Kat miłościTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Okładka

2  Strona tytułowa

3  Strona redakcyjna

4  Dedykacja

5  O autorze

6  Podziękowania

7  Prolog

8  Kat miłości

9  Gdyby gwałt był legalny…

10  Otyła dama

11  To nie ona powinna umrzeć

12  Nigdy nie myślałam, że to mnie może się przydarzyć

13  Co nam zostało z tych lat?

14  Dwa uśmiechy

15  Trzy nieotwarte listy

16  Monogamia terapeutyczna

17  W poszukiwaniu śniącego

18  Przypisy

Tytuł ory­gi­nału: LOVE’S EXE­CU­TIO­NER And Other Tales of Psy­cho­the­rapy

Redak­cja: Beata Wol­fram

Korekta: Agata Ręka­wek

Pro­jekt okładki: Magda Kuc

Zdję­cie na okładce: Pete Nie­sen/shut­ter­stock

Copy­ri­ght © 1989 by Irvin D. Yalom

Copy­ri­ght © for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca, War­szawa 2021

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark).

Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku.

Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

ISBN 978-83-8143-741-7


Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.

Mojej rodzi­nie – żonie Mari­lyn i dzie­ciom: Eye, Reidowi, Vic­to­rowi i Benowi

O auto­rze

Dr Irvin D. Yalom jest wybit­nym, ame­ry­kań­skim psy­cho­te­ra­peutą, posia­da­ją­cym wie­lo­let­nie doświad­cze­nie w pracy z ludźmi. Jest także auto­rem zna­czą­cych pod­ręcz­ni­ków, w któ­rych pre­zen­tuje tera­pię w uję­ciu egzy­sten­cjal­nym, obej­mu­ją­cym sze­ro­kie spek­trum doświad­czeń pacjenta i tera­peuty. Doświad­cze­nia te wykra­czają poza doraźne pro­blemy emo­cjo­nalne oraz trud­no­ści przy­sto­so­waw­cze osób poszu­ku­ją­cych pomocy.

W lite­ra­tu­rze pol­skiej podobne podej­ście można odna­leźć w książ­kach Anto­niego Kępiń­skiego i Woj­cie­cha Eichel­ber­gera. Czy­tel­nicy ceniący twór­czość tych auto­rów szybko odkryją Yaloma – huma­ni­stę, leka­rza, a przede wszyst­kim uta­len­to­wa­nego pisa­rza.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Podzię­ko­wa­nia

Ponad połowę tej książki napi­sa­łem pod­czas wypeł­nio­nego podró­żami urlopu nauko­wego. Wdzięczny jestem wielu oso­bom i insty­tu­cjom, które mnie gościły i wspo­ma­gały w pisa­niu: Cen­trum Nauk Huma­ni­stycz­nych przy Uni­wer­sy­te­cie Stan­forda, Cen­trum Stu­diów Fun­da­cji Roc­ke­fel­lera w Bel­la­gio, dok­to­rom Mikiko i Tsu­ne­hito Hase­gawa z Tokio i z Hawa­jów, kawiarni Malvina w San Fran­ci­sco, Pro­gra­mowi Twór­czego Pisa­nia w Ben­ning­ton Col­lege.

Wdzięczny jestem mojej żonie Mari­lyn (jest zawsze naj­su­row­szym kry­ty­kiem, a jed­no­cze­śnie naj­więk­szym wspar­ciem), redak­to­rowi tej książki, i moich poprzed­nich z wydaw­nic­twa Basic Books, Pho­ebe Hoss, redak­torce – pro­jek­tantce z Basic Books, Lin­dzie Car­bone. Dzię­kuję także wielu kole­gom i przy­ja­cio­łom, któ­rzy nie ucie­kali na mój widok, gdy zbli­ża­łem się do nich z nową cze­ścią opo­wie­ści, lecz udzie­lali mi cen­nych wska­zó­wek, a także wspar­cia. Pro­ces pisa­nia tej książki był długi i nie­wąt­pli­wie nie pamię­tam już wszyst­kich nazwisk, ale chciał­bym podzię­ko­wać: Pat Baum­gard­ner, Hele­nie Blau, Michele Car­ter, Iza­beli Davis, Stan­ley­owi Elki­nowi, Joh­nowi Fel­sti­ne­rowi, Alber­towi Guerar­dowi, Mac­li­nowi Guerar­dowi, Ruthel­len Jos­sel­son, Herant Kat­cha­do­urian, Sti­nie Kat­cha­do­urian, Mar­gu­erite Leder­berg, Joh­nowi L’Heu­reux, Mor­to­nowi Lie­ber­ma­nowi, Dee Lum, K.Y. Lum, Mary Jane Mof­fatt, Nan Robin­son, mojej sio­strze Jean Rose, Genie Soren­sen, Davi­dowi Spie­glowi, Win­fre­dowi Weis­sowi, mojemu synowi Ben­ja­mi­nowi Yalo­mowi, sta­ży­stom i stu­den­tom psy­cho­lo­gii z roku 1988, mojej sekre­tarce Bei Mit­chell, która przez dzie­sięć lat prze­pi­sy­wała na maszy­nie notatki i pomy­sły, z któ­rych powstały te opo­wia­da­nia. Wdzięczny też jestem, jak zawsze, Uni­wer­sy­te­towi Stan­forda za wspar­cie, swo­bodę i śro­do­wi­sko inte­lek­tu­alne, tak ważne dla mojej pracy.

Wiele zawdzię­czam dzie­się­ciu pacjen­tom, któ­rzy wystę­pują na tych stro­ni­cach. Każdy prze­czy­tał swoją histo­rię (oprócz jed­nego pacjenta, który zmarł, zanim ukoń­czy­łem pisa­nie opo­wie­ści o nim) i wyra­ził zgodę na jej publi­ka­cję. Każdy spraw­dził i zaak­cep­to­wał kamu­flaż, wielu zaofe­ro­wało pomoc redak­cyjną, a jeden (Dave) wymy­ślił tytuł dla swej histo­rii. Byli tacy, któ­rzy twier­dzili, że kamu­flaż jest zbyt duży i zachę­cali mnie do odważ­niej­szego odkry­cia ich toż­sa­mo­ści. Nie­któ­rych zbul­wer­so­wały moje oso­bi­ste zwie­rze­nia lub zbyt swo­bodny ton moich wypo­wie­dzi, ale wie­rząc, że będzie to poży­teczne dla tera­peu­tów i innych pacjen­tów, dali mi na nie swoje przy­zwo­le­nie i udzie­lili bło­go­sła­wień­stwa. Wszyst­kim winien jestem naj­głęb­szą wdzięcz­ność.

Te opo­wie­ści są praw­dziwe, mimo iż wpro­wa­dzi­łem do nich wiele zmian, żeby ochro­nić pacjen­tów przed iden­ty­fi­ka­cją. Czę­sto sto­so­wa­łem sym­bo­liczny ekwi­wa­lent jakie­goś aspektu oso­bo­wo­ści lub życia pacjenta, a nie­kiedy udzie­la­łem pro­ta­go­ni­ście czę­ści toż­sa­mo­ści innego pacjenta. Dia­logi są cza­sami fik­cyjne, a moje oso­bi­ste reflek­sje wpro­wa­dzone post hoc. Zadba­łem o kamu­flaż tak dalece, iż tylko sam pacjent może się roz­po­znać. Czy­tel­nicy, któ­rzy pomy­ślą, że roz­po­znają któ­re­goś z tych dzie­się­ciu pacjen­tów, będą na pewno w błę­dzie.

Wszyst­kie imiona i nazwi­ska, cechy cha­rak­te­ry­styczne, które mogłyby umoż­li­wić iden­ty­fi­ka­cję, oraz inne szcze­góły mate­riału kli­nicz­nego zostały zmie­nione.

Pro­log

Wyobraź­cie sobie taką oto scenę: około trzy­stu czy czte­ry­stu obcych sobie ludzi na warsz­ta­cie psy­cho­lo­gicz­nym dostaje nastę­pu­jące pole­ce­nie: „Dobierz­cie się w pary i, raz po raz, zada­waj­cie swemu part­ne­rowi pyta­nie »Czego pra­gniesz, czego byś chciał?«”.

Czy może być coś prost­szego, niż odpo­wia­dać na jedno nie­winne pyta­nie? A jed­nak we wszyst­kich gru­pach, z któ­rymi pra­co­wa­łem, wywo­ły­wało ono nie­ocze­ki­wa­nie silne emo­cje. Wystar­czy krótka chwila, by cała sala drżała w posa­dach od przy­pływu uczuć. Kobiety i męż­czyźni są do głębi poru­szeni (a nie są to by­naj­mniej despe­raci czy potrze­bu­jący wspar­cia bie­dacy, lecz świet­nie funk­cjo­nu­jący, dobrze sytu­owani i ele­gancko ubrani ludzie). Przy­zy­wają tych, któ­rych utra­cili na zawsze – zmar­łych lub nie­obec­nych rodzi­ców, kochan­ków, mał­żon­ków, dzieci, przy­ja­ciół. „Chciał­bym cię znowu zoba­czyć”. „Pra­gnę twej miło­ści”. „Chciał­bym wie­dzieć, że jesteś ze mnie dumny”. „Chciał­bym, żebyś wie­działa, że cię kocha­łem i ogrom­nie mi przy­kro, że ni­gdy ci tego nie powie­dzia­łem”. „Pra­gnę, żebyś wró­cił, jestem taka samotna”. „Chciał­bym mieć takie dzie­ciń­stwo, jakiego ni­gdy nie mia­łem”. „Chciał­bym być znowu zdrowy i młody. Pra­gnę być kochany i sza­no­wany. Pra­gnę, aby moje życie miało sens. Pra­gnę cze­goś doko­nać. Pra­gnę coś zna­czyć, chciał­bym być ważny, chciał­bym, by o mnie pamię­tano”.

 

Tak wiele pra­gnień i tęsk­not. I tak wiele bólu – tuż pod powierzch­nią – tak nie­wiele trzeba, by się poka­zał. Ból losu. Ból egzy­sten­cjalny. Ból, który zawsze jest i nie­ustan­nie drga pod cienką mem­braną życia. I tak łatwo się do niego dostać. Poprzez wiele rze­czy – pro­ste ćwi­cze­nie w gru­pie, kilka minut głę­bo­kiej reflek­sji, dzieło sztuki, kaza­nie, oso­bi­sty kry­zys, utratę kogoś lub cze­goś. Ból przy­po­mina nam, że nie­moż­liwe jest speł­nie­nie naszych naj­głęb­szych pra­gnień: pra­gnie­nia zacho­wa­nia mło­do­ści i zatrzy­ma­nia pro­cesu sta­rze­nia się, pra­gnie­nia, by wró­cili ci, któ­rzy ode­szli na zawsze, pra­gnie­nia wiecz­nej miło­ści, ochrony, zna­cze­nia, i wresz­cie pra­gnie­nia samej nie­śmier­tel­no­ści.

Wtedy gdy te nie­osią­galne pra­gnie­nia zdo­mi­no­wały nasze życie, zwra­camy się o pomoc do rodziny, przy­ja­ciół, a cza­sem do psy­cho­te­ra­peuty, szu­kamy pocie­sze­nia w reli­gii.

W książce tej opo­wia­dam histo­rie dzie­się­ciu pacjen­tów, któ­rzy sko­rzy­stali z tera­pii i w trak­cie swej pracy zma­gali się z bólem egzy­sten­cjal­nym. Ból ten wcale nie był przy­czyną, dla któ­rej zwró­cili się do mnie o pomoc – prze­ciw­nie, cier­pieli z powodu zwy­czaj­nych pro­ble­mów codzien­nego życia: samot­no­ści, pogardy dla samego sie­bie, impo­ten­cji, migreny, przy­mu­sów sek­su­al­nych, oty­ło­ści, napię­cia, żałoby, obse­sji miło­snej, huś­tawki nastro­jów, depre­sji. Jed­nak w jakiś spo­sób (spe­cy­ficzny i odmienny w przy­padku każ­dego pacjenta) tera­pia obna­żyła korze­nie ich codzien­nych pro­ble­mów – korze­nie się­ga­jące samych pod­staw egzy­sten­cji.

Jed­nak we wszyst­kich histo­riach roz­brzmiewa woła­nie „chciał(a)bym, pra­gnę”. „Chcia­ła­bym, aby moja uko­chana, zmarła córeczka ożyła i znowu była ze mną” – krzy­czy jedna z pacjen­tek, zanie­dbu­jąc przy tym dwóch żyją­cych synów. „Pra­gnę pie­przyć każdą napo­tkaną kobietę” – domaga się pewien męż­czy­zna, pod­czas gdy rak gru­czo­łów lim­fa­tycz­nych toczy jego ciało. Inny, prze­ży­wa­jąc męki z powodu pew­nych trzech listów, któ­rych nie jest w sta­nie otwo­rzyć, błaga: „Tak chciał­bym mieć rodzi­ców i szczę­śliwe dzie­ciń­stwo. Ani jed­nego, ani dru­giego ni­gdy nie mia­łem”. Nato­miast star­sza kobieta despe­racko pra­gnie wiecz­nej mło­do­ści i nie może uwol­nić się od obse­syj­nej miło­ści do męż­czy­zny młod­szego od sie­bie o trzy­dzie­ści pięć lat.

Jestem prze­ko­nany, że pod­sta­wo­wym mate­ria­łem psy­cho­te­ra­pii jest zawsze tego rodzaju ból egzy­sten­cjalny, a nie, jak się czę­sto uważa, stłu­mione instynkty czy nie dość dokład­nie pogrze­bane sko­rupy tra­gicz­nej prze­szło­ści. W tera­pii każ­dego z pacjen­tów opie­ram metody na swoim głów­nym kli­nicz­nym zało­że­niu, że pod­sta­wowe lęki wyni­kają ze spo­sobu, w jaki dana osoba usi­łuje, świa­do­mie lub nieświa­do­mie, radzić sobie z nie­unik­nio­nymi zda­rze­niami, z „danymi”1 egzy­sten­cji.

Moim zda­niem ist­nieją cztery dane egzy­sten­cji szcze­gól­nie ważne dla psy­cho­te­ra­pii: nie­uchron­ność śmierci, doty­cząca nas samych i tych, któ­rych kochamy, wol­ność kształ­to­wa­nia swego życia wedle wła­snej woli, nasza osta­teczna egzy­sten­cjalna osob­ność i, w końcu, brak narzu­ca­ją­cego się oczy­wi­stego sensu życia. Jak­kol­wiek dane te wydają się dość ponure, zawie­rają ziarna mądro­ści i oca­le­nia. Mam nadzieję, iż w moich dzie­się­ciu opo­wie­ściach psy­cho­te­ra­peu­tycz­nych uda mi się poka­zać, że można skon­fron­to­wać się z tymi egzy­sten­cjal­nymi praw­dami i użyć ich siły w służ­bie oso­bi­stego roz­woju i zmiany.

Ze wszyst­kich tych życio­wych zda­rzeń naj­bar­dziej oczy­wi­sta i intu­icyj­nie uchwytna jest śmierć. Już w bar­dzo mło­dym wieku, czę­sto wcze­śniej, niż nam się wydaje, dowia­du­jemy się, że kie­dyś nadej­dzie śmierć i nie ma od niej ucieczki. Nie­mniej jed­nak, jak mówi Spi­noza, „wszystko, co żyje, usil­nie stara się pod­trzy­mać swoje ist­nie­nie”. W samym rdze­niu naszego jeste­stwa zawsze jest obecny kon­flikt mię­dzy pra­gnie­niem, by na­dal ist­nieć, a świa­do­mo­ścią nie­uchron­nej śmierci.

Aby pora­dzić sobie ze śmier­cią, z nie­skoń­czoną pomy­sło­wo­ścią wynaj­du­jemy spo­soby, by zaprzeć się jej lub przed nią uciec. Gdy jeste­śmy dziećmi, poma­gają nam wypie­rać śmierć zapew­nie­nia rodzi­ców, mity świec­kie i reli­gijne; póź­niej per­so­ni­fi­ku­jemy ją w jakąś postać: mon­strum, kostu­chę, demona. No bo jeśli jest ona tylko ści­ga­jącą nas posta­cią, to jesz­cze można pró­bo­wać się jej jakoś wymknąć. Poza tym, choć śmierć jako mon­strum może prze­ra­żać, jest mniej straszna niż naga prawda, że to my sami nosimy w sobie zarodki wła­snej śmierci. Potem mło­dzież eks­pe­ry­men­tuje jesz­cze z innymi spo­so­bami łago­dze­nia lęku przed śmier­cią: odbie­rają śmierci jej tok­syczny jad, szy­dząc z niej, wyzy­wa­jąc ją bra­wu­ro­wym zacho­wa­niem, lub znie­czu­lają się na nią, oglą­da­jąc opo­wie­ści o duchach i hor­rory w bez­piecz­nym towa­rzy­stwie rówie­śni­ków i pra­żo­nej kuku­ry­dzy z masłem.

Gdy dora­stamy, uczymy się wyrzu­cać śmierć ze swych myśli – odwra­camy od niej naszą uwagę, roz­pra­sza­jąc się róż­nymi zaję­ciami, prze­kształ­camy ją w coś pozy­tyw­nego (przej­ście do innego świata, powrót do domu, ponowne połą­cze­nie z Bogiem, wieczne odpo­czy­wa­nie); wypie­ramy ją, two­rząc opty­mi­styczne mity; wal­czymy o zapew­nie­nie sobie nie­śmier­tel­no­ści poprzez two­rze­nie nie­prze­mi­ja­ją­cych dzieł, pło­dze­nie dzieci, które prze­dłużą nasze ist­nie­nie, wyzna­wa­nie sys­te­mów reli­gij­nych zapew­nia­ją­cych o dal­szym ist­nie­niu naszego ducha.

Wielu ludzi nie zga­dza się z takim opi­sem wypie­ra­nia śmierci. „Non­sens – mówią – nie wypie­ramy śmierci. Każdy umiera. Wiemy o tym. Jest to oczy­wi­sty fakt. Ale czy jest sens zaprzą­tać sobie tym głowę?”.

Prawda jest taka, że wiemy, a jed­no­cze­śnie nie wiemy. Wiemy o śmierci – poj­mu­jemy jej fakt inte­lek­tu­al­nie, ale odci­namy od sie­bie prze­ra­że­nie zwią­zane ze śmier­cią – a raczej czyni to nie­świa­doma część naszego umy­słu, która chroni nas przed obez­wład­nia­ją­cym lękiem. Ten pro­ces odłą­cza­nia się prze­biega bowiem w spo­sób nie­świa­domy i nie­wi­dzialny; o jego ist­nie­niu prze­ko­nu­jemy się pod­czas tych rzad­kich epi­zo­dów, kiedy mecha­nizm wypar­cia pęka i lęk przed śmier­cią wybu­cha z całą swą siłą. Nie­czę­sto się to zda­rza – raz lub dwa razy w życiu. Cza­sami na jawie, kiedy sami ocie­ramy się o śmierć lub kiedy umrze ktoś nam bli­ski. Naj­czę­ściej jed­nak lęk przed śmier­cią wycho­dzi na powierzch­nię. W kosz­ma­rach sen­nych.

Kosz­mar senny jest nie­uda­nym marze­niem sen­nym, które „nie umiało” pora­dzić sobie z lękiem i nie speł­niło swej roli straż­nika naszego snu. Cho­ciaż kosz­mary róż­nią się tre­ścią, w każ­dym kryje się ten sam pro­ces: nagi lęk przed śmier­cią wyrywa się z zamknię­cia i wybu­cha z nie­świa­do­mo­ści do świa­do­mo­ści. Opo­wieść pt. „W poszu­ki­wa­niu śnią­cego” poka­zuje w wyjąt­kowy spo­sób, jak gdyby od kulis, pro­ces ucie­ka­nia od lęku przed śmier­cią i ostat­nie wysiłki umy­słu, by sobie z nim pora­dzić. Oto w ciem­nym, peł­nym śmierci kosz­ma­rze sen­nym Marvina poja­wia się jedyny ele­ment afir­mu­jący życie i prze­ciw­sta­wia­jący się śmierci – błysz­cząca laska z bia­łym koń­cem, któ­rej używa śpiący jako broni w sek­su­al­nym poje­dynku ze śmier­cią.

Pro­ta­go­ni­ści innych opo­wie­ści także postrze­gają akt sek­su­alny jako tali­zman odwra­ca­jący pro­ces zani­ka­nia, sta­rze­nia się, który może ode­gnać zbli­ża­jącą się śmierć. Stąd kom­pul­sywna aktyw­ność sek­su­alna u mło­dego, umie­ra­ją­cego na raka męż­czy­zny („Gdyby gwałt był legalny…”) i kur­czowe przy­wią­za­nie sta­rego męż­czy­zny do pożół­kych, liczą­cych trzy­dzie­ści lat listów od zmar­łej uko­cha­nej („Co nam zostało z tych lat?”).

Pod­czas wielu lat pracy ze sto­ją­cymi w obli­czu śmierci pacjen­tami cho­rymi na raka zauwa­ży­łem dwa szcze­gól­nie silne i powszechne spo­soby uśmie­rza­nia lęków przed śmier­cią, dwa prze­ko­na­nia, a raczej ilu­zje, które pozwa­lają uzy­skać poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Jedno – to prze­ko­na­nie o swej wyjąt­ko­wo­ści, dru­gie – to wiara w osta­tecz­nego zbawcę. Cho­ciaż są to ilu­zje repre­zen­tu­jące „stałe fał­szywe prze­ko­na­nia”, nie uży­wam ter­minu „ilu­zja” w sen­sie pejo­ra­tyw­nym. Są to bowiem prze­ko­na­nia uni­wer­salne i, na pew­nym pozio­mie świa­do­mo­ści, ist­nieją w nas wszyst­kich; speł­niają one pewną pozy­tywną rolę w kilku moich opo­wie­ściach.

Prze­ko­na­nie o wła­snej wyjąt­ko­wo­ści ozna­cza wiarę w to, że jest się nie­na­ru­szal­nym i nie­podat­nym na znisz­cze­nie – mnie nie doty­czą zwy­kłe prawa ludz­kiej bio­lo­gii i ludz­kiego losu, któ­rym pod­le­gają wszy­scy inni. W pew­nym okre­sie życia każdy z nas doświad­cza jakiejś formy kry­zysu: poważ­nej cho­roby, nie­po­wo­dze­nia zawo­do­wego, roz­wodu; albo, jak w przy­padku Elvy z opo­wia­da­nia „Ni­gdy nie myśla­łam, że to może mnie się przy­da­rzyć”, może to być tak banalna rzecz jak kra­dzież port­mo­netki. Takie zda­rze­nie odsła­nia nagle całą naszą zwy­czaj­ność i pod­waża powszechne zało­że­nie, że życie zawsze będzie wzno­szącą się spi­ralą.

Pod­czas gdy prze­ko­na­nie o wła­snej wyjąt­ko­wo­ści daje poczu­cie bez­pie­czeń­stwa nie­jako od wewnątrz, inny główny mecha­nizm wypie­ra­nia śmierci – wiara w osta­tecz­nego zbawcę – pozwala nam czuć się strze­żo­nym i chro­nio­nym od zewnątrz. Cho­ciaż możemy stra­cić rów­no­wagę psy­chiczną, zacho­ro­wać, sta­nąć na kra­wę­dzi życia, jeste­śmy prze­ko­nani, że ist­nieje gdzieś wszech­mocny sługa, który w razie potrzeby wynu­rzy się zza hory­zontu i przy­wróci nas życiu.

Te dwa prze­ko­na­nia kon­sty­tu­ują pewną dia­lek­tykę dwóch dia­me­tral­nie róż­nych odpo­wie­dzi na pyta­nie o kon­dy­cję ludzką. Czło­wiek albo ogła­sza w hero­icz­nym akcie samo­po­twier­dze­nia swoją auto­no­mię, albo poszu­kuje bez­pie­czeń­stwa w sto­pie­niu się z jakąś nad­rzędną siłą. Innymi słowy, albo chce się wyod­ręb­nić lub „zlać” z kimś lub czymś, albo pra­gnie się odse­pa­ro­wać lub sto­pić z kimś lub czymś w jedno. Sta­jemy się swo­imi wła­snymi rodzi­cami lub pozo­sta­jemy wiecz­nymi dziećmi.

Więk­szość z nas chce w życiu wygody i kom­fortu psy­chicz­nego; ner­wowo uni­kamy spoj­rze­nia śmierci, chi­cho­cząc i przy­ta­ku­jąc stwier­dze­niu Woody’ego Allena: „Nie boję się śmierci. Nie chcę tylko być obecny, kiedy ona przyj­dzie”. Ale ist­nieje inny spo­sób podej­ścia do śmierci – ma on długą tra­dy­cję i jest godny zasto­so­wa­nia w psy­cho­te­ra­pii. Ten spo­sób uczy, że dzięki peł­nej świa­do­mo­ści śmierci doj­rzewa w nas mądrość i nasze życie staje się bogat­sze. Słowa, które wypo­wie­dział mój pacjent, gdy umie­rał („Gdyby gwałt był legalny…”), poka­zują, że cho­ciaż fakt (czyli fizycz­ność) śmierci nas nisz­czy, myśl o śmierci może nas zba­wić.

Dla kilku opi­sa­nych tu osób pro­blem sta­no­wiła inna dana egzy­sten­cji – wol­ność. Gdy jedna z pacjen­tek, otyła Betty, oświad­czała, że pofol­go­wała sobie w jedze­niu także tuż przed wizytą u mnie i ma zamiar to samo uczy­nić zaraz po wyj­ściu z mego gabi­netu, tym samym pró­bo­wała wyrzec się swo­jej wol­no­ści i skło­nić mnie do tego, abym prze­jął nad nią kon­trolę. Tera­pia innej pacjentki (Thelmy z „Kata miło­ści”) obra­cała się wokół motywu pod­da­nia się byłemu kochan­kowi (i tera­peu­cie) i moich poszu­ki­wań takiej stra­te­gii, która pozwo­li­łaby jej odzy­skać swoją moc i wol­ność.

Wol­ność wydaje się anty­tezą śmierci. Oba­wiamy się śmierci, nato­miast wol­ność uwa­żamy za coś jed­no­znacz­nie pozy­tyw­nego. Czyż histo­rii cywi­li­za­cji zachod­niej nie zna­czą wyda­rze­nia będące wyra­zem tęsk­noty za wol­no­ścią, czyż wol­ność nie była wła­ści­wie jej główną siłą napę­dową? Ale z egzy­sten­cjal­nego punktu widze­nia wol­ność wiąże się z lękiem – źró­dłem lęku jest to, że wbrew powszech­nym mnie­ma­niom, wszech­świat, w który wcho­dzimy wraz z naro­dzi­nami, nie jest z góry upo­rząd­ko­waną struk­turą, usta­no­wioną przed naszym przyj­ściem zgod­nie z jakimś wiecz­nym, wiel­kim pla­nem (i taki wszech­świat nie ist­nieje rów­nież po naszym odej­ściu). Wol­ność ozna­cza, że sami sta­no­wimy o swo­ich wybo­rach, swo­ich czy­nach i wła­snym życiu. Ina­czej mówiąc, jeste­śmy za nie odpo­wie­dzialni.

Choć słowa odpo­wie­dzialny można uży­wać na różne spo­soby, ja naj­bar­dziej lubię defi­ni­cję Sar­tre’a: być odpo­wie­dzial­nym, to zna­czy „być auto­rem” i każdy z nas jest auto­rem swego życia. Mamy wol­ność bycia tym, kim chcemy być, nie możemy tylko jed­nego – uwol­nić się od wol­no­ści. Jak mówi Sar­tre, jeste­śmy ska­zani na wol­ność. Nie­któ­rzy filo­zo­fo­wie idą jesz­cze dalej. Twier­dzą, że archi­tek­tura ludz­kiego umy­słu czyni czło­wieka odpo­wie­dzial­nym za całą rze­czy­wi­stość, za samą formę czasu i prze­strzeni. I wła­śnie w idei auto­kon­struk­cji tkwi lęk: jeste­śmy isto­tami, które pra­gną goto­wej struk­tury, prze­raża nas poję­cie wol­no­ści impli­ku­jące, że pod naszymi sto­pami nie ma nic, żad­nego pew­nego gruntu.

 

Każdy tera­peuta wie, że pierw­szym zasad­ni­czym kro­kiem w tera­pii jest przy­ję­cie przez pacjenta odpo­wie­dzial­no­ści za swe życie. Dopóki ktoś wie­rzy, że jego pro­blemy powo­do­wane są jakąś zewnętrzną siłą, tera­pia nie może ruszyć z miej­sca. Jeśli bowiem pro­blem leży gdzieś poza mną, to dla­czego ja mam się zmie­niać? Trzeba zmie­nić albo wymie­nić świat zewnętrzny (przy­ja­ciół, zawód, part­nera). Dla­tego Dave (w „Co nam zostało z tych lat?”) uskar­ża­jący się, że zabor­cza, inge­ru­jąca żona zamknęła go w mał­żeń­skim wię­zie­niu, dopóty nie mógł poczy­nić postę­pów w tera­pii, dopóki nie dostrzegł, w jaki spo­sób sam odpo­wiada za stwo­rze­nie tego wię­zie­nia.

Zwy­kle pacjenci odno­szą się do kwe­stii przy­ję­cia odpo­wie­dzial­no­ści za swe życie z ogrom­nym opo­rem. Trzeba zatem two­rzyć efek­tywne tech­niki uświa­da­mia­nia im, w jaki spo­sób kreują wła­sne pro­blemy. Sku­teczną tech­niką, którą sto­so­wa­łem w wielu opi­sa­nych tu przy­pad­kach, jest sku­pia­nie się na „tu i teraz”. Ponie­waż w sytu­acji tera­peu­tycz­nej pacjenci zwy­kle odtwa­rzają te same pro­blemy inter­per­so­nalne, które tra­pią ich w życiu, kon­cen­truję się raczej na tym, co się dzieje w danej chwili mię­dzy mną a pacjen­tem, niż na wyda­rze­niach z ich prze­szło­ści lub teraź­niej­szo­ści. Bada­jąc szcze­gó­łowo rela­cję tera­peu­tyczną (bądź rela­cje mię­dzy uczest­ni­kami grupy w tera­pii gru­po­wej), mogę na bie­żąco poka­zy­wać pacjen­towi, w jaki spo­sób jego zacho­wa­nie wpływa na reak­cje innych ludzi. Dave na przy­kład mógł odsu­wać od sie­bie odpo­wie­dzial­ność za swe pro­blemy mał­żeń­skie, ale nie mógł kwe­stio­no­wać bez­po­śred­nich danych o sobie, una­ocz­nia­nych mu „na gorąco” w gru­pie tera­peu­tycz­nej. Nie mógł nie zauwa­żyć, że jego wymi­ja­jące, draż­niące, pełne alu­zji do jakichś sekre­tów zacho­wa­nie wyzwala w człon­kach grupy reak­cje podobne do reak­cji jego żony.

Podob­nie tera­pia Betty („Otyła dama”) nie przy­no­siła żad­nych efek­tów, dopóki przy­pi­sy­wała ona swą samot­ność roz­la­złej i pozba­wio­nej korzeni oby­cza­jo­wo­ści Kali­for­nii. Dopiero kiedy poka­za­łem jej, że jej bez­oso­bowy, nie­śmiały, pełen dystansu spo­sób bycia two­rzy taką samą bez­oso­bową atmos­ferę w naszej rela­cji, mogła zacząć badać, na czym polega jej odpo­wie­dzial­ność za ową izo­la­cję.

Przy­ję­cie odpo­wie­dzial­no­ści wpro­wa­dza pacjenta w przed­sio­nek zmiany, ale nie jest ze zmianą rów­no­znaczne. A praw­dzi­wym celem tera­pii jest zawsze zmiana, choćby nie wiem jak tera­peuta pod­kre­ślał zna­cze­nie wglądu, odpo­wie­dzial­no­ści i samo­re­ali­za­cji.

Wol­ność ozna­cza nie tylko odpo­wie­dzial­ność za wła­sne życiowe wybory, ale rów­nież impli­kuje, że wpro­wa­dze­nie zmiany wymaga aktu woli. Choć tera­peuci rzadko uży­wają poję­cia woli expli­cite, zawsze wkła­dają wiele wysiłku w to, aby wpły­nąć na wolę pacjenta. Nie­ustan­nie wyja­śniamy i inter­pre­tu­jemy, zakła­da­jąc (a jest to świecki akt wiary, pozba­wiony wystar­cza­ją­cych pod­staw empi­rycz­nych), że rozu­mie­nie rodzi zmianę. A gdy inter­pre­ta­cje nie skut­kują, ape­lu­jemy cza­sem bez­po­śred­nio do woli: „Trzeba jesz­cze wysiłku. Musisz pró­bo­wać. Jest czas myśle­nia i ana­li­zo­wa­nia, ale jest także czas dzia­ła­nia”. A kiedy zawo­dzą napo­mnie­nia, tera­peuta, jak przed­sta­wiają opo­wia­da­nia, może się już tylko odwo­łać do jakiej­kol­wiek innej zna­nej metody wywie­ra­nia wpływu na drugą osobę. Może radzić, kłó­cić się, naprzy­krzać, przy­mi­lać, pro­wo­ko­wać, bła­gać albo po pro­stu wszystko cier­pli­wie zno­sić, mając nadzieję, że zwy­czajne zmę­cze­nie pacjenta spo­wo­duje w końcu roz­pad neu­ro­tycz­nego świa­to­po­glądu.

Dzięki woli będą­cej źró­dłem dzia­ła­nia reali­zu­jemy swoją wol­ność. Akt woli składa się moim zda­niem z dwóch eta­pów: w pierw­szym osoba zapo­cząt­ko­wuje coś poprzez chce­nie, by to „coś” się zda­rzyło, a w dru­gim wpro­wa­dza to w czyn poprzez pod­ję­cie decy­zji.

Nie­któ­rzy ludzie mają blo­kadę na chce­nie – nie wie­dzą, co czują ani czego pra­gną. Pozba­wieni opi­nii, impul­sów, inkli­na­cji zaczy­nają paso­ży­to­wać na pra­gnie­niach innych. Tacy ludzie są męczący. Betty była nudna wła­śnie z tego powodu, że zamro­ziła swoje chce­nie i inni męczyli się przy niej, wyko­nu­jąc za nią pracę chce­nia i wyobraźni.

Inni znowu nie potra­fią pod­jąć decy­zji. Choć dokład­nie wie­dzą, czego chcą i jak to osią­gnąć, nie umieją dzia­łać. Męczą się i drę­czą, tkwiąc przed drzwiami z napi­sem „decy­zja”. Saul w „Trzech nie­otwar­tych listach” wie­dział, że każdy roz­sądny czło­wiek otwo­rzyłby te listy, ale lęk, które one budziły, spa­ra­li­żo­wał jego wolę. Thelma („Kat miło­ści”) wie­działa, że obse­syjna miłość odziera jej życie z real­no­ści. Wie­działa, że, jak sama to ujęła, żyje życiem sprzed ośmiu lat i aby je odzy­skać, musi porzu­cić swoją namięt­ność. Ale nie umiała czy też nie chciała tego zro­bić i zacie­kle opie­rała się wszel­kim moim pró­bom pobu­dze­nia jej woli.

Trudno jest podej­mo­wać decy­zje. Z wielu powo­dów, a nie­które z nich się­gają samych pod­staw bytu. John Gard­ner w powie­ści Gren­del opo­wiada o pew­nym mądrym czło­wieku, który stresz­cza swe medy­ta­cje tajem­nic życia dwiema pro­stymi, lecz prze­ra­ża­ją­cymi praw­dami: „Rze­czy zani­kają, alter­na­tywy się wyklu­czają”. Mówi­łem już o tej pierw­szej praw­dzie, czyli o śmierci. Druga – „alter­na­tywy się wyklu­czają” – sta­nowi klucz do zro­zu­mie­nia, dla­czego podej­mo­wa­nie decy­zji jest tak trudne. Każda decy­zja wymaga jakiejś formy wyrze­cze­nia się; każ­demu tak odpo­wiada jakieś nie, każda decy­zja eli­mi­nuje i nisz­czy inne moż­li­wo­ści (rdzeń angiel­skiego słowa decide – decy­do­wać, zna­czy uśmier­cać i jest taki sam jak w sło­wach homi­cide – zabój­stwo i suicide – samo­bój­stwo). Thelma trzy­mała się kur­czowo pra­wie nie­ist­nie­ją­cej szansy odzy­ska­nia swego uko­cha­nego, ponie­waż wyrze­cze­nie się tej moż­li­wo­ści ozna­czało dla niej zanik i śmierć.

Egzy­sten­cjalna izo­la­cja, trze­cia dana, ozna­cza nie­prze­kra­czalną odle­głość mię­dzy ja a innymi, odle­głość, która ist­nieje nawet w głę­bo­kim satys­fak­cjo­nu­ją­cym związku. Jeste­śmy odizo­lo­wani nie tylko od innych istot, ale także, o tyle o ile kon­sty­tu­ujemy swój wła­sny świat, od reszty świata. Taką izo­la­cję trzeba odróż­nić od dwu innych typów izo­la­cji – inter­per­so­nal­nej i intra­per­so­nal­nej.

Czło­wiek doświad­cza izo­la­cji inter­per­so­nal­nej, czyli samot­no­ści, jeśli bra­kuje mu umie­jęt­no­ści spo­łecz­nych lub oso­bo­wo­ści umoż­li­wia­ją­cej wcho­dze­nie w bli­skie kon­takty z innymi. Izo­la­cja intra­per­so­nalna poja­wia się wów­czas, gdy ist­nieje wewnętrzne roz­sz­cze­pie­nie mię­dzy róż­nymi czę­ściami ja, na przy­kład emo­cja zwią­zana z jakimś wyda­rze­niem odszcze­piona jest od pamięci o tym wyda­rze­niu. Naj­bar­dziej skrajna i dra­ma­tyczna forma roz­sz­cze­pie­nia, oso­bo­wość wie­lo­krotna, wystę­puje sto­sun­kowo rzadko (cho­ciaż liczba jej przy­pad­ków wzra­sta); kiedy się pojawi, tera­peuta może sta­nąć przed dyle­ma­tem, którą oso­bo­wość ma pie­lę­gno­wać, co mnie zda­rzyło się w lecze­niu Marge („Mono­ga­mia tera­peu­tyczna”).

Nie ma roz­wią­za­nia dla egzy­sten­cjal­nej izo­la­cji i tera­peuci muszą prze­strze­gać przed fał­szy­wymi roz­wią­za­niami. Próby ucieczki od tego rodzaju izo­la­cji mogą sabo­to­wać nasze związki z ludźmi. Wiele przy­jaźni i wiele mał­żeństw roz­pa­dło się, ponie­waż zamiast dbać o kon­takt mię­dzy sobą i trosz­czyć się o sie­bie, ludzie trak­to­wali drugą osobę jako tar­czę chro­niącą ich przed izo­la­cją.

Powszechną, rady­kalną próbą zna­le­zie­nia wyj­ścia z egzy­sten­cjal­nej izo­la­cji jest sto­pie­nie się, zatar­cie wła­snych gra­nic i zla­nie się z innym czło­wie­kiem. Kilka naszych histo­rii przed­sta­wia takie próby. Nie­zwy­kłą siłę oddzia­ły­wa­nia aktu zla­nia się z kimś innym poka­zały eks­pe­ry­menty z pod­świa­domą per­cep­cją. Na ekra­nie wyświe­tlano słowa „Mama i ja to jedno” tak szybko, że uczest­nicy eks­pe­ry­mentu nie byli w sta­nie uchwy­cić tych słów świa­do­mie. Po sean­sie czuli się lepiej, mieli w sobie wię­cej siły i opty­mi­zmu, a nawet szyb­ciej niż inni leczyli się z takich pro­ble­mów, jak pale­nie, oty­łość czy zabu­rze­nia okresu doj­rze­wa­nia.

Jed­nym z wiel­kich para­dok­sów życia jest to, że samo­świa­do­mość rodzi lęk. Sto­pie­nie się z innym likwi­duje lęk w rady­kalny spo­sób, czyli przez eli­mi­na­cję samo­świa­do­mo­ści. Osoba, która się zako­chała i weszła w błogi stan zla­nia się z innym, prze­staje być reflek­syjna, ponie­waż jej zada­jące pyta­nia i samotne ja (i zwią­zana z nim, nace­cho­wana lękiem izo­la­cja) roz­ta­pia się w my. W ten spo­sób czło­wiek pozbywa się lęku, ale traci sie­bie.

Dla­tego wła­śnie tara­peuci nie lubią zaj­mo­wać się pacjen­tami, któ­rzy są zako­chani. Tera­pia nie daje się pogo­dzić z wła­ści­wym zako­chaniu sta­nem roz­to­pie­nia się, ponie­waż praca tera­peu­tyczna wymaga pyta­ją­cej samo­świa­do­mo­ści i lęku, który osta­tecz­nie spełni rolę prze­wod­nika uka­zu­ją­cego wewnętrzne kon­flikty.

Ponadto trudno mi, jak zresztą więk­szo­ści tera­peu­tów, wejść w rela­cję z pacjen­tem, który jest zako­chany. W opo­wia­da­niu „Kat miło­ści” Thelma nie wcho­dzi w rela­cję ze mną – całą jej ener­gię pochła­nia bez reszty obse­syjna miłość. Strzeż­cie się przed sil­nym, wyłącz­nym przy­wią­za­niem do innego; nie jest ono, jak ludzie cza­sem myślą, dowo­dem czy­stej miło­ści. Taka zamy­ka­jąca, wyłączna miłość – kar­miąca się tylko sobą, nie­da­jąca nic innym i nie­trosz­cząca się o nich – ska­zana jest na to, że w końcu pożre samą sie­bie. Miłość nie jest tylko i wyłącz­nie pło­mie­niem namięt­no­ści mię­dzy dwoj­giem ludzi, ist­nieje ogromna róż­nica mię­dzy zako­cha­niem się a kocha­niem. Miłość jest spo­so­bem bycia, „odda­niem”, a nie „wpa­da­niem” (po ang. okre­ślamy zako­cha­nie jako „wpa­da­nie w miłość” – fal­ling in love – po pol­sku mówimy cza­sem o zako­cha­nym „wpadł jak śliwka w kom­pot”, a o nie­pla­no­wa­nym wyniku miło­ści fizycz­nej „wpa­dli” – przyp. tłum.). Ozna­cza pewien modus rela­cji ze świa­tem i ludźmi w ogóle, a nie poje­dyn­czy akt ogra­ni­czony do jed­nej jedy­nej osoby.