Salonowe życie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Irena Matuszkiewicz, 2004

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Zdjęcie na okładce

Fot. Richard Semik/shutterstock.com

Redakcja

Jan Koźbiel

Korekta

Joanna Sobota

ISBN 978-83-7839-892-9

Warszawa 2013

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Wszystkie postacie, nazwiska i miejsca

są wytworem wyobraźni.

Podobieństwo do osób i wydarzeń

jest zupełnie przypadkowe

O jedenastej wieczorem starszy bliźniak wstał od stołu. Spojrzał łakomie na talerz z blinami, westchnął ciężko i wyszedł do kuchni.

– No, kochani, komu w drogę, temu czas! – krzyknął. – Jak będziecie się guzdrać, to Nowy Rok da wam figę w prezencie.

– Powiedz zwyczajnie, że nas oleje! – odkrzyknął Salomon i dołożył sobie bigosu.

Starszy bliźniak nie miał zwyczaju wyrażać się przy paniach, tak przynajmniej zapewniał, poganiając towarzystwo do wyjścia i pakując szampany do torby. Jola chciała pomóc przy sprzątaniu stołu, ale Dorota schowała tylko półmiski i machnęła ręką na porządki. Z uznaniem spojrzała na torbę z butelkami starannie owiniętymi w kolorowy papier.

– Trzeba jeszcze zapakować kieliszki – powiedziała. – Są w barku.

Bliźniak spojrzał ze zdumieniem.

– Babo, puchu marny, ty wieczna zgryzoto! – zadeklamował z patosem. – Po diabła ci kieliszki!? Idziemy świętować pod gołym niebem, z ludem się bratać i pić z butelek. Połowa i tak wykipi, masz moje słowo.

Wybiegli wreszcie na ulicę: Jolka z Salomonem, para sklecona naprędce na tę jedną sylwestrową noc, oraz Dorota z Piotrem, zwanym starszym bliźniakiem; taka para niepara od lat dziecinnych. Szli raźnym krokiem, żeby przy okazji spalić kalorie pochłonięte razem z blinami, bigosem i pasztetem, czyli z całym dobrodziejstwem składkowej kolacji. Miasto wyglądało jak metropolia. Na balkonach migały świąteczne dekoracje, okna jarzyły się światłami, po Wienieckiej, mimo późnej pory, kręcili się ludzie. To nie był widok całkiem normalny. Zimowy Włocławek zasypia o siódmej wieczorem, potem na ulicach pojawiają się już tylko różne niedobitki i niedopitki, czyli spacerowicze z przymusu, ci, których życie wygoniło z domu w bardzo ważnych sprawach. Ochotników prawie się nie widuje. Ale ta noc była wyjątkowa. Co jakiś czas niebo rozświetlały snopy kolorowych iskier, a nad głowami groźnie syczały niewybuchy, które więdły szybciej, niż zdołały wzlecieć.

Na Zielony Rynek dotarli krótko przed północą. Nie pchali się w tłum, bo to nie był tłum pociągający. Wystarczyło stać z boku, chłonąć atmosferę na odległość i czekać na odliczanie sekund dzielących stary rok od nowego. Starszy bliźniak rozdał szampany i wziął się do odkręcania metalowych koszyczków przy korkach. Jola przytupywała rytmicznie, Dorota pozwoliła sobie nawet na taneczne podskoki.

– …trzy, dwa, jeden! – rozległ się głos ponad tłumem.

Dzwony i sztuczne ognie zlały się w jedno wielkie widowisko, wzbogacone fontannami szampana.

– To był niezły rok – powiedziała Dorota, otrzepując kurtkę z bąbelków – ale nowy mógłby być lepszy.

Zaraz potem wpadła w szerokie ramiona starszego bliźniaka. Życzył jej, żeby popracowała nad dynamiką głosu, częściej mówiła piano i amoroso, a tylko wyjątkowo con collera, co było muzyczną aluzją do jej wybuchowego temperamentu. Czuły, choć niezbyt delikatny kuksaniec Doroty sprowadził go na ziemię. Z rozpędu Piotr życzył jej jeszcze spełnienia wszystkich mądrych marzeń, jakby podejrzewał, że mogła też mieć głupie. Pomyślała o swoim gabinecie, który chciała widzieć większym i wspanialszym, pomyślała o mamie i jeszcze o wycieczce do Irlandii. Na więcej nie starczyło jej czasu, bo dostała się w objęcia Jolki.

– Niech niemożliwe stanie się możliwe, zgoda? – szepnęła przyjaciółka. – I oczywiście, żebyś przyćmiła wszystkie kosmetyczki w mieście.

To było nawet więcej, niż Dorota sama sobie życzyła. Ale Jola wiedziała, co mówi: należała do stałych klientek gabinetu i Doroty.

Kiedy wracali zadymionymi ulicami, a po fajerwerkach pozostał tylko huk w uszach, Dorota przypomniała sobie Tomka i bardzo się zdziwiła, że żadne z jej osobistych życzeń nie wiązało się z tym bądź co bądź narzeczonym. A i bliźniak też o nim nie wspomniał.

* * *

O jedenastej wieczorem Artur Haczyński zszedł na dół. Nie chciał obudzić żony, więc stąpał ostrożnie, z nadzieją, że uda mu się przemknąć chyłkiem przez hol, sforsować drzwi wejściowe i niepostrzeżenie zniknąć w mroku nocy. Trochę miał sobie za złe to upokarzające skradanie się we własnym mieszkaniu, lecz w sylwestrowy wieczór ciche wyjście było wyjściem jedynym. Liczył na łut szczęścia i twardy sen Bryśki, która lubiła drzemkę przed telewizorem. W każdy inny dzień, bez względu na porę, wyszedłby całkiem zwyczajnie, napomykając od niechcenia o ważnej naradzie, spotkaniu z kontrahentem lub awarii w fabryce. Nie miał wylewnej natury, nie zwierzał się ze swoich interesów, jedynie uspokajał żonę, że znika na kilka godzin, nie na zawsze. Ale co mógł zrobić w sylwestra? Od obiadu zastanawiał się nad wymyśleniem wiarygodnego powodu. To znaczy powód miał, natomiast nie miał ochoty tłumaczyć, gdzie, po co i dlaczego wybiera się sam. Popołudnie i wieczór strawił na wewnętrznej walce: wyjść czy zostać. Te wahania bynajmniej nie pozostawały w związku z Bryśką. Wiedział jedno: wyjść, znaczyło okazać słabość i uznać się za pokonanego. Oczywiście znowu nie chodziło o żonę. Decyzję podjął w ostatniej chwili i teraz bardzo się śpieszył, by zdążyć przed północą.

Drzwi do salonu były szeroko otwarte. Gabriela, na użytek domowy zwana Bryśką, siedziała w ulubionym fotelu, na wprost telewizora, czołem dotykając kolan, i posapywała głośno. Artur z niechęcią spojrzał na wygięty łuk pleców i krótkie, posiwiałe loczki żony. To nie był budujący obraz godny końca, a tym bardziej początku roku. Dla przeciwwagi przypomniał sobie jasne, proste włosy i niewiarygodnie gładką cerę innej kobiety i bardzo zatęsknił do tamtej. Przyśpieszył kroku, potknął się i uderzył ramieniem w drzwi. Nieprzewidziany hałas sprawił, że Bryśka gwałtownie drgnęła, uniosła głowę i jakby nigdy nic zaczęła wyrzekać na głupawe komedie tudzież jeszcze głupsze balety.

– W telewizorni to gwiżdżą na ludzi. Niby sylwester, a nie ma na co popatrzeć – odezwała się, tłumiąc ziewanie.

– Przecież nie patrzysz, tylko śpisz – mruknął ze złością. – Mogłabyś przynajmniej sprzątnąć burdel w holu, te adidasy i portki. O mały włos nie wybiłem zębów.

– Sztucznych się nie wybija, same wyskakują – odparła nieco raźniejszym głosem. Na odczepnego wyjaśniła, że to Kiczorek szykował się na dyskotekę i jak zwykle nabałaganił.

Artur poczuł się dotknięty, a tym samym uwolniony od wszelkich skrupułów.

– Rektor prosił, żebym wpadł na bal uczelniany i złożył życzenia w jego imieniu – powiedział i chwilę później był już za drzwiami, to jest poza zasięgiem elokwencji żony.

Za kierownicą samochodu znowu poczuł się sobą, czyli prekursorem włocławskiego biznesu i atrakcyjnym mężczyzną w sile wieku. To straszne, myślał, jak ona mnie tłamsi. Tym razem oczywiście miał na uwadze wyłącznie swoją Bryśkę.

Artur Haczyński cierpiał na kompleks mężczyzny, który poślubił niewłaściwą kobietę. Po latach intensywnej pracy i troski o rodzinę złapał wreszcie oddech, szeroko otworzył oczy i nie poznał ślubnej małżonki, dzieci ani domu. Wszystko było nie takie, jak sobie założył. Dlatego próbował wyrwać się choć na chwilę, choć na kilka godzin z tej familijnej klatki, w której się dusił. Pojechał na Zazamcze i stanął przed dziesięciopiętrowym blokiem przy Wienieckiej. Okna, które go interesowały, były rozpaczliwie ciemne. Milczał też domofon. Usiadł w aucie tak, żeby mieć na oku kraciastą zasłonkę na trzecim piętrze, i postanowił poczekać.

W tym czasie Gabriela Haczyńska pastwiła się nad pilotem, skakała z kanału na kanał i nie mogła znaleźć nic, co dałoby się obejrzeć. Złość na telewizję mieszała jej się ze złością na męża i dzieci. Telewizja była jednak lepsza od rodziny, bo składała życzenia noworoczne. Gabriela postanowiła więc poczekać na toast. Przyniosła z lodówki butelkę piwa i usiadła wygodnie w fotelu. Wraz z wybiciem godziny dwunastej zanurzyła usta w piance i poczuła znajomy, bardzo niemiły skurcz, który usadowił się gdzieś w klatce piersiowej. Nie była to dolegliwość fizjologiczna, lecz czysto duchowa. Spojrzała na gładką, dobrze zrobioną twarz spikerki i gwałtownie zatęskniła za minioną młodością. Owładnął nią strach pomieszany z beznadzieją i okropnym żalem, że przegrała życie, dała się zamknąć w domu, nie zrobiła kariery zawodowej, nie poznała ludzi z eleganckiego towarzystwa i nigdy nie nosiła ubrań z największych domów mody. Zestarzała się wśród pieluch i garnków, gdzieś na peryferiach prawdziwego życia. Nic nie wskazywało na to, że jej los kiedykolwiek się odmieni. Z rosnącą niechęcią patrzyła na ładniutką spikerkę, która właśnie życzyła jej i pozostałym widzom, by Nowy Rok przyniósł wszystkim spełnienie marzeń.

– Już ty najwięcej wiesz, o czym ja marzę – wymruczała niechętnie. – Żyjesz sobie bez żadnych trosk, ludzie cię poznają na ulicy, bywasz, gdzie chcesz, śpisz, z kim chcesz, a mój Haczyński zadarł ogon i poleciał. Gdybym miała twoje lata i twoje chody, zobaczyłybyśmy, która z nas lepsza. Też byłam piękna, nie myśl sobie. Twoje życzenia są tyle warte, co kot napłakał. Już ty mi młodości nie wrócisz, a niczego więcej nie chcę.

 

Zwracając się wciąż do spikerki, Gabriela przegadała całe orędzie noworoczne i nawet nie zauważyła, że tamta dawno zniknęła z ekranu.

* * *

O jedenastej wieczorem profesor zwyczajny Leon Gostyński wstał od komputera, przeciągnął się, aż zatrzeszczały stawy, i poczłapał do kuchni w poszukiwaniu jedzenia. Zajrzał do lodówki i mocno się zasępił. Roztargnieni samotnicy, a Gostyński do takich należał, rzadko żyją w zgodzie z kalendarzem. Rano jak zwykle kupił bułki, mleko, kawałek żółtego sera oraz pierogi z mięsem na obiad, na śmierć zapominając o Nowym Roku. Dopiero wiadomości TV otworzyły mu oczy. Mógł, co prawda, pójść do nocnego sklepu, ale nie chciało mu się przebierać. Pomyślał, że coś tam chyba znajdzie w kuchennych szafkach. Między mąką i kaszą leżał kawałek domowego piernika, wigilijny prezent od chudej bidulki, która czasem wpadała do profesora w interesach. Piernik zdążył już stwardnieć, bo Gostyński nie przepadał za łakociami. Lansował pogląd, że ze wszystkich słodyczy na świecie najbardziej kocha słodkie idiotki. Nie był to bynajmniej żart słowny, lecz prawda szczera i bolesna. Czerstwe ciasto przypomniało mu rozkoszną Stellę.

Pierwsze i jedyne małżeństwo Leona Gostyńskiego rozpadło się przed laty, też w sylwestra, a trwało nie więcej niż pięć lat. Stella zeszła mu z oczu w samą porę. Gdyby nie spakowała się i nie wyjechała, Gostyński musiałby sam wystąpić o rozwód albo porzucić pracę naukową. Życie z kobietą piękną, ruchliwą i kapryśną nie dało się połączyć ze ślęczeniem w laboratorium, a przede wszystkim z ciągłym brakiem pieniędzy. Żona chciała mieć kasę, a Gostyński dopiero planował zrobienie majątku. Tak więc Stella spakowała swoje rzeczy i wyjechała, zostawiając mężowi zaniedbane mieszkanie, pustą książeczkę oszczędnościową i profesorski tytuł. Co do mieszkania sprawa była jasna, należało do Gostyńskiego jeszcze przed ślubem. Książeczką też się nie nacieszyła, bo profesor wszystkie oszczędności przeznaczał na badania naukowe. Tak naprawdę po żonie został mu jedynie tytuł.

W pierwszym roku małżeństwa Stella była zafascynowana Leonem, wierzyła w jego przyszłą karierę i wielki sukces finansowy. Nazywała go pieszczotliwie swoim profesorkiem, gładziła po łysinie i dokarmiała szpinakiem. Nieraz w euforii wykrzykiwała: „Jesteś nadzwyczajny, profesorku!”. On się skromnie upierał, że jest zwyczajny, i tak już zostało. Jako profesor zwyczajny miał o wiele większą siłę przebicia niż jako prosty absolwent chemii, nawet nie magister.

Po rozstaniu Stella próbowała odebrać mężowi prawo do tytułu, dzwoniła a to z Suwałk, a to z Tarnobrzega tylko po to, by nazwać Leona nieukiem i głupcem oraz spytać, czy wziął się wreszcie do normalnej uczciwej pracy i zaczął zarabiać prawdziwe pieniądze. Mówiła, że troszczy się o niego z czystej życzliwości. Wtedy to właśnie profesor nazwał byłą żonę idiotką, a niechęć do niej przeniósł automatycznie na inne kobiety, co było o tyle smutne, że swoje badania naukowe prowadził z myślą o piękniejszej połowie ludzkości. Wiele lat strawił w laboratorium, ale właśnie nadchodził upragniony moment urzeczywistnienia marzeń. Głęboko wierzył, że nadchodzący rok przyniesie mu wieczną sławę i bogactwo.

Wspomnienie Stelli źle podziałało na profesora. Ze złości, a częściowo też z głodu, zjadł cały piernik, łącznie z okruszkami, zapchał się i musiał szukać ratunku w herbacie. Północ zastała go ze szklanką słodkiej lury w ręku.

– To co, Leonku – zwrócił się do siebie pieszczotliwie – chyba wypijemy za perz i za sukces. Mamy w garści ostatnie ogniwo i musimy wygrać!

Upił zimny łyk, skrzywił się i całkiem nieoczekiwanie pomyślał o swojej kobiecie. Nie o Stelli, nie o gosposi, tylko o towarzyszce życia, asystentce, a niechby i opiekunce. Mężczyzna, który intensywnie pracuje umysłowo, a w dodatku nie jest już młokosem, powinien mieć obok siebie kogoś, kto uwolni go od codziennych, ogłupiających obowiązków, od prania skarpetek i robienia zakupów. Tak sobie myślał, choć jednocześnie żal mu było spokoju, twórczej ciszy i kawalerskiej niezależności. Stanął w oknie i z zainteresowaniem popatrzył w noc. Gdzieś w oddali Warszawa witała Nowy Rok. Słyszał huk wystrzałów, ale widział jedynie kilka oświetlonych okien po drugiej stronie wąskiego, brzydkiego podwórka. Nie znał swoich sąsiadów. Oprócz chudej bidulki, która sprowadziła się do kamienicy ze dwa, trzy lata wcześniej, nie znał prawie nikogo. Budynki wokół zasiedlali nowi lokatorzy, zesłani tu za karę, bo byli biedni i nieprzystosowani do wielkomiejskiego życia. Profesor mieszkał w starej części Pragi, w brzydkim budynku i marzył, żeby się przenieść bliżej centrum, do jednego z tych ekskluzywnych domów, gdzie portierzy strzegą wejścia, a czynsz jest wyższy od miesięcznej pensji nauczyciela chemii.

* * *

Nad kanapą, na jesionowej półce, Dorota hodowała parę dorosłych diabłów. Drewniany samczyk, choć bardziej przypominał zatroskanego doga niż mędrca, siedział na pieńku w pozie myśliciela. Jego towarzyszka, ulepiona z masy solnej, zezowała zalotnie, może nawet ironicznie, i wachlowała się pędzelkiem ogona. To była piękna para, zaczątek kolekcji polskich diabłów merkantylnych, czyli takich, które można kupić wszędzie, na straganie i w supermarkecie. Jeszcze w sylwestra na półce stał tylko ten zamyślony samczyk ze swoją zalotną samiczką, ale już pierwszego stycznia u ich boku pojawiły się dwa maleństwa tak paskudne, że aż wzruszające w swojej brzydocie. To były takie diabełki na serio, kompletnie pozbawione wdzięku. Oho, pomyślała Dorota, Nowy Rok zaczął się satanicznie. Mam nadzieję, że od tego przybytku głowa mnie nie zaboli. Pomyślała też, że metafizyka metafizyką, jednak w tym cudownym rozmnożeniu musiał maczać palce człowiek i nawet wiedziała, komu dziękować. Kiedy wreszcie starszy bliźniak podniósł słuchawkę, ziewał jak krokodyl i mruczał: „Ych, ty, babo bez serca”. Najwyraźniej miał chęć wysłać ją do wszystkich diabłów, nie tylko do tych dwóch. Gdyby był przytomniejszy, pewnie by i wysłał. Kazała mu wracać do łóżka, chociaż nie mieściło jej się w głowie, że można tak głupio marnować świąteczny dzień. Nowy Rok witali razem, rozstali się o trzeciej w nocy, teraz było południe i każdy normalny człowiek powinien wyspać się już na obydwa boki. Widać starszy bliźniak był nienormalny albo przesadził z szampanem. Dorota może wypiła dwa kieliszki, może nie, za to takiego gejzeru, jaki jej się udał, nie miał nikt. Oblała swoich i cudzych znajomych, dzięki czemu rano obudziła się trzeźwa, zdolna kontemplować urodę diabłów, sprzątnąć pokój po sylwestrowym przyjęciu, a nawet sklecić jakiś obiad.

W samo południe zadzwoniła z życzeniami stała klientka, Gabriela Haczyńska, czyli ciotka Pasjonata. Gabriela była ciotką czysto umowną, nazywaną tak w myślach, nigdy w rozmowie. Lubiła opowiadać o wszechstronnie utalentowanych dzieciach, o mężu, który otaczał ją miłością i zbytkiem, a także o światowym życiu, jakie prowadzili. Mimo pogodnego usposobienia była kobietą surowych obyczajów i ostrego języka, przy czym surowość rezerwowała głównie dla ludzi, na których z upodobaniem ostrzyła język. Najczęściej dostawało się nauczycielkom syna, czasem gosposi i prawie zawsze losowi.

– Co u pani słychać, pani Dorotko? – zaćwierkała radośnie, kiedy już uporała się z „pomyślnościami w życiu osobistym i sukcesami w pracy zawodowej”. Ciotka Pasjonata nigdy nie pozwalała sobie na odstępstwa od ogólnie przyjętych norm.

U Doroty słychać było ostry świst czajnika, na szczęście gwizdek spadł, i czajnik się uspokoił. Prawdę mówiąc, Haczyńska nie za bardzo chciała wiedzieć, co u Doroty, chciała się natomiast pochwalić, co u niej. Szukała pretekstu, by opowiedzieć o sylwestrze spędzonym w towarzystwie miejskich notabli, o tańcach do białego rana, walcu z kotylionem i pieczonym bażancie.

– Powiadam pani, co to za pycha! Kruchutki, soczysty, całkiem jakbym sama go piekła. Pasjami lubię dziczyznę. Ale, ale, ja tu nudzę i nie dopuszczam pani do głosu – zreflektowała się gdzieś po dziesięciu minutach. – Co u pani?

– Diabliczka mi się okociła – powiedziała Dorota. – Mam dwa małe diablęta. Chce pani jednego?

Haczyńską zamurowało. Chwila upłynęła, zanim odzyskała głos.

– Nigdy nie słyszałam, żeby pani opowiadała o kocie – zauważyła z wyrzutem.

– Nie mam kota, przynajmniej na razie, i nie mówię o kocie, tylko o diabełkach – uściśliła Dorota.

– Jak pani coś powie, pani Dorotko, to tylko boki zrywać – westchnęła ponuro Haczyńska. W jej głosie czaiła się niepewność. Uważała się za kobietę o rozwiniętym poczuciu humoru i nie bardzo wiedziała, jak potraktować te diabełki.

– Żartowałam! – roześmiała się Dorota.

– Przecież wiem! Nie jestem taka dziecinna, żeby wierzyć w to, czego nie ma.

– Nie ma? Jakby tak dobrze poszukać, to w każdym człowieku siedzi mniejszy lub większy diabełek, proszę pani. Diabły są w nas.

– Nie we mnie, broń Boże! – odpowiedziała pośpiesznie Gabriela i na wszelki wypadek skończyła rozmowę, przypominając tylko, że zobaczą się w pierwszych dniach stycznia.

Po obiedzie Dorota wyskoczyła na godzinę do Joli. Nie miała daleko, tyle co przebiec do sąsiedniej klatki. Znajomość z Jolą dość szybko wyszła poza progi gabinetu kosmetycznego i przeniosła się na grunt prywatny. Obie były samotne, zapracowane, ale wieczorami czy też w niedziele chętnie umawiały się na babskie pogaduszki, takie o wszystkim: o facetach i przepychankach w sejmie, o brudach na klatce schodowej i modzie. Kobiety wspaniale potrafią mówić o wielu rzeczach jednocześnie i uwielbiają taki miszmasz. Kiedy już przyjaciółka opowiedziała Dorocie o balu w Młynie, z którego miała najnowsze, telefoniczne informacje, Dorota poczuła się zobowiązana opowiedzieć o pieczonym bażancie Haczyńskiej.

– To cham! – wykrzyknęła Jola.

– Bażant?

– Haczyński! Dam sobie wydziergać małpę na policzku, że ta biedaczka całą noc przesiedziała w domu i to sama. Wyobrażasz sobie?

– Nie! – przytaknęła Dorota. – Ale też nie wyobrażam sobie, żeby Haczyńska to zmyśliła. Ona nie ma za grosz polotu.

– Widać ma. Przy takim romantycznym mężu wszystkiego można się nauczyć – odpowiedziała ze złością Jola.

– Skąd wiesz, że kłamała?

– Z autopsji. Ten cham drzemał w samochodzie pod moją klatką. Myślałam, że się od niego uwolniłam raz na zawsze, ale on jest gorszy niż chroniczny katar, wraca i wraca, jakby nie rozumiał po polsku.

– Może lepszy byłby język migowy albo judo? – zastanowiła się Dorota.

Wieczorem zajrzała do poczty elektronicznej i znalazła wiadomość od Tomka. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, pisał bardzo często, jednak pierwszego stycznia nie powinien pisać, bo miał siedzieć w Siedlcach u matki, w ciepłej, rodzinnej atmosferze bez Internetu.

Hello, Dolly! Strasznie głupio zaczęliśmy ten rok. Całą noc czekałem na Twój telefon. Tam, gdzie szalałaś, był chyba jakiś aparat do podtrzymywania kontaktów międzyludzkich? Musiałem zostać w Warszawie. Spędziłem sylwestra w łóżku z temperaturą. Patrzyłem w telewizor i myślałem o Tobie. Musimy coś zrobić z tą naszą rozłąką. Co Ty na to? Twój wierny i kochający Tomek.

Literki na ekranie układały się w długie wężyki, od których wiało banałem i nudą.

Odpisała od ręki.

Cześć! Na miejscu panny (pani?) Temperatury uciekłabym od faceta, który całą noc gapi się w telewizor i myśli o innej. Czy ona, nomen omen, rzeczywiście jest taka gorąca? Ja spędziłam sylwestra z komórką w kieszeni, bo też czekałam na telefon. Co Ty na to? Twoja Dorota.

Z przyzwyczajenia napisała „twoja”, machnęła ręką na niefortunny zaimek, przy okazji także na brak własnej komórki, i wysłała pocztę. Nie czuła się Tomkową Dorotą. To znaczy, z każdym rokiem coraz mniej jego, a coraz bardziej niczyją. Bez przykrości, raczej ze zdziwieniem, obserwowała ostatnią fazę pięcioletniego uczucia.

Zaczęli, jak przystało na zakochanych, od zauroczenia, które trwało rok i było tyleż silne, co odległe. Przez ten rok ona studiowała i mieszkała w Toruniu, on w Warszawie. Druga faza to dwa warszawskie lata miłości szalonej, choć wciąż dochodzącej. On wynajmował pokój na dalekiej Pradze, ona znalazła sobie kąt w centrum, na Polnej, skąd miała bliżej do studium kosmetycznego. Faza trzecia, czyli miłość telefoniczno-korespondencyjna, zaczęła się dwa lata temu, gdy Dorota skończyła studium i wróciła do matki. Tomek został w swojej klitce przy Szanajcy.

Miłość telefoniczno-korespondencyjna kieruje się własnymi prawami, niestety, głównie werbalnymi. Jeśli nie można niczego wyrazić dotykiem ani spojrzeniem, pozostają słowa. Początkowo gorące i żarliwe, z czasem coraz bardziej oklepane i banalne. Przez ostatnie dwa lata ograniczyli je do niezbędnego minimum. Dorota nie musiała czekać na odpowiedź, żeby wiedzieć, co przeczyta następnego dnia. „Hello, Dolly – napisze Tomek. – Naprawdę miałem trzydzieści siedem i dwie kreski, co na szczęście nie przeszkadzało mi w oglądaniu programów sylwestrowych…”.

 

Rozłąka nie była jedynym zmartwieniem Doroty, choć na pewno bardzo istotnym. Odległość stu osiemdziesięciu kilometrów chłodziła uczucia skuteczniej niż lodówka. Kiedy Tomek po raz pierwszy powiedział, że muszą coś zrobić z rozłąką, przyjęła to z optymizmem. Wolałaby co prawda, żeby uściślił, co zrobią albo jeszcze lepiej, żeby zrobili to jak najszybciej, lecz nie chciała zbytnio naciskać. Wracała do Włocławka przekonana, że to nie powrót, tylko stan przejściowy. W porównaniu z Tomkiem żyła bardzo wygodnie, a od wyjazdu mamy niemal komfortowo, jako jedyna właścicielka dwu pokoi z kuchnią i łazienką. On natomiast wciąż tkwił w wynajętej klitce, trzy metry na cztery, z używalnością innych pomieszczeń. No, ale on został w Warszawie, awansował i robił pieniądze. Początkowo Dorota też chciała zamienić rodzinne miasto na stolicę, otworzyć tam wielki salon i zająć się swoją karierą. Między innymi dlatego nie zrywała telefoniczno-korespondencyjnej miłości, choć powoli przestawała myśleć o wyjeździe. U progu szóstego roku czas wiary i wielkich uczuć był już czasem zaprzeszłym.

Początek stycznia zapowiadał się bardzo spokojnie. W porównaniu z przedsylwestrowym młynem był to okres wytchnienia. Dorota snuła się po gabinecie bez specjalnego pośpiechu, do nielicznych klientek mówiła cicho, żeby podkreślić ten specjalny nastrój, jaki niesie ze sobą każdy nowy rok. Kobiety opowiadały o swoich postanowieniach, jedna rzucała palenie, druga zamierzała rzucić męża, a Dorota tylko słuchała. Nie paliła, nie miała męża, nie musiała schudnąć, więc to nie były jej kłopoty. Przejęła się dopiero przy Miłeckiej. Spojrzała na pobladłą twarz i podkrążone oczy klientki i bała się o cokolwiek zapytać. Miłecka sama się rozgadała w trakcie pedikiuru. Powiedziała, że polip, że operacja i że strasznie się boi.

– Musi pani wierzyć, że będzie dobrze – szepnęła z przekonaniem Dorota.

– Ale czy ja jeszcze będę kobietą? – odszepnęła Miłecka.

Pocieszanie jest wyjątkowo niewdzięcznym zajęciem, pomyślała Dorota. Cokolwiek powiem, zabrzmi banalnie. Ja na jej miejscu chodziłabym ze strachu po ścianach, ale przecież tego powiedzieć nie mogę.

Po Miłeckiej przyszła Haczyńska i odgoniła od Doroty nastrój smutku. Wiadomo: ciotka Pasjonata w progi, cisza w nogi.

Gabriela Haczyńska należała do bardzo wymagających klientek. Fundowała sobie najdroższe zabiegi, a potem kładła się na fotelu z nadzieją, że wstanie odmłodzona o kilkanaście lat. Była jedyna w swoim rodzaju. Klientki w jej wieku, czyli panie około pięćdziesiątki, powoli przestawały wierzyć w cuda. Odwiedzały gabinet, żeby się wygadać, oczyścić duszę i tylko przy okazji zadbać o wiotczejącą cerę. Haczyńska odwrotnie: ona wierzyła w cud, przychodziła po młodość, a rozgadywała się z nawyku i z upodobania.

– Dzisiaj, pani Dorotko, odejmie mi pani dziesięć lat. Za tydzień znowu dziesięć, potem jeszcze z pięć.

– A do przedszkola to ja mam panią odwieźć czy sama pani pojedzie?

– Do jakiego znowu przedszkola? Ja chcę mieć trzydzieści lat, tyle co pani. To co, zaczniemy od wosku? – Wzdrygnęła się i dodała, że cierpienia fizyczne są wpisane w los kobiet.

Gabriela lubiła mówić o cierpieniach, co nie znaczy, że lubiła cierpieć. Gdyby nie szpecący wąsik i zbędne kłaczki na twarzy, nigdy nie poddałaby się torturze depilacji. Klęła w duchu hormony, które na starość pogłupiały, i czekała, aż Dorota rozsmaruje ciepłą, pachnącą ziołami masę na brodzie i pod nosem, a potem jednym szarpnięciem zerwie wosk razem z włoskami.

– To nie salon, to gabinet tortur – jęczała, dopóki ostry ból nie ustąpił pod uciskiem palców Doroty.

Najgorsze było za nią, ułożyła się wygodnie na fotelu i zaczęła monologować.

– Nie ma pani pojęcia, pani Dorotko, jak trudno jest matkować trzem geniuszom. Bo mój Haczyński to też wielkie dziecko. Wie pani, my, kobiety, dorastamy, bo musimy, ale mężczyźni nie dorośleją nigdy. Już widzę, że Kiczorek wrodził się w ojca. Zdolny niebywale, wszystko w lot chwyta, tylko nicpoń z niego okropny. Nie zgadnie pani, gdzie on trzyma brudne skarpetki? Na żyrandolu wiesza. Wpadłaby pani na coś takiego?

– Dobrze, że w ogóle zdejmuje – szepnęła Dorota.

Szept był starym, wypróbowanym chwytem. Im klientka mówiła głośniej, tym ciszej należało się do niej zwracać. Czasem szept skutkował, lecz nigdy w wypadku kobiet przyzwyczajonych do głośnego mówienia. Jedynym sposobem na chwilowe uciszenie gaduły był masaż. Niestety, nie robi się masażu w trakcie nakładania henny. Ciotka Pasjonata uczciwie wykorzystywała każdą sekundę.

– Proszę nie kręcić głową. Ładny dzień, prawda? Mróz i słońce – zaszemrała Dorota.

– Dla mnie za zimno.

Haczyńska, choć głośna i bezkompromisowa, należała do grona klientek sympatycznych. Mówiła wyłącznie o swoich sprawach i tylko to, co chciała powiedzieć. Przegadała całą hennę, zmywanie oczu i pół zabiegu nawilżającego. Przycichła dopiero w czasie masażu, gdy delikatne palce Doroty zajęły się zmarszczkami wokół ust. Zadowolone pomrukiwania przeszły w mruczando, czyli drugi stopień błogości.

– Chwilo, trwaj wiecznie! – zdążyła westchnąć i zamilkła.

Z punktu widzenia Doroty masaż był zabiegiem jak każdy inny i za nic nie chciałaby spędzić całego życia na prasowaniu zmarszczek Haczyńskiej. Oczywiście nic takiego nie powiedziała, by głupim słowem nie zmącić atmosfery bezpieczeństwa i zaufania tak niezbędnej w szanującym się gabinecie kosmetycznym. Dobra kosmetyczka, tak przynajmniej twierdziły wykładowczynie w studium, różni się od spowiednika tylko tym, że nie strofuje i nie udziela rozgrzeszeń. Dorota skończyła bardzo dobrą szkołę podbudowaną praktyką u Sary, jeździła na szkolenia, zdobywała wciąż nowe certyfikaty i na bieżąco śledziła najnowsze trendy. Z całą pewnością mogła o sobie powiedzieć, że jest profesjonalistką. Nowości na rynku kosmetycznym mnożą się szybciej niż komary. Trzeba nie lada wiedzy i odporności psychicznej, by nie łapać wszystkiego jak leci, lecz z setek propozycji wybrać te najwłaściwsze, które spodobają się klientkom i nie zrujnują ich finansowo. Dorota pracowała na najlepszych kosmetykach. Zaopatrywała się w trzech, czasem czterech firmach, które darzyła pełnym zaufaniem. Tłumaczyła klientkom, jakim zabiegom je poddaje i dlaczego, mówiła o efektach tak sugestywnie, że kobiety w większości te efekty widziały. Była profesjonalistką miłosierną. Miała litość zwłaszcza nad tymi paniami, które podobnie jak Haczyńska, bez zastrzeżeń wierzyły wszystkim reklamom. Nie odzierała ich z wiary, tylko cierpliwie wyjaśniała, że kosmetyki bywają dobre, nawet bardzo dobre, cudownych jednak nie ma. Sama była najlepszą wizytówką swojego gabinetu. Lubiła powtarzać, że zaniedbana kosmetyczka jest tak samo niewiarygodna jak szczerbata dentystka i rozczochrana fryzjerka.

Kiedy Haczyńska moczyła nogi do pedikiuru, przez gabinet przewinęła się Jola Paciorkowska, dziewczyna o urodzie i figurze modelki. Wpadła po krem, przy okazji przełożyła umówioną wizytę i już jej nie było.

– Ta panienka rzeczywiście ma cellulit? – spytała zaciekawiona Haczyńska.

– Panienka? Jaka panienka? – spytała Dorota. Wkładała właśnie na dłonie lateksowe rękawiczki i biedziła się z ich rozklejaniem.

– Ta chuda w kaszkiecie, co przyszła i wyszła.

– Och, ona odnawia się kompleksowo i profilaktycznie. Chciałabym mieć jak najwięcej takich klientek, które przed trzydziestką tak poważnie myślą o starości. I oczywiście takich, jak pani.

Po Haczyńskiej w kalendarzu Doroty figurował Jodłowski, najwierniejszy klient od dwu lat. Poznała go jeszcze u Sary, gdzie pracowała tuż po skończeniu studium. Kiedy otworzyła swój gabinet, Jodłowski był jej pierwszym własnym klientem. Przygotowała stolik do manikiuru i niezbędne narzędzia. W ocenie Doroty Jodłowski był wiekowy, to znaczy bliżej mu było do czterdziestki niż trzydziestki oraz niespecjalny. Trudno zdefiniować to ostatnie spostrzeżenie, w każdym razie jego widok nie pobudzał serca do bicia. Miał nieco ironiczne poczucie humoru i wyostrzony zmysł obserwacji. Nie był rasowym gadułą ani też milczkiem. Sprawiał wrażenie mężczyzny ustawionego w życiu i zamożnego, lecz nigdy nie wspominał, czym tak naprawdę się zajmuje. Niewątpliwie był żonaty, o czym świadczyła szeroka złota obrączka. Lubił wody toaletowe o intensywnym zapachu, garnitury nosił raczej przeciętne, a krawaty niezbyt dopasowane do całości. Tyle mniej więcej mogła o nim powiedzieć. Oboje taktownie unikali tematów zahaczających o życie prywatne, trochę jednak przez te dwa lata porozmawiali. To właśnie jemu zwierzyła się całkiem niedawno, że myśli o kupieniu własnego lokalu. Wydawał się bardzo zainteresowany pomysłem, dał nawet do zrozumienia, że nie uchyli się od pomocy przy wyborze, o ile oczywiście Dorota zechce z takiej pomocy skorzystać. Wtedy była pewna, że nie zechce, w każdym razie nie tak szybko. Planować mogła, lecz rozumiała prostą zależność między wysokością konta w banku a kosztem lokalu. Jej konto było niewielkie i miało swoje konkretne przeznaczenie. Nadszedł jednak grudzień i wtedy się okazało, że Dorota bardzo pilnie potrzebuje pomocy kogoś, kto zna się na handlu nieruchomościami. Nie chodziło bynajmniej o kupowanie lokalu, tylko o pozbycie się schedy po babci. Pomyślała o Jodłowskim.