Zjazd rodzinny

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

1920, II półrocze

W lipcu nawet ci, którzy nie wierzyli, że bolszewicy zdecydują się uderzyć na Warszawę, zmienili zdanie. W sklepach, na ulicy, na rynku o niczym innym nie mówiono, tylko o tym, że 4. armia bolszewicka, dowodzona przez Michaiła Tuchaczewskiego, a zgrupowana wzdłuż rzeki Berezyny, ruszyła na Polskę. Pisały o tym dość obszernie wszystkie gazety. Wtedy jeszcze mało kto wiedział, że Tuchaczewski, chcąc ominąć Modlin, gdzie czekała na niego 5. Armia Polska, zdecydował się uderzyć na Warszawę od zachodu, czyli – mówiąc językiem wojskowych – przystąpił do wykonania głębokiego manewru oskrzydlającego i zmierzał w kierunku dolnej Wisły.

Ludzie reagowali różnie, jedni liczyli, że walki ominą Włocławek, inni wpadali w panikę i wykupywali mąkę, kaszę, sól. Amatorów na rodzynki i cynamon nie było wielu. Jan nie wiedział, co ze sobą począć. Wystarczył jeden fałszywy krok, by sprawna i niezawodna w strzelaniu ręka przemieniła się w gipsowy pakunek, który musiał spoczywać na temblaku. Nie było to wygodne, poza tym ręka bolała i nie dawała o sobie zapomnieć. Jej właściciel nie chciał siedzieć bezczynnie w domu, w sklepie niewiele mógł pomóc, wymykał się więc do miasta, zostawiając za ladą subiekta Władka Kowala.

Tym razem wojsko zdecydowanie zrezygnowało z usług starszego żołnierza Jana Korzeńskiego. Kręcił się więc bez celu wokół komitetu Rady Obrony Państwa, gdzie trwał werbunek mężczyzn do armii ochotniczej. Przyjmowano wszystkich nieobjętych służbą wojskową, pod warunkiem że ukończyli lat siedemnaście, a nie przekroczyli czterdziestu dwu. Jan z zazdrością patrzył na tych, którym się powiodło. Gdyby nie ręka, miałby już swój przydział do legionów, a tak łaził z kąta w kąt niczym wizytator. Pewnego dnia przed komitetem zauważył mężczyznę, który uważnie mu się przyglądał. Patrzył tak intensywnie, z taką uwagą, że Jan w rewanżu też zaczął się w niego wpatrywać. Coś mu mówiło, że widział już gdzieś tę szeroką, szczerą gębę, i nawet ją lubił, ale nie umiał sobie umiejscowić tego człowieka ani w czasie, ani w jakimś konkretnym miejscu.

– Janek? – spytał niepewnie tamten.

Głos i uśmiech dopowiedziały resztę.

– Świetlik! – wykrzyknął Jan z ulgą i zaraz się poprawił: – Witek Świetlicki.

Uściskali się serdecznie.

– Nie przejmuj się, tu też jestem Świetlikiem. Takiego zażywnego to ja cię nie pamiętam, myślałem, że patrzę na sobowtóra.

– Od powrotu z Łomży utyłem dwadzieścia kilogramów – pochwalił się Jan.

– Ja nawet dwadzieścia pięć. Zawsze kojarzyłem cię z Kielcami i orkiestrą strażacką, co robisz we Włocławku?

– Mieszkam tu od lutego ubiegłego roku, tu się ożeniłem i prowadzę sklep kolonialny. A teraz diabli mnie biorą, że siedzę w domu, zamiast walczyć. – Ze złością wskazał brodą na zagipsowaną rękę.

– Jest nas tu spora grupka starych legunów. Powinieneś pamiętać Stacha Krzewskiego, Bronka Lutra… – powiedział Witek.

Jan chciałby pogadać z kolegą o wielu sprawach, ale zabrakło im czasu. Witek wracał z pogrzebu teścia i jeszcze tego samego dnia wyjeżdżał do swojej jednostki. Umówili się na spotkanie już po wojnie. Prosto z komitetu Jan zaszedł do wuja Józefa, żeby ponarzekać na rozgardiasz panujący w mieście.

– Oni tam nic nie wiedzą, kręcą się jak pies wokół własnego ogona. Niemrawo idzie ten werbunek, wątpię też, żeby ktoś poważnie myślał o obronie miasta. W razie napaści sami mieszkańcy będą musieli chwycić za broń.

– Ty, Jasiu, nie chwycisz ani za broń, ani nawet za kij. Trzeba było słuchać żony i naprawić schody. Teraz tyle twego, co sobie pogadasz.

– Niechże wuj da spokój z tymi schodami! – wybuchnął jego siostrzeniec. – Codziennie o nich słyszę jak nie od żony, to od matki.

– I słusznie. A z naborem wcale nie jest najgorzej. Harcerze odpowiedzieli na apel swoich przełożonych i hurtem się zgłaszają do armii ochotniczej. Mój kamrat Stolarski jest mocno wystraszony i chyba przestanie bredzić o dogadywaniu się z ruskami. Sam nie nadaje się do wojska z racji kalectwa, za to jego dzieci są harcerzami. Zgłosili się, nie pytając ojca o zgodę. Syn nie skończył jeszcze trzynastu lat i ma donosić jedzenie do okopów. Panience obiecali, że o nią też ktoś się upomni, bo potrzebne będą sanitariuszki i łączniczki. Ja tam wierzę w Polaków. W całym kraju są już tysiące ochotników ze wszystkich warstw i klas. To chyba o czymś świadczy.

– Ciekawe, kto będzie bronił miasta? – mruknął Jan.

– Wojsko. Mamy przecie garnizon, przyjdzie pomoc z zewnątrz, na pewno sobie poradzimy, jeśli w ogóle sowieci zdecydują się zahaczyć o Włocławek.

– Gdzieś muszą przekroczyć Wisłę – odparł ponuro Jan.

Józef Kopecki był niepoprawnym optymistą. Jego siostrzeniec, który na własnej skórze poznał, co znaczy wojna, zżymał się na ową beztroskę i szczerze niepokoił bałaganem panującym w mieście. Według niego Włocławek nie był przygotowany do obrony i niewiele robiono w tym kierunku, mimo że ludziom nie brakowało zapału. Harcerze, o których wspominał wuj, stanowili budujący przykład. W ciągu tygodnia zgłosiło się ponad dwustu młodych ludzi. W przedostatnią niedzielę lipca w ich intencji odprawiona została msza w kościele parafialnym Świętego Jana nad Wisłą. Kiedy z ambony padły słowa o śmiertelnym niebezpieczeństwie, które zawisło nad niepodległą Polską i nad Włocławkiem, tu i ówdzie dał się słyszeć bolesny, tłumiony szloch. Korzeńscy, wraz z innymi wiernymi, również modlili się o zwycięstwo i szczęśliwy powrót ochotników. Połowa z nich zaraz po mszy wyruszała do obozu ćwiczeń pod Warszawą, reszta miała zostać w mieście, zasilić żołnierzy z garnizonu i pomóc przy budowie umocnień.

Przygotowaniami do obrony, oprócz ratusza, zajmowały się miejski Komitet Obrony Narodu, Straż Obywatelska i Pogotowie Wojenne Ziemi Kujawskiej. Duża liczba koordynatorów rzadko bywa zaletą. Przygotowania zaczęły się dopiero pod koniec lipca, były nerwowe i chaotyczne. Nikt nie umiał powiedzieć, czy obrona miasta będzie konieczna, a jeśli tak, to kto nią pokieruje. Garnizon nie dostawał wskazówek ani rozkazów operacyjnych od zwierzchników. Do budowy umocnień na bulwarach, kopania rowów i fortyfikowania zalesionych wzgórz za Wisłą przystąpili wreszcie żołnierze wraz z mieszkańcami miasta. Brakowało specjalistów saperów, narzędzi i sprzętu, ludzie kopali więc, jak im serce dyktowało, czyli całkiem niezgodnie ze sztuką wojenną. Okopy były za płytkie, a zasieki z drutu kolczastego postawione na prawym brzegu Wisły okazały się za rzadkie. W niektórych miejscach, z braku czasu, w ogóle nie wykończono umocnień.

Dopiero dwunastego sierpnia naczelne dowództwo Wojska Polskiego dostało wiadomość, potwierdzoną przez zwiad lotniczy, że nacierająca wzdłuż granicy z Prusami Wschodnimi 4. armia bolszewicka kieruje się na Wyszogród, Płock i Włocławek, by gdzieś na tej linii przekroczyć Wisłę. Posypały się pierwsze decyzje. Za bezpieczeństwo trzech przepraw i całego odcinka od Wyszogrodu po Włocławek odpowiadał pułkownik Józef Lewszecki. Włocławka miał bronić batalion zapasowy 14. Pułku Piechoty, złożony głównie z rekrutów, młodych żołnierzy i skautów, dodatkowo zapasowy pułk szwoleżerów, pluton strzelców konnych i artyleria polowa. Siłami tymi dowodził pułkownik w stanie spoczynku Wojciech Józef Gromczyński, komendant włocławskiego garnizonu. Zadanie wydawało się niezwykle trudne, a obrońcy w dalszym ciągu byli zdani wyłącznie na swoje siły. Nadal nie otrzymywali wyraźnych rozkazów ani informacji o pozycji nadciągającego przeciwnika i jego zamiarach. Własnego zwiadu nie mieli, ponieważ brakowało wyszkolonych ludzi.

Pułkownik Gromczyński główny ciężar obrony przeniósł na prawy brzeg Wisły, pagórkowaty i zalesiony. Tu, na dwunastu kilometrach linii frontu, rozstawieni zostali żołnierze i nieliczne ciężkie karabiny maszynowe. Druga linia obrony znajdowała się na lewym brzegu rzeki, w mieście. W pobliżu mostu zbudowano okopy ciągnące się wzdłuż ulicy Bulwarowej.

Rosjanie pojawili się na Zawiślu w sobotę czternastego sierpnia rano. Prowadził ich Gaj Dmitriewicz Bżyszkian, Ormianin, bardziej znany jako Gaj-Chan, dowódca 3. Korpusu Kawalerii Armii Czerwonej, zwanego też Złotą Ordą Gaj-Chana. Jego zadaniem było opanowanie mostu, a następnie zajęcie i utrzymanie miasta do czasu nadciągnięcia rosyjskiej piechoty. Zaczął od wysłania patroli zwiadowczych, które miały rozpoznać teren oraz zlokalizować pozycje obronne Polaków. Dla sowieckich żołnierzy były to godziny odpoczynku, dla włocławian cisza przed burzą.

Stan oblężenia został ogłoszony w niedzielę piętnastego sierpnia, akurat w święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. We wszystkich kościołach odprawiano msze błagalne w intencji zwycięstwa. Nastrój był podniosły, ludzie na ulicach rozmawiali przyciszonymi głosami, jakby bali się obudzić tych za Wisłą.

Obie panie Korzeńskie chciały iść na mszę do pobliskiego klasztoru, żeby nie kusić licha i trzymać się jak najdalej od wrogów. Jan obstawał jednak przy kościółku parafialnym na ulicy Bulwarowej. Koniecznie chciał popatrzeć na okopy nad Wisłą i żołnierzy. Widział te rowy poprzedniego dnia i jeszcze poprzedniego, wciąż jednak było mu mało. W trakcie kopania kręcił się wśród ludzi, próbował podpowiadać, co należałoby zmienić, ale młody oficer, zapewne z poboru, przegonił go, krzycząc, że potrzebni są ochotnicy do łopat, nie zaś cwaniacy z gipsem na ręku. Jeszcze teraz nie mógł się uspokoić na wspomnienie tamtej sceny.

Z kościoła wyszli prawie na końcu, bo matka z Leontyną dość długo się modliły. Przed świątynią czekali wuj z wujenką. Stali sobie z boku i rozmawiali ze Stolarskimi.

– Chodźmy do domu, nie zatrzymujmy się – poprosiła Leontyna.

– Niby dlaczego? Przywitajmy się chociaż – powiedział Jan, ciągnąc żonę za rękę.

– Czuję się tak, jakby ktoś mnie obserwował przez dziurkę od klucza – szepnęła.

 

– Głupstwa opowiadasz – fuknął. – Bolszewicy mają teraz co innego w głowie niż podglądanie kobiet zza Wisły.

Wuj wydawał się bardzo z czegoś zadowolony, w przeciwieństwie do swojej żony.

– To wariaty, kompletne wariaty – mruknęła wujenka Kazia, obejmując Leontynę. Nie bardzo było wiadomo, kogo ma na myśli, czy tych z tamtej strony Wisły, czy z tej.

Jan zaproponował spacer wzdłuż okopu. Stolarscy mieszkali blisko wjazdu na most, więc chciał ich odprowadzić.

– Czy to aby bezpiecznie kręcić się tutaj? – spytała coraz bardziej przestraszona Leontyna.

Elwira poparła synową.

– Ty sobie spaceruj, my wracamy do domu – powiedziała do syna.

Leontyna zawahała się, spojrzała błagalnie na teściową i wbrew sobie szepnęła:

– To już może chodźmy z nimi.

Jan mocno ujął żonę pod rękę.

– Nie ma obawy. Najpierw będą strzelać po tamtej stronie rzeki. Tam pewnie okopy są jeszcze lichsze niż tutaj – zauważył z irytacją.

– Daj sobie spokój, niczego już nie zmienisz – powiedział wuj, przyjaźnie machając ręką do żołnierzy. – Przyłącz się do mnie i do Marcina, zobaczysz, jak sobie chłopcy świetnie poradzą.

– Proszę nie zapominać, wuju, że byłem żołnierzem i znam się nieźle na budowie okopów, bo też niejedne budowałem. Jeśli ci chłopcy sobie poradzą, to będzie cud. Toż to wszystko gołowąsy.

– Kraczesz i kraczesz jak czarna wrona. Mówię: przyłącz się do nas. Marcin mieszka na drugim piętrze, z jego okien widać wjazd na most i kawał Zawiśla. Zadekujemy się u niego i popatrzymy na wojnę z bliska.

Jan aż przystanął z wielkiego zdumienia.

– Chyba wuj żartuje? Wojna to nie teatr. Tu będzie regularny ostrzał artyleryjski.

– Wariaty! Czyste wariaty! – wykrzyknęła wujenka Kazia. – Powiedz im coś, Jasiu, bo oni myślą, że jak zamkną okno i schowają się za firanką, to kule ich nie dosięgną.

Jan spojrzał na Stolarskiego.

– Nikt wam nie mówił, że powinniście się ewakuować?

– Mówili, mówili – pośpieszyła z wyjaśnieniem jego żona. – Tylko nie powiedzieli, dokąd mamy się wynosić. Nie tak łatwo zostawić dorobek całego życia na pastwę losu.

– Weźcie z domu najpotrzebniejsze rzeczy i chodźcie do nas – zaproponowała przytomnie Kazia Kopecka. – Póki te dranie nie wejdą do miasta, Cyganka jest bezpieczniejsza niż Bulwarowa, bo położona dalej od Wisły.

– Zostaniemy na swoim. Będzie, co ma być, losu nie da się oszukać – westchnął z rezygnacją Stolarski.

– To zła decyzja – powiedział stanowczo Jan. – Wejdą, czy nie wejdą do miasta, ale bulwary ostrzelają. Tu są okopy, stąd będzie na nich szedł ogień, więc odpowiedzą ogniem. Budynków na pewno nie oszczędzą.

Stolarscy pokiwali głowami, jednak zdania nie zmienili. Zatrzymali się przed narożną kamienicą.

– Pan Jan nigdy u nas nie był, my tu właśnie mieszkamy, na rogu bulwarów i ulicy Matebudy – wyjaśniła Stolarska.

– Pierwszy raz słyszę takie nazwisko – zdziwił się Jan. – Kim był Matebuda?

– To nie nazwisko – odpowiedziała z nikłym uśmiechem Leontyna. – Polonistka w gimnazjum nam tłumaczyła, że to niemieckie słowo, które po przetłumaczeniu na polski znaczy tyle, co budy lub domki marynarzy. Przy tej ulicy mieszkali kiedyś ludzie pracujący na Wiśle, retmani, piaskarze.

– No właśnie – przytaknęła Stolarska. – A teraz my mieszkamy. Te okna po lewo są nasze.

Pożegnali się i poszli do siebie na drugie piętro, skąd podobno rozciągał się przepiękny widok na porośnięte lasami wzgórza Zawiśla. Wuj nie wspominał więcej o oglądaniu wojny i Jan był przekonany, że skutecznie wybił starszemu panu z głowy bardzo dziecinny pomysł.

W poniedziałek zaczęło się piekło. Już od rana znad Wisły dochodziły odgłosy wystrzałów. Gdyby nie świadomość, co się naprawdę dzieje, można by pomyśleć, że nad miastem rozpętała się gigantyczna burza z piorunami. Jan odesłał Władka do domu i nie otwierał sklepu. To nie był dobry dzień na handlowanie. Nawet mały Leon zachowywał się inaczej niż zwykle, co rusz płakał i nie chciał leżeć w kołysce. Leontyna trochę go zabawiała, trochę nosiła, bo skrzeczał piskliwie niczym mała sroka. Skupili się wszyscy w pokoju jadalnym. Za radą Elwiry spakowali najpotrzebniejsze rzeczy do dużej walizki: ubrania dziecięce, koce, bieliznę na zmianę i dokumenty. Biżuterii wielkiej nie mieli, tyle co złote medaliki na szyi, obrączki młodych i złoty rodowy pierścionek z granatem, który Elwira podarowała synowej. Nikt nie wiedział, jak dalej potoczą się ich losy, brali jednak pod uwagę i to, że będą musieli opuścić przytulny dom przy Piekarskiej i pójść na wygnanie.

Krótko przed południem ktoś gwałtownie załomotał do drzwi. Spojrzeli po sobie zaskoczeni. Łomot się powtórzył i Busia poszła otworzyć. Po chwili do jadalni wpadła zapłakana i wystraszona wujenka Kazia.

– Jasiu, Jasieńku! – krzyczała od progu. – Musisz go ratować! Ten dureń poszedł… Myślałam, że śpi, a on poszedł oglądać wojnę. Zabiją go jak nic. Pobiegłabym sama, ale czy to mnie posłucha?! Jasiu, idź po niego. Stolarskich też zabierz. Co to w ludziach siedzi, żeby tak głupio się upierać, co to siedzi…

Zaniosła się gwałtownym płaczem, niezdolna nic więcej dorzucić do swojej prośby.

– Pójdziesz? – spytała szeptem Elwira.

Jan niecierpliwie wzruszył ramionami.

– Nic innego mi nie pozostało. – Odwrócił się do pobladłej żony. – Można jakoś dojść do tej kamienicy, omijając bulwary? – spytał.

Leontyna podała skrzeczącego synka teściowej, obciągnęła sukienkę na sterczącym brzuchu i stanęła obok męża.

– Trzeba przejść podwórkami. Ja cię zaprowadzę.

Żachnął się, zaskoczony.

– Twoje miejsce jest w domu. Nie ruszysz się stąd na krok!

Jego głos brzmiał twardo i zdecydowanie. Leontyna pobladła jeszcze bardziej i uczepiła się zdrowej ręki męża.

– Lepiej znam miasto niż ty – powiedziała. Jej głos, choć cichutki, wcale nie był mniej stanowczy niż Jana. I kto wie, co by się dalej działo, gdyby wujenka Kazia nie zareagowała.

– Posłuchaj męża, Leontynko. To mnie się należy poprowadzić Jasia, to mój mąż narobił kłopotu.

– Czy wyście powariowały! – krzyknął Jan. – Wujenka zostanie u nas albo pójdzie do domu i tam poczeka. Jeszcze tego brakowało, żebym się teraz z babami pchał na spacery. Chcecie, żeby nas wszystkich utłukli?

– Zostanę u was, w domu samej straszno – szepnęła Kazia.

Leontyna z niechęcią puściła rękę męża.

– Przynajmniej uważaj na siebie – szepnęła.

Spojrzał na nią spode łba, gotów znowu huknąć. Zobaczył wielkie wystraszone oczy i zrobiło mu się dziwnie ciepło na sercu.

– Dobrze – odpowiedział równie cicho. – Będę uważał.

Dotknął dłonią policzka żony, odwrócił się gwałtownie i wybiegł z mieszkania. Za nic nie powiedziałby tego głośno, jednak spodobało mu się, że Leontyna tak zdecydowanie stanęła u jego boku, choć drżała ze strachu. Ani ona, ani wujenka nie znały się na wojnie, były tylko kobietami, więc mogły nie rozumieć do końca, co działo się teraz nad Wisłą. Obie chciały mu towarzyszyć, bo pewnie wierzyły, że on je uchroni przed najgorszym, że niczym muchy wyłapie wszystkie kule świszczące nad ich głowami. Wuj jednak był mężczyzną, a myślał głupiej niż baby. Co prawda, w wojsku nie służył z powodu jakichś tam swoich dolegliwości, lecz pięćdziesiąt lat skończył i powinien wiedzieć, że wojna to poważna rzecz. Jan w głębi duszy wściekły był na wuja i zamierzał mu o tym powiedzieć ostro, po męsku, bez owijania w bawełnę.

W mieszkaniu zostały same kobiety, nie licząc Leonka, który przysnął, zmęczony marudzeniem. Gdyby nie huk za oknem, można by powiedzieć, że w pokoju panowała cisza. Elwira bezgłośnie odmawiała różaniec, Leontyna i Kazia milczały, pogrążone w myślach. Pierwsza odezwała się wujenka:

– Jasiek na pewno sobie poradzi, on z wojną obyty, w przeciwieństwie do Józia.

– Kogo ciocia pociesza, siebie czy nas? – spytała Leontyna. – Żołnierze są obyci z wojną, jednak wielu z nich ginie.

– Jasiek sobie poradzi – powtórzyła z uporem Kazia.

– Nie wiedziałam, że mój brat jest taki nierozsądny – westchnęła Elwira.

Jej bratowa poruszyła się gwałtownie. Bardzo nie lubiła, gdy ktoś próbował krytykować Józia. To było jej niezbywalne prawo i nie zamierzała z niego rezygnować nawet na rzecz szwagierki.

– Rozsądny to on jest, tylko trochę uparty. Jak nabierze na coś ochoty, to święty Boże nie pomoże! Ale mężczyźni tacy już są.

Zamilkły.

Z Piekarskiej na bulwary nie było daleko. Wystarczyło przejść całą 3 Maja i dojść do Starego Rynku. Tuż za Rynkiem ciągnęła się ulica Bulwarowa z kościółkiem parafialnym, gdzie Jan nie tak dawno ślubował z Leontyną. W każdą niedzielę, gdy wraz z matką szli na mszę, pokonywali tę trasę w kilkanaście minut, właściwie nie wiadomo kiedy. Niestety, to nie była niedziela, to nawet nie był normalny poniedziałek, tylko drugi dzień oblężenia miasta. Powietrze aż drżało od wystrzałów. Starsi mężczyźni i kobiety zamiast siedzieć w domach, kręcili się tu i tam, stali w bramach, całkiem nieświadomi grożącego im niebezpieczeństwa. Jan zżymał się na taką niefrasobliwość ludzi, ale nie czuł się za nich odpowiedzialny. Maszerował szybkim krokiem. Nie chciał się pchać na Bulwarową, bo w tej chwili była to najbardziej niebezpieczna ulica w całym mieście. Minął Cygankę, skręcił w lewo w ulicę Tumską, a potem w prawo. Z tego, co zdołał poprzedniego dnia zapamiętać, duży dom na rogu Bulwarowej i Matebudy był właśnie tym, do którego zmierzał. Dochodził już prawie do podwórka, kiedy z Bulwarowej na Matebudy wpadli żołnierze. Biegli w popłochu, nie oglądając się za siebie. Musiał się zatrzymać, żeby go nie stratowali.

– Co się dzieje? – krzyknął.

– Ruski tłuką naszych na moście, zaraz tu będą – odkrzyknął jeden, nawet nie odwracając głowy.

Jan dwoma susami wpadł na podwórko, przylegające do narożnej kamienicy. Na szczęście drzwi na dole były otwarte. Przeskakując po trzy stopnie, popędził na drugie piętro. W porę przypomniał sobie słowa Stolarskiej o oknach po lewej stronie i załomotał do właściwych drzwi, wykrzykując jednocześnie swoje nazwisko. Po chwili, która wydała mu się całą godziną, drzwi się uchyliły i zobaczył zapłakaną żonę Marcina.

– Chłopy są w kuchni – powiedziała. – W pokojach od frontu poszły szyby, strach tam siedzieć.

Jan wpadł do kuchni.

– Zbierajcie się, idziemy! – krzyknął.

Wuj Józef wyglądał tak, jakby za moment miała go chwycić apopleksja. Marcin Stolarski nie lepiej. Najbardziej przytomna wydawała się zapłakana kobieta.

– Zbierajcie się, nie mamy czasu, podobno Rosjanie są już na moście! – krzyknął po raz drugi Jan.

– Nie możemy, musimy czekać na dzieci – powiedziała Stolarska. – Oboje są jeszcze całkiem mali, Karolek na jesieni skończy dwanaście lat, Bożenka ma piętnaście.

– To chociaż zejdźcie do piwnicy. Jest tu jakaś piwnica?

– Marcin niech schodzi, ja posiedzę w kuchni. Od podwórka nie jest tak groźnie jak od ulicy.

Stała w drzwiach i fartuchem ocierała oczy. Jan wyminął ją i wszedł do pokoju. Armaty trochę się uspokoiły, słychać było pojedyncze wystrzały, a nie całą kanonadę jak do tej pory. Stanął przy oknie. Pierwsze, co mu się rzuciło w oczy, to drewniany płonący most. U jego wylotu, po tamtej stronie rzeki coś się kotłowało, jednak przez kłęby dymu, do tego bez lornetki, niewiele mógł dojrzeć. Do okopów na Bulwarowej wracali żołnierze. Może ci sami, którzy uciekali, może inni, w każdym razie widać było, że panika została opanowana. Jeden z mężczyzn, stojących w cieniu drzewa, miał dystynkcje pułkownika. Jan znał z widzenia szefa garnizonu pułkownika Gromczyńskiego, a także widział parę razy podpułkownika Buntera, dowódcę batalionu zapasowego 14. Pułku Piechoty. Obydwaj znajdowali się teraz po drugiej stronie rzeki, więc ten obcy najprawdopodobniej przybył do miasta z posiłkami. Na ulicy panował spokój. Dziewczyna w długim białym fartuchu opatrywała głowę jednemu z żołnierzy. Do wykopu podeszła inna, młodziutka panienka w granatowej spódniczce. Trzymała w rękach spory węzełek, najprawdopodobniej z jedzeniem. Pochyliła się, żeby go podać, a wtedy zachwiała się lekko i osunęła na ziemię. Natychmiast podbiegły do niej dwie sanitariuszki w białych fartuchach. Z pomocą żołnierza podniosły ją z ziemi i cała grupka zniknęła z pola widzenia Jana. Stał przez chwilkę bez ruchu. Na wojnie widział niejedną śmierć, zawsze jednak padali mężczyźni, nie dzieci.

Wrócił do kuchni.

– Most się pali – powiedział, przekonany, że wuj z Marcinem natychmiast ruszą do okna.

 

Żaden jednak nawet nie wstał z krzesła. Siedzieli sztywni ze strachu i najwyraźniej stracili zainteresowanie wojną. Wuj wydawał się nieobecny duchem.

– Nie ma szczęścia ten nasz most – westchnęła Stolarska. – W czternastym roku wyleciał w powietrze wysadzony przez uciekających Rosjan, w szesnastym odbudowali go Niemcy okupujący Włocławek, bo widać był im potrzebny, a teraz spalili go sami Polacy, żeby nie wpuścić Rosjan do miasta. Pewnie już zostaniemy bez mostu.

Strzały zza Wisły zaczęły przybierać na sile i można się było spodziewać, że w odwecie za podpalenie mostu Rosjanie zmasują atak artyleryjski. Jan zaczął ponaglać wuja i namawiać Stolarskich, żeby przenieśli się na Cygankę.

– Weźcie kobietę – powiedział Marcin. – Moja koślawa noga nie nadaje się do wędrówek. Tylko bym zawadzał i opóźniał marsz. Weźcie kobietę.

Jego żona tylko fuknęła na to gadanie i rozsiadła się na taborecie. Z jej miny i całej postawy biła determinacja. Zamierzała pilnować dobytku i czekać na dzieci, nic więcej jej nie obchodziło, a już najmniej ratowanie własnej skóry.

Jan zdecydowanym ruchem ujął wuja pod rękę i zmusił do wstania.

– Jeśli teraz wyjdziemy, zrobią z nas sitko – jęknął Józef, przytrzymując się stołu.

– Jeśli nie wyjdziemy, zrobią to jeszcze prędzej! Szybko, nie ma czasu! – powiedział ostro Jan. Zdrową ręką pociągnął opierającego się mężczyznę na schody i ani na chwilę nie pozwolił mu stanąć. Ruszył przez podwórka drogą, która wydawała się najbezpieczniejsza. Mimo huku dział doskonale słyszał przyśpieszony i chrapliwy oddech swojego towarzysza, lecz kroku nie zwolnił. Dopiero kiedy wyszli na ulicę 3 Maja, zatrzymał się w bramie solidnej kamienicy.

– I co, napatrzył się wuj na wojnę? – spytał.

– Nie powinno tak być, żeby jedni ludzie rzucali się na drugich z karabinami. Nie powinno tak być. To aż boli… Boli tu…

Dotknął dłonią piersi, z której wciąż wydobywał się świszczący oddech.

– Bardzo głęboka myśl – zakpił Jan. – Za chwilę wujenka rzuci się na wuja z gołymi rękami, co też może zaboleć.

– Nie odważy się – sapnął Kopecki. – Już ona dobrze wie, kto w domu rządzi.

Jan z trudem powstrzymał uśmiech. W sklepie bez wątpienia rządził wuj, jednak w domu siedział pod pantoflem żony i czasem tylko sobie pogadał dla dodania animuszu. Pora nie była odpowiednia, by rozprawiać na ten temat, więc nic już nie dodał.

Wyszli znowu na ulicę. Wuj skulił się, wcisnął głowę w ramiona i dreptał obok, dziwnie mały i nieporadny. Jan już wcześniej układał sobie w głowie, co powie temu zdziecinniałemu uparciuchowi, jednak żadne ostre słowo nie przeszło mu przez gardło. Powtórzył ze dwa razy w myślach, że ojciec chrzestny i rodzony brat matki to nie byle kto, więc choćby nie wiadomo jak głupio postąpił, należało uszanować jego siwe włosy, a raczej błyszczącą łysinę. Kiedy już dochodzili do Piekarskiej, ostrzał miasta gwałtownie przybrał na sile.

Działa nie milkły aż do późnych godzin nocnych. Następnego dnia odezwały się jeszcze przed świtem.

Ostatnie strzały z prawego brzegu Wisły padły na Włocławek w czwartek dziewiętnastego sierpnia. Gaj-Chan odstąpił od oblężenia miasta i poprowadził swoją Złotą Ordę w kierunku Płocka. I choć wojna jeszcze się nie skończyła, włocławianie wieczorem zasypiali z poczuciem, że swoją bitwę wygrali.

Po mszy dziękczynnej w katedrze, gdzie zgromadziły się tłumy, łącznie z władzami miasta, Jan zaprosił na obiad Kopeckich i Stolarskich, żeby wraz z nimi dzielić radość ze zwycięstwa. Wujenka Kazia wciąż boczyła się na męża, przestała jednak mu dogryzać. Co miała powiedzieć, powiedziała ze sto razy, teraz tylko od czasu do czasu zerkała nań groźnie jak na nieposłuszne dziecko. Wuj Józef udawał, że nic sobie nie robi z tych spojrzeń. Doszedł już do siebie i wydawał się zadowolony z życia.

– Jak sądzicie, będzie wreszcie trochę spokoju? – spytała Elwira, kiedy usiedli do stołu. – Ponad sto lat niewoli, krwawe powstania, wojna i po roku wytchnienia następna, to chyba dosyć nieszczęść dla jednego narodu. Żeby ktoś zagwarantował nam, że przez dziesięć lat nic złego nie będzie się działo, od razu byłoby inaczej.

– Takich gwarancji nikt ci nie da – odparł jej brat. – Byle tylko sowieci trzymali się od nas daleko i nie próbowali narzucać swojego komunizmu, to sobie poradzimy. – Spojrzał na Stolarskiego i uśmiechnął się złośliwie. – Chciałeś coś dodać, Marcinie?

– Co ty, u diaska, sobie myślisz? – oburzył się Stolarski. – Nie chodziłeś na odczyty Ligi Antybolszewickiej? Chodziłeś, więc musisz wiedzieć, że całą tę kampanię uświadamiającą organizowało nasze endeckie środowisko. Nie jestem i nigdy nie byłem za komunizmem.

– Wiem, wiem – mruknął ugodowo Józef. – Nam teraz nie kłócić się trzeba, jeno myśleć, jak usunąć skutki sowieckiej wizyty. Pięć dni oblężenia, a rany będziemy lizać przez kilka lat. Mostu przez Wisłę nie ma, pałac biskupi spalony, katedra uszkodzona, kościół Świętego Jana uszkodzony, że nie wspomnę o innych budynkach, położonych nie tylko nad Wisłą.

– Na Bulwarowej poszły wszystkie szyby w oknach. Szklarze pewnie zacierają ręce – dorzuciła Stolarska. – Kilka domów podziurawionych jak sito. Nasi sąsiedzi z piętra nie mają jednej ściany i kawałka dachu, nam bardziej się poszczęściło. Pozbieraliśmy skorupy, wyrzuciliśmy połamane meble i można mieszkać. Najważniejsze, że Karolkowi i Bożence nic się nie stało.

– Ale wśród obrońców są zabici i ranni… – zauważył Jan. – A mnie wciąż w oczach stoi ta pensjonarka, która przyniosła żołnierzom do okopów jedzenie. Zdążyła podać węzełek i tak jakoś miękko osunęła się na kolana… Nie mogę tego widoku zapomnieć.

Elwira z czułością spojrzała na syna. Mówił jak człowiek wrażliwy, a nie egoista, za jakiego ostatnio coraz częściej go uważała.

– To była prawdziwa wojna, nic dziwnego, że muszą być ofiary – powiedział Józef.

– Wuj coś na ten temat wie – odparł nie bez ironii Jan. – Jeszcze moment i sam padłby na zawał.

W tym momencie wujenka Kazia nie wytrzymała.

– Zawał to mało. Mógł się udusić, astmatyk jeden, już niewiele mu brakowało. Jak go zobaczyłam w drzwiach, zaraz sobie pomyślałam…

Elwira uspokajającym gestem pogładziła bratową po ramieniu.

– Na szczęście wszystko dobrze się skończyło.

– Dzięki Jasiowi! – wykrzyknęła wujenka.

– Przesadzasz, zacna niewiasto – mruknął niechętnie Józef. Odwrócił się bokiem do żony i patrząc na Jana, dodał znacznie lżejszym tonem: – Tyle gadałeś o złym przygotowaniu miasta, a jednak przegoniliśmy wroga! Twój wuj znowu miał rację.

Jan nie wyglądał na przekonanego.

– Siedział wuj w oknie, patrzył, ale najważniejszego nie widział. Teraz całe miasto o tym mówi, że obrońcy jednego z przyczółków z tamtej strony rzeki, naciskani przez sowietów, zaczęli pchać się w panice na most. Młode chłopaki, ochotnicy, trudno więc się dziwić, że porzucili broń i uciekali. Jeszcze chwila i kawaleria Gaj-Chana by ich dopadła. Ci z okopów na Bulwarowej, widząc, co się dzieje, zrobili to samo, też potracili głowy i zaczęli uciekać w głąb miasta. Biegli na wprost mnie, widziałem strach w ich oczach. Sytuację opanował pułkownik Lewszecki, który przybył do miasta z posiłkami i zapobiegł dalszej panice. Gdyby nie pożar na moście, mielibyśmy sowietów w mieście jak…

Stolarska poruszyła się niespokojnie i choć Jan jeszcze nie skończył, wpadła mu w słowo:

– Nasza znajoma, która mieszka przy Gdańskiej dwanaście, mówiła, że miasto uratował jeden żołnierz. Dzierżyński mu bodaj na nazwisko…

– Dzierzbicki, kobieto! Ona mówiła, że Dzierzbicki – sprostował Stolarski. – Jak ten minister od rolnictwa w Radzie Regencyjnej.

– To dlaczego mnie siedzi w głowie ten drugi? Ale niech będzie twoja racja. Ten Dzierżyński wdrapał się z karabinem maszynowym na strych domu przy Gdańskiej dwanaście i tak długo strzelał, aż napastnicy uciekli.