Manipulacja

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ireneusz Iredyński

MANIPULACJA

Wydawnictwo Estymator

Warszawa 2021

ISBN: 978-83-66719-66-8

Copyright © Ireneusz Iredyński

Tekst: Czytelnik, Warszawa 1975

Projekt okładki: Karolina Lubaszko

I

Gdyby mi ktoś dawniej powiedział, że przyczyną uwikłania się w kryminalną historię może być nieznajomość języków obcych, tobym poprosił o wyjaśnienie. Teraz mi już żadne wyjaśnienie nie jest potrzebne.

Wszystko zaczęło się przed kilkoma miesiącami, dzwonek, wszedł listonosz, rozporek miał rozpięty, „panie Zenku, niech się pan tą sąsiadką z dołu tak nie chwali” powiedziałem i pan Zenek zapiął, co trzeba.

List na kredowym papierze, równa czcionka maszyny elektrycznej, do mięsistego papieru przypięty był spinaczem bilet lotniczy. Zrozumiałem tylko tyle, że piszą do mnie panowie Kunsthaus i Müller z Zurychu, a list jest skierowany do mnie, Stefana Pękały, chociaż tam było napisane Pekala, wiadomo, nie mają ,,ę” i „ł” w maszynie; długopisem dorobiłem ogonek przy „e” i przeciąłem skośnie kreseczką ,,I”, po czym zaniosłem list do naszego dozorcy, aby mi przetłumaczył. Okazało się, że Kunsthaus to nie nazwisko, tylko dom sztuki, galeria inaczej. Müller bez wątpienia nazwisko. Galeria i Müller zapraszali mnie na pół roku do Zurychu jako „artystę znanego międzynarodowej publiczności”, dając mi „środki umożliwiające dowolne działanie artystyczne” i proponując urządzenie wystawy prac z mojego ostatniego okresu „nożnego”.

„Myślę, że dobrze zapamiętałem te sformułowania, gdyby były wątpliwości, to można sprawdzić w Warszawie, list leży w moim biurku... Nie, nie będą mieć wątpliwości co do zaproszenia, wątpliwości policji szwajcarskiej, jak wiadomo, są zupełnie innej natury” napisałem kilka dni temu w liście do urzędnika ambasady polskiej w Bernie, pana Sobusia, który odwiedził minie w więzieniu zaraz po moim aresztowaniu i obiecał wszelką możliwą pomoc. Na razie siedzę. Opowiedziałem temu Sobusiowi, co mi się przydarzyło, potem wysłałem jeszcze kilka listów, ot tak, z nudów, nie miałem przecież nic istotnego do dodania. Więcej już do niego pisać nie będę, wypełnię sobie czas opisem moich ocipieństw; właśnie to czynię. Cela czysta i widna, żarcie możliwe, pewien rodzaj wesołości minie po aresztowaniu ogarnął i jak dotąd – trzyma.

List od Mullera przyszedł w porę, wyprztykałem się właśnie z forsy, a chałupie, którą mi budowano na Mazurach, potrzebne były futryny, drzwi, podłogi, łazienka i ogólne wykończenie. Spodziewałem się, że w Zurychu zarobię, nie zapraszano by mnie inaczej, galeria to nie fundusz stypendialny ani inny „Caritas”. Nie liczyłem na kokosy, znałem swoją wartość rynkową na Zachodzie, takim facetom jak ja płaci się po kilkaset dolców za pracę, nie inwestując dużego szmalu w reklamę, młyny rynkowe mielą dzisiaj dużo i prędko, potrzeba im wciąż nowego ziarna, może być z Ekwadoru, może być z Polski. Zaprosili mnie dlatego, że pewną markę już miałem (kilka wystaw indywidualnych w Europie i jedna w Stanach), niewiele prac zakupiono, ale prasę miałem taką sobie, przynajmniej w tłumaczeniu znajomych.

Wyjazd, zdawało mi się, zakończy okres zawieszenia, letniości raczej, gdy wszystko było nijakie, ciągnął się ten okres już dość długo, praca mi nie szła, popadałem w rutynę, najpierw złościło mnie to, a później powielałem już samego siebie bez specjalnych wzdragań, z kobietami miałem jakieś nudne dla obu stron sprawy, często popadałem w apatię, nawet wódka mi za gładko w gardło nie wchodziła; wyjazd, przez swą fizyczność, miał stanowić kres bezjajectwa.

Poza tym wszystkim miał to być mój pierwszy samotny wyjazd Za granicę, poprzednio towarzyszyli mi zawsze urzędnicy „od kultury”, bardzo podobni w stylu bycia do Sobusia, taka sama gładkość w obejściu, mowa stateczna, niespieszna, słowa podawane z namysłem, a na dnie tego wszystkiego strach przed jakąś wredną niespodzianką. Goście ci byli dla mnie wprost bezcenni, informowali nie tylko o cenach prac, ale odpowiadali za mnie na wszelkie pytania, a to dlatego, że oni znali języki obce, a ja mówiłem tylko po polsku. O ile się nie mylę, trochę inną pogardzali, a trochę mi zazdrościli, uważali mnie chyba za przygłupiego dziwaka, który miał fart. Ja na wernisażach popijałem i pozwalałem się fotografować, ci z aparatami pstrykali gęsto, twarz brzydka i pobrużdżona, z dziurą w czole, musiałem rajcować ich zawodowo.

W upadku ze schodów w dzieciństwie (stąd to wgłębienie w moim czole) upatrywałem przyczynę niemożności nauczenia się jakiegokolwiek języka obcego, chociaż wiedziałem, że jest to próba dość naiwnej racjonalizacji tajemnicy, bo jakże inaczej nazwać tę moją nieprzenikliwość językową, gdy posiada się warunki sprzyjające opanowywaniu obcych mów, dobrą wolę, znakomitą pamięć i niezły słuch. Zaczynałem się uczyć kilkadziesiąt razy. Języki obce były dziwkami dostępnymi dla wszystkich, powiadałem sobie, oprócz mnie. Po cóż zresztą mówić o zachodnich językach, różniących się znacznie od polskiego, kiedy nawet pokrewny rosyjski był dla mnie nieosiągalny; w gimnazjum sprzyjała mi historia, miałem opanowany życiorys Soso po polsku, dla przyzwoitości dodawałem do niektórych słów końcówkę ,,ow” i w tych czasach to wystarczyło, aby dostać trójkę, później na Akademii Sztuk Pięknych podobałem się lektorowi rosyjskiego i jakoś zaliczyłem.

Wysłałem do Mullera depeszę (zredagowaną przez ciecia po niemiecku; honorarium: ćwiartka) potwierdzającą przylot, potem po załatwieniu formalności drugą z terminem i godziną. Paszport dostałem po siedmiu tygodniach od złożenia kwestionariusza, wizę szwajcarską w trzy dni, musiałem uporządkować jeszcze trochę swoich spraw, dwa miesiące zeszło.

Poszedłem w dniu odlotu do fryzjera, kazałem ściąć moje konwencjonalnie spadające na ramiona włosy i gdy w lustrze zobaczyłem fryzurę amerykańskiego studenta z lat pięćdziesiątych (jeżyk z przodu wysoki na 3/4 zapałki), poprosiłem, by mi wystrzygł maszynką, a potem wygolił brzytwą, krzyż na głowie.

– Chce pan za niemiecką kurwę chodzić? – zapytał fryzjer.

– Zakład.

– O co, jeżeli można wiedzieć?

– Dziesięć flaszek.

– Opłaca się – uznał fryzjer i przystąpił do dzieła.

Na lotnisku pojawiłem się około południa, byłem we fraku, sztuczkowych spodniach, lakierkach, zamiast koszuli z plisowanym gorsem miałem batystową damską bluzkę ozdobioną haftem krzyżykowym, która opinała mój tors jak kondom wiadomo co, zarost na piersiach czerniał pod nią frywolnie; na ramionach szuba, na głowie cylinder, w ustach cygaro kupione w sklepie kubańskim, w lewej ręce podzwaniająca szkłem walizka. Moje „Nogi” w skrzyniach z wiórkami odjechały poprzedniego dnia do Szwajcarii pociągiem, klucz od mieszkania dałem rozwodzącej się znajomej, nikt mnie nie odprowadzał, nikogo nie zostawiałem, szedłem lekki i wolny, lakierki niosły mnie łyżwowo po posadzce dworca lotniczego, wszyscy oglądali się za mną tak, jak na to zasługiwał mój kostium.

Panienka przy wadze odebrała walizkę, zważyła, dała mi kartonik, usta jej drżały podejrzanie, pyknąłem cygarem i poszedłem ku dwom umundurowanym.

Jeden starszy, po pięćdziesiątce, drugi młodziak, dwudziestodwuletni chyba, który gwizdnął na mój widok; skarcony spojrzeniem przez starszego minę zrobił pokerową, natomiast starszy uśmiechnął się, językiem lubieżnie po wargach przewinął i poprosił o paszport. Wertował go podejrzanie długo, o deklarację celną poprosił, kilkakrotnie ją chyba przeczytał, chociaż we wszystkich rubrykach dotyczących wywożonych przedmiotów słówko „nic” widniało. Oddał mi wreszcie paszport i deklarację, znów uśmiech serdeczny, miłosny prawie i przesunięcie koniuszkiem języka po wargach, „do kabiny pana na chwileńkę proszę” powiedział, a młodziak zapatrzony dotychczas w krater na moim czole „tak, tak” mu przybasował.

Do gaci mi się kazali rozebrać, spody stóp w skarpetkach mi łaskotliwie sprawdzili, portfel przejrzeli, w którym prawo jazdy i przepisowe trzydzieści pięć franków szwajcarskich się znajdowało, „może się pan ubrać” zadysponował starszy, ale ognik miłosny dalej w jego oku płonął i co chwila muskał pełne wargi językiem, z czego wywnioskowałem, że wciąż jeszcze uczucia profesjonalne do mnie żywi i obiecuje je sobie lada chwila zaspokoić; gdy już szubę miałem na ramionach, odezwał się „cylinderek proszę jeszcze zdjąć”. Objawiłem im się w całym majestacie krzyża wygolonego na łbie, młodszy znów gwizdnął, a starszy, wpatrzony w czubek mojej głowy, lunatycznym ruchem wyciągnął przed siebie rękę; wręczyłem mu cylinder, oprzytomniał. Zajrzał do środka. Wsadził rękę, puknął w denko. Oddał mi cylinder, spojrzał w oczy, usta miał zaciśnięte. „Kieszenie” mruknął bez poprzedniej uprzejmości, wyjąłem więc z głębin szuby dwa cygara, pudełko papierosów, zapałki, piersiówkę ze spirytusem, bułkę i plastykowe, okrągłe pudełeczko. Młodszy pochwycił zapałki, wysypał na rękę, przejrzał drewienka, wsadził je do pudełka, to samo zrobił z papierosami, starszy natomiast trzymał w ręku nie otwarte pudełko i znów patrzył na mnie prawie z miłosnym wyrazem twarzy. „Co tu jest?” – zapytał potrząsając pudełkiem, które wydało suchy szelest przesypującego się piasku. „Proszek” – odpowiedziałem. „Tak też przypuszczałem” on na to powoli, odkręcając wieczko, spojrzał w czerwonobrunatną zawartość pudełka, jakby patrzył w apetycznie rozchyloną vaginę ukochanej, „składzik” wymruczał, ,,co proszę?”, „jaki jest skład tego proszku?”, „kari, czili i pieprz turecki”, przeniósł wzrok na mnie i minę miał taką, jakbym mu wyrządził osobistą krzywdę, „bułkę rozłamać?” zapytał młodszy, „złam, synku, złam” powiedział jakoś obojętnie, wciąż patrząc na mnie, „nie będę jadł bułki macanej paluchami” zaoponowałem, „w samolocie dobrze karmią, co tam bułka” mówi starszy i pchał już palec do pudełka, młodszy złamał bułkę i powiedział „nic”, starszy zdawał się nie słyszeć, podnosił palec z drobinkami proszku ku twarzy patrząc na mnie z leciutkim uśmiechem, powąchał najpierw ten palec, jeszcze raz powąchał, a później, oblizawszy przedtem wargi, zebrał językiem brunatną substancję z palca, mlasnął o podniebienie, wzniósł oczy w górę, skrzywił się paskudnie i splunął. „Tak” powiedział zakręcając pudełko, „pan tu poczeka”, wręczył mi je i wyszedł; młodszy patrzył znowu na dziurę w moim czole, a ja chowałem do szuby cały ten majdan. Starszy wrócił po chwili z elegancko ubranym panem, o trójkątnej, lisiej twarzy.

 

– Paszport poproszę – powiedział ten nowy.

Podałem paszport. Przejrzał, oddał.

– W jakim celu udaje się pan do Szwajcarii?

– Reprezentować nową sztukę.

– Przecież nie ma pan paszportu służbowego, tylko prywatny.

– Dupa i sztuka nie podlegają upaństwowieniu.

– Na sztuce się nie znam... Proszę iść tędy, dziękujemy.

Odlot opóźniał się, chodziłem po poczekalni ssąc cygaro, trochę już mniej się za mną oglądano, byłem jednym z trzody oczekujących, wrosłem w grupę; z nudów przystanąłem przy kiosku ze słodyczami, kupiłem gumę do żucia, znów spacerowałem, przystanąłem przy kiosku z gazetami i zagapiłem się na okładkę jakiegoś niemieckiego magazynu; dziewczyna na okładce przypominała mi pewną Lusię, nie mogłem zdecydować, Lusia to czy nie Lusia, wreszcie kupiłem pismo; przez głośnik poproszono pasażerów odlatujących do Zurychu, aby się i tak dalej.

W samolocie zająłem miejsce przy oknie, szubę położyłem na półce, cylinder się nie mieścił, położyłem go bokiem. Koło mnie usiadł jakiś facet, popatrzył na pismo, które trzymałem w ręce, coś zagadał, chyba po niemiecku, kiwnąłem głową, facet też kiwnął. Lecieliśmy, oglądałem ilustracje, mój sąsiad powiedział coś do mężczyzny siedzącego o rząd przed nami, tamten mu odpowiedział, rozmawiali o jakichś sprawach biurowych, o jakimś przedsiębiorstwie szwajcarskim, umowach, słuchałem jednym uchem, doszedłem do przekonania, że ciało na okładce to jednak nie Lusia. Tamtym się widocznie temat wyczerpał, bo zamilkli. Po chwili jednak mój sąsiad przemówił szeptem.

– Józek, widzisz tego palanta koło mnie? Odpicował się jak szewc w Boże Ciało... Niemiec chyba.

– Ktoś go musiał niewąsko w łeb stuknąć, cipa mu się na czole zrobiła – odpowiedział równie cicho. I po chwili: – Nie rozumie, lipi przed siebie jak świnia w koryto.

– Ubrałbyś się tak, Józek?

– Ty się, Staszek, ode mnie odwal.

– Popatrz, Józek, takie fagasisko trznia sobie wszystkich, ubiera się jak małpa, a my musimy, ech, kurwa...

– A czort wie, czy on trznia? – zamyślił się. – Jakby był ładowany, toby się nie wygłupiał, te różne przebierańce na Zachodzie to golizna, na kawę nie mają.

– Ale leci samolotem. Jakby nie miał, toby nie leciał.

– Fakt, nie pomyślałem. Posłać by takich do łopaty, toby odechciało im się cyrk urządzać.

– Może to pedał? – wtrącił się trzeci, też siedzący przed nami.

– Jasne, że pedał, bluzkę ma damską, o, guziki na lewą stronę – powiedział pan Staszek.

– Krzyż sobie taki łachmyta na głowie wygolił... Ja bym mu co innego wygolił – rozmarzył się Józek.

– Lepiej uciąć. Kastrować takich obrzympalców i koniec – dla lepszego efektu mój sąsiad strzelił palcami.

– Wtedy nie miałbym cię czym posunąć – powiedziałem.

– O, to pan Polak – mój sąsiad zupełnie się nie zmieszał. – Wzięliśmy pana za Szwaba... Pan na pewno artysta muzyk, co? Mocne uderzenie, co?

– Jesteś wstydliwy? – powiedziałem.

– Nie jesteśmy na „ty”, łaskawy panie.

Stewardesa była o parę metrów od nas. Wstałem.

– Proszę pani – zawołałem gromko. – Ten pan – tu wskazałem na siedzącego obok – smrodzi okrutnie, proszę go gdzieś przenieść.

Usiadłem.

Głowy obróciły się ku nam. Dziewczyna podeszła bliżej, spojrzała na mnie.

– Nie słyszałam, co pan mówił.

Powtórzyłem to, co poprzednio.

– Niestety, mamy wszystkie miejsca zajęte i nie mogę spełnić pana prośby.

Odeszła.

– Ja pana! – mój sąsiad dławił się oburzeniem.

– Śmierdzisz – powiedziałem.

– O Jezu, co za skurczybyk – odezwał się z aprobatą Józio nie oglądając się.

Staliśmy, my, pasażerowie samolotu „lotowskiego” z Warszawy, przy obracającym się kolistym taśmociągu na dworcu lotniczym w Zurychu; walizki pojawiały się w odstępach sekundowych, wziąłem swoją, poszedłem ku wyjściu, drzwi odsunęły się przede mną, przeszedłem jeszcze kilka kroków, postawiłem walizkę, rozejrzałem się, szli ku mnie uśmiechając się, ona czterdziestoletnia, on młodszy od niej o jakieś pięć lat, mniej więcej w moim wieku. Zatrzymali się, zaczęli coś mówić, wyłowiłem z tego potoku „pekala”, zdjąłem cylinder, skłoniłem się nisko, po pas, demonstrując cztery ćwiartki włosów na mojej głowie, wyprostowałem się, z kieszeni wyjąłem piersiówkę ze spirytusem, dwie połówki bułki i pudełko z przyprawami. Wręczyłem to Wszystko mężczyźnie, podeptałem cylinder, zrzuciłem szubę z ramion na posadzkę i krzyżując ręce na piersiach jeszcze raz się skłoniłem. Kiedy się wyprostowałem, poraził mnie swą wspaniałością widok Murzyna, powinienem napisać: królewskiego Murzyna. Para stojąca przede mną spojrzała tam, gdzie ja się gapiłem.

Szedł wspaniały Murzyn w niebieskim, osiemnastowiecznym fraku, w spodniach po kolana, białe pończochy opinały się na mocarnych łydkach, pantofle z klamrami niosły go majestatycznie. Więc nie ja jeden byłem we fraku. Czym zresztą był mój czarny, mieszczański frak wobec tej osiemnastowiecznej wspaniałości. Na głowie Murzyna tkwiła biała, pudrowana peruka, białka oczu świeciły jak reflektory. Dwie złotowłose blondynki dreptały za Murzynem trzymając koniuszkami palców poły fraka, z boku drobił karzeł-fagas niosąc futro z gronostajów. Przeszli, zniknęli.

Moja para patrzyła znów na mnie. Zaczęli mówić, na przemian. Wziąłem z rąk mężczyzny połówki bułki, wydarłem miękisz, rzuciłem go na posadzkę, z kolei wziąłem pudełko, otworzyłem, do obu wydrążonych połówek nasypałem brunatnego proszku, skłoniłem się i wetknąłem po naboju w usta pani i pana. Efekt był taki, jak przewidziałem. W locie zdążyłem złapać piersiówkę, która wypadła z ręki Szwajcara. Nalałem do zakrętki spirytusu i podałem napitek chwytającemu gwałtownie oddech wyzyskiwaczowi mojego talentu, mecenasowi mojemu i protektorowi. Odmówił przeczącym ruchem głowy. Ofiarowałem więc pani metalowy kieliszek, ta ujęła go i wychyliła zawartość arcyumiejętnie, nawet chuch głośny puściła odstawiając nakrętkę od warg. Taki dialog zaraz potem:

Pani: dojcz?

Ja: milczę.

Pani: franse?

Ja: milczę.

Pani: inglisz?

Ja: milczę.

Pani: italiano?

Ja: milczę.

Pani: milczy.

Ja: mówię po polsku.

II

Obudziłem się w nie znanym pokoju, zdrętwiały, z bolesnym alkoholowym suchostojem, z podniebieniem oblepionym śliną gęstą, o śniedziowym posmaku. Powoli zdjąłem ze siebie kołdrę, równie powoli przeniosłem nogi na podłogę, oczyściłem ze stwardniałego śluzu oczy, usiadłem. Popołudnie wczorajsze i wieczór powróciły w serii niechronologicznych obrazów, restauracja, kłopoty moje z kartą dań, żądanie wódki, dostałem coś, co się nazywało kirsch, stuknąłem w kartę na chybił trafił, przyniesiono mi ślimaki, przedtem jazda samochodem z lotniska, oboje mówili, wskazała na siebie: Maria, na mężczyznę: Toni, hotel, dałem im po butelce wyborowej, przyprawiłem jeszcze czystą, nie pamiętałem, kiedy wyszli, wiedziałem przynajmniej już, skąd ten nietypowy smak śliny, to pozostałość po czosnkowanych ślimakach.

Z walizki wygrzebałem przybory toaletowe, znalazłem drzwi od łazienki, dwa razy umyłem zęby, potem stanąłem w wannie, namydlałem się długo, gorący tusz, letni, na koniec zimny, wytarłem się. Popatrzyłem na ręce, dygot jak trzeba, wróciłem do pokoju, łyknąłem z butelki raz i drugi, zapaliłem papierosa, chociaż odrzucało mnie od dymu, znów łyknąłem. Ręce mi się już nie trzęsły, mogłem się ogolić.

Wciągając dżinsy zobaczyłem na stole kartkę z napisem: Maria, Toni, pod tym widniały liczby 11,30, domyśliłem się, że przyjdą o wpół do dwunastej, było kilka minut po szóstej, rano niebo za oknem zachmurzone, wypychało mnie coś z tego pokoju, wciągnąłem na siebie sweter, wskoczyłem w mokasyny, po chwili dopiero zorientowałem się, że nie mam na stopach skarpetek, przed pochyleniem znów pociągnąłem z butelki, wódka miała już trochę lepszy smak, uporałem się ze skarpetkami, portfel leżał na stole, wyjąłem franki, wepchnąłem w kieszeń dżinsów, wyciągnięty z walizki kożuszek wkładałem już w biegu do drzwi, spostrzegłem, że jestem w skarpetkach, powrót po mokasyny, na łeb włożyłem kraciastą czapeczkę, przy okazji wziąłem ze stoliczka pod oknem kopertę firmową hotelu, zawsze dobrze wiedzieć, gdzie się mieszka, zbiegłem po schodach, klucz zostawiłem w recepcji, wypadłem na ulicę.

Powietrze było wilgotne i zimne, jakieś dwa, trzy stopnie powyżej zera, początek marca. Stałem bez ruchu, oddychając głęboko. Chłód powlekał mi policzki i skronie. Patrzyłem na dom po drugiej stronie ulicy nie widząc go. Siatkówki rejestrowały budowlę, ale ja widziałem n i c. Stojąc na chodniku unosiłem się w górę niesiony strugą chłodu jak żaglem. Pode mną była oddalająca się ziemia, wokół pustka, nie miałem ciała, byłem cichym, świszczącym dźwiękiem. Otrząsnąłem się jakąś resztką woli. Widziałem przed sobą dom. Obróciłem się. Stałem przed hotelem Zeltweg. Twarz miałem spoconą jak po gwałtownym wysiłku. Wytarłem ją wierzchem dłoni. Powiedziałem głośno ,,o, kurwa” i poszedłem chodnikiem.

Lubię poranne wędrówki po mieście, w którym jestem po raz pierwszy; miasto poranne jest dla mnie prawdziwsze niż miasto nocne, uteatralnione przez cienie i światła, a także niż miasto podczas godzin ruchu, wczesnym rankiem widzi się domy, ulice i place takie, jakie są same w sobie, obecność ludzi i pojazdów zmienia widzenie, nie myślę tu tylko o zmniejszonej koncentracji, ale też o innym znaczeniu (dla patrzącego) budynków i całych ulic, istnieją wówczas w kontrapunkcie z ludźmi i samochodami. Dotyczy to oczywiście tylko miast o stosunkowo niskiej zabudowie, dostosowanych do proporcji ludzkich; pośród wieżowców czuję się jak w górach, architektura przez swą wielkość nie istnieje dla mnie.

Zurych na szczęście nie zamerykanizował się; najwyższe domy mają po kilka pięter. Lazłem przed siebie, przystawałem przed bramami, patrzyłem na wystawy, podniosłem w górę twarz, by obejrzeć gzymsy, na skrzyżowaniach lub rozwidleniach wahałem się przez moment, jaki obrać kierunek, a przez to, że kierunek był mi najzupełniej obojętny, przeżywałem sekundy absurdalnego, przejmującego szczęścia.

Zawędrowałem nad wąskie jezioro, brzegi pospinane mostami, po obu stronach przycumowane kolorowe łódki, domy na przeciwległym brzegu coś mi przypominały, uświadomiłem sobie, że podobne miejsce widziałem w Kopenhadze. Iść w lewo czy w prawo?, znów te szczęśliwe sekundy, poszedłem bulwarem w prawo, zamknięte sklepy z zegarkami, obuwiem, butiki, pozamykane restauracje i bary, robiłem przegląd witryn, zaglądałem do wnętrz; jezdnią pomykały rzadkie jeszcze auta, od czasu do czasu przejeżdżał tramwaj.

Po godzinie mniej więcej od wyjścia doszedłem w okolice dworca, odbiłem w bok, znów na prawo, uliczki uboższe, bardziej ruchliwe, ludzie idący do pracy mówili językami, które na pewno nie należały do rodziny germańskiej, rozróżniłem słowa włoskie, słowiańskie i inne, brzmiące trochę gardłowo, pomyślałem, że to Turcy, czytałem w gazetach warszawskich o robotnikach cudzoziemskich w Szwajcarii i oto widziałem ich. Kiedy zauważyłem otwartą knajpę, wszedłem; stoliki z laminatowymi blatami, ściany obite deskami polakierowanymi na żółto, bar, przed nim kontuar z ekspresem do kawy, na ścianach reklamy piwa. Wskazałem barmanowi na butelkę jakiejś niemieckiej wódki, nalał mi kieliszek, na moje oko jakaś jedna trzecia setki, podałem banknot dziesięciofrankowy, dostałem pięć franków reszty, obliczyłem, że za ten pieniądz w Polsce miałbym pół litra i coś na ząb, wziąłem kieliszek i usiadłem przy stoliku. Przez jakiś kwadrans przewinęło się przez knajpę kilkunastu mężczyzn, pili kawę przy kontuarze, niektórzy dolewali do niej mleko z maciupeńkich staniolowych kubeczków, przegryzali tostem lub bułką i wychodzili. Tylko dwa stoliki były zajęte, przy jednym siedziało trzech mężczyzn nad piwem, bełkotali głośno, musieli mieć za sobą ciężką noc, twarze mieli ukrwione na sino; przy stoliku w kącie siedział chłopak w dżinsach i starej skórzanej kurtce, przed nim stała karafka z czerwonym winem, dość często dolewał do szklanki, jasna młoda twarz, osądziłem, że ten dobrze się wyspał, miał czas i siłę, aby porządnie się ogolić. Chłopak wyjął z kurtki gazetę, rozłożył – zaczął czytać. Przed ósmą ruch zupełnie ustał, barman dłubał zapałką w uchu, ci nad piwem trochę przycichli, jeden nawet przysnął z głową na piersi, chłopak zasłonięty był gazetą; dawno już wypiłem swego malucha, siedziałem z wyciągniętymi przed siebie nogami półleżąc na krzesełku, łagodnie odrętwiały byłem dobrym medium dla przeszłości, nie przywoływane świadomie pojawiały się pod moją czaszką jakieś błahe scenki, powracały dawno zapomniane słowa, zapachy, widoki. Ocucił mnie sakramencki wrzask. Chłopak odszedł od grającej szafy, usiadł przy stoliku. Ci śnięci nad piwem nabrali wigoru, widziałem, jak wymachują łapami, słów nie słyszałem, zagłuszała je muzyka i opętańczy śpiew z graj-szafy. Ucapiłem kielonek i podszedłem do kontuaru, na migi pokazałem, o co mi chodzi, barman nalał, dałem mu pięć franków. Idąc do stolika zauważyłem, że trzech przyprawionych zainteresowało się moją głową, pokazywali palcami, rozciągali usta w śmiechu. Usiadłem, powąchałem wódkę, odstawiłem kieliszek; miałem czas. Knajpa obita deskami była znakomitym rezonatorem, szafa nastawiona była na całą moc, natężenie hałasu co najmniej sto pięćdziesiąt decybeli. Cisza, która nastąpiła potem, była ciszą świdrującą w uchu. Pijący coś do mnie zagadywali, pokazywali na własne głowy, śmieli się, dobroduszny to był śmiech, więc się także uśmiechnąłem. Jeden z nich podniósł kufel w górę, przepił do mnie, odwzajemniłem mu się podobnym gestem i wypiłem wódkę. Wtedy piwosz wstał, podszedł do mnie, stanął obok i coś mi zaczął klarować. Wzruszyłem ramionami. Mówił dalej, wreszcie tknął mnie paluchem w głowę i zaczął przesuwać po wygolonym krzyżu. Paznokieć pozostawiał mi na głowie łaskocząco-swędzący ślad. Zdjąłem mu rękę z mojej głowy i pokazałem gestem, aby wracał do swego stołu. Jego kumple coś do niego zakrzyczeli. Ten mój im odkrzyknął. Wszyscy trzej mieli około pięćdziesiątki, sylwetki krępe, otłuszczone. Paluch znów spoczął na mojej głowie. Trzepnąłem zabawowicza w rękę i powiedziałem „spadaj, frajerze, bo cię stuknę”, zaraz potem roześmiałem się z całej tej sytuacji, ja mówiący po polsku do Szwajcara, który zionąc na mnie piwem znów przesuwa mi paluchem po głowie, śmiejąc się pozwalałem, aby paluch kreślił mi krzyże na czerepie, coraz szybciej i szybciej, bezwolność opanowała mnie absolutna. Źle musiał obliczyć w tym coraz szybszym kreśleniu, bo zaczepił paznokciem o skórę, może to zrobił naumyślnie w swym tryumfującym rozbestwieniu, nie wiem. Piekący bólik sparzył mi wierzchołek głowy. Nie wstając, z półobrotu wbiłem wesołkowi pięść w żołądek. Przygiął się, wstałem szybko z krzesła, ująłem faceta za głowę i odwróciłem. W samą porę; wypuścił ustami strumień piwa z kawałkami kiełbasy. Jego koledzy podnieśli się. Wtedy przemówił ten chłopak z kąta, niegłośno, ale ostro; faceci wahali się chwilę i usiedli. Mój, mówiąc coś, powlókł się na swoje miejsce. Barman wyszedł zza kontuaru, posypał rzygowiny trocinami, zagadał do tamtych trzech.

 

– Co to znaczy „spadaj”? – zapytał po polsku chłopak z kąta.

Patrząc na barmana (nie wiedziałem, co zrobi, a stał blisko mnie) odpowiedziałem: uciekaj, a właściwie zmykaj.

– Slang? – zapytał chłopak.

– Tak, młodzieżowy.

Barman mrugnął do mnie i znów coś powiedział do tamtych trzech.

– Co on mówi? – zapytałem chłopaka.

– Że on tego nie będzie sprzątać.

– Ja też nie.

– On tego od pana nie wymaga. Nazywa tamtego świnią i każe mu zrobić porządek... Niech pan siada koło mnie.

Podszedłem do chłopaka, podałem mu rękę, skórę dłoni miał suchą i rozpaloną. Usiadłem.

– Dziękuję, chyba pan tamtych uspokoił.

– Wy-per-swa-do-wa-łem im – uśmiechnął się.

– Długo już pan tu siedzi?

– Dwie ćwiartki wina.

– Jak długo jest pan w Szwajcarii? O to mi chodziło.

– Urodziłem się tutaj... Koło Bazylei.

– Mówi pan po polsku bez akcentu.

– Mój fater się o to postarał, był uparty i miał ciężką rękę.

– Aha... Niech pan zamówi dla mnie tost z szynką i serem, zrobiłbym to sam, ale nie potrafię facetowi powiedzieć, żeby mi dał podwójny ser.

– OK, wezmę też wino... Proszę schować pieniądze... Czerwone dla pana?

– Do tostu z serem wolę piwo.

– Jakie?

– Nie znam tutejszych marek, wczoraj przyleciałem z Warszawy... Jakieś zwykłe piwo.

Powiedział mi kiedyś, że w tej knajpce wyglądałem na człowieka nie całkiem świadomego, przypuszczał, że jestem po dragach; rozmawiałem, ale Andreas miał wrażenie, iż sens słów dociera do mnie dopiero po chwili i że ja, wypowiadając jakieś zdanie, formułuję je z podejrzanym, krótkotrwałym ożywieniem, jak ktoś świeżo obudzony; zapomniałem o toście i piwie, roztopiony ser skrzepł wokół pieczywa, ,jadłem jakbym nie jadł”. Chyba tak to wyglądało. Wódka wypita na czczo pomogła mi na początku, ale później przyłączyła się do swoich rozkładających się sióstr z dnia poprzedniego; po wygaśnięciu płomyka agresji rozpłynął się po mnie czad znużenia, zostałem wyłączony w pewnym stopniu ze świata zewnętrznego, ale nie tak jak przed hotelem Zeltweg, zapamiętałem to, co mówił Andreas, mimo że roiłem na jawie.

O Zurychu roiłem, wyimaginowanym mieście, powstawało to miasto z ulic, które zapamiętałem ze snów, z fragmentów innych widzianych przeze mnie miast, i z ulic, przez które niedawno przechodziłem, ulic porannego, rzeczywistego Zurychu. Byłem przed domem, do którego wchodziłem w powtarzających się co parę lat snach, aby w tym domu nie znaleźć tego kogoś, kogo szukałem, tym razem było inaczej, wszedłem i natknąłem się w pustym pokoju na Murzyna w osiemnastowiecznym fraku.

– Fotografujesz nogę swojej matki, nogę starej kobiety, z żylakami, odciskami, zniekształceniami reumatycznymi, a potem robisz z tego naturalistyczną rzeźbę, w kolorach, i sprzedajesz. Nogą matki handlujesz – krzyczy do mnie Murzyn.

– A cóż w tym złego, ludojadzie? – odpowiadam.

– Ach, ty rasisto – na to Murzyn i pac mnie w gębę.

Chcę mu oddać, ale taki bardziej słabosilny jestem. Zresztą na ulicy już jesteśmy, Murzyn w stroju jeszcze wspanialszym, nie ma już pudrowanej peruki, tylko fryzurę afro, staje przede mną i mówi: dawaj szmal. Z warszawskim akcentem.

– Wcale cię nie ma, jesteś tylko projekcją mego umysłu – ja do niego.

A ten mnie znów w gębę.

– Łeb mnie boli nie dlatego, że mnie uderzyłeś, tylko od mieszania gorzały, z braku snu i w ogóle.

A ten już sprężynowiec ma w ręce.

– Ja też jestem dziki – skomlę. – Wszystko, co dobre, jest dzikie.

Skończyć mi nie daje, wydziera z dżinsów ostatnie franki. Zębami papierków próbuje, jakby to złoto było. Reflektorami oczu je prześwietla.

– Nie zasługujesz na te pieniądze, na pustych zabawach je zarobiłeś – prześwietlił wszystkie. – Prawdziwe – mówi i chowa moje franki do kieszeni. Z moich ostatnich franków cała kupa banknotów się zrobiła, do kieszeni papuziego burnusa nie chcą się zmieścić, ale Murzyn je ugniata wielkim łapskiem. Zjawia się Kasia, do Murzyna się tuli i na mnie paluszkiem wskazując mówi: uciekł przede mną, nie chce mu się uczciwie pofiglować, ty mnie, królewski Murzynie, nadziej.

– Zapomniałaś już – wołam – jak krzyczałaś pode mną?

– Udawałam.

Murzyn prosić się nie daje, na moich oczach Kasię od tyłu nadziewa.

– Dosyć, wcale was nie ma – krzyczę.

I rzeczywiście. Zniknął Murzyn z moimi frankami. Biegnę ulicami, pieniędzy gdzieś chcę pożyczyć. Spotykam Kosteckiego.

– Stówę – wołam. – Na chleb nie mam.

– I słusznie – rzecze Kostecki. – Co pan myśli, że panu wszystko wolno? Jak się pan ubrał? We frak? Łeb pan sobie ostrzygł jak idiota. Wstydu pan pozornie nie ma, niby nic pana nie obchodzi, co ludzie powiedzą. Ale to pozór, kompleks prowincjonalnego artysty pana gnębi, ubrał pan się jak wariat, chcąc tych Szwajcarów zadziwić, nie ma pan pewności, że pańska robota jest coś warta, dlatego do sztuczek się pan ucieka.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?