Toksyczna matkaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt okładki: Pola i Daniel Rusiłowiczowie

Redaktor prowadząca: Bożena Zasieczna

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Redakcja językowa: Zuzanna Żółtowska/Słowne Babki

Korekta: Beata Saracyn, Monika Marczyk/Słowne Babki

Na okładce wykorzystano zdjęcie: Shutterstock

© for the text by Robert Rutkowski i Irena A. Stanisławska

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2021

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.

ISBN 978-83-287-1610-0

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2021

Spis treści

Od autorów

Wszystko o mojej matce

Macierzyństwo

Nowe życie

Matka kontra ojciec

Matczyna miłość

Skrypt rodzinny

Praca, którą warto wykonać w domu

Od autorów

Pomysł napisania tej książki wyszedł ode mnie. Nie chciałam w ten sposób zrobić sobie terapii, bowiem nad relacją z matką pracowałam wielokrotnie. Wydawało mi się, że temat jest zakończony, dlatego zaskoczyły mnie emocje, które się we mnie pojawiły w rozmowach z Robertem.

Dlaczego relacje z matką są tak trudne? Nie tylko dla córek. Matki umieją też nieźle namieszać w życiu synom. Jednak nie potrafimy o tym mówić, trudno nam zaakceptować, że nie lubimy swojej matki. Przecież wszyscy dookoła swoje matki kochają! Czy tylko ja jestem wyrodną córką? Tylko ja mam jakieś wydumane pretensje? Nie, takich osób jest znacznie więcej.

Chcieliśmy, by dowodem na to były nie tylko krótkie przykłady z gabinetu terapeuty, lecz przede wszystkim historie osób, które szczerze opowiedzą o swoich relacjach z matką. Nie było łatwo je znaleźć. Temat jest dla wielu absolutnym tabu. Jedna z kobiet powiedziała, że jej matka jest wyjątkowo wredna, ale jeszcze nie jest gotowa, by o niej mówić. A jej matka ma dziewięćdziesiąt dwa lata, zaawansowaną demencję i nigdy nie przeczyta wypowiedzi córki! Szansa, że na podstawie opowieści rozpoznają ją znajomi, jest niewielka, ponieważ od razu podkreślaliśmy, że oprócz wieku, jeśli rozmówca sobie tego zażyczy, możemy zmienić nazwę miejscowości oraz imię, a jeśli ktoś nie chce się spotkać osobiście, możemy porozmawiać przez telefon lub może swoją historię napisać. Blokada przed mówieniem źle o własnej matce jest jednak potężna.

Tym bardziej dziękujemy naszym bohaterom. Za poświęcony czas i za odwagę. A szczególnie Aleksandrze i Hannie.

Irena A. Stanisławska

Dlaczego tak trudno jest nam źle mówić o swojej matce?

Z wielu powodów:

• Zachodzi u nas mechanizm wyparcia, czyli zepchnięcia z obszaru świadomości do obszaru nieświadomości wszystkich treści, które są uciążliwe, nieprzyjemne.

• Na żadnym etapie rozwoju, począwszy od dziec­ka, nie kształtuje się w nas umiejętności mówienia o sobie. Dziecko ma słuchać. Dziecko nie może artykułować swoich potrzeb. Ma wykonywać polecenia.

• Żyjemy w kulcie estetyki kobiecej – płeć piękna jest delikatna, szlachetna, wrażliwa.

• Od wieków wpajano dzieciom, że matkę należy szanować. Poza tym mama (bo mówiąc o niej, raczej używamy tego słowa) kocha nas miłością bezgraniczną. Matczyna miłość jest pełna poświęcenia, może góry przenosić!

• W Europie od tysięcy lat, czy nam się podoba, czy nie, żyjemy w kulturze chrześcijańskiej, a w niej, jak wiadomo, obowiązuje kult Matki Boskiej. Jej figura jest tak silna, że doszło do zbiorowej nad­interpretacji: każda matka równa się Boska. A boskość to jest sacrum, którego szargać nie wolno.

Przed laty spotkałem się z opracowaniem, w którym jeden z amerykańskich psychologów napisał, że szczęśliwe dzieciństwo nie istnieje. Było to dla mnie dość obrazoburcze. Przecież u mnie wszystko było w porządku! Przecież dzieciństwo jest szczęśliwe. Jeśli ktoś miał trudne dzieciństwo, to jego przypadek jest marginalny. Natomiast później, już jako dorosły człowiek, kiedy dotknąłem pracy z ludźmi, a przede wszystkim przeszedłem własną terapię i otworzyłem wrota swojej przeszłości, wziąłem się za bary z bólem, którego doświadczałem, zrozumiałem, że w tym stwierdzeniu jest wiele prawdy. Że z tym szczęśliwym dzieciństwem jest bardzo różnie, że jest ono obarczone wieloma grzechami i że w każdym domu znajdzie się mniej lub bardziej dokuczliwa nieprawidłowość. Niestety, grzechy matki mają na dziecko nie mniejszy wpływ niż grzechy ojca, a niektórzy specjaliści twierdzą, że nawet większy. Dlatego to właśnie jej postanowiliśmy się przyjrzeć.

Dla wielu osób treść tej książki może być trudna. Pewnie niektórzy się oburzą, tak jak moi pacjenci: „Co pan wygaduje?!”. Ale zamiatanie problemów pod dywan ich nie rozwiąże. Prędzej czy później wydostaną się spod niego, tak jak brzydki zapach niewyrzucanych śmieci z szafki pod zlewem. Recepta jest jedna: żeby tego uniknąć, trzeba często wyrzucać śmieci. Do pewnych emocji z przeszłości należy wrócić i raz na zawsze się z nimi rozstać, zaakceptować je i wybaczyć. Trudne, ale możliwe.

Zapraszam więc do małych porządków.

Robert Rutkowski

Wszystko o mojej matce

Aleksandra, lat 40

Na pewno kilka lat temu opowiedziałabym o mamie dużo ostrzejszymi słowami niż teraz, kiedy przeszłam terapię. Od mojego terapeuty usłyszałam: „Nasi rodzice byli, jacy byli, ale to, co my z tym zrobimy, to już jest nasza sprawa”. Teraz wiem, że to bardzo mądre. Że można w którymś momencie się od tego odciąć i traktować to jak rodzaj wspomnień, a nie bagaż, który za sobą ciągniemy. Ja ten bagaż ciągnęłam przez lata. Próbowałam znaleźć przyczynę moich porażek, a odpowiedź była jedna: moi rodzice. A konkretnie mama. Ona spowodowała, że jeśli w moim życiu działo się coś złego, to uważałam, że to moja wina. Że jestem bezwartościowa, niczego nie potrafię, do niczego się nie nadaję. Że jestem osobą, której w żaden sposób nie można pokochać. To nie było niezasługiwanie na miłość, bo uważałam, że na nią zasługuję jak każdy człowiek; po prostu byłam przekonana, że jest we mnie coś takiego, jakiś defekt, który powoduje, że inni nie mogą poczuć miłości do mnie.

Na terapię zdecydowałam się, będąc w tak fatalnym stanie psychicznym, że stwierdziłam, iż muszę się ratować. Rozstałam się z partnerem, z którym byłam dwanaście lat. Związałam się z kimś innym, mając nadzieję, że to ten jedyny. Odszedł ode mnie. To było tak niewyobrażalnie bolesne, że sądziłam, iż tylko śmierć może mnie od tego cierpienia uwolnić. Diagnoza: ciężka depresja. Brałam leki, chodziłam na terapię Gestalt (nurt terapii humanistycznej), lecz chociaż wyszłam z depresji, nie zmieniłam swoich schematów myślenia.

Drugi epizod depresyjny miałam po rozstaniu z kolejnym partnerem. Ten był łagodniejszy, ale bardzo długo się ciągnął. Tym razem zdiagnozowano depresję F33 (według ICD-10 – Europejskiej Klasyfikacji Chorób), czyli depresję nawracającą.

Zdecydowałam się na terapię poznawczo-behawioralną. Wybrałam ją, ponieważ słyszałam, że jest to jedna z terapii, która przynosi efekty w leczeniu depresji. Chodziłam na nią ponad rok, skończyłam całkiem niedawno. Mój terapeuta stwierdził, że ze wszystkim się uporałam.

W trakcie terapii musiałam przede wszystkim poradzić sobie z rodzicami. Powiedzieć na głos to, co słyszałam od nich w dzieciństwie. Miałam z tym ogromny problem. Tak jak dziecku alkoholika wstyd za rodziców, którzy piją, choć zupełnie nie jest temu winne, tak mnie było wstyd mówić o tym, co słyszałam na swój temat. A słyszałam od mamy, że nie jestem ani ładna, ani mądra – w przeciwieństwie do mojej siostry. Hania to im się udała! A ja jestem brzydka… No, ale mam dobre serce. Mam wspomnienie (miałam dwa lata, może trochę więcej), w którym trzymam mamę za rękę, patrzę do góry, a ona mówi do jakiejś spotkanej na ulicy sąsiadki czy koleżanki: „Tak, tak, to jest Oleńka. Ale ona ani ładna, ani mądra”. Wciąż to powtarzała.

Jednak nie tylko mama wpłynęła na moją samoocenę. Mój tata i Hania także się do tego przyczynili. Tata mówił, że jestem dzieckiem pękniętej prezerwatywy (niby tak w żartach, podczas rodzinnego spotkania), a Hania, że zostałam znaleziona na śmietniku, że w tej rodzinie nikt mnie nie chciał. Nawet teraz, kiedy wypowiadam te słowa, robi mi się gorąco. Zaczęłam o tym mówić dopiero w tym roku, podczas drugiej części terapii. Przyjaciółce, którą znam od dwudziestu lat, też powiedziałam o tym całkiem niedawno.

Co moja mama jeszcze regularnie powtarzała? Wracała do domu wkurzona na cały świat, wylewała swoją frustrację na rodzinę i mówiła, że Hania i ja jesteśmy jej gwoździami do trumny. A my nic złego nie robiłyśmy. Uważam, że byłyśmy dziećmi niesprawiającymi kłopotów. Normalnymi dziećmi.

 

W naszej rodzinie częściej i chętniej mówiło się o złych rzeczach niż o dobrych, i bardzo szczerze. Na przykład mama i tata bardzo chcieli mieć dziecko i Hania była tym wyczekiwanym, a ja byłam dziec­kiem z przypadku. Kiedy miałam osiem lat, a Hania piętnaście, usłyszałyśmy od mamy, że między urodzeniem Hani i mnie miała kilka aborcji (nie jesteśmy pewne ile, ja zapamiętałam liczbę siedem, a Hania – sześć). Ja byłam kolejną wpadką. Tata drugiego dziec­ka nie chciał, ale mama, jak mówiła, uparła się, że mnie urodzi. A jak się urodziłam, to podobno tata oszalał z radości. Rzeczywiście pamiętam, że w dzieciństwie spędzałam z nim sporo czasu, choć jednocześnie słyszałam od niego, że jestem dzieckiem pękniętej prezerwatywy.

Wiedziałam, że aborcja to usunięcie ciąży, i nie miałam problemu, by o tym mówić rówieśnikom; również wtedy, gdy miałam kilkanaście lat. Niektórzy bardzo się dziwili, a ja nie rozumiałam dlaczego. Bo dla mnie to była normalna informacja. Było to dla mnie tak oczywiste jak fakt, że mieszkam w Polsce. Wydawało mi się, że to takie dobre, że w naszej rodzinie o wszystkim się rozmawia. Teraz mam inne zdanie. Rozmowa powinna być dostosowana do rozmówcy. Z ośmioletnim dzieckiem o aborcji się nie rozmawia.

Miałam dwadzieścia kilka lat, gdy zaczęłam się zastanawiać, dlaczego mama zdecydowała się mnie urodzić. Może sobie wymyśliła, że zajmę się nią na starość? Skoro Hania jest chodzącym cudem, ideałem, a ja ani mądra, ani ładna, ale z dobrym sercem, to pewnie nadaję się na opiekunkę? Ale jakoś udało mi się wyprowadzić z domu i nie poczuwać się do obowiązku opieki nad mamą. Opiekowałam się nią tyle, ile musiałam, ale nie mieszkałam z nią, a pewnie sobie wyobrażała, że będę.

Byliśmy bardzo dziwną rodziną: z jednej strony rodzice żyli osobno (mama wyprowadziła się od taty, kiedy miałam dwa i pół roku), a z drugiej – żyli razem. Bardzo długo byli w separacji, rozwód wzięli dużo, dużo później, a i tak razem spędzaliśmy święta, razem jeździliśmy na wakacje. Mama nigdy nie miała żadnego innego partnera, tata na krótko przed śmiercią przyznał się, że kiedyś poznał dziewczynę, w której się zakochał.

Mama zawsze strasznie się na nas denerwowała, wypominała tacie różne rzeczy, a on nigdy o niej nie powiedział nic złego. Tylko raz, kiedy byłam w liceum, po jakiejś kolejnej kłótni z mamą (kiedy Hania wyprowadziła się z domu, kłóciłyśmy się non stop), usłyszałam od taty: „Wiem, że twoja matka ma ciężki charakter, ale nie możesz się tak na nią wściekać”.

Ja uważam, że miała bardzo ciężki charakter. Moja siostra miała znienawidzoną wychowawczynię, na którą żaliła się mamie. A co mama zrobiła? Poszła do niej naskarżyć na Hanię, jaka to jest w domu okropna. Pamiętam złość Hani i jej rozgoryczenie – zwierzała się mamie, że nauczycielka ją gnębi, a ta, zamiast stanąć po stronie swojego dziecka, idzie zawrzeć sojusz z jego wrogiem. Kiedy miałam czternaście lat, zachowała się tak samo wobec mnie. Tylko moja nauczycielka była dużo fajniejszą osobą i niespecjalnie się tym donosem na mnie przejęła, uznając, że to nie ze mną, lecz z moją mamą jest coś nie tak.

Najgorsze relacje z mamą miałyśmy, kiedy byłam w liceum; potem, w trakcie studiów, zaczęły się poprawiać. Wtedy mama zaczęła mi mówić, jak to ona się wobec mnie bardzo myliła: że zawsze Hanię uważała za taką wspaniałą, a teraz widzi, że aż taka wspaniała nie jest, a ja dostałam się na studia, na które tak ciężko jest się dostać, i tak sobie dobrze radzę. I… przeprosiła mnie. Pamiętam, że strasznie się wku­rzyłam. Powiedziałam, że teraz jej przeprosin nie potrzebuję i że trzeba było mi to mówić, kiedy byłam dzieckiem.

Chociaż mama już do końca życia mówiła mi, jaka jest ze mnie dumna, to zaszczepiła we mnie to, co zaszczepiła. Siedziało to we mnie cały czas, czekając na odpowiedni moment, żeby wybuchnąć. A tym momentem było właśnie rozstanie z chłopakiem, z którym planowałam przyszłość. Dwanaście lat związku, wspólny zakup mieszkania…

Kiedy byliśmy razem, myślałam: jak fajnie, że nie powielam schematu rodziców i mojej siostry, których związki nie przetrwały. Ale jednak ja też się rozstałam, a potem związałam się z człowiekiem specyficznym, który, jak sądzę, miał rys psychopatyczny. Można powiedzieć, że był moim przekleństwem, ale w jakiś sposób także wyzwolicielem, bo w trakcie terapii zmierzyłam się ze wszystkimi schematami, w których tkwiłam.

To, co usłyszałam w dzieciństwie, miało wpływ na moje związki, na wybór partnerów. Facetowi, z którym byłam przez kilkanaście lat, też było daleko do ideału. Myślę, że gdybym miała większe poczucie własnej wartości, to może bym się z nim nie związała albo rozstałabym się z nim szybciej. A ja bardzo dużo znosiłam. Na moich drugich studiach – psychologicznych – sporo godzin poświęciliśmy przemocy psychicznej. Teraz wiem, że zarówno w pierwszym, jak i w drugim związku byłam jej ofiarą. Na początku terapii tego nie wiedziałam.

Proces terapeutyczny jest długi i mozolny. Kiedy otrzymałam od terapeuty zadanie, by na kartce spisać wszystko, co słyszałam na swój temat w dzieciństwie, wyciągnęłam zdjęcia z tamtego okresu. Na jednym z nich spoglądał na mnie niemowlak. Mała Ola. A na drugim zdjęciu niemowlak Hania. Faktycznie, tak jak mi mówiono, ładna to ja nie byłam. Po kilku miesiącach wyjęłam zdjęcia po raz drugi… i zupełnie inaczej na siebie spojrzałam. Stwierdziłam, że byłam ślicznym dzieckiem. O mądrym spojrzeniu. Nie mogłam uwierzyć, jak można mi było wmówić, że zawsze byłam brzydka i głupia! Że wszyscy w to uwierzyli! Bo Hania też przez lata mówiła, że nie byłam ładnym dzieckiem. Moja mama zmanipulowała całą rodzinę.

Mam żal do trzech kobiet: do mamy, Hani i babci.

Babcia była wyjątkowym przypadkiem. Nie spotkałam drugiej takiej osoby. Nie da się jej porównać z moją mamą, bo to tak, jakby porównywać rewolwer z armatą. Mama wracała z pracy, robiła awanturę, mówiła, że jesteśmy jej gwoździami do trumny, i to wszystko. Babcia kłóciła się ze wszystkimi: z rodziną, z sąsiadami. Kłóciła się w taki sposób, że szła do sądu albo pisała donosy. W czasach socjalizmu napisała donos na swoją synową, bo ta jej podpadła. W konsekwencji ciocia trafiła do więzienia.

Kiedy zamieszkałyśmy u babci, mama jeszcze była z nią w dobrych stosunkach (chociaż nigdy nie były one rewelacyjne), ale z roku na rok stawały się coraz gorsze. Gdy miałam dziesięć lat, babcia wkurzyła się na mamę tak, że złożyła do sądu pozew o naszą eksmisję. Długo to trwało, jak to w sądzie, rozprawy co jakiś czas. Wtedy mama z babcią już ze sobą nie rozmawiały. Spytałam babcię, dlaczego założyła o eksmisję – przecież mnie też z jej mieszkania wyrzucą. Odpowiedziała: „Bo ja już nie mogę wytrzymać z twoją matką!”. Nie pamiętam, jak się skończyła ta historia. Chyba babcia ją przegrała, ale my i tak się wyprowadziłyśmy.

Babcia była również skłócona ze swoim synem – bratem mamy. Nie utrzymywali ze sobą żadnych kontaktów przez dwadzieścia lat. Pogodzili się pod koniec jej życia.

Wczoraj wyciągnęłam zeszyt, w którym, w ramach terapii, miałam zapisać wszystkie złe słowa, które usłyszałam od rodziców w dzieciństwie, sytuacje, które mogły na mnie wpłynąć. Oprócz tego, o czym powiedziałam, zapisałam jeszcze dwie rzeczy. Jedna to informacja, którą słyszałam od Hani i babci, że rodzice zaczęli się kłócić po moich narodzinach. Miałam więc poczucie, że byli fajnym małżeństwem, dopóki ja się nie pojawiłam na świecie i tego wszystko nie zepsułam…

I druga rzecz: miałam chyba jedenaście lat, kiedy mama powiedziała, że odda mnie do poprawczaka. Nie pamiętam za co. Naprawdę uważam, że byłyśmy z Hanią normalnymi dziećmi, nierobiącymi nic złego. A ona w którymś momencie powiedziała, że już nie daje sobie ze mną rady… W stosunku do mojej siostry używała tego samego argumentu. Sfrustrowana i wściekła, tak naprawdę na cały świat, w jakiejś awanturze powiedziała, że już nie może ze mną wytrzymać, że odda mnie do poprawczaka. Kiedy zaczęła mówić: „Oddam cię do poprawczaka”, pomyślałam, że wkurzona znowu gada jakieś głupoty, ale ona dodała: „Przecież wiesz, że jestem lekarzem, ordynatorem, mam znajomości i bardzo łatwo będzie mi załatwić, żeby cię tam zamknęli”.

To była realna groźba. Pamiętam, że bardzo się przestraszyłam. Opowiadałam o tym pół roku temu mojej przyjaciółce, która była terapeutą rodzinnym; powiedziała, że to jest przemoc psychiczna.

W zeszycie znalazłam też list od mojej mamy. Napisała go, gdy miałam dwadzieścia dwa lata:

Ola!

Tutaj jest 100 złotych Twojego kieszonkowego na ten tydzień.

Nie będziesz mnie traktowała jak maszynkę do robienia pieniędzy, poniewierała mną i traktowała mnie jak chorą psychicznie. Najgorsze, że Ty masz osobowość cykloidalną i wszystko rozpatrujesz pod kątem swojej zaburzonej osobowości. Mogę dać Ci gwiazdkę z nieba, a Ty dalej nawijasz swoje. Najważniejsze jest to, że nawet pobudzenie w fazie submaniakalnej można szybko zlikwidować, a z osobowością nic nie można zrobić. Nie wiem, jak Tobie wszystko się ułoży w życiu.

Matka!

Piotr, lat 41

Mam do mojej mamy pretensje o to, że nigdy nie podjęła próby leczenia się z alkoholizmu. Cały czas mówiła, że sama sobie da radę. To, że da sobie radę, słyszę od trzydziestu lat. Od kiedy pamiętam.

Kiedy miałem roczek, mój ojciec otrzymał propozycję pracy za granicą. Przez trzy i pół tygodnia był w Polsce, potem przez cztery i pół tygodnia go nie było. I tak aż do jego emerytury.

Mama nie pracowała. Ustalili z ojcem, że on będzie zarabiał pieniądze, a ona zajmie się domem.

Nie potrafię powiedzieć, kiedy zaczęła pić. Być może wtedy, gdy ojciec zaczął wyjeżdżać. Pamiętam tylko, że często tłumaczyła mnie i mojej siostrze, że jest chora i sobie poleży. A my w tym czasie musieliśmy się sami sobą zajmować.

Proszę sobie wyobrazić: ma pani dziesięć lat, młodszą o cztery lata siostrę, ojca nie ma w domu. I nie można do niego zadzwonić w każdej chwili, tak jak teraz, gdy łapiemy za komórkę, bo wtedy były połączenia międzynarodowe.

Zacząłem widzieć problem, kiedy miałem dziesięć, może jedenaście lat. Pamiętam jak dziś: mama była chora i jak zwykle poprosiła mnie, żebym przyniósł jej pół kubka herbatki, do której, o czym nie wiedziałem, dolewała wódkę. Zazwyczaj chorowała, kiedy ojca nie było w Polsce. Tym razem zachorowała, gdy był. Zauważył, że jest kompletnie pijana. Totalnie się wkurzył. Wtedy uświadomiłem sobie, że to pokładanie się mamy, mówienie, że jest chora, to po prostu picie.

Mama „odpalała wrotki” może sześć razy w roku, gdy ojca nie było w domu. Na kilka dni. Myślę, że do pewnego momentu utrzymywała taki poziom, że ciężko było zauważyć, kiedy zaczynała pić, ale trzeciego, czwartego dnia już było widać.

Nie była agresywna, ona po prostu leżała w pokoju i piła.

Na trzeźwo była troskliwą matką. Robiła śniadania, obiady… Jakby były w niej dwie różne osoby. Kiedy przestawała pić, przepraszała nas, obiecywała, że to się więcej nie powtórzy. I znowu była kochaną mamą. Do następnego razu.

Mieliśmy fajne życie, kiedy mama nie piła. Dlatego cały czas jej wybaczałem, wybaczałem… A ona wciąż mi mówiła, że da radę, da radę, da radę… Jeśli się jest oszukanym sto razy, to później już się nie ufa.

Nienawidziłem jej, gdy piła; kochałem, kiedy była trzeźwa.

Pamiętam, jak jej nienawidziłem, gdy po powrocie ze szkoły widziałem ją w stanie „wskazującym” – a bardzo szybko nauczyłem się go rozpoznawać. Nienawidziłem jej, bo nie chciałem, aby się tak niszczyła. To nie było tylko leżenie w łóżku. Pod koniec takiego ciągu to także rzyganie i sranie pod siebie. A ja musiałem to sprzątać.

Ale chyba najgorszy był wstyd. Jako dziecko strasznie się wstydziłem tego, że mama pije. Cały czas nam powtarzała: „Tylko nie mówcie nikomu”. To było ukrywane przez wiele lat. Nawet przed ojcem. Kiedy przyjeżdżał, nic mu nie mówiliśmy o tych gorszych dniach. Chcieliśmy być lojalni wobec mamy, ponieważ ją kochaliśmy.

Mama często mówiła, że pije, bo jesteśmy złymi dziećmi, bo mamy złe oceny. Jak każdy alkoholik szukała powodu. Tylko że jak się jest małym dzieckiem, nie wie się tego. Do pewnego wieku uważałem, że to prawda, dopiero później, gdy zacząłem rozmawiać z innymi osobami, zrozumiałem, że to nie była moja wina. Po prostu szukała pretekstu do picia.

Jednak długo czułem się winny. Nie biłem się z chłopakami na osiedlu, żeby mama nie piła. Starałem się mieć dobre oceny, żeby mama nie piła… Do tego dochodziło poczucie odpowiedzialności, co też nie było dobre. Kiedy ojciec wyjeżdżał, zawsze mówił: „Teraz jesteś jedynym mężczyzną w rodzinie. Musisz dbać o mamę i siostrę”, więc od dziecka czułem się za nie mocno odpowiedzialny. Przejąłem obowiązki ojca podczas jego nieobecności w domu.

 

Dość wcześnie opuściłem dom rodzinny. Wyjechałem na studia do innego miasta, a kiedy miałem piętnaście lat, w ramach programu edukacyjnego, spędziłem rok w Stanach Zjednoczonych. Mieszkałem u pewnej rodziny w Arizonie. Zobaczyłem tam, jak wygląda normalny dom: ojciec i matka, którzy chodzą do pracy, trochę się kłócą, jak to w rodzinie, ale nie ma tego problemu, z którym borykałem się w swoim domu. Zobaczyłem inne życie. Miałem tam mamę, która nie zmagała się z problemem alkoholowym, której mogłem wszystko powiedzieć. To była taka mama przyjaciółka. Po powrocie do Polski dzwoniliśmy do siebie. Mówiłem jej o dziewczynach, o tym, że zapaliłem marihuanę albo wziąłem ecstasy. O rzeczach, o których nie rozmawia się z rodzicami. Do tej pory utrzymujemy kontakt. Miałem bardzo dużo szczęścia, że trafiłem do takiej rodziny.

Nie powinno się pomagać alkoholikowi, a ja pomagałem przez ponad dwadzieścia lat. Wybaczałem mamie, po czym kolejny raz mnie rozczarowywała i znowu, i znowu.

Byłem współuzależniony. Nie chodziłem jednak na terapię. W pewnym momencie powiedziałem, że się odcinam. Dochodzenie do tej decyzji trwało bardzo długo. Nie mieszkałem już z rodzicami. Nie można było skontaktować się z mamą, więc pojechałem sprawdzić, co się dzieje. Często byłem zmuszony rezygnować z pracy, jechać do Wrocławia i stawiać ją na nogi. Wtedy znowu wpadła w ciąg. Ale tym razem krzyczała, że się zabije, że wyskoczy z balkonu. Rzuciła się na mnie z rękami. Zadzwoniłem po policję, by zabrano ją na izbę wytrzeźwień. To był dla mnie ostateczny cios. To był koniec.

Mam spokój dopiero od czterech lat, moja siostra też – od momentu, kiedy ojciec wrócił do Polski.

Mój kontakt z mamą jest bardzo ograniczony, a kiedy odwiedzam rodziców, rozmawiam z nią oschle. Ona do mnie nie dzwoni, tłumacząc się: „Bo nie chcę ci przeszkadzać w pracy”. Więc ja też tego nie robię. Dzwonię tylko do ojca.

Daję jej odczuć, że to, co robi, nie jest fajne. Pewnie ma świadomość, że wszystko spieprzyła.

Teraz już mi nie zależy, żeby zaczęła się leczyć. Pewnie zrobiłoby mi się miło, gdyby próbowała coś naprawić w swoim życiu i poszła na terapię, ale ona nie widzi takiej potrzeby. Ciągle twierdzi, że sobie radzi. I co jakiś czas pije.

Sam nie stronię od używek, ale powiedziałem sobie kiedyś, że jeżeli wstanę rano i będę musiał napić się alkoholu albo zapalić marihuanę, to rzucam to całkowicie.

Uważam, że to, co się wydarzyło, z jednej strony ugruntowało mnie i wzmocniło, bo nauczyłem się odpowiedzialności, umiem ciężko pracować, ale z drugiej mocno skrzywiło mnie psychicznie. Fakt, że tyle razy zostałem oszukany przez swoją mamę, na pewno wpływa na moje relacje z ludźmi. Jestem nieufny wobec osób, które kocham.

Najgorsze, co usłyszałem od mojej mamy, gdy była w pijackim widzie, to to, że bardzo żałuje, że nas urodziła. Nie rozumiałem tego przez lata, było mi bardzo smutno… Później zrozumiałem, że ona po prostu wolałaby, abyśmy nie widzieli tego, co się z nią stało.

…A może nigdy nie chciała mieć dzieci? Społeczeństwo od nas wymaga, abyśmy wzięli ślub, mieli potomstwo, pracę, płacili podatki, a później umarli. Ona pochodziła z małej wsi, więc tym bardziej podlegała tej presji. Ale to są tylko moje domysły. Przecież nie spytam jej: „Mamo, czy ty w ogóle chciałaś mieć dzieci?”, bo wiadomo, że odpowie: „Oczywiście!”.

…A może piła, ponieważ czuła się samotna? Ojciec nie jest mistrzem przytulania. Pochodzi z rozbitej rodziny, pewnie dlatego nie jest ciepłym człowiekiem.

…Ja nie chcę mieć dzieci. Staram się być dobry dla innych, ale kiedy czytam o tym, co ludzie potrafią zrobić sobie nawzajem, to myślę, że ludzkość jest rakiem Ziemi. Więc jaki jest sens w rozmnażaniu?

A może powodem jest niechęć do wzięcia odpowiedzialności? Bardzo dużo nocy przepłakałem, obawiając się o mamę i o siostrę. Być może gdybym poszedł na psychoterapię, usłyszałbym, że uciekam?

Hanna, lat 47

Uważam, że jedną z lepszych rzeczy, jaką mama zrobiła mnie i mojej siostrze, było to, że szybko umarła. Miała wtedy siedemdziesiąt trzy lata. Równie dobrze mogłaby żyć dwadzieścia lat dłużej i dalej nas męczyć swoją osobą.

Moja mama była lekarzem podwójnej specjalizacji. Pierwszą była neurologia. Przez wiele lat pracowała na oddziale neurochirurgii. Specjalizowała się w konsultacji guzów mózgu, w tym w opisywaniu badania EEG. Podobno była w tym świetna, bo kiedy zrobiła specjalizację z psychiatrii i została ordynatorem oddziału leczenia nerwic (który zresztą sama stworzyła), to do końca życia, raz na dwa tygodnie, raz na miesiąc jeździła do kliniki neurochirurgii, by wystawiać swoją opinię pod przeprowadzonymi badaniami. Ale oddział leczenia nerwic był jej największym osiągnięciem zawodowym. Był to drugi tego typu oddział w Polsce.

Po tym, jak mnie urodziła, bardzo szybko wróciła do pracy. Może po sześciu tygodniach? Nie wiem, ile wtedy trwał urlop macierzyński. Od niemowlaka wychowywały mnie opiekunki. Nie było z tym problemu, bo mama nie karmiła mnie piersią. To były lata siedemdziesiąte, bardzo modna była wtedy Humana. Uważano, że na tym mleku każde dziecko świetnie wyrośnie. Ale mama później się tłumaczyła: „Haneczko, ja cię nie karmiłam piersią, bo między nami był konflikt serologiczny. W zakresie grup głównych i czynnika Rh”. A gdy dorosłam, przeczytałam, że nie jest to przeciwwskazaniem. Może w latach siedemdziesiątych sądzono inaczej?

Z okresu wczesnego dzieciństwa, zanim urodziła się moja siostra, pamiętam mamę raczej radosną. Ale wiem też, że lubiła się awanturować. Wchodziła gdzieś, gdzie chciała coś załatwić, a gdy w kolejce stało dużo ludzi, mówiła kategorycznym tonem: „Jestem lekarzem. Należy mi się obsługa poza kolejnością!”. Z reguły ludzie to akceptowali, a kiedy zaczynali protestować, robiła awanturę. Zawsze, gdy widziałam taką sytuację, było mi potwornie wstyd. Stałam obok niej i myślałam: „Znowu muszę to znosić, znowu muszę to znosić!”.

Największą traumą z tym związaną był nasz wjazd na Kasprowy Wierch. Miałam jakieś trzy, cztery lata, lecz doskonale to zapamiętałam. Podeszłyśmy do kolejki, a tam tłum ludzi czekających na wjazd. Mama zaczęła się przepychać, ciągnąc mnie za rękę i krzycząc, że jest lekarzem, a lekarze są obsługiwani poza kolejnością. Wywiązała się potworna awantura. Byłam przerażona, że ci ludzie nas pobiją. Kiedy mama wciskała mnie do wagonika, między nim a peronem utknął mi but. Szarpała moją nogę, a ludzie w wagoniku wypychali nas na zewnątrz. To jej awanturowanie się w miejscach publicznych było dla mnie ogromnym ciężarem. Myślałam: „Dlaczego moja mama nie może się zachowywać tak jak inne kobiety?”.

Mama zawsze dużo pracowała, również w soboty i niedziele. Brała dyżury, bo mówiła, że za nie najlepiej płacą. Ojciec dość dobrze zarabiał, był dyrektorem w państwowym przedsiębiorstwie, ale jej pieniędzy zawsze było za mało, dlatego oprócz pracy w szpitalu prowadziła prywatną praktykę. Pamiętam, jak wracała wieczorem do domu, siadała w fotelu i z namaszczeniem przeliczała pięćdziesiątki i setki, które zarobiła. Im więcej było stów, tym bardziej jaśniała jej twarz. Ja spędzałam weekendy z tatą. W tygodniu zajmowały się mną opiekunki. Nie zawsze były fajne.

Kiedy miałam pięć lat, mama postanowiła skończyć pisanie doktoratu. Pisała go już od dwóch lat, ale stwierdziła, że idzie to tak wolno, ponieważ jej przeszkadzam. Wymyśliła, że odda mnie na rok do babci, a wtedy się spręży i go skończy. Powiedziała mi, że musi napisać doktorat, bo jak się pracuje w szpitalu klinicznym, doktorat trzeba mieć. Zadecydowała, że w tygodniu będę mieszkać u babci, a do domu będę przyjeżdżać tylko na weekendy. Ojciec słuchał się mamy, nigdy nie potrafił sprzeciwić się jej pomysłom.

Nie przepadałam za babcią. Była wyjątkowo surową kobietą. Strasznie nie chciałam do niej jeździć. Pamiętam, jak pierwszy raz mnie do niej odwieziono: ojciec niósł mnie pod pachą, a ja zalewałam się łzami. A ponieważ babcia mieszkała w centrum Katowic, a my w dzielnicy Ligota, poszłam na rok do nowego przedszkola.

Mama rzeczywiście się sprężyła i doktorat napisała. Miałam sześć lat i wróciłam do domu. Do zerówki poszłam znowu do innego przedszkola. Myślałam, że mama w końcu znajdzie dla mnie czas. Całe dzieciństwo na to czekałam. Nic się jednak nie zmieniło. Uświadomiłam sobie wtedy, że nigdy nie będzie go dla mnie miała, i przestałam czekać. Odsunęłam się od niej. Co z tego, że często mi mówiła, jak bardzo mnie kocha, skoro nigdy jej przy mnie nie było?

Inne książki tego autora