Bajki nie tylko o smoku

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ireneusz Iredyński

BAJKI NIE TYLKO

O SMOKU

Wydawnictwo Estymator

Warszawa 2021

ISBN: 978-83-66719-67-5

Copyright © Ireneusz Iredyński

Tekst: Nasza Księgarnia, Warszawa 1977

Projekt okładki: Karolina Lubaszko

SPIS BAJEK

POWRÓT KRISA

BAJKA TROCHĘ SMUTNA

PANI TRAMWAJARZOWA

PAN KOZIA BRÓDKA

INNA NIŻ WSZYSTKIE BAJKI O SMOKU

KRZESŁO

STARE SAMOCHODY

POWRÓT KRISA

W bardzo dawnych czasach, kiedy jeszcze małpy miały wspólny język z ludźmi – tak że gdy człowiek zapytał: co słychać, to małpa odpowiadała: po staremu – w tychże dawnych czasach żył sobie chłopiec imieniem Kris. Był to chłopiec drobny i blady, jedynie uśmiech miał tak piękny, że gdy się uśmiechał, to wszystkie ptaki w okolicy zaczynały śpiewać.

Mieszkał wraz z rodzicami w mieście Ran, które otoczono murami i fosami, gdyż były to czasy ciągłych wojen pomiędzy jednym miastem a drugim, pomiędzy jednym krajem a drugim, a nawet – w co trudno uwierzyć – między jedną wioską a drugą.

Małpy, wisząc ogonami przyczepione do drzew, naśmiewały się z głupoty ludzkiej, lecz ludzie niewiele sobie robili ze śmiechu małp, mówiąc:

– Im małpa ma dłuższy ogon, tym rozum krótszy.

W mieście Ran ustawicznie przysposabiano chłopców do rzemiosła wojennego. Kris jednak, wątły i blady, nie mógł tak jak inni chłopcy strzelać z łuku, ujeżdżać ognistych koni, ćwiczyć się w sztuce cięcia mieczem. Dlatego też jego rówieśnicy śmiali się z niego i dokuczali mu.

Celował w tym chłopiec imieniem Artan, duży i silny. Niekiedy Kris, mając dość tych dokuczań, wybuchał płaczem. Wtedy Artan i jego koledzy jeszcze bardziej naśmiewali się i dręczyli Krisa. Kris się opanowywał. Ocierał łzy i – w momencie gdy jego koledzy stawali się najbardziej okrutni – uśmiechał się. Był to uśmiech tak piękny, że chłopcy milkli i stali wokół Krisa niepewni, przestępując z nogi na nogę i nie wiedząc, co powiedzieć. I słychać było tylko śpiew okolicznych ptaków zniewolonych pięknym uśmiechem Krisa.

Wtedy Kris mówił „Do widzenia” i odchodził. A jego koledzy wracali do ćwiczeń wojennych jacyś markotni i jakby zawstydzeni. Jedynie Artan potrafił się szybko przezwyciężyć i już po chwili rzucał nowe obelgi pod adresem Krisa.

Pewnego dnia, gdy koledzy znowu dokuczyli Krisowi tak bardzo, że nie potrafił się zdobyć nawet na swój piękny uśmiech, chłopiec poszedł wypłakać się do lasu. Nie mógł iść do ojca, który był jednym z pierwszych rycerzy w mieście i każdego, kto nie umiał dobrze władać mieczem, uważał za nicponia. Nie mógł też iść do matki, ciągle zajętej braćmi i siostrami Krisa, których było siedemnaścioro.

Poszedł więc do lasu, usiadł pod drzewem i tam, zmęczony płaczem, zasnął. Obudziło go czyjeś dotknięcie. Kris podniósł oczy i zobaczył zwisającą z drzewa małpę. Zaczepiona ogonem u gałęzi huśtała się lekko.

– Co słychać? – spytał Kris.

– Po staremu – odparła małpa. – A u ciebie?

– Dziękuję, wszystko w porządku.

– To dlaczego przedtem płakałeś?

– A tak sobie...

Ale ciekawa małpa nie dawała za wygraną. Pytała, pytała, aż się wreszcie dowiedziała: Kris opowiedział jej o swoich zmartwieniach.

Małpa podrapała się w głowę jedną ręką, potem drugą, potem lewą nogą, potem prawą i wciąż myślała. Kiedy w tym zamyśleniu chciała się podrapać ogonem – spadła z drzewa. Chwilę rozcierała sobie potłuczoną głowę, usiadła na ziemi obok Krisa i zaczęła dalej myśleć. Wreszcie klepnęła się tak mocno w czoło, że parę liści spadło z drzewa, i krzyknęła:

– Wiem!

– Co wiesz? – spytał Kris.

– Jak ci pomóc.

I nim się Kris spostrzegł, już jej nie było. Za to w lesie zrobił się taki hałas, że Kris musiał zatkać uszy. Wszystkie małpy nawoływały się, skakały i biegały.

Nagle – tak samo nagle jak powstał hałas – przyszła cisza. A małpa znów znalazła się przy chłopcu.

– Wszystkie małpy, jakie są w tej okolicy – powiedziała – ustawiły się jedna obok drugiej. Przeniosą cię do Mądrego Pana, a on już się tobą zajmie.

– A kto to jest Mądry Pan? – zapytał Kris.

– Nie bądź taki ciekawy – zganiła go małpa. – Ciekawe są tylko małpy, a ty jesteś małym chłopcem.

– Nie chcę do żadnego Mądrego Pana! – rzekł Kris.

– A to dlaczego?

– Bo w mieście zostawiłbym Iris.

– Kto to jest Iris?

– To jest mała dziewczynka – powiedział z powagą Kris. – To jest jedyny „ludź”, który mnie lubi.

– Nie mówi się „ludź”, tylko człowiek – poprawiła go małpa. – A ty się już nic nie bój. Mądry Pan też cię będzie lubił, a my, małpy, zaopiekujemy się, jak będzie potrzeba, małą Iris.

– Naprawdę?

– Naprawdę! – małpa uderzyła się tak silnie w pierś, że wszystkie pchły z jej futra wyskoczyły ze strachu na ziemię i schroniły się do mysiej dziury pod drzewem.

– To co mam robić? – spytał Kris.

– Ty nic, jesteś pod naszą opieką. – To mówiąc, małpa chwyciła Krisa w ramiona, podała małpie stojącej obok, ta następnej, ta jeszcze następnej i tak Kris wędrował z jednych małpich ramion w drugie i sam nie wiedział, jak długo trwała ta wędrówka, gdyż usnął znużony jednostajnym kołysaniem i mięciutkim dotykiem małpiego futra.

Gdy się obudził, leżał w bielonym pokoju na wąskim łóżku, nie za miękkim, nie za twardym. Przez otwarte okno widział zieloną łąkę, trochę dalej – połyskującą rzeczkę, a w górze – niebieskie jak farba niebo i wielkie słońce.

Ziewnął, przeciągnął się i wyskoczył z łóżka. Podszedł do okna i spojrzał na łąkę. Pod źdźbłem trawy zobaczył wielkiego pasikonika. Piękny owad pocierał nóżkami skrzydła i grał. A ta muzyka była tak głośna, że chyba było ją słychać aż nad rzeką.

Kiedy Kris stał tak zasłuchany, w pewnym momencie poczuł, że ktoś patrzy na niego z tyłu. Odwrócił się i zobaczył nieznajomego pana o czarnych, gorących oczach i bielutkich włosach. Mimo że włosy jego były siwe, wyglądał jak chłopiec – szczupły, a jednak silny, ubrany tylko w krótkie spodenki.

– To pan jest ten Mądry Pan? – zapytał Kris.

– Tak mnie nazywają – odrzekł Mądry Pan. – Ale na imię mam Ramu.

– Nigdy nie słyszałem o takim imieniu – zdziwił się Kris. – Ale podoba mi się.

– Wiesz co, Kris, pójdziemy teraz popływać.

– Kiedy ja nie umiem – odparł chłopiec. Powiedział to bez żadnego strachu i wstydu – nie tak, jak przed Artanem i kolegami.

– To się nauczysz.

– Pewnie że się nauczę – przyznał chłopiec i zdziwił się, że mu to nigdy nie przyszło do głowy.

Ale zaraz sobie przypomniał, że wszystkie jego próby pływania chłopcy wyśmiewali, jakby to była najśmieszniejsza pod słońcem rzecz na świecie.

Wyszli razem na łąkę.

Mijały dni, tygodnie, miesiące... Kris nie tylko nauczył się pływać, ale potrafił też przebiec kilka razy łąkę i nie zadyszeć się. Potrafił skakać tak wysoko, jak jego koledzy, a także wywijać podwójne koziołki.

Pewnego dnia Mądry Pan usiadł obok Krisa na brzegu rzeki i powiedział:

– Teraz już czas, abyś zaczął się uczyć, jak być silnym.

– Po co mam być silnym? – spytał Kris. – Mnie jest tu dobrze. Ty jesteś silny, Ramu, i to wystarczy.

– Tak – przyznał Ramu. – Teraz to wystarczy. Ale kiedyś odejdziesz stąd i będziesz żył wśród różnych ludzi. Wśród złych i dobrych. Wśród takich, co lubią spokój, i takich, co miłują wojny. Dlatego musisz być silnym. Musisz umieć jeździć na koniu, ciąć mieczem i...

– I w ogóle – dopowiedział chłopiec.

– I w ogóle – zgodził się Mądry Pan.

Nazajutrz Kris po przebudzeniu zobaczył, że pod oknem stoi koń. Chłopiec wychylił się i zapytał:

– Co słychać, stary koniu?

– Tylko nie stary! – oburzył się koń. – Tylko nie stary! Jeszcze mnie nie znasz.

– To konie też mówią? – zdziwił się Kris.

– A coś ty myślał, że tylko małpy? – koń był coraz bardziej oburzony.

– Nie myślałem, że tylko małpy, ale pierwszy raz widzę mówiącego konia.

– Wiesz co? Ja tak samo. Zobaczyłem go dopiero, kiedy się przejrzałem w wodzie.

I mrugnął wielkim okiem do chłopca.

Gdy tak sobie rozmawiali, do pokoju wszedł Mądry Pan i powiedział:

– Kris, będziesz się uczył jeździć na koniu.

– A on się nie obrazi? – spytał Kris.

– Dlaczego miałby się obrazić?

– Bo pierwszy raz widzę tak inteligentnego konia.

– Obrażają się tylko konie, które mają inteligentny ogon, a resztę głupią. Tylko takie się dąsają.

– To dobrze – ucieszył się Kris – bo już się bałem, że pogniewa się na mnie.

I pojechał na pierwszy spacer. Siedział w małym siodle i gwarzył sobie z koniem. Koń to był nie byle jaki, z niejednej łąki już trawę jadł, kawał świata zwiedził i o wszystkim miał swoje końskie zdanie.

Powiedział chłopcu, co ma mówić do każdego konia, aby ten natychmiast go polubił.

– Widzisz, Kris, jak usiądziesz na koniu, to musisz mu coś powiedzieć.

– Co powiedzieć? – przerwał chłopiec.

 

– Nie przerywa się koniom, gdy mówią – zwrócił uwagę koń i przez chwilę niósł chłopca w milczeniu.

– Już się nie gniewasz? – spytał wreszcie Kris

– Już się nie gniewam. Więc musisz tak powiedzieć: „Koniu-bystroniu, masz najładniejsze zęby wśród wszystkich koni i najładniej się błyszczysz, koniu-bystroniu”.

I wtedy koń cię już nie zrzuci ani nie będzie próbował ugryźć. Zresztą wystarczyłoby, żebyś się uśmiechnął, tylko że koń tego nie widzi. Chyba żeby miał głowę zwróconą do tyłu.

– Ale wtedy by się potknął i upadł – zauważył Kris.

– Pewnie. Dlatego żaden koń nie trzyma głowy do tyłu. Chyba że mu się przewróci w głowie.

– To koniom też się przewraca w głowie? – zdziwił się chłopiec.

– A coś ty myślał, że tylko ludziom?

– Nie miałem na ten temat zdania – odrzekł Kris i... dał koniowi prztyczka w ucho.

Wkrótce już Kris umiał jeździć konno tak, jak nikt na świecie. Potrafił podczas galopu przewijać się pod brzuchem konia i wracać na siodło, potrafił stać na jednej nodze na siodle, gdy koń był w pełnym biegu, potrafił zeskakiwać, potrafił trzymać się tak prosto, jakby był do konia przylepiony czterema tubkami kleju.

Przy tych wszystkich zajęciach Kris zmężniał, opalił się i zdawało mu się nieraz, że potrafiłby zjeść trzy szynki, sto jaj i popić to wiadrem mleka.

Nikt z dawnych kolegów nie poznałby teraz Krisa. Zresztą nie myślał o nich. Czasem tylko, gdy był sam nad rzeką i wpatrywał się w wodę,

zdawało mu się, że widzi wśród nurtu twarzyczkę Iris. Uśmiechała się do niego i on się do niej uśmiechał.

Tak, o Iris Kris nie zapomniał.

Znów mijały dni, tygodnie, miesiące. Pewnego razu, gdy Kris jeździł po łące na koniu, wyszedł z domu Mądry Pan i przywołał chłopca do siebie. Kris podjechał i zeskoczył tak pięknie i szybko, jakby był z gumy. Ale wtedy gumy jeszcze nie znano i Mądremu Panu nie mogło przyjść do głowy takie porównanie.

– Teraz czas, Kris, abyś się nauczył sztuki cięcia mieczem – powiedział Mądry Pan. – Nie musisz się spieszyć, masz czas. Jeżeli nie będzie ci się na początku wiodło, nie martw się. Na pewno się nauczysz. Patrz tam, widzisz to drzewo?

– Pewnie że widzę.

– To drzewo będzie twoim nauczycielem.

– Drzewo? – zdziwił się chłopiec.

– Chodź ze mną.

Gdy stanęli przed drzewem, Ramu wręczył Krisowi mały miecz. Pokazał, jak się ma nim posługiwać. Kris machał mieczem i – o dziwo – szło mu to składniej niż przy złośliwych kolegach. Ale jeszcze nie tak, jak powinno. Taki na przykład Artan robił to o wiele lepiej.

Kiedy Kris ciął powietrze mieczem, jedna z gałęzi – niepodobna do innych – bez liści i płaska jak miecz, i jak miecz metalicznie lśniąca, zniżyła się i zaczęła poruszać.

I oto sam Kris nie wiedział, kiedy zaczął się z tą gałęzią-mieczem pojedynkować. Gałąź oddawała cięcia i sztychy, lecz nie robiła żadnej krzywdy chłopcu. Gdy miała go dotknąć, cofała się gwałtownie.

Od tego czasu Kris codziennie ćwiczył się w sztuce cięcia mieczem. Koń stał z boku, a gdy Krisowi udał się szczególnie jakiś cios, wołał:

– Do stu tysięcy końskich much, niech ja zarżę, jeżeli to nie świetny cios! Niech ja...

Tu przerywał, bo dalej już mu się wszystko myliło. Więc udawał, że jest bardzo zajęty oglądaniem swego kopyta.

Pewnego dnia Kris – był już wtedy dużym, silnym chłopcem, prawie dorosłym – zobaczył obok siebie małpę. Siedziała i udawała, że nie obchodzi ją nic prócz wyłapywania pcheł z futra.

– Co słychać? – spytał Kris.

– Po staremu – odpowiedziała małpa. – Mam tu coś dla ciebie. – I pokazała ogon zawiązany na kokardkę.

– Dlaczego masz ogon zawiązany na kokardkę? – zaciekawił się Kris.

– Bo w kokardce jest list od damy. A listy od dam muszą być eleganckie.

– Aha – zgodził się chłopiec, chociaż wcale nie był tego taki pewien.

Ostrożnie rozwiązał małpie ogon i zaczął czytać list. Był to list od Iris. Oto co mu pisała:

Kris, nie wiem, czy mnie jeszcze pamiętasz. Nazywam się Iris i bardzo cię lubię. Małpy mówiły mi, że jesteś teraz całkiem inny niż dawniej. Ale uśmiech musisz mieć pewnie taki sam. Kiedy zniknąłeś z miasta, to uciekły wszystkie ptaki. Teraz jest nam bardzo źle. Artan ogłosił się niedawno królem i jest bardzo zły dla poddanych. Przyjedź i pomóż nam. A jak nie możesz nic zrobić, to mnie stąd zabierz.

Iris

– Kiedy ci Iris dała ten list? – spytał Kris, ale małpy już nie było.

Chłopiec wstał i pobiegł do Mądrego Pana.

– Muszę stąd wyjechać – powiedział i nagie zrobiło mu się tak smutno, jak jeszcze nigdy dotąd.

Wiem, Kris – odrzekł Mądry Pan i tak się jakoś uśmiechnął, ze Krisowi serce ścisnęło się z żalu. – Weź miecz, konia i jedź.

– Ramu! – zawołał Kris. – Ja tu wrócę. Zobaczysz!

– Będę się cieszył, Kris. Teraz na twoje miejsce przyjdzie tu jakiś inny chłopiec, a ja z niego zrobię silnego wspaniałego człowieka! Jedź już, Kris!

I Kris pojechał. Jechał na swym koniu trzy dni i trzy noce, bo nie mógł się dostać do swego miasta drogą małp, która wiodła przez lasy. Czwartego dnia rano stanął przed bramą miasta, która była jeszcze ł zamknięta. Gdy z wieży wychylił się strażnik, Kris krzyknął:

– Powiedz swemu królowi, że przyjechał Kris, który wyzwoli to miasto spod jego złych rządów.

– Co? – zapytał zaspany strażnik.

– Powiedz mu – wtrącił się koń – powiedz twemu królowi, że jest zły i głupi.

I dodał tonem wyjaśnienia do Krisa:

– On i tak nie zapamiętałby tego, co mówisz.

Strażnik znikł i za chwilę rozległ się tętent rumaka, na którym przybywał Artan, dawniejszy kolega Krisa, a obecny krwiożerczy król miasta Ran. Otwarto bramę i Artan stanął przed Krisem, osadzając mocno konia.

– Ktoś ty? – krzyknął.

– Kris, twój dawny kolega.

– Ten słabeusz i tchórz? – pogardliwie zdziwił się Artan.

– Ten sam – odparł spokojnie Kris. – Powiedz mi, co złego zrobiłeś w tym mieście?

– Nic złego. Po prostu strącam ze skały każdego, kto jest słaby i niezbyt mi się podoba. A teraz broń się.

– Kiedy nie umiem – odpowiedział Kris i uśmiechnął się.

A gdy tylko pojawił się uśmiech na twarzy Krisa, zleciały się nie wiadomo skąd chmary ptactwa i zaczęły śpiewać nad jego głową.

– Dość tego! – krzyknął wściekły Artan i natarł na Krisa.

Szczęknęły miecze. Artan nacierał z całą siłą, a Kris zaledwie podnosił miecz – na tyle tylko, by Artan go nie zranił.

Artan zaś dwoił się i troił.

Na mury wylegli mieszkańcy miasta, by oglądać pojedynek straszliwego króla z nieznanym rycerzem. I nie mogli się nadziwić, że nieznany rycerz jeszcze żyje, że ich król, tak zaprawiony do bitew, pomimo swej siły nie uporał się jeszcze z nieznajomym.

I w serca ich wstępowała nadzieja, że może Artan przegra i że skończy się panowanie ponurego władcy. I zobaczyli nagle, jak nieznany rycerz wytrącił miecz z ręki Artana.

– I co teraz, ponuraku? – zapytał koń.

– Z bydlętami nie rozmawiam – odparł z pychą król. Usłyszał śmiech swoich poddanych i... zapadł się w ziemię.

Natychmiast na tym miejscu wyrósł kłujący chwast. Wszyscy potem omijali go z daleka – wszyscy oprócz osłów, gdyż te lubią kłujące przysmaki.

Wjeżdżał Kris na koniu w bramę miasta. I nagle poczuł, że ktoś dotyka jego nogi w strzemieniu. Spojrzał w dół i zobaczył Iris.

– Wróciłeś – szepnęła Iris.

– Wróciłem, Iris. Wróciłem do ciebie.

Kris chwycił ją wpół, posadził przed sobą na koniu i tak wjechali do miasta.

Taki był powrót Krisa do Ran. A razem z nim wróciły w tę okolicę ptaki. Ich śpiew rozlegał się teraz często, gdyż na twarzy Krisa raz po raz pojawiał się uśmiech.

Odtąd życie w Ran płynęło w spokoju, bez walk, bez wojen. I nikt już małpom nie mógł zarzucić kłamstwa, gdy na pytanie: co słychać? – odpowiadały: po staremu.

No, chyba jeden koń mógł odpowiedzieć inaczej, ale on się zawsze lubił kłócić.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?