Tajemnica rodzinna z Żydami w tleTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Wstęp

Piotr Piwowarczyk. Nosiłem w sobie pewien ciężar

Nie mam dowodów, tylko domysły

Jerzy Kamionowski. Skłonny jestem przypuszczać, że gwałt był prawdą

Krzysztof Kluczyński. Zło świata bierze się ze sfrustrowanej agresji

Natalia Budzyńska. Wiedzieli, że był lekarzem w obozie koncentracyjnym, ale szczegółów nie znali

Aniela Bieńko. Powiedział: „Ogrzejcie się”. I kazał im odejść

Donosicielka chyża

Źródła

Podziękowania

Przypisy

Wydawca i redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA

Redakcja HELENA PIECUCH

Korekta SYLWIA SANDOWSKA-DOBIJA, JAN JAROSZUK

Projekt okładki i stron tytułowych, opracowanie graficzne i typograficzne, ilustracje ANNA POL

Zdjęcie na okładce © Fine Art Images / Heritage Images / Getty Images

Łamanie | manufaktu-ar.com

Copyright © by Irena Wiszniewska

Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2020

Warszawa 2020

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-66500-78-5

Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o.

ul. Mierosławskiego 11A

01-527 Warszawa

tel. 48 22 663 02 75

e-mail: redakcja@marginesy.com.pl

www.marginesy.com.pl

Konwersja: eLitera s.c.

WSTĘP

Przedstawiam czytelnikom sześć rozmów, które przeprowadziłam w latach 2018–2019 z osobami pochodzącymi z rodzin mających przodka bezpośrednio uwikłanego w Zagładę. Wydawał Żydów gestapo, zamordował ukrywanych Żydów, którym skończyły się pieniądze, gwałcił Żydówki, wziął udział w pogromie albo po prostu nie udzielił pomocy. Dla porównania dołączam też rozmowę z pisarką, która w swojej polskiej rodzinie ma krewnego niemieckiego zbrodniarza.

Nikt nie jest odpowiedzialny za czyny przodków. Ale gdy te czyny oznaczają czyjąś śmierć, to ten fakt należy przyjąć do wiadomości. Najczęstszą postawą jest wyparcie – „to było tak dawno, było, minęło, po co rozgrzebywać stare dzieje”. Przeszłość wpada w otchłań wstydliwych rodzinnych sekretów. Dlatego też podziwiam odwagę moich rozmówców, kiedy wbrew dominującemu nastawieniu owe stare dzieje rozgrzebują, przywracając pamięć zdarzeniom, które ciążą i napawają niepokojem.

Żyjemy otoczeni przez przemoc. Ja jej nigdy nie doświadczyłam, co uważam za wielkie szczęście i dług do wyrównania.

Pisząc poprzednią książkę My, Żydzi z Polski, poznałam wielu Żydów i wiele Żydówek, którzy o swoim pochodzeniu dowiedzieli się nagle, odkrywając rodzinną tajemnicę. W ich domach o żydowskiej przeszłości milczano lub wydzielano wiedzę okruchami – w nadziei, że bez tego obciążenia dzieciom będzie łatwiej żyć. Atmosfera sekretów i niedopowiedzeń rodzi stres, poczucie winy, złą samoocenę. Rany rodziców odziedziczyły następne pokolenia. Żydowska trauma holokaustowa jest już dziś w świecie rozpoznana – pisze się o niej prace doktorskie i powieści. Drugie i trzecie pokolenie ocalonych z Zagłady może liczyć na pomoc psychologiczną również w Polsce.

Żydzi byli ofiarami. Po drugiej stronie mamy sprawców. Nikt już nie wątpi, że wśród nich byli Polacy – szmalcownicy, konfidenci gestapo, zwykli ludzie, którzy korzystali z przyzwolenia na rabunek i zadawanie śmierci. Oni też mieli rodziny: dzieci, potem wnuki. Jakie domy dla nich stworzyli? Czy można całkowicie wymazać z pamięci wyrządzoną krzywdę? Może ich dzieci też wychowywały się w rodzinach obciążonych tajemnicą lub niedopowiedzeniami. Może one również odziedziczyły traumę?

Przez chwilę potencjalna symetria między światem żydowskich ofiar i polskich sprawców wydawała mi się w jakiś sposób etycznie niewłaściwa – ale tylko przez chwilę. Uznałam, że ludzie z domów podszytych niechcianym wspomnieniem krzywdy wyrządzonej Żydom wynieśli z nich rodzaj traumy, o której wiemy niewiele. I że powinnam się z nimi spotkać, porozmawiać, złożyć rozmowy w jedną całość.

Niezły pomysł. Przeraźliwie naiwny.

Wydałam w Polsce dwie książki zawierające rozmowy z żydowskiego świata i byłam przyzwyczajona do pewnego stylu pracy. Spotykałam się z ludźmi i dzięki nim, łańcuszkiem, poznawałam następnych. Na luzie. Zdawałam sobie sprawę z tego, że nowy projekt zakłada inny stopień trudności, i wydawało mi się, że jestem na to przygotowana.

Mogłabym zadziałać jak historyk i przestudiować dokumenty IPN-u lub Żydowskiego Instytutu Historycznego, typując rodziny warte nawiązania kontaktu, na przykład te, w których po wojnie ktoś został skazany za przestępstwa wobec Żydów. Mogłabym, ale od razu z tego zrezygnowałam. Powiedzmy, że postanawiam porozmawiać z wybraną rodziną. Jak się do tego zabieram? Dzwonię do drzwi i zagajam: „Dzień dobry, mam ciekawe wiadomości o pana dziadku. Czy chce pan posłuchać?”. Kontaktuję się telefonicznie? Piszę mejla z wyjaśnieniami i prośbą o spotkanie? W każdym przypadku byłabym prawdopodobnie zwiastunem niechcianej albo nieznanej prawdy, w sam raz do wyrzucenia za drzwi.

Zależało mi na spotkaniu z ludźmi, wszystko jedno, czy z Podhala, czy z Podlasia, którzy już jakoś swoją rodzinną traumę przepracowali. A za sygnał takiego przepracowania uznałam uprzednie jej opowiedzenie chociażby jednej osobie. Czyli powinnam szukać historii z drugiej ręki: kogoś, kto zna kogoś, czyj dziadek, dajmy na to, wzbogacił się na Żydach.

Zaczęłam działać na dwóch frontach: rozgłaszając moje poszukiwania w mediach i zwracając się do organizacji żydowskich. Tu zaczęły się schody.

Żadne z mediów, do których się zgłosiłam – rozgłośnie radiowe i lokalna prasa – nie były skłonne porozmawiać ze mną na antenie ani niczego opublikować. Słyszałam słowa zachęty, podziwu i niewiary w to, że mi się uda, które, mimo ponawianych przeze mnie prób, nie niosły za sobą żadnych konsekwencji. Nie wyczułam złej woli, raczej rodzaj niepewności i zażenowania – nie wypada odmówić, ale czy przypadkiem nie zostaniemy ochlapani błotem?

Odrobinę lepiej układało się z instytucjami żydowskimi albo ukierunkowanymi na sprawy żydowskie. Byłam wprawdzie petentem, ale przyjmowanym ze zrozumieniem. I pewną bezradnością. W znanej fundacji regionalnej powiedziano mi, że nie wiedzą, jak włączyć mój projekt w ich aktywność. Może ja coś zaproponuję. Przejrzałam ich programy, gdzie znalazłoby się miejsce dla już wydanej książki o tajemnicy rodzinnej, ale poszukiwania bohaterów tej tajemnicy rzeczywiście nie wpisywały się w ich działalność. Trzeba by zrobić specjalne spotkanie temu poświęcone, co wydawało się kłopotliwe i przedwczesne. Inna znana fundacja o zasięgu ogólnokrajowym po naleganiach dopisała mnie w ostatniej chwili do programu spotkania z liderami z całego kraju. Dostałam pięć minut. Wspaniale, to w zupełności wystarczy! Zabierając głos, mówiłam zawsze mniej więcej to samo:

Szukam ludzi pochodzących z rodzin, które skorzystały na Zagładzie lub jakoś się do niej przyczyniły. Chciałabym porozmawiać. Zrozumieć, jakie stosunki panowały w ich rodzinach. Czy historia przemocy wobec Żydów była tajemnicą? Czy ta tajemnica jakoś na nich wpłynęła? Nikt nie odpowiada za czyny przodków, więc oczywiście nie ma mowy o winie. Bardziej niż samo tragiczne wydarzenie interesują mnie jego konsekwencje. A może ich brak, jeżeli przyjąć, że skrzywdzenie Żyda nie jest czynem nagannym.

Rozmowa na te trudne tematy może być anonimowa, ponieważ nie chodzi o to, by oskarżać, ale o to, by zrozumieć. Dlaczego namawiam do rozmowy? Opowiedzieć to wyzwolić się. To również pokazać ludziom, którzy zmagają się z podobnym problemem, że można zrzucić ciężar. Żadna opowieść nie przywróci życia zmarłym Żydom, ale każda w pewien niejasny sposób im zadośćuczyni.

Z tych wszystkich powodów zwracam się do państwa z wielką prośbą – żeby przybliżyli znajomym mój projekt, żeby wokół siebie popytali. Może okazać się, że ktoś z waszych znajomych zna kogoś, kto ma na ten temat coś do powiedzenia.

Zaprzyjaźniona fundacja wysłała ten tekstu mejlem do paru setek osób. Z tego też nic nie wynikło. Z czasem zrozumiałam, że nie mieszczę się w schematach działania organizacji zajmujących się żydowską przeszłością. One postawiły przed sobą określone cele – wychowawcze lub upamiętniające zgładzony świat. Żmudna, codzienna praca nielicznych społeczności wrażliwych na Zagładę i na antysemityzm ma swoje jasne strony: przyjedzie ocalony albo jego potomek ze Stanów, wzruszy się i pochwali; szkoła z pobliskiego miasteczka wygra konkurs na najlepszy rysunek o Holokauście. Te małe gratyfikacje emocjonalne są ważną zachętą do działania. A co ja mogłam zaproponować? Podziękowania za to, że ktoś pomoże mi odnaleźć wnuka mordercy?

 

Odbijałam się od ściany, co źle na mnie wpływało. Gdyby nie to, że życzliwe osoby finansowały moje poszukiwania, zarzuciłabym projekt Rodzinnej tajemnicy. Trwałam przy nim na zasadzie inercji, bo nie wiedziałam, jak się wycofać. Powoli traciłam nadzieję, a jednocześnie z poczucia obowiązku dzwoniłam, prosiłam, naprzykrzałam się każdemu, kto był pod ręką, tłumacząc, czego szukam i o co mi chodzi.

Wielokrotnie kierowano mnie na mylne tropy. Że koło tamtej studni leży zabity łopatą żydowski lekarz i ktoś z rodziny mordercy jest gotów o tym opowiedzieć. Że ktoś odkrył w domu puszkę ze złotymi zębami i ma podejrzenia. Że jedna pani chce pozbyć się żydowskiego obrazu, który jej babcia w czasie wojny... kupiła. Bo stał na ulicy.

Nie tak. Nie to.

Niektórzy nie rozumieli, o co mi chodzi. Słuchali przejęci, a potem opowiadali o znanych im świadkach zbrodni dokonanej na Żydach. Świadkach! Moje słowa przepuszczali przez filtr tego, co już oswojone, z czym się zetknęli, co wydawało się zrozumiałe. Dlaczego nie dopuszczali do siebie myśli, że mogę szukać dzieci i wnuków oprawców, którzy gwałcili Żydówki i polowali na Żydów uciekających z getta?

Dlatego że ci źli ludzie przebywają w jakiejś odległej przestrzeni symbolicznej. Nie można ich dotknąć. Są nierealni, odcieleśnieni.

W końcu, o dziwo, coś drgnęło.

Za plan minimum, warunek, bez którego nie byłoby książki, uznałam pięć rozmów. I udało się. Przeprowadziłam je. Głównie dzięki znajomym. Tak, znalazłam bohaterów Rodzinnej tajemnicy, rozmawiając o moich poszukiwaniach z własnymi znajomymi. Można by pomyśleć, że to kwestia przypadku, który (nawet jeżeli nie wszyscy to przyznają) jest nieodłączną częścią pracy dziennikarskiej.

Można też spojrzeć na to szerzej i odważnie uogólnić. Jeżeli trzy znane mi osoby zaliczają do swego kręgu ludzi, których rodziny przyczyniły się do Zagłady, to właściwie dlaczego nie miałoby to dotyczyć każdego z nas? Jakby poszukać, jakby popytać, zdrapać lukier... Może wyparta pamięć rodzinna o tym, „co porobiło się z Żydami”, jest bliżej, niż myślimy, siedzi z nami przy jednym stole, chodzi na wycieczki do lasu.

Oczywiście to tylko przypuszczenie.

Tak czy inaczej, uznałam za stosowne poprzedzić każdą rozmowę krótkim wstępem, w którym opisuję, jak doszło do spotkania.

Dostałam kilka odmów. Opowiem o trzech, bo wydają mi się symptomatyczne. Nie wymienię nazwisk ani miejscowości, ponieważ nie chcę nikogo skrzywdzić, a moi niedoszli rozmówcy na pewno nie są pogodzeni z rodzinną przeszłością.

HISTORIA PIERWSZA

Antek ma dwadzieścia dwa lata, nie zdał matury i ciągnie go do narodowców. Rok temu dowiedział się od kumpla, że przypadek jego dziadka, który „latał z siekierą na Żydów”, został opisany w prasie. Dziadek? Przestępcą? Nie chciał w to uwierzyć, wypytał babcię. Babcia potwierdziła. Rozwaliło go to, coś przestawiając. Zaczął się zastanawiać, czy rzeczywiście chce śmierci wrogów ojczyzny, i przestał naskakiwać na Żydów. Do czasu. Po początkowym szoku wrócił do starych przyzwyczajeń – i do narodowców. Antek odmówił rozmowy ze mną, ponieważ brudy pierze się we własnym domu, a także dlatego, że taka rozmowa mogłaby zaszkodzić Polsce.

HISTORIA DRUGA

Piotr, adwokat, jest po pięćdziesiątce. Jego ojciec, akowiec, po wojnie został skazany za bandytyzm. Wraz z kolegami zwabił Żydów do kryjówki i zabił, żeby przejąć ich majątek. Dostał trzy lata odsiadki, wyszedł przed terminem. Piotr wychował się w domu rządzonym przez ojca alkoholika, gdzie wielokrotnie interweniowała milicja. Prawdopodobnie był ofiarą przemocy domowej. Dziś ma własną kancelarię. Byłam i jestem pełna podziwu dla jego determinacji, która pozwoliła mu wyrwać się z domowego piekła i odnieść zawodowy sukces. Piotr odmówił rozmowy ze mną, bo nie chce wracać do przeszłości. Bo nie – i już!

HISTORIA TRZECIA

O Magdzie opowiedział mi Jacek, jej mąż. Siedziałam w dużym towarzystwie, w którym nie wszystkich znałam, jego akurat nie. Gdy jak zwykle zaczęłam rozprawiać o moim projekcie, Jacek słuchał uważnie, wyraźnie poruszony. Wreszcie zabrał głos: w rodzinie jego żony, Magdy, zdarzyła się w czasie wojny właśnie taka straszna historia z Żydami. Nie poda mi szczegółów, bo Magda opowiedziała mu o tym w tajemnicy, ale może ona sama zechce ze mną porozmawiać. Po uzgodnieniu terminu z Jackiem przyjechałam do ich domu. Magda odmówiła rozmowy ze mną, bo w jej rodzinie nikt nigdy nie zrobił Żydom nic złego.

Antek, Piotr i Magda nie chcieli opowiedzieć mi o rodzinnej tajemnicy, choć obiecywałam anonimowość. Choć przekonywałam, że zatrę wszelkie odniesienia do prawdziwych miejsc i ludzi, o których mówią. Choć tłumaczyłam, że poza zapewnioną anonimowością dostaną tekst do akceptacji, a jeżeli im się nie spodoba, nie będzie opublikowany. Brak zgody przy takich zaworach bezpieczeństwa wydaje się nielogiczny. Czemu odmawiają, jeżeli nie będą rozpoznani? Jeżeli nic im za to nie grozi?

A jednak coś im grozi.

Zrozumiałam, że mówiąc o rodzinnych przewinach wobec Żydów, naruszamy potężne, mroczne tabu w jego pierwotnym znaczeniu.

Jedynie Antek podał logiczne wytłumaczenie swojej odmowy: upublicznienie jego historii działałoby na szkodę rodziny i na szkodę Polski. Do zmiany zdania mógłby go przekonać wyłącznie ksiądz. Nie przypadkiem władza duchowna. Antek, Piotr i Magda zachowywali się tak, jakby za przekroczenie niepisanego zakazu milczenia groziło im coś przerażającego. Tym straszniejszego, że nie wiadomo, co by to było. Jakaś kara, choć oni nie odważyli się myśleć w tych kategoriach – sama myśl o przekroczeniu granicy była niedopuszczalna. Równałaby się ruchom tektonicznym Ziemi, a może doprowadziłaby nawet do końca świata.

Tym większy szacunek należy się rozmówcom, którzy odważyli się to mroczne tabu przełamać. Dwóch najbardziej otwartych mieszka za granicą, co na pewno nie pozostało bez wpływu na ich postrzeganie rzeczywistości. Na obcym terytorium, daleko od źródła, mroczne tabu blednie, traci kły i łatwiej się z nim rozprawić.

Trudno wyciągać wnioski z tej niewielkiej liczby rozmów, jakie przeprowadziłam. Pewne spostrzeżenia narzucają się jednak same. Można przypuścić, że wiele rodzin nie ma pewności co do przebiegu zdarzeń. Ktoś coś podsłuchał, ktoś inny odkrył trzy wersje tej samej historii. Do przeszłości skażonej przemocą wobec Żydów wiodą cienkie nici, bo ślady zostały zatarte. Świadomie albo przez działanie czasu. W jednej ze świętokrzyskich wsi pojawili się niedawno wnukowie mieszkańca pochowanego na lokalnym cmentarzu. Rozmawiali z miejscowymi, z dumą wspominając dziadka, bohatera AK, który ich zdaniem zasługuje na pomnik; może zrobią zbiórkę i mu go postawią. Miejscowi, pamiętając, że ów dziadek został skazany za mord na Żydach, popatrywali na wnuków spod oka. Czy ktoś ich oświecił? Wypomniał dziadkowe zbrodnie? A po co! Wnukowie odjechali tak samo niewinni, jak przyjechali.

Dlaczego wnukom tak trudno dowiedzieć się czegoś od rodziców? Dlaczego dopiero trzecie pokolenie rodzin uwikłanych w Zagładę odważa się zerknąć do tyłu i zmierzyć z rodzinną historią? Sądzę, że kluczem do milczenia jest przemoc.

Drugie pokolenie, czyli dzieci ludzi, którzy przyczynili się do Zagłady, mówić o tym nie potrafi – również dlatego, że w dzieciństwie często padało ofiarą przemocy.

Banałem jest stwierdzenie, że przemoc rodzi przemoc. Ale jak? Kiedy? Co było na początku? Jeden z moich rozmówców uważa, że udział w pogromie i jego konsekwencje prawne zmieniły charakter jego dziadka, który stał się pijakiem i domowym katem. Inny opisuje swego dziadka jako osobę tak brutalną, że prześladowanie Żydów było w jego życiu zaledwie drobnym epizodem.

Czy mamy prawo uważać, że wiele (większość?) rodzin, w których mężczyzna przyczynił się do śmierci Żydów, żyła w atmosferze lęku przed jego złością? Przed jego pięścią?

Mamy w książce dwie tragiczne postaci matek, strażniczek tajemnicy, a zarazem ofiar swoich antysemickich ojców. Obie historie, opowiedziane przez synów, głęboko mnie poruszyły, bo są świadectwem miłości. I dowodem na to, że można uciec z piekła.

Obracam się w środowisku żydowskim z zasady wrażliwym na wszystkie konsekwencje Zagłady, również te osobiste, wstydliwe i trudno wyrażalne. Każdy z nas ma wielu przyjaciół, z którymi umie rozmawiać na najbardziej bolesne tematy. Osoby, które tego potrzebują, mają też dostęp do wsparcia terapeutycznego udzielanego pod kuratelą profesor Katarzyny Prot-Klinger.

A co z drugą stroną?

Druga strona, czyli rodziny sprawców, jest pozostawiona sama sobie. Może tylko zaprzeczać lub tłumić emocje. Nie ma środowiskowego przyzwolenia na opowiadanie o tym, co zrobił Żydom ojciec albo dziadek i jak się z tym czuje. Przynajmniej do tej pory nie było.

Katarzyna Prot-Klinger relacjonuje, że niedawno zgłosiła się do niej pewna pani z pytaniem, czy osoby z rodzin sprawców mogą liczyć na jej pomoc terapeutyczną. Odpowiedź – przedyskutowana w gronie terapeutów – brzmi twierdząco. Pani profesor i jej współpracownicy są gotowi prowadzić terapię osób, które wyniosły z domu niechciane wspomnienie krzywdy wyrządzonej Żydom.

Czy tego typu terapia odpowiada na jakąś realną potrzebę? Wiele osób, których dotyczy ten problem, prawdopodobnie nie zdaje sobie sprawy, że przydałoby się im wsparcie psychologiczne. Ale może fakt istnienia takiej możliwości coś zmieni i uświadomi komuś tę potrzebę. Mam nadzieję, że moja książka zrobi wyłom w murze milczenia. Pierwsze cegły już puściły, teraz będzie łatwiej.

PS Książkę kończy tekst Donosicielka chyża, opowiadający o powojennych losach rodziny Zofii Chominowej, chyba najsłynniejszej polskiej donosicielki. Polsko-żydowska poetka Zuzanna Ginczanka, zamordowana w 1944 roku, w wierszu Non omnis moriar napisała tak:

Nie zostawiłam tutaj żadnego dziedzica,

Niech więc rzeczy żydowskie twoja dłoń wyszpera,

Chominowo, lwowianko, dzielna żono szpicla,

Donosicielko chyża, matko folksdojczera.

Tobie, twoim niech służą, bo po cóż by obcym.

Nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak wyglądało dalsze życie tej rodziny. Teraz już wiem.



.

PIOTR PIWOWARCZYK

NOSIŁEM W SOBIE

PEWIEN CIĘŻAR

.


.

Poproszona o radę, moja przyjaciółka Beata Zając nie musiała się długo namyślać. „Mam kogoś do twojej książki! Poznałam go w Stanach przez Sławka Grynberga. Przyjedziesz do mnie i zobaczycie się u mnie w Wieluniu!” Trzy miesiące później spotkaliśmy się z Piotrem Piwowarczykiem w Wieluniu, w liceum imienia Korczaka, gdzie pokazywał swój film W imię ich matek o Irenie Sendlerowej. Wieczorem zaś zasiedliśmy razem do kolacji u Beaty, i było to pierwsze z serii naszych zawsze udanych spotkań.

.


.

Jak wspominasz wizytę w liceum imienia Korczaka w Wieluniu?

Wieluń wywarł na mnie duże wrażenie. Zobaczyłem małą prowincjonalną miejscowość, gdzie jednej nauczycielce, Agnieszce Mysakowskiej, udało się uwrażliwić uczniów na żydowską historię ich miasta i sprawić, że poczuli bliskość z ludźmi, których już nie ma. Odnaleźli wszystkie przedwojenne miejsca ważne dla żydowskiej społeczności, również te, po których ślad zaginął, nanieśli je na mapę i nauczyli się po nich oprowadzać oraz o nich opowiadać. Patrząc na nich, myślałem, że jeszcze nie wszystko stracone, że nikt z nich nie będzie rasistą ani ksenofobem, że otwartość zwycięży. Ci młodzi ludzie przyjmowali film o pani Irenie Sendlerowej całym sercem, ponieważ rozumieją, co to znaczy być słabszym, prześladowanym, potrzebować pomocy.

Nad dokumentem o Irenie Sendlerowej pracowałeś siedem lat.

Trafiłem do filmu właśnie dzięki projektowi o pani Irenie. Właściwie mógłbym powiedzieć, że to ona mnie znalazła i z wielką siłą do siebie przyciągnęła. Zaczęło się od tego, że w Stanach przypadkiem poszedłem na pokaz pierwszych nagrań do dokumentu, które o pani Irenie realizowała reżyserka Mary Skinner. Kiedy zobaczyłem tę piękną uśmiechniętą twarz anioła w koronie siwych włosów, zrozumiałem, że ta historia musi wybrzmieć w Ameryce. Pokaz odbył się w polskiej galerii i był adresowany do Polonii, wśród której Mary miała nadzieję znaleźć wsparcie finansowe. Wracałem właśnie na stałe do Polski, do Krakowa, gdzie zakładałem fundację dla ciężko chorych dzieci Mam Marzenie, więc zgłosiłem się na ochotnika. Mary bardzo się ucieszyła z mojej propozycji, tym bardziej że nie mówiła po polsku i mogłem się jej naprawdę przydać. W Krakowie od razu zabrałem się do przygotowania terenu: zapewnienia oświetlenia, dźwięku, kamery. Angażowałem się coraz bardziej, także finansowo, aż zostałem współproducentem tego filmu.

 

To nie twój jedyny film. W 2015 roku powstał dokument Amnezja o pogromie w Kielcach ze współczesnej, bardzo osobistej perspektywy. Zostałeś jego producentem i jednym z bohaterów.

To nie było tak, że szukałem tematu, główkowałem i w końcu wymyśliłem: „A teraz to ja zrobię film o pogromie w Kielcach”. Temat ten od wielu lat za mną chodził, bo nosiłem w sobie pewien ciężar...

Jesteś chłopakiem z Kielc.

Tak, pochodzę z tego okropnego Klerykowa, z prowincji, z prostej robotniczej rodziny. Mój dom był przeciętny, ot, taki szary komunizm. Trochę bidy, jak u wszystkich. Ja z tych Kielc, które uważałem za straszne miejsce na ziemi, zawsze chciałem się wyrwać.

Jesteś gejem, co też mogło obrzydzić ci Kleryków.

Długo tłumiłem moją naturę. Zazwyczaj gej w momencie dojrzewania – choć niektórzy twierdzą, że już w przedszkolu chłopaki im się podobały! – odkrywa, że nigdy nie pocałowałby dziewczyny. I to jest standard. Ja zauważyłem tylko, że coś jest ze mną nie tak. Że przyglądam się chłopakom. Budzę się w nocy z mokrego snu, fantazjując o chłopakach. Bardzo mnie to martwiło. Wiedziałem oczywiście, że pedały nie zasługują na szacunek. Nikt nie musiał tego głośno mówić, bo to było ewidentne. Z pedałów się wyśmiewano, wspominano o nich z ironią, ktoś rzucił: „a bo jakiś pedał się do mnie dobierał”. Nie chciałem być karykaturą człowieka, wyuzdanym, pozbawionym moralności zboczeńcem.

Aż tak?

Tak. Homoseksualista wzbudzał lęk i współczucie, a ja chciałem być jak wszyscy. Zakochałem się, miałem dziewczynę. To gdzieś tam we mnie drzemało, uśpione. Wyjeżdżając do Warszawy, nie uciekałem przed wrogością wobec gejów, ale przed szarą, przytłaczającą prowincjonalnością małego miasteczka.

Jakie miałeś wtedy stosunki z rodzicami?

Nie najlepsze. Nie rozumieliśmy się, nie umieliśmy ze sobą rozmawiać. Wiadomo, że dziecko rozwija się przez bunt. Ale u nas chodziło o coś więcej. Nie lubiłem ojca, nie ceniłem go jako człowieka. Uważałem, że jest sfrustrowany, że wylewa tę frustrację na wszystkich dookoła. Był porywczy, a po alkoholu stawał się agresywny.

A mama?

Moja matka pragnęła tylko jednego – stworzyć szczęśliwy dom. Innych ambicji nie miała, a tej nie umiała spełnić. Przywiązywała ogromną wagę do czystości, mieszkanie musiało być wypucowane. Przed świętami Bożego Narodzenia przez tydzień nie spała, sprzątając po nocach. Sama rozumiesz, że po takiej orce na Wigilii była tak wymęczona, że drażnił ją każdy drobiazg. Święta, które miały być momentem bliskości, przeradzały się w koszmar, bo potrafiła wybuchnąć z jakiegoś mało istotnego powodu. Siedzieliśmy przy stole jak za karę. Przynajmniej ja. Nie miałem szczęśliwego dzieciństwa, choć matka bardzo mnie kochała i była osobą ciepłą.

To nie sprzeczność?

Była ciepła w tym sensie, że potrafiła mnie przytulić, pocałować. A zaraz potem coś w nią wstępowało, jakiś diabeł, który przemieniał ją w potwora. Była jak doktor Jekyll i pan Hyde. Czułem, że ją kocham, że jest dla mnie ostoją, wiedziałem, że się dobrze rozumiemy. Po czym nagle wpadała w furię, co niszczyło nasze porozumienie.

Krzyczała?

Krzyczała. Wymyślała nam. Ganiała ze ścierką wokół stołu. Nigdy mnie fizycznie nie skrzywdziła, ale te jej napady agresji bardzo mnie bolały – właśnie dlatego, że była dla mnie ostoją. Ale nagle coś jej się działo i czepiała się jakichś głupot, kompletnie nieważnych. A przecież byłem dobrym dzieckiem. Uczyłem się grać na fortepianie, nie piłem, nie paliłem, nie chodziłem na wagary. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego moja matka jest taka dziwna.

Teraz lepiej ją rozumiesz.

Zajęło mi to ponad trzydzieści lat. Po nakręceniu Amnezji nasze stosunki bardzo się poprawiły.

Co zdarzyło się w twojej rodzinie tak trudnego, że aż musiałeś nakręcić film, żeby to wyjaśnić?

Moja matka jako dziecko przeżyła ogromną traumę za sprawą swojego ojca. Pogrom kielecki miał miejsce 4 lipca 1946 roku, gdy babcia była w ostatnim miesiącu ciąży. Jej mąż, a mój dziadek, który w nim uczestniczył, został aresztowany. Babcia chodziła do więzienia, usiłowała czegoś się dowiedzieć, ale odmawiano udzielenia informacji. Siedział chyba z osiem tygodni. Babcia przeżywała silny stres, co na pewno nie wpłynęło dobrze na dziecko w jej brzuchu.

Dziadek wyszedł z więzienia jako inny człowiek. Przedtem popijał wprawdzie z kolegami, ale umiarkowanie, nie był agresywny ani brutalny. To się zmieniło. Nigdy nie mówił o tym, co przeżył w więzieniu. Babcia podejrzewała, że był torturowany. Wiemy z archiwów, że kieleckie UB, tak jak całe UB, miało swoje metody. Potrafili zamknąć człowieka w malutkiej celi, gdzie stał po pas w wodzie, ledwie mogąc się ruszyć. Nie wiem, dlaczego mój dziadek się zmienił – z powodu tortur czy poczucia winy. W każdym razie z czymś sobie nie radził, bo zaczął ostro pić. Codziennie od poniedziałku do piątku pracował jako ślusarz i codziennie od poniedziałku do piątku wracał kompletnie pijany. W drodze do domu wygrażał żonie i dzieciom, że „ja was tutaj, kurde, wszystkich pozabijam. Ja wam pokażę!”.

Bił ich?

Matka mówi, że w nocy uciekali z domu do sąsiadów, na ulicę. Czasami zimą, w mróz. Ale jak im się nie udało uciec, bo zjawił się niespodziewanie, to wtedy obrywali. Tak, bił ich. Wyobrażam sobie ten krzyk, tumult. Wyobrażam sobie moją matkę – małą skuloną dziewczynkę. Powiedziała mi, że kiedy jej ojciec zmarł na raka wątroby w wieku bodajże pięćdziesięciu lat, to ona, siedmiolatka, odetchnęła z ulgą. Zaczęła normalnie się uczyć, chodzić do szkoły, bez awantur i nocnych ucieczek.

Nigdy nikomu o tym nie opowiedziała, bo o tym się nie mówiło. Nie było psychologów ani poradni. Problemy trzymało się w sobie. I moja matka tak je trzymała praktycznie przez całe swoje życie.

A jej siostra?

Ciocia też o tym nigdy nie mówiła, bo jak stwierdziła, „to wstyd przed sobą i wstyd przed ludźmi”. Pijaństwo ojca również na nią wpłynęło, choć mniej. Ciocia potrafiła tę traumę jakoś... pokonać? Na pewno przyczyniło się do tego udane małżeństwo ze spokojnym człowiekiem. Gdyby mama tak jak ciocia miała zrównoważonego męża, pewnie byłoby jej łatwiej. Ale ze swoją traumą trafiła na choleryka, co dało mieszankę wybuchową. Oni się ze sobą kłócili, ja kłóciłem się z bratem. Matkę bardzo kochałem, kocham ją do dziś, uważam, że jest cudowną matką, natomiast tego gwałtownego rysu jej charakteru nie mogłem zrozumieć. Siedział jak zadra w moim sercu.

W filmie twoja mama nie rozwodzi się nad swoim dzieciństwem, a widz i tak rozumie, że było jej bardzo źle.

Mama dosyć dokładnie opisała, jak ojciec się nad nią znęcał, ale część jej zwierzeń pominęliśmy dlatego, że nie chcieliśmy epatować przemocą. Ten film i tak był formą emocjonalnego ekshibicjonizmu.

W czasie jednej z waszych rozmów twoja mama stwierdziła, że nie ma poczucia winy za czyny dziadka, a ty powiedziałeś, że masz.

Moje odczucia ewoluowały. Zaczęło się od tego, że w 1997 roku, gdy już od paru lat mieszkałem w Stanach, zwiedzając waszyngtońskie muzeum Holokaustu, stanąłem nagle przed zdjęciem z Kielc. Zobaczyłem nagie ciała leżące na podłodze i podpis „Ostatni pogrom XX wieku”. Zamarłem. Jak to? Taka rzecz wydarzyła się w moim mieście? Wydawało mi się, że wszyscy w muzeum wiedzą, że przyjechałem z tych strasznych Kielc i że zaraz zaczną wytykać mnie palcami. Było mi wstyd. Później wpadłem w złość. Dlaczego nic o tym nie wiedziałem? Jak można coś takiego ukrywać! To niemoralne! W końcu zrobiło mi się przykro, że bliscy mi ludzie, jak na przykład moja nauczycielka, którą w liceum uważałem za duchowego przewodnika, też milczała na ten temat. Opowiadano mi o Katyniu, ale nie o pogromie w Kielcach, naszym rodzinnym mieście. Miałem o to żal.

Do mamy też?

Gdy próbowałem wypytywać ją przez telefon, bagatelizowała sprawę. Temat wrócił po jej przylocie do Stanów. Dużo ze sobą rozmawialiśmy – o moim homoseksualizmie, o naszych relacjach. Dużo sobie wyjaśniliśmy, choć było jeszcze za wcześnie, by się zwierzyła ze swojego dzieciństwa. Szliśmy właśnie spacerkiem po plaży, gdy z własnej inicjatywy wróciła do sprawy pogromu kieleckiego. Powiedziała mi wtedy coś takiego: „Chciałabym, żebyś wiedział, że mój ojciec, a twój dziadek, na miesiąc przed moimi narodzinami był zamieszany w ten pogrom. Nie wiem, co robił, nie wiem, jaką odegrał rolę. Został aresztowany i przesiedział w więzieniu kilka tygodni, nie wiem dokładnie ile. Jedno jest pewne: że brał w tym udział”.

Miałem wtedy trzydzieści lat, a poczułem się, jakbym nic o życiu nie wiedział. Jak to? To mój dziadek był zamieszany w coś takiego! To ja noszę geny człowieka, który był tamtego dnia w tłumie na ulicy Planty 7 i jakoś – Bóg wie jak – przyczynił się do śmierci kieleckich Żydów! Dlaczego mi o tym nie powiedziałaś, mamo? Byłem zawiedziony i zły.