Zjazd rodzinny

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– To możliwe? – zdziwiła się Leontyna.

Jan wzruszył ramionami.

– Że się wdrapał z karabinem i że strzelał, dopóki mu amunicji starczyło, to możliwe, ale miasto uratował ten, kto podjął decyzję o podpaleniu przęsła, czyli Gromczyński. Co prawda, w odwecie Rosjanie spotęgowali ostrzał, niszcząc, co się dało, jednak do Włocławka nie weszli. Nie udał się sowietom manewr oskrzydlający, dzięki czemu pomogliśmy Warszawie. Tam jeszcze toczą się walki.

Bitwa o Warszawę trwała dziesięć dni i skończyła się dwudziestego piątego sierpnia. Zagrażający Polsce bolszewicki Front Zachodni, dowodzony przez Michaiła Tuchaczewskiego, został rozbity. Część gazet wszystkie zasługi przypisywała strategii marszałka Józefa Piłsudskiego, w innych można było spotkać nazwiska współtwórców sukcesu, między innymi generała Józefa Hallera. Mało kto zaś wspominał o szefie Sztabu Generalnego Tadeuszu Rozwadowskim. Gazety endeckie poszły najdalej, pisząc o cudzie nad Wisłą i przypisując zwycięstwo mocom niebieskim. Wuj Józef, choć endeków nie poważał, zgadzał się, że był to najprawdziwszy cud, który on przewidział, zanim jeszcze zaczęła się bitwa o Włocławek.

Życie powoli wracało do normy, choć nie do normalności. Znowu rozszalała się inflacja, która towarzyszyła wychodzeniu ze zniszczeń powojennych. Ludzie wokół mówili, że tak ciężko jeszcze nie było, a należało się spodziewać, że może być znacznie gorzej.

Leontyna miała rodzić swoje drugie dziecko w listopadzie. Wiedziała już, co ją czeka, i bardzo źle znosiła ostatnie tygodnie ciąży. Zwykle spokojna i opanowana, nagle zaczęła popadać w lęki graniczące z histerią. Jan naciskał wtedy czapkę na uszy i uciekał z domu. Najczęściej szedł do wuja. Wolał już słuchać o osobistym zwycięstwie Józefa Kopeckiego nad bolszewikami niż o obawach żony.

– Zobaczysz, wszystko będzie dobrze – zapewniała synową Elwira.

Leontyna kręciła głową.

– Tak się tylko mówi. Moja młodsza siostra urodziła się martwa, a kilka godzin później zmarła mama. Jestem podobna do mamy z budowy i charakteru, mogę więc nie przeżyć drugiego połogu.

– Przeżyjesz! – zapewniała teściowa.

Piętnastego listopada okazało się, że to ona miała rację. Drugi poród był znacznie lżejszy niż pierwszy, krótszy i mniej wyczerpujący.

– Chłopak jak marzenie – zawołała akuszerka, Marianna Bocheńska, która przyjmowała na świat już drugiego Korzeńskiego. Uniosła do góry gołe i krzyczące ciałko.

Leontyna uśmiechnęła się przez łzy.

– Kochane maleństwo – szepnęła.

Drugi syn, Julian, dostał imię po dziadku Korzeńskim. Leontyna tak postanowiła, Jan przytaknął z ochotą, a babka nie miała odwagi, by zaprotestować.

1921

Elwira lubiła powtarzać, że na małym Janku wszystkie rany przysychały niczym na psie, szybko i bez śladu. Nie umiała zliczyć rozbitych kolan, łydek rozharatanych na gwoździach i całej masy skaleczeń tu i tam. Jednak upadkiem w piwnicy bardzo się przejęła, bo dotąd syn nigdy niczego sobie nie złamał, i to tak niefortunnie, żeby widać było gołą kość.

– Do wesela Leonka ręka na pewno się zgoi – mówiła pocieszająco.

Złamanie, co prawda, zagoiło się na długo przed ślubem Leonka, jednak Jan był przerażony. Przy byle wysiłku odczuwał ból, a przecież praca w sklepie polegała też na dźwiganiu towarów. Nie chciał się za bardzo skarżyć, bo raz, że był mężczyzną, nie babą, dwa, że zaraz słyszał o swojej winie. Schody kazał naprawić jeszcze jesienią, a matka z Leontyną wciąż mu pamiętały tamto niedopatrzenie. Jedyną osobą, która na wypadku zyskała, był subiekt Władek Kowal. Dobrze wiedział, że bez niego pryncypał nie da sobie teraz rady, więc przynajmniej chwilowo nie musiał drżeć o posadę jak inni najemni sprzedawcy. Obroty w sklepie wciąż były dużo mniejsze, niż Jan początkowo zakładał. W marcu na imieninach wuja głównie mówiło się o drożyźnie i coraz trudniejszych warunkach życia.

– Poważnie się zastanawiam, czy nie poszukać pracy na państwowej posadzie – powiedział Jan, najmłodszy z obecnych mężczyzn.

– Gdzie niby? – zdziwił się wuj.

– Nie wiem, może na kolei, może na poczcie albo w starostwie.

– Co pan mówi, panie Janku, jeszcze trochę i urzędników będą zwalniać! – zauważył Jędrzej Osiński, właściciel sklepu żelaznego. – A handel to zawsze handel.

– Pod warunkiem – odparł Jan – że klienci mają za co kupować.

– Jeśli mają za co – wyjaśnił wuj – to kupią więcej, jeśli nie mają, kupią mniej, ale kupią, bo jeść trzeba. Jędrek ma rację: handel to najpewniejsze źródło dochodu. Popatrz na Żydów. Ze świecą szukać wśród nich rolników albo robotników, co Żyd to bankier, arendarz, sklepikarz, a trzeba im przyznać, że głowy do interesów mają.

– I właśnie przez nich my cierpimy – wtrącił Stolarski. – Państwo polskie powinno chronić swoich obywateli i zakazać Żydom handlu. Kto to słyszał, żeby co drugi sklep w mieście był w obcych rękach.

– Liczyłeś, że co drugi, czy tak tylko gadasz? – spytał ze złośliwym uśmiechem solenizant. – Żydzi muszą pracować, dopóki endecy nie wezmą ich na utrzymanie.

Marcin Stolarski aż poczerwieniał ze wzburzenia i widać było, że szykuje się do ostrego ataku na swojego przyjaciela, z którym, jeśli już o coś się sprzeczał, to wyłącznie o politykę. Elwira go ubiegła.

– Żydzi są bardzo dobrymi sklepikarzami, panie Marcinie. Jeśli jeden z drugim nie ma czegoś na składzie, to po cichu wyśle żonę do konkurencji, byle tylko klient nie wyszedł z pustymi rękami. A w polskich sklepach, wstyd to przyznać, często mam wrażenie, że przeszkadzam sprzedawcy. Chodzimy czasem z Leontynką do księgarni Kujawskiej na placu Wolności. Pan Arentowicz jest bardzo miły, bardzo grzeczny, ale wciąż u niego pełno ludzi, zawsze o czymś z ożywieniem dyskutują, więc zbywa klientów, żeby wrócić do przerwanej rozmowy. Miał nam sprowadzić wiersze…

– Arentowicz nie jest rasowym kupcem, to literat. – Józef machnął z lekceważeniem ręką, bo literatów i wszelkiej maści artystów niezbyt cenił. Spojrzał groźnie na siostrę. – To już nie macie na co wydawać pieniędzy w kryzysie, tylko wierszyki sobie kupujecie?

Leontyna wyręczyła teściową w odpowiedzi.

– Chciałam kupić Katechizm wiary dziecięcia polskiego i inne wiersze Bełzy. Niedługo będą potrzebne dla chłopców.

– Rachować ich dobrze naucz, to wystarczy – mruknął.

Leontyna próbowała jeszcze coś dodać, ale Marcin Stolarski gwałtownie wstał z krzesła, żeby wreszcie dojść do głosu. Niechcący zrzucił na podłogę nóż, lecz zanim się schylił, do jadalni wkroczyła pani domu z wielką salaterką bigosu, który niezbyt apetycznie zalatywał starym mięsem. Już od progu zachęcała wszystkich do jedzenia, wychwalając swój bigosik tak głośno, że nikt inny nie był w stanie jej zagłuszyć. Stolarski usiadł jak niepyszny, za to poderwała się Leontyna i wybiegła z pokoju. Za nią wyszła Elwira. Spotkały się, podobnie jak rok wcześniej, na klatce schodowej.

– Wiem, że karmisz piersią, jednak to mi znowu wygląda na stan odmienny – powiedziała Elwira.

Leontyna z rezygnacją pokiwała głową. W milczeniu ubrały się i wyszły na ulicę.

– Powiesz pewnie, że to nie moja sprawa, ale czy wy aby nie za szybko chcecie powiększyć rodzinę? – spytała nieśmiało Elwira. – Jeszcze dobrze nie dojdziesz do siebie po jednym połogu, już następne maleństwo pcha się na świat. Drobna jesteś, chuda, miejże litość nad sobą.

– Ja?

– No… ty i on.

– Nie słyszała mama, że kobiety nie mają nic do gadania? Przy mamie tak powiedział, tuż po urodzeniu Leonka.

– Powiedział – mruknęła Elwira i nic więcej nie dodała.

Dwa dni później zdecydowała się porozmawiać z synem. Niesporo jej szło, nie bardzo umiała zacząć, a kiedy już zaczęła, Jan nie rozumiał, o co matce chodzi.

– Jest ciężko, wiem o tym, wierzę jednak, że kryzys nie będzie trwał wiecznie i sklep zacznie przynosić dochody.

– Nie martwię się o twoje dochody, tylko o twoją żonę. Co rok prorok, to za dużo nawet dla silnej wiejskiej kobiety. A ona jest delikatna, szczuplutka…

– Mama o tym? Zawsze chciałem mieć dużą rodzinę. Mama też chciała mieć dużą, bo gdyby Pan Bóg nie zdecydował inaczej, byłoby nas pięcioro.

– Twój ojciec chciał mieć dużą rodzinę, chociaż jako żywo dzieci wcale go nie obchodziły. Jedno, co mu wyszło, to roztrwonienie mojego posagu.

– Jakoś się jednak wychowaliśmy ze Stefanem. A teraz zostałem zupełnie sam.

– Tak nam się życie ułożyło – Elwira westchnęła. – Ale mnie w dalszym ciągu chodzi o Leontynę. Dajże jej odpocząć rok albo dwa po dziecku, niech dojdzie do siebie, niech się wzmocni.

Spoważniał natychmiast. Patrzył na matkę spode łba z miną, która nie wróżyła nic dobrego.

– Czyli co mi mama radzi? – wydusił przez zaciśnięte zęby. – Mam sobie znaleźć jakąś kobietę na boku? Jestem mężczyzną…

Te słowa, pełne hamowanej złości, zabolały niczym smagnięcie po twarzy. Takiej odpowiedzi się nie spodziewała. W pierwszym odruchu miała ochotę wyjść z pokoju, przemogła się jednak i z głową hardo podniesioną do góry spojrzała synowi prosto w oczy.

– Najpierw jest się człowiekiem, a potem dopiero mężczyzną albo kobietą – powiedziała ostro. – Mężczyźni też mogą powściągnąć swoją chuć, nie mów mi, że jest inaczej. Łudziłam się, że dobrze cię wychowałam, a ty jesteś równie samolubny jak twój ojciec.

Żachnął się na te słowa i odwrócił tak gwałtownie, że uderzył chorą ręką w futrynę. Musiało go mocno zaboleć, bo aż się skulił w sobie.

– Niech mama skończy, proszę, bo mogę powiedzieć o dwa słowa za dużo – mruknął głosem zduszonym ze złości, ale także z bólu.

Nie chciała przeciągać struny, mimo że miała jeszcze to i owo do dodania. Czuła, że nie pomogła Leontynie, nawet nie umiała jej pomóc, chociaż tak dobrze rozumiała rozżalenie młodziutkiej kobiety, wychuchanej i wypielęgnowanej w rodzinnym domu, która miała nieszczęście trafić na żywe wcielenie Juliana Korzeńskiego. Rozumiała ją lepiej, niż sama Leontyna mogła przypuszczać.

 

Wieczorem jak zwykle umyła Leonka i utuliła do snu. Potem pomogła synowej wykąpać Juliana. Malec był rozkoszny, miał mnóstwo słodkich fałdek na całym ciałku, rwał się do siadania i rozchlapywał wodę po całej kuchni.

– Wdał się w pana Jana – mówiła Busia. – Leon po mamie drobny i szczupły, a ten wyrośnie na siłacza.

– Wolałabym, żeby wyrósł na wrażliwego człowieka – westchnęła Elwira.

– Jedno drugiemu nie przeszkadza – zauważyła tamta wesoło. – Pan Jan jest wielki i silny, a przecież dobry z niego człowiek.

Leontyna przez cały czas kąpieli nie odezwała się słowem. Owinęła potem synka w pieluszki, a dodatkowo też, żeby miał proste nogi i ładną sylwetkę, okręciła go długim pasem materiału, od piersi po stópki. Malec protestował gwałtownie, bo uwielbiał fikać nogami, co było całkiem niemożliwe w tym kokonie. Uspokoił się, kiedy nadeszła chwila karmienia. Ssał tak pracowicie, że jego maleńkie czoło pokryło się kropelkami potu.

Elwira poszła do swojego pokoju. Miała ochotę poczytać, jednak tego wieczoru za bardzo ją irytował Stach Połaniecki, by mogła się przejmować jego losem. Niby z wielkiej miłości poślubił swoją Marynię, a zdradził ją z Maszkową, zimną i bezwolną kukłą, która wcale mu się nie podobała. Widać też miał swoje męskie potrzeby, pomyślała ze złością. Zamknęła książkę i odłożyła. Nawet pani Połanieckiej nie potrafiła współczuć, bo mimo wszystko tamta kobieta miała całkiem niezłe życie. Mąż kochał ją po swojemu i w podróż poślubną zabrał aż do Włoch.

Julian Korzeński nie umiał kochać i ani mu w głowie były zagraniczne wojaże. Jako żołnierz często przebywał poza domem, a kiedy przyjeżdżał na urlop, robił sobie samotne wypady do pobliskich Kielc. Zostawał tam dwa, czasem trzy dni. Elwira nie dociekała, jak spędzał czas, domyślała się, że na grze w karty i piciu, nie tęskniła za nim i nawet wolała, że schodził jej z oczu. Jako młodziutka panienka, zanim jeszcze poznała walecznego Juliana, marzyła o kochającym mężu, dalekich podróżach i ciekawym życiu wśród ludzi na poziomie. Najpierw, i to krótko po ślubie, pozbyła się złudzeń co do kochającego męża i zagranicznych podróży. Jeśli chodzi o sąsiadów, znała ich jeszcze z dzieciństwa, więc nie miała wobec nich żadnych złudzeń. Wprawdzie mówili o sobie: „my, ziemiaństwo” i doszukiwali się szlacheckich korzeni, w gruncie rzeczy jednak byli prostakami dużo gorszymi niż niejeden światły chłop. Pakuła awanturował się, bijał żonę i dzieci, Korkowski pił bez umiaru i też nie stronił od awantur, a obydwaj ledwie umieli się podpisać. Ich swarliwe żony, brzydkie i zaniedbane, jak ulał pasowały do swoich mężów. Elwira nie miała czasu ani ochoty na towarzyskie spotkania, unikała sąsiadów i żyła niczym pustelnica. Najpiękniejsze lata strawiła na ciężkiej pracy, pięciu ciążach, na bólu i rozpaczy po śmierci trójki maleńkich dzieci. Nie miała łatwego życia. Wszystkie jej dobre wspomnienia wiązały się wyłącznie ze Stefanem i Jankiem.

Wyjęła z szuflady płaskie blaszane pudełko po jakichś słodyczach. Trzymała w nim zdjęcia, a także listy od brata i te od Jana, najpierw ze Szczypiorna, potem z Łomży. Stefan zdążył napisać z frontu tylko dwie kartki. „Proszę, żeby Mamusia dbała o siebie, i ręce Jej najczulej całuję”, napisał w tej drugiej, ostatniej. Listy od Jana były zupełnie inne. Krótkie, zdawkowe, bez słowa skargi na złe warunki czy głód: „Gramy tu w szmacianą piłkę, która kopać się nie daje, więc ją łapiemy i rzucamy rękami. Bardzo szybko pojąłem zasady i jestem w tej grze najlepszy”. To był cały Jan. Rozkwitał tylko wówczas, gdy mógł się pochwalić.

Sięgnęła po zdjęcia. Lubiła zwłaszcza jedno: na tle zamorskich palm, które należały do wyposażenia pracowni fotografa, stali trzej mężczyźni w strażackich mundurach, swojscy i dobrze znani. W środku Stefan, po bokach jego dwaj koledzy. Nie wiedziała, czy tamci dwaj wrócili z wojny, i nawet nie miała kogo spytać. Wyjechała z Janem tak nagle, że na nic nie starczyło czasu. Pieszczotliwie dotknęła twarzy syna. Stefan uśmiechał się po swojemu, jakby trochę nieśmiało, a ona patrzyła na ten uśmiech z oczami pełnymi łez.

– Ty też byś mi powiedział, że mam się nie wtrącać do twoich męskich spraw? – spytała szeptem.

Dwie łzy stoczyły się na liście palmy. Starannie je wytarła, schowała zdjęcie i zamknęła pudełko. Odpowiedź na to pytanie mogła być tylko jedna i Elwira ją znała.

Dwójka małych dzieci skutecznie zmieniła zwyczaje w domu. Busia nadal zajmowała się porządkami i gotowaniem, natomiast Elwira z Leontyną musiały zaprzestać długich wycieczek po mieście, by je zastąpić dość krótkimi przechadzkami. Leontyna pchała głęboki drewniany wózek z Julianem, Elwira prowadziła za rękę lub niosła Leona. Starszy chłopiec nie miał jeszcze dwóch lat, niewiele mówił, z upodobaniem skrzeczał po swojemu i pięciu minut nie mógł usiedzieć w spacerowym wózku. Zsuwał się z niego w najmniej odpowiednim momencie, nie bacząc, że pojazd był w ruchu. Postawiony na nogi natychmiast uciekał w przeciwną stronę, niż szła babcia, więc prowadzenie go za rękę wydawało się znacznie lepszym wyjściem niż pilnowanie wózka i łapanie uciekiniera. Za rękę Leon też nie lubił chodzić, wyrywał się z całych sił, jednak trzymany mocno, dreptał obok, bo nie miał innego wyjścia. Czasem w napadzie buntu osuwał się na chodnik i wtedy nieodzowny okazywał się klaps. Przez grubą pieluchę malec nawet nie poczuł, że został skarcony, ale wielkie zdziwienie brało górę nad złością i przez chwilę szedł całkiem grzecznie. Spacer ze starszym z braci Korzeńskich był prawdziwą udręką.

Najczęściej Elwira z Leontyną dochodziły tylko do placu Wolności. W chłodne dni robiły kilka okrążeń wokół cerkwi prawosławnej, usytuowanej na środku placu. Jeśli pogoda pozwalała, siadały na murku, sadzając Leona między sobą. Chłopiec wytrzymywał tyle czasu, ile wymagało zjedzenie słodkiej bułki. Potem zsuwał się na ziemię i pędził przed siebie, a Elwira za nim. W bieganiu trudno było liczyć na Leontynę. Trzecią ciążę znosiła inaczej niż dwie poprzednie, po kwartale nie reagowała już na zapachy, za to bardzo przytyła. Puchły jej ręce i nogi, z każdym miesiącem robiła się coraz bardziej nieruchawa. Elwira poważnie rozważała i taką możliwość, że będzie musiała wychodzić dwa razy dziennie, do południa z młodszym chłopcem, po południu ze starszym – lub odwrotnie. Z młodszym mogła nawet pokusić się o dłuższą wycieczkę nad Wisłę lub do malowniczego parku nad Zgłowiączką. Z Leonem tylko raz się tam zapuściła i dała sobie słowo, że dopóki maluch nie zmądrzeje, więcej tego nie zrobi. Woda działała na chłopca niczym magnes i Elwira ze dwa razy łapała wnuczka w ostatniej chwili za porcięta, bo uparł się, żeby zejść na sam brzeg. Plac Wolności był stanowczo bezpieczniejszy i bodaj ciekawszy jako samo centrum miasta. Elwirze zwłaszcza podobała się cerkiew.

– Ładna budowla, bardzo ładna – zauważyła kiedyś, idąc z synową. – Piękne są te wieżyczki z oknami. Kopuła też piękna.

– Budowla może i ładna, jednak źle się kojarzy – powiedziała cicho Leontyna.

– Taki sam dom boży jak kościół czy synagoga.

– Źle się kojarzy. Proszę się zastanowić, jakie modły tu wznoszono i w jakiej intencji. Gdyby prawosławny Bóg chciał wysłuchać życzeń swoich wyznawców, Polski by nie było.

– Mówisz: prawosławny Bóg. Nasz proboszcz w Słowiku mówił, że Bóg jest jeden, tylko różne wyznania różnie Go sobie wyobrażają.

– Nie wiem. – Leontyna pokręciła głową. – Tak sobie powiedziałam, ale całkiem możliwe, że proboszcz miał rację. Jeden Bóg słucha różnych próśb i to On decyduje, które powinny się spełnić, a które nie są tego warte. Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się nad tym.

– Ja też nie – przyznała Elwira. – Lubię tylko, kiedy dom boży jest piękny. Musimy kiedyś przejść się nad Wisłę i wstąpić do katedry. Stolarski mówił, że zaczęły się prace przy odbudowie pałacu biskupiego, że nowy drewniany most już prawie gotowy, a na Zawiślu będą stawiać pomnik poległym obrońcom miasta.

– Chyba nie zdołam dojść na bulwary. – Leontyna westchnęła. – Taka ciężka i gruba jeszcze nigdy nie byłam.

Piętnastego sierpnia, w dniu Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, szykowały się w mieście wielkie dziękczynne uroczystości religijno-patriotyczne, upamiętniające ubiegłoroczne zwycięstwo nad bolszewikami. Pisała o nich prasa, mówili księża w kazaniach. Do południa zapowiadano mszę na Wiśle, a dokładnie na mieliźnie wiślanej naprzeciwko kościoła Jana Chrzciciela, potem poświęcenie nowego drewnianego mostu, wreszcie uroczyste nabożeństwo na mogile żołnierzy poległych na Zawiślu. Po południu szykowała się uroczysta procesja połączona z wprowadzeniem do kościoła Świętego Jana Chrzciciela obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Ten obraz był wyrazem wdzięczności mieszkańców za uratowanie miasta. Spodziewano się przybycia nieprzebranych tłumów wiernych, także spoza Włocławka.

Leontyna całkiem rozsądnie zdecydowała, że zostanie w domu z dziećmi.

– Opowiecie mi wszystko dokładnie i poczuję się tak, jakbym tam była – powiedziała.

Wciąż jeszcze siedzieli po kolacji w jadalni i gawędzili o wydarzeniach, które postawiły całe miasto na nogi. Busia zebrała naczynia i wyniosła do kuchni. Elwira szykowała się do mycia Leona. Ledwie zdjęła mu pieluchę z ceratką, malec zsunął się z kanapy na podłogę i z piskiem zaczął biegać wokół stołu. Wyglądał śmiesznie i rozczulająco w samym kaftaniku, który sięgał ledwie do pępka.

Jan spojrzał na żonę.

– Zgadzam się, że ty nie powinnaś pchać się w tłum ani sama, ani tym bardziej z wózkiem – przytaknął. – Tak sobie jednak myślę, że Leon jest już dużym chłopcem i może zapamiętałby coś z tych uroczystości. Chętnie go wezmę.

– Za mały – stwierdziła stanowczo Elwira, odciągając jednocześnie Leona od serwantki. – Jest ruchliwy niczym pchła, pięciu minut nie ustoi i tylko będzie przeszkadzał tobie i ludziom wokół.

– Za mały? – zdziwił się Jan. – Ja sporo pamiętam ze swojego dzieciństwa.

– Możliwe, ale nie z czasów, kiedy miałeś rok i dziewięć miesięcy – odpowiedziała ze śmiechem matka.

Leon w tym czasie otworzył serwantkę i aż sapnął z uciechy na widok kolorowych filiżanek oraz błyszczących kieliszków. Momentalnie wyciągnął obie ręce, a szkło niebezpiecznie zadźwięczało.

– Zostaw!

Elwira odsunęła chłopca i zamknęła drzwiczki. Leon ryknął głośno i zaczął okładać pięściami kolana babki, próbując usunąć ją z drogi. Jan przez moment przyglądał się tej gorszącej scenie, wreszcie podszedł do syna, złapał go za ręce i przytrzymał. Minę miał groźną, co jednak nie wywarło najmniejszego wrażenia na malcu. Miotał się i piszczał coraz głośniej.

– Spokój! – krzyknął ojciec.

– Zmęczony jest, nic do niego nie dociera – tłumaczyła Elwira, próbując przejąć szarpiącego się chłopca i wyprowadzić go z pokoju.

Trzy głośne klapsy podziałały natychmiast. Po sekundzie zdziwionego milczenia rozległ się rzewny płacz skrzywdzonego dziecka. Malec stał obok serwantki, obydwoma rękami tarł pośladki i łkał rozdzierająco. Kiedy był nieznośny, psocił lub bezrozumnie wrzeszczał, Elwira miała ochotę dać mu klapsa i czasem nawet dawała. Tym razem przyznawała rację synowi, lecz wiedziona współczuciem, miała ochotę porwać wnuka na ręce i utulić. Jan musiał to odczytać z jej twarzy.

– Proszę, niech mama go zostawi! Zasłużył na karę i jeśli zaraz się nie uspokoi, dostanie więcej klapsów – powiedział groźnym głosem.

Mały Leon chlipnął jeszcze ze dwa razy i umilkł.

– Przesłyszałem się, czy mama rzeczywiście mówiła, że on nic nie rozumie? – spytał Jan.

– Rozumie sporo, ale przede wszystkim potrzebuje męskiej ręki jak każdy chłopiec – wtrąciła Leontyna. – Czasem bywa bardzo nieznośny.

– Po tatusiu – wyjaśniła Elwira. – Jego tatuś wyrastał zawsze tam, gdzie go nie posiali, i wszędzie psocił z upodobaniem. Sama musiałam go okiełznać. Wiem, że bez klapsa nie wychowa się dziecka, ale czy od razu musiałeś go bić po gołej pupce?

– Jak dawać klapsa, to po to, żeby chłopak poczuł – odparł Jan. – Coś mi się zdaje, że rozpuściłyście go jak dziadowski bicz.

Elwira wyprowadziła malca z pokoju, Jan zaś nie upierał się już dłużej przy zabieraniu starszego syna na uroczystości religijno-patriotyczne.

Tego roku święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny wypadało w poniedziałek.

W niedzielę Busia jak zwykle wybrała się na poranną mszę, by móc później zostać z chłopcami. Korzeńscy z Elwirą poszli do pobliskiego klasztoru. Natomiast w poniedziałek, ku zaskoczeniu syna, Elwira z samego rana pobiegła do klasztoru, a potem zdecydowała się towarzyszyć synowej w domu.

 

– Nie wiem, czy mama dobrze robi – tłumaczył Jan. – Takie uroczystości już się nie powtórzą. Trzech biskupów, tysiące pielgrzymów, orkiestry strażackie, sztandary… Wczoraj pochodziłem trochę po mieście. Most wygląda pięknie. U wlotu i wylotu ozdobne łuki przystrojone zielenią, latarnie, girlandy, to trzeba zobaczyć. No i sześć bram na ulicach miasta, wzniesionych na powitanie obrazu Częstochowskiej Panienki z pięknymi napisami: „Nadziejo nasza, witaj” i podobnymi. Jedną bramę ufundował magistrat, drugą straż ogniowa, trzecią wioślarze, reszty nie spamiętałem.

– Nie zostawię Leontyny samej.

– Busia mogłaby zostać.

– Busia od miesięcy żyje tymi wydarzeniami, niech i ona ma jakąś przyjemność. Ja zostanę.

– To chociaż przejdźcie się do skrzyżowania z Żabią, żeby zobaczyć bramę strażaków. Przed południem ulice będą puste.

– Może się przejdziemy – obiecała Elwira.

Jan więcej matki nie namawiał. Wyszedł z domu o wpół do dziesiątej, żeby po drodze wstąpić po Kopeckich.

Miasto przed południem sprawiało wrażenie wymarłego. Kto jako tako trzymał się na nogach, był teraz nad Wisłą. Elwira z Leontyną tym razem nie poszły na plac Wolności, tylko w kierunku ulicy Żabiej. Brama wykonana przez strażaków prezentowała się wspaniale. Cała upleciona była z zielonych gałęzi, między którymi umieszczono hełmy, bosaki, drabiny, wiadra i inne akcesoria, wskazujące na fundatorów. Nawet Leon się zachwycił i ani myślał wracać. Próbował wyrwać się babce i przy okazji udowodnił, że głos ma równie donośny jak strażacka syrena.

– Mam powiedzieć tacie, że jesteś niegrzeczny? – spytała groźnie Leontyna.

Z lekkim ociąganiem zawrócił i pozwolił poprowadzić się tam, gdzie zmierzały babcia z mamą.

– To jednak skutkuje – zauważyła Leontyna.

– Pierwszy raz dostał klapsy, które go naprawdę zabolały – wyjaśniła Elwira. – Dopóki pamięta, postara się być grzeczny, lecz dzieci szybko zapominają o bólu.

– Trzeba mu będzie przypomnieć – mruknęła Leontyna.

Do końca spaceru mały Leon zachowywał się całkiem przykładnie.

Po południu wpadła do mieszkania Busia. Chciała tylko się odświeżyć i napić wody przed uroczystą procesją, która o piątej miała wyruszyć z placu kolejowego. Obraz, dowieziony z Częstochowy przez specjalną delegację, był już we Włocławku i czekał w mieszkaniu naczelnika stacji.

– Aż się wierzyć nie chce, że klasztor jasnogórski podarował nam swój słynny obraz! – wykrzykiwała Busia, poprawiając przed lustrem fale na głowie. – Słyszałam, jak kobiety mówiły, że teraz ludzie będą pielgrzymować do Włocławka.

– Nic podobnego – zaprotestowała Leontyna. – To nie jest tamten słynny obraz, tylko jego kopia wykonana przez współczesnych artystów. Jeden malował, drugi zrobił ramy ze złoconego brązu. Miasto za wszystko zapłaciło, nikt nam niczego nie dał.

– Tak? – zdziwiła się Busia. – A ja myślałam…

– Nieuważnie słuchałaś kazań w kościele – zauważyła z naganą w głosie Leontyna.

– Może mi umknęło – zgodziła się Busia. – Ale powiem wam, że dawno już nie spłakałam się tak jak przy mogile żołnierzy. Wojsko na koniach i na piechotę, artyleria, strażacy, chóry kościelne… Przy dźwiękach strażackich orkiestr podchodziły delegacje i składały wieńce. Pierwszy wieniec złożyły sieroty kresowe, te, co przebywają na wychowaniu w Brzeziu. Potem była uroczysta suma z pięknym kazaniem i wreszcie wmurowanie węgla. Nie wiem, kto odczytywał napis, ale chyba nie ksiądz.

Dopiero dwa dni później, kiedy lokalne gazety zamieściły sprawozdania z uroczystości, okazało się, że tekst dokumentu włożonego do kamienia węgielnego odczytał prezes Komitetu Budowy Pomnika, pan Ossowski. Jan starannie zbierał wycinki i chował do dużej szarej koperty. Wyjął ją wieczorem, żeby pochwalić się przed wujem i wujenką.

– Teraz chłopcy są zbyt mali, żeby cokolwiek zrozumieć – mówił – mam jednak nadzieję, że w przyszłości opowiedzą swoim dzieciom i wnukom o tym, co się tu działo.

Wuj z aprobatą pokiwał głową i podał kopertę żonie.

– Może wujenka przeczytać głośno treść dokumentu ukrytego w kamieniu węgielnym? – poprosił Jan.

– Po co ci to? – obruszyła się wujenka Kazia. – Słyszałeś raz i wystarczy.

– Mama z Leontyną nie słyszały.

Leontyna bez słowa sięgnęła po kopertę i wydobyła z niej właściwy wycinek. Zaczęła czytać:

– W dniu piętnastego sierpnia, w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, Roku Pańskiego tysiąc dziewięćset dwudziestego pierwszego, w pierwszą rocznicę chwalebnej obrony Wisły od najazdu bolszewickiego, w czwartym roku wskrzeszenia Polski, gdy rządy nad państwem sprawował pierwszy Sejm Suwerenny Ustawodawczy pod kierunkiem marszałka Wojciecha Trąmpczyńskiego, pierwszym naczelnikiem państwa był Józef Piłsudski, wojewodą warszawskim Sołtan, starostą włocławskim Olszewski, starostą lipnowskim Chrząstowski, prezydentem Włocławka zaś Jan Roliński, dla uczczenia zasług bezimiennych bohaterów, którzy w mundurach żołnierzy i w szeregach ochotniczych od czternastego do dziewiętnastego sierpnia Roku Pańskiego tysiąc dziewięćset dwudziestego na polach górnoszpetalskich walczyli i polegli, a po odparciu hordy bolszewickiej przez wdzięcznych włocławian i okoliczną ludność zebrani i we wspólnym grobie na tym wzgórzu, w liczbie pięćdziesięciu zostali pochowani, miasto Włocławek i okolica w dniu dzisiejszym kamień węgielny kładzie i poświęca, aby pomnik wzniesiony przy grobie świadczył po wsze czasy o bohaterstwie synów naszej Ojczyzny… Uff, nie uwierzycie, ale jest to jedno bardzo długie zdanie.

– Widocznie tak się te dokumenty układa – stwierdził wuj.

– Wszystko zostało wyłożone bardzo jasno – przyznała Elwira. – Nie wiem tylko, być może zapomniałam, dlaczego o kamieniach umieszczanych w fundamentach budowli mówi się, że są one węgielne.

Józef w zamyśleniu potarł łysinę.

– Bo węgiel, uważasz, jest głęboko w ziemi, a ten kamień też się głęboko do ziemi wsadza, czyli jest jak węgiel. Poza tym tak się mówi i już! – zakończył.

– Tak się mówi, tak się mówi… – Wujenka Kazia bardzo udanie przedrzeźniała męża. – Nazwa nie pochodzi od węgla, tylko od węgła, czyli narożnika. Pod jeden z czterech narożników budowli wkopuje się uroczyście taki specjalny kamień z wyrytą datą poświęcenia, nazwiskiem właściciela domu i tak dalej. Jak tata wznosił naszą kamienicę, to też wmurował kamień, pamiętam dokładnie, tylko on go nazywał kamieniem węgłowym, co było rozsądniejsze.

– I ja właśnie o tym mówiłem, tylko innymi słowami – oświadczył z wyższością wuj.

Wujenka znacząco pokiwała głową.

Kiedy goście wyszli, Leontyna powiedziała do męża:

– Żona wujka jest mądrą kobietą i bardzo bystrą. Wujowi to umknęło, a ona od razu zauważyła, że na Zawiślu, przy mogile poległych, spotkałeś kolegów.

– Świetlika i Krzewskiego – przytaknął Jan – razem byliśmy w Szczypiornie. Podobno legioniści w kraju próbują się zrzeszać i właśnie o tym rozmawialiśmy, a nawet jesteśmy umówieni na spotkanie.

– To bardzo dobrze – ucieszyła się – lecz ja wspomniałam o wujence z innego powodu. Chcę cię prosić, żebyś nigdy w przyszłości nie kazał jej czytać.

– Dlaczego niby?

– Dlatego, że nie umie.

– Żartujesz?!

– To nie jest powód do żartów – wyjaśniła poważnie. – Pochodzi z zamożnego kupieckiego domu, całkiem sprawnie rachuje w pamięci, natomiast nie umie ani czytać, ani pisać. U nich w domu uczono tylko chłopców, dziewczynką nikt sobie głowy nie zaprzątał.

Jan patrzył na żonę z wielkim zdumieniem.

– Busia, prosta kobieta z ludu, umie czytać, a wujenka nie?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?