nie przeszedł wprawdzie zawału, fizycznie był w niezłej formie, ale nieuchronnie zbliżał się do pięćdziesiątki i z każdym rokiem czuł coraz większą potrzebę pozostawienia po sobie czegoś na tym świecie.

Kiedy wrócił do środka, Sabina wciąż spała. Patrzył na nią z radosnym zmieszaniem. Myślał o tym, że w jej łonie mogło być teraz zapłodnione jajeczko i wcale nie dawał się ponieść wybujałej wyobraźni. Istniała taka możliwość. Wiele zrobili w tym celu, zdając się nie tylko na siebie, lecz także – z inicjatywy Holiny – na wyższe instancje, konkretnie świętą Małgorzatę Antiocheńską. Symbolicznie rozpoczęli urlop w kościółku niedaleko słowackich Kopčan. Milá Markéta, prosím ťa o pomoc v našom úprimnom úsilí. Vynasnaž sa, drahá, a daj, nech Sabina čo najskôr otehotnie. Bude z nej skvelá mama*, modlił się Marián gorąco, święcie przekonany, że Małgorzata znajdzie dla nich chwilę w swoim, przepełnionym zapewne, grafiku.

 

Holina odzyskał zaufanie do losu, kiedy pewnego pachnącego akacją wieczora Sabina stanęła w progu i zapytała: – Mogę wejść? Wiedział, że nie pyta o to, czy może wejść do mieszkania. Chciała wrócić do jego życia. Otworzył drzwi na oścież. Wiedział, co się dzieje z jej mężem po wypadku. Karoch pod koniec zimy włączył go do ekipy Mariána. Wspólnie badali tragiczną sprawę z Kobylis.

Rosťa Bor był inteligentnym facetem i dobrze się z nim pracowało. Nie chciał być traktowany ulgowo, mimo że wylądował na wózku inwalidzkim. Z cierpliwością, jakiej brakowało mu przed nieszczęśliwym wypadkiem (do którego zresztą nie doszłoby, gdyby przestrzegał przepisów i poczekał na wsparcie), wkładał teraz energię we wszystkie działki policyjnej roboty, w których mógł być użyteczny. Zajął się researchem, pilnował wyników z laboratorium, robił transkrypcję zeznań. Uspokoił się, przestał latać za młodymi stażystkami, a jego mocno nadwątlone małżeństwo z Sabiną złapało drugi oddech. To, co było między nią a Mariánem, dawno się skończyło. Przekonywał się, że jest szczęśliwa, i chciał w to wierzyć. Do chwili, gdy stanęła w drzwiach.

Pierwszą wspólną noc po rozłące przeleżeli po ciemku obok siebie. Sabina mówiła, Marián słuchał. Okazało się, że Rosťa wcale nie pogodził się z kalectwem tak łatwo, jak to wyglądało z boku. W pracy się pilnował, w domu dawał upust goryczy. Czasami w furii rzucał czym popadnie, kiedy indziej zamykał się we własnej skorupie. Ubiegłej jesieni przechodzili tak poważny kryzys, że wyprowadził się do brata. Wcześniej nawrzucał Sabinie, że ma potąd jej miłosierdzia. Że jeśli taka z niej Matka Teresa i koniecznie musi się kimś opiekować, niech sobie znajdzie innego kalekę, a on doskonale poradzi sobie sam. Faktycznie, radził sobie – całe trzy tygodnie. A teraz znów przeprowadził akcję „dramatyczne odejście”.

– I co zrobisz? Chcesz tak dalej żyć? – zapytał Marián.

– Chcę mieć dziecko – odpowiedziała.

Wypadek nie pozostał bez wpływu na sprawność seksualną Rosti. Zrobiła się kapryśna, jak jego psychika. Czuł się w związku z tym poniżony, gorszy, ale uparcie odmawiał pomocy specjalisty. A Sabina miała trzydzieści cztery lata i jej zegar biologiczny tykał.

– Chcę urodzić dziecko, żeby… żeby to wszystko nabrało głębszego sensu – powiedziała, a Marián czuł, że mówiąc „to wszystko”, myślała o własnej ofierze. Zamierzała poświęcić resztę lat dla związku, który jej nie uszczęśliwiał, a nagrodą za tę ofiarę miało być dziecko. I to Rosťa pełniłby wszelkie honory ojcostwa. – A co ze mną? – zapytał, chociaż znał odpowiedź. Pozostanie incognito. Nigdy nie będzie mógł domagać się praw do dziecka Sabiny. Ale za to jej życie nabierze sensu.

Leżała tu, w jego łóżku, zalana miękkim porannym światłem. Patrzył na jej rozluźnione ciało, policzki osmagane górskim wiatrem, szczupłe biodro wystające spod kołdry, biodro, które być może niebawem się zaokrągli, i nagle poczuł, że niczego na świecie nie pragnie równie mocno jak tego, żeby Rosťa już nigdy do niej nie wrócił. Poczuł to tak gorąco i intensywnie, że Sabina otworzyła oczy. Uniosła się z niepokojem.

– Dlaczego mnie nie obudziłeś?

Sabina prowadziła dziś w radiu poradnię psychologiczną, audycję na żywo, dlatego wrócili nocą ze Słowacji.

– Potrzebowałaś snu.

– Która godzina?

– Nie martw się, masz mnóstwo czasu.

Holina był coraz bardziej rozdarty między dwiema przeciwstawnymi siłami: z jednej strony, pragnął przedłużyć choć o sekundę bliskość, jaką odbudowali z Sabiną w ciągu tego tygodnia, z drugiej, w jego głowie coraz silniej pulsowała sprawa Olgi Brandejsovej. Klarnecistka ginie w filharmonii! Brzmiało dramatycznie. Muzyka to żywioł, który porywa, czasami bardzo gwałtownie. Czyż nie ona właśnie, niemal dwieście lat temu, doprowadziła do rewolucji belgijskiej? Widzowie, podburzeni treścią opery Niema z Portici, prosto z sali ruszyli na budynki rządowe i rozpętali krwawy, bezlitosny bój o własną niepodległość. Mariána zadziwiał ten moment w historii. Dowodził niesamowitej siły muzyki. Wywoływała rozmaite emocje, łącznie z chęcią mordu. Śmierć Olgi Brandejsovej nie musiała mieć, rzecz jasna, nic wspólnego z muzyką, jednak w głowie śledczego powoli rozkręcała się karuzela domysłów. Z trudem ją zatrzymał. Wsiądzie na nią, ale jeszcze nie teraz. Szkoda tej chwili na rozważania o śmierci. Oczy Sabiny wyraźnie mówiły, że można ją spożytkować zupełnie inaczej.

– To co robimy z tym mnóstwem czasu? – zapytała.

– Co proponujesz?

Odchyliła róg kołdry.

Urszula wzięła tylko kawę i sok pomarańczowy, suto zastawiony szwedzki stół minęła szerokim łukiem. Od wczoraj czuła taki wstręt do siebie, że żołądek ściskał jej się na samą myśl o jedzeniu. Podobnie jak na myśl o trajkocie wyspanych jak niedźwiadki po zimie turystów. W przeciwieństwie do nich nie zmrużyła oka. Całą noc, nieskończenie długie osiem godzin, w kółko zadawała sobie jedno jedyne pytanie: czy naprawdę zrobiłam to, co mi się wydaje?

Wybrała mały stolik, żeby nikt się nie dosiadł, odstawiła filiżankę i szklankę soku, rozejrzała się po biedermeierowskim wnętrzu jadalni hotelowej. To była jedna z tych lepszych, gdzie popijając świeżo wyciśnięty sok, można poczytać świeżą międzynarodową prasę. Gazety i pisma czekały na stojaku przy drzwiach. Urszula podeszła, obojętnie przebiegła spojrzeniem po „Frankfurter Allgemeine” i „The Times”. Wiedziała, że tam nie znajdzie odpowiedzi na dręczące ją pytanie. Wzięła jeden z czeskich dzienników i wróciła do stolika.

Zwykle nie czytała gazet. O tym, co dzieje się w Polsce, na bieżąco informowała ją matka, aktualności ze świata nadrabiała w sieci – o ile znalazła czas, co nie zdarzało się zbyt często. Jeśli akurat nie ćwiczyła, grała koncert lub była w podróży. Im większa popularność, tym więcej godzin spędzonych w samolotach, taksówkach i hotelach. Występowała jako solistka z najważniejszymi orkiestrami symfonicznymi w Europie, zdobywała pochwalne recenzje. Pisano, że jest coraz lepsza. Jeszcze niedawno sama w to wierzyła, ale ostatnio coraz dotkliwiej odczuwała, że to nieprawda. Dla innych wciąż mogła być nowatorska, wyjątkowa, obiecująca, ale brutalnie szczery krytyk wewnętrzny szeptał, że osiągnęła pułap i już go nie przekroczy. Mało tego, żeby utrzymać obecny poziom gry, będzie musiała jeszcze intensywniej doskonalić warsztat, a duże koncerty będą ją kosztowały coraz więcej energii. O życiu prywatnym może zapomnieć.

Ta perspektywa mocno przybiła Urszulę, z kryzysu wyciągnął ją dopiero Lars. Wykombinował, że mogłaby ubiegać się o etat w Hamburgu i dzięki temu połączyć życie prywatne z zawodowym, a ona przystała na to tym skwapliwiej, że jednym tchem poprosił ją o rękę. Stabilizacja – to był jakiś pomysł. Urszula bez namysłu wzięła udział w naborze do orkiestry Filharmonii nad Łabą. Konkurencja była silna, ale Urszula zagrała brawurowo (sama to przyznawała, a jej zdanie podzielał także Lars i jego dwóch kolegów z orkiestry). Niestety, choć była o krok, nie udało jej się objąć wymarzonej posady. Nie mogła nawet zrzucić niepowodzenia na męski szowinizm. W konkursie pokonała ją inna kobieta.

Przejrzała calutką gazetę, od początku do końca. Często bywała w Czechach, grała z tutejszymi orkiestrami, dzięki czemu całkiem przyzwoicie opanowała język. Przestudiowała każdy, choćby najdrobniejszym drukiem zamieszczony nagłówek, ale w gazecie nie było słowa na interesujący ją temat. Całe szczęście. Trochę się uspokoiła. Wyjęła telefon, przejrzała wiadomości, tradycyjny poranny esemes od matki (przesyłam buziaka, córeczko) i zabawne pozdrowienia od Larsa, zilustrowane zdjęciem zachmurzonego hamburskiego nieba. Uwielbiał memy, Urszula nie zawsze rozumiała jego specyficzne, szwedzkie poczucie humoru, ale to nic, najważniejsze, że ją kochał i zawsze mogła na nim polegać. Lars jest aniołem, a ty zwykłą żmiją. Nie zasługujesz na niego, powtórzyła w myślach to, co wyrzucała sobie całą noc, po czym zadzwoniła do mamy.