Przerwana podróżTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Irena Matuszkiewicz, 2014

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Zdjęcie na okładce

Fot. LoloStock/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Grazyna Nawrocka

ISBN 978-83-7961-910-8

Warszawa 2014

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Fabuła tej książki i występujący

w niej bohaterowie to fikcja literacka.

Jakiekolwiek podobieństwo

do osób żyjących i ich losów jest

wyłącznie dziełem przypadku.

CZĘŚĆ I

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Antonina

W poniedziałek rano Antonina odstawiła samochód do lakiernika. Przez najbliższy tydzień nie potrzebowała auta, uznała więc, że to dobra okazja, by wreszcie zlikwidować irytujące wgniecenia i zadrapania. Samochód był dla niej narzędziem pracy, trochę innym niż linijka, ołówek czy deska kreślarska, niemniej ogromnie ważnym. O swoje narzędzia przywykła dbać równie starannie jak o porządek w mieszkaniu. Odprowadziła samochód, potem spakowała torbę podróżną i postawiła ją blisko drzwi. Następnego dnia wybierała się do Mireckich. Niedaleko, na drugi koniec miasta, jednak musiała być tak przygotowana, jakby wyjeżdżała na drugi koniec kraju. Nie było mowy, żeby wpadła do domu choćby na chwilkę po zapomniany stanik, bluzkę czy coś równie ważnego. Jechała zaopiekować się ciotką Renią.

Jesienią sama wyskoczyła z taką propozycją. Siedzieli z Mireckimi w pokoju ciotki, pili martini z tonikiem i w czasie pogawędki okazało się, że wielkim, choć niemożliwym do spełnienia marzeniem Joli i Romana jest kilkudniowy wyjazd do Rzymu. Antonina po trzecim drinku była tak wyluzowana i radosna, że zanim pomyślała, co mówi, zdążyła palnąć: „Kochani, chcecie obchodzić rocznicę ślubu w Rzymie, to lećcie do Rzymu, ja tak sobie ułożę pracę, żeby zająć się ciocią”. Mireccy trochę się krygowali, że to poważny kłopot, że mama jest bardzo wymagająca, lecz nie zasypiali gruszek w popiele. Nie upłynęły trzy dni, a mieli już bilety i zaklepany pokój w hotelu. Antonina trochę żałowała pochopnej obietnicy, jednak kuzynom się nie dziwiła. Cichutka i na oko przyjazna ludziom ciotka Renia nieźle dawała popalić najbliższym. Od dwu lat, to jest od złamania nogi, nie wstawała z łóżka. Lekarze zapewniali, że kości zrosły się pięknie i pacjentka może chodzić. Ciotka była innego zdania. Wzgardziła balkonikiem i kulami, leżała sobie i snuła niekończące się opowieści o czasach młodości. Plątała fakty z fantazją, mieszała żywych ze zmarłymi, ale w wieku osiemdziesięciu lat, przy daleko posuniętej sklerozie, miała do tego prawo. Nie uskarżała się na los, chciała tylko, żeby przez cały czas ktoś przy niej był, podawał, poprawiał, odnosił i słuchał.

Antonina o tym wszystkim wiedziała. Poza ciotką Renią i Jolą nie miała innych krewnych, więc odwiedzała Mireckich dość regularnie, chociaż – ze względu na nawał pracy – niezbyt często. Kilka razy zostawała też z ciotką na całe popołudnie, nigdy jednak na dłużej. Tydzień trochę ją przerażał, a jeszcze tak się złożyło, że nawarstwiły się pewne zawodowe terminy. Musiała solidnie przysiąść i wykończyć projekt sklepu z pamiątkami oraz wymyślić jakąś niebanalną koncepcję osiedlowego placu zabaw. Na szczęście w sobotę skończyła wreszcie meblowanie domu Lichoniowej. Dała się zaprosić na kawę do nowiutkiego salonu, przy czym celowo usiadła tak, żeby nie patrzeć na sztuczny kominek zdobiony pilastrami w stylu mocno dowolnym. Bardzo sobie nie życzyła, by ktokolwiek łączył jej nazwisko z wystrojem tego domu. Zleceniodawczyni tyle razy wywracała projekt do góry nogami i tak mieszała, że z pomysłów Antoniny niewiele zostało. Wzdrygnęła się i w tym samym momencie zadzwonił telefon. Najwidoczniej ściągnęła myślami swoją utrapioną byłą klientkę.

Lichoniowa wyczytała w internecie, że bardzo modne są mieszkania w loftach.

– Dlaczego mi pani nie powiedziała, że są modne? – spytała z pretensją w głosie.

– Kiedy się spotkałyśmy, pani była już właścicielką domu.

– Szkoda, że nie zrobiłyśmy loftu, jeśli to takie modne.

– Piętrowy domek chciałaby pani zamienić na halę fabryczną? – zdziwiła się Antonina.

– Na halę nie, ale gdyby tak jedną ścianę w salonie zrobić z cegły, to byłby jakiś pomysł. Jak pani myśli?

– Sztukateria na suficie i ornamenty na ścianach nie są dobrym towarzystwem dla cegły.

– Wielkie rzeczy! Zdrapie się ze ścian, co niepotrzebne, i odsłoni cegłę.

– Odsłoni się pustaki. Dom jest zbudowany z pustaków, które są kiepskim materiałem dekoracyjnym.

Ostatni argument trafił widać do Lichoniowej. Zresztą wcale nie chciała drapać ścian, dzwoniła, żeby sobie pogadać. Bardzo się przywiązała do Antoniny, można powiedzieć, za bardzo. Dzwoniła po kilka razy dziennie z różnymi głupstwami, niekoniecznie związanymi z projektem.

– Mi się podoba pani salon – powiedziała. – Teraz, jak patrzę na swój, żałuję, że nie kazałam sobie zrobić identycznego.

– Wybrała pani wystrój w stylu zbliżonym do angielskiego i zostańmy przy tym.

– A ten pani jak się nazywa? – drążyła Lichoniowa.

– To mój własny styl, w ostateczności można go nazwać bobo1 – wyjaśniła Antonina, z trudem opanowując ziewanie.

1 Trend bobo ma korzenie paryskie. Nazwa powstała z zestawienia słów bourgeois i bohème.

– Nie uważam, żeby był dziecinny – sprzeciwiła się Lichoniowa.

– Nie jest dziecinny. Bobo to paryski mieszczuch o duszy artysty, który nieźle zna się na sztuce i sam sobie urządza mieszkanie. Ma gust i wielkie pieniądze, których mogę mu tylko pozazdrościć. Tworzy wnętrza oryginalne i nie chce myśleć, że ktoś inny mógłby mieszkać podobnie.

– Oj tam, oj tam, niech pani nie narzeka na brak pieniędzy! – fuknęła Lichoniowa.

– Nie narzekam. Próbuję pani wytłumaczyć, na czym polega styl bobo.

– Niech pani tylko policzy, ile pani już u mnie zarobiła.

Ta kobieta miała jedną niezaprzeczalną zaletę: nie targowała się i płaciła bez szemrania, ale w zamian przez dwadzieścia cztery godziny chciała mieć Antoninę do swojej dyspozycji. Z punktu widzenia Antoniny była to wada bodaj poważniejsza od niezdecydowania. Kobiecina wiedziała, czego chce, i nie wiedziała. Antonina mogłaby pamiętnik napisać o swoich przebojach z Lichoniową. Kłopoty pojawiły się już na początku. Po zatwierdzeniu koncepcji wstępnej klientka zadzwoniła rano, żeby – jak mówiła – podziękować. „Przekonała mnie pani, styl angielski najbardziej do mnie pasuje. Lubię kotary, miękkie kanapy z mnóstwem poduszek w różyczki, lubię też pamiątki po przodkach. Kupimy to wszystko i będzie pięknie”. Po czym wieczorem zadzwoniła znowu, żeby się pochwalić, że na Allegro znalazła złotą ludwikowską konsolę przecudnej urody i gdyby ją jakoś upchnąć między kanapami, to byłoby jeszcze piękniej. Lubiła powtarzać: „Pani jest fachowcem, pani się zna na stylach, ale ja myślę, że tak będzie najlepiej”. Nie znała się nie tylko na stylach. Kupiła kilka koszmarnych obrazów, fikuśny fotel i złotą konsolę z nadzieją, że dekoratorka znajdzie dla każdego mebla i oleodruku najwłaściwsze miejsce w nowym domu. Z pieniędzmi się nie liczyła, z mężem ani z Antoniną też nie. To ona wygrała w lotto jakąś gigantyczną kwotę i wreszcie chciała być panią w angielskim domku albo markizą we francuskim salonie. Najlepiej codziennie kimś innym.

Antonina ze stoickim spokojem znosiła kaprysy klientki. Nie była nawiedzoną artystką, która za cudze pieniądze próbuje realizować swoje fantastyczne wizje. Pamiętała o prostej zasadzie, że to klient będzie mieszkał i pracował w zaprojektowanych przez nią wnętrzach, i to on ma się dobrze w nich czuć. Uważnie wysłuchiwała życzeń, doradzała i kiedy już wszystko było ustalone, brała się do pracy. Dzięki temu miała samych zadowolonych zleceniodawców. Nawet Lichoniowa na koniec wydawała się rada i chciała swoją kochaną panią architekt częstować koniakiem. Samochód wykluczał nawet symboliczną lampkę, zresztą prosto od Lichoniów Antonina jechała do lokalu, który zobowiązała się przerobić na sklep z pamiątkami. Umówiła się tam z właścicielką, żeby ustalić kilka szczegółów. Przez niedzielę i poniedziałek miała nadzieję popracować nad projektem wstępnym. Chciała przygotować choćby jedną wersję, a nad drugą posiedzieć u Mireckich. Łudziła się, że ciocia Renia śpi po nocach jak normalny człowiek, ale Jola wyprowadziła ją z błędu. Zadzwoniła w całkiem innej sprawie.

– Byłabym spokojniejsza, gdybyś przyjechała do nas już dzisiaj – oznajmiła swoim cichutkim i bardzo dystyngowanym głosikiem.

– Przyjadę jutro rano autobusem o siódmej trzydzieści, u was będę o ósmej piętnaście. Pociąg macie kilka minut po dziewiątej. Na którą zamówiłaś taksówkę?

– Na ósmą trzydzieści, ale…

– Nie ma żadnego „ale”, zdążymy jeszcze wypić kawę.

– Jedna noc cię nie zbawi – nalegała z uporem Jola.

– Nie chodzi o zbawienie, tylko o skończenie pilnego projektu. Czy twoja mama w nocy sypia?

– Niestety, w nocy jest bardzo ożywiona. Drzemie w dzień, przy czym budzi ją nawet szelest przewracanych kartek. Bardzo nie lubi, jeśli się przy niej czyta. Nie wiedziałaś o tym?

 

– Jakoś sobie poradzę.

– I co, posłuchasz mnie i przyjedziesz dzisiaj?

– Dlaczego dzisiaj, jeśli mogę jutro?

– Nie lubię robić niczego na ostatnią chwilę. Mamy czas wyliczony co do kwadransa, wystarczy głupi korek na drodze… Tobie też może się przytrafić coś nieoczekiwanego.

– Co niby? Terroryści porwą mój autobus, ten o siódmej trzydzieści? Wyluzuj, kobieto. Będzie dobrze.

Mówiła, że będzie dobrze, nie wiedziała tylko, kogo bardziej pociesza, siebie czy Jolę. Na wszelki wypadek wrzuciła do torby kartonową teczkę z nadrukiem: „Sklep z pamiątkami”. Miała właśnie iść pod prysznic, kiedy znowu zadzwonił telefon. Był to wyjątkowo telefoniczny poniedziałek.

– Pani to już mnie nie lubi, pani Antosiu, co? – zaćwierkała Lichoniowa.

– Będę lubiła jeszcze bardziej, jak pani przestanie mnie nazywać Antosią.

– Okej, pomyliłam się, sorry. Obiecała mi pani przygotować takie zestawienie kolorów, które do mnie pasują. Znalazłam na Allegro cudną bluzkę.

– Kolor?

– Młody groszek, listki młodej sałaty, coś w tym guście.

– Szlaban na zieleń. To nie jest kolor dla jasnych blondynek z przezroczystą cerą.

Wprawdzie Antonina chciała powiedzieć z szarą i ziemistą cerą, lecz w porę zmieniła zdanie. Jej klientka była bardzo drażliwa na punkcie swojej urody.

– Wiem, mówiła pani. Co mam zrobić, jeśli bluzka jest piękna? – marudziła.

– Całkowity szlaban, pani Beato. Za tydzień przygotuję pani zestaw kolorów z próbkami.

– Jeśli będzie trzeba, chętnie zapłacę! – wykrzyknęła Lichoniowa.

– Nie będzie trzeba – ucięła Antonina. – Zrobię to z czystej życzliwości.

Była trochę zła na siebie, przy czym wcale nie chodziło o pieniądze, tylko o cechę charakteru, którą od biedy można by nazwać delikatnością. Ktoś inny na jej miejscu powiedziałby krótko: „Proszę się zwrócić do stylistki. Dom pani umeblowałam, bo to mój zawód, ubierać pani nie będę. Nasza umowa już wygasła, żegnam, pa!”. A ona obiecała i miała zamiar słowa dotrzymać. Sama się niejako wmanewrowała w rolę stylistki, kiedy delikatnie i w najlepszej wierze doradziła pani Beacie, żeby spróbowała czesać się inaczej i trochę inaczej ubierać. Lichoniowa nie była brzydka, tylko niezgrabna. Los nie dał jej wzrostu, talii ani szyi, za to hojnie obdarzył ją nadwagą. Długie rozpuszczone włosy sprawiały, że figura wydawała się bardziej kwadratowa, niż była w rzeczywistości. Wąska spódniczka mini niepotrzebnie odsłaniała grube uda, a ulubione spodnie o modnej długości do pół łydki wołały o pomstę do nieba. Nie dość że opinały nogę, to jeszcze wpijały się w pupę. Pani Beata co chwila energicznym ruchem wyciągała sobie szew spomiędzy pośladków, co Antoninę przejmowało zgrozą. Była uczulona na brak elegancji i dobrych manier. Parę razy podjęła rozmowy o tym, co się nosi i jak się nosi oraz ogólnie o modzie. Trafiła na dość podatny grunt. Lichoniowa mogła się upierać przy obrazach i sztucznym kominku, natomiast w kwestii ubrania zawierzyła Antoninie. Powoli, bardzo powoli zaczęła się zmieniać. Najpierw odstawiła do lamusa spodnie, po jakimś czasie obcięła włosy, wciąż jednak nosiła spódniczki mini i szmateksowe bluzki w odblaskowych kolorach. Przyznała kiedyś, że wyrzucanie dobrych ciuchów uważa za rozrzutność. Antonina w głowę zachodziła, jak to możliwe, że ktoś, kto bez żalu ustawia pod śmietnikiem całkiem dobre meble ze starego mieszkania, ma opory przed wyrzuceniem jadowicie zielonego sweterka, w którym na dodatek wygląda jak brudna skorupka na trawie.

Było już dobrze po dziesiątej, kiedy wreszcie nastawiła budzik w komórce. Bardzo ją korciło, żeby do kogoś zadzwonić, wahała się między Patrykiem i Leszkiem, w końcu odłożyła komórkę na szafkę. Przyniosła do sypialni szklankę z wodą i położyła się do łóżka. Nie zadzwoniła do mężczyzn swojego życia, co nie znaczy, że przestała o nich myśleć. Za Leszkiem tęskniła trochę, za Patrykiem bardzo. Była szalenie dumna z syna, a przy okazji też z siebie.

Chłopak odziedziczył po niej talent plastyczny, poszedł jednak z duchem czasu i chciał studiować grafikę komputerową w Anglii. Przy świetnej znajomości języka, a także przy pracujących i nieźle zarabiających rodzicach było to marzenie dość proste do spełnienia. Jerzy zmarł, gdy syn był w klasie maturalnej, i wyjazd stanął pod znakiem zapytania. Patryk zaczął się zastanawiać nad innym kierunkiem studiów i wtedy Antonina zdecydowała, że nie zmarnuje talentu chłopaka ani jego zapału. Zawzięła się, i choć było jej trudno, chwilami nawet bardzo trudno, dopięła swego. Patryk skończył De Mantford University w Leicester i przeniósł się właśnie do Nottingham, gdzie dostał pracę przy projektowaniu gier komputerowych, a Antonina mogła pomyśleć o sobie. Zaczęła się zastanawiać, co kupi w pierwszej kolejności, i usnęła.

W nocy zadzwonił telefon. Nie otwierając oczu, namacała na szafce aparat.

– Słucham – wychrypiała, z trudem przezwyciężając suchość w ustach.

Męski głos w słuchawce brzmiał ciepło i uwodzicielsko.

– Witam, pani Antonino. Mówi Jakub Kaszubski. Pamięta mnie pani?

– Pamiętam – wybąkała. – Oczywiście, że pamiętam, tylko myślałam… – zawahała się i nie skończyła. – Wie pan, krótko po pana wyjeździe pojawiła się wiadomość… to znaczy plotka, że…

Tego drugiego zdania też nie umiała skończyć. Zamilkła bezradnie.

– Pewnie mówili, że umarłem, co? – spytał.

– Tak właśnie mówili – przytaknęła niechętnie.

– To nie plotka, pani Antonino, to prawda – wyjaśnił rozbawionym głosem. – Ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy razem wypili herbatę i porozmawiali chwilę. Mam pani wiele do opowiedzenia.

Poczuła niemiłe mrowienie na plecach. Nerwowo oblizała wyschnięte wargi.

– Chętnie, bardzo chętnie – zapewniła gorliwie. – Spotkamy się na pewno, byle nie dzisiaj. Właśnie wychodzę, jestem już bardzo spóźniona…

Gorączkowo próbowała wymyślić jakiś sensowniejszy wykręt, niestety, w kłamstwach nigdy nie była zbyt dobra. Przerwał jej, przemawiając dobrotliwie jak do dziecka.

– Pani Antonino, jest północ, gdzie pani chce wychodzić o tak późnej porze? Stoję pod pani drzwiami, proszę mi otworzyć.

Ostatnim słowom towarzyszył ostry dźwięk dzwonka. Antonina gwałtownie naciągnęła kołdrę aż pod oczy. Zacisnęła powieki i czuła, że dygoce. Po schodach zbiegali jacyś ludzie, pewnie młodzi, bo kroki były lekkie i szybkie. Rozmawiali zbyt głośno jak na tak późną porę. Ktoś się roześmiał, ktoś zaklął. Piętro niżej również zadźwięczał dzwonek u drzwi. Te głosy otrzeźwiły ją na tyle, że odważyła się spojrzeć na pokój. Nie jest prawdą, że strach ma wielkie oczy, strach zsyła tylko na ludzi kolosalnego zeza. Nie poruszając głową, próbowała rozejrzeć się na boki. Sypialnia wyglądała tak jak zawsze, znajomo i bezpiecznie. Firanka, podświetlona przez uliczną latarnię, zdobiła sufit pięknymi arabeskami, meble stały na swoim miejscu, lustro, wiszące na wprost okna, jaśniało odbitym światłem. Antonina powoli zsunęła kołdrę z twarzy. Wciąż jeszcze leżała jak trusia i z całych sił przyciskała pięść do ucha. Bolało ucho, bolały palce, które wreszcie z trudem rozprostowała. Nie musiała zapalać lampki, żeby zobaczyć, że komórka leży na szafce – tam, gdzie ją wieczorem położyła.

– Co za głupi sen! – mruknęła.

Uniosła się na łokciu i wypiła kilka łyków wody. Lęk powoli ją opuszczał, choć nie na tyle, by odważyła się wstać i pójść do łazienki. Nie przywykła do kontaktów z zaświatami, a ten sen, bardzo głupi, to prawda, lecz tak realistyczny, że dał się pomylić z rzeczywistością, wytrącił ją z równowagi. Nabrała ochoty, żeby porozmawiać z kimś bliskim, najchętniej z Klarą. Wyciągnęła rękę po komórkę i natychmiast ją cofnęła. Zegarek wskazywał pięć minut po północy. Pora była bardzo nieodpowiednia na towarzyskie kontakty, co zauważył nawet przybysz z innego wymiaru. Wprawdzie sam chciał się wprosić z wizytą w środku nocy, jednak ją wyśmiał, ledwie wspomniała, że jest z kimś umówiona.

Wygląda na to, rozważała Antonina, że po tamtej stronie czas też jest ważny i w jakiś sposób odmierzany, choć nieco inaczej niż tutaj. Poszła dalej tym tropem. Cóż, Kaszubski nie zdążył się jeszcze zasiedzieć na tamtym świecie. Na tym przeżył ponad sześćdziesiąt wiosen, a odszedł jakieś dwa, najwyżej trzy lata temu, więc mógł wciąż myśleć ziemskimi kategoriami. Rozumowanie niby logiczne, co nie znaczy, że prawdziwe. Nigdy nie uważała się za specjalistkę od życia pozagrobowego i znowu pożałowała, że nie może zadzwonić do Klary, która była niekwestionowanym autorytetem tak w sprawach tego, jak i tamtego świata. Przynajmniej uważała się za taki autorytet, a to już było coś.

Antonina leżała z szeroko otwartymi oczami i próbowała uporządkować szczątkowe wiadomości o Kaszubskim. Z tego co pamiętała, najpierw pochował żonę, potem, po przejściu na emeryturę, zlikwidował mieszkanie, na końcu wyniósł się z miasta i wyjechał do córki albo syna. Informacja o jego śmierci wstrząsnęła znajomymi. Kaszubski był postrzegany jako symbol zdrowia równorzędny z rybą, koniem lub rydzem. W życiu nie chorował, nie wiedział, co to ból głowy czy kręgosłupa. Nawet zęby mu nie dokuczały. Widać jednak na symbole też kiedyś przychodzi pora. Odszedł w nocy, w czasie oglądania telewizji. Możliwe, że zareagował zbyt impulsywnie na jakąś polityczną debatę, ale zawał wydawał się prawdopodobniejszy.

Antonina oczywiście przejęła się smutną wiadomością, nie dołączyła jednak do ekipy pożegnalnej. W żaden sposób nie czuła się związana ze zmarłym, chyba że przez pamięć na Jurka, swojego nieżyjącego męża. To Jurek przez wiele lat współpracował z Kaszubskim, a w domu często o nim opowiadał. Miał nawet takie swoje określenie, że „Kuba to facet żelaznego zdrowia i betonowych horyzontów”. To powiedzonko dość trafnie charakteryzowało człowieka, który do najbystrzejszych podobno nie należał, ale był wierny swoim przekonaniom.

Antonina znała Kaszubskiego jedynie z drugiej ręki, tej mężowskiej. Spotkała go zaledwie kilka razy, częściej bodaj rozmawiali przez telefon. Zdawkowo, przelotnie. On mówił: „Dzień dobry, czy mogę…”, ona odpowiadała: „Dzień dobry, już proszę…”. To wszystko. Nie pamiętała, czy za życia też miał taki melodyjny i czarujący głos. Chyba jednak nie, bo przynajmniej to by zapamiętała. Głos jej umknął, twarz się rozmazała, w głowie zostało jedynie imię z nazwiskiem. I właśnie ten człowiek, o którym wiedziała mniej niż o australijskim Aborygenie, zadzwonił do niej w środku nocy. Nie Jurek, nie mama ani ojciec, mimo że ich wspominała bardzo często. O Kaszubskim nie myślała w ogóle. Teraz żałowała, że nie zdążył nic więcej powiedzieć.

Czas mijał, Antonina była pewna, że do rana nie zmruży oka. Musiała jednak zmrużyć, i to na dłużej, bo nie usłyszała budzika. Kiedy się wreszcie ocknęła i spojrzała na zegarek, zamarła z przerażenia. Była siódma trzydzieści, jej autobus najprawdopodobniej ruszał właśnie z przystanku. Drugi miała za równą godzinę, stanowczo za późno, żeby dotrzeć do Mireckich i pozwolić im zdążyć na pociąg. Chwyciła telefon i nerwowo wyszukała numer Joli.

– Wiem, zaspałam i dałam plamę, wiem – tłumaczyła znękanym głosem. – Dojadę następnym autobusem, przez godzinę ciocia posiedzi sama. Krzywdy sobie nie zrobi, z łóżka nie wyjdzie, więc spokojnie możecie jechać. Klucze mam.

W poukładanym świecie Joli panował idealny porządek tak w szafach, jak i w działaniu. Ten porządek nie przewidywał pozostawienia chorej matki samej w domu na czas dłuższy niż piętnaście minut.

– A tak cię prosiłam, żebyś u nas zanocowała – powiedziała z wyrzutem.

– Prosiłaś – przyznała niechętnie Antonina – tylko teraz nie ma to już znaczenia. Nie zanocowałam, muszę czekać do ósmej trzydzieści, wy natomiast musicie już ruszać, bo pociąg nie poczeka.

– Weź taksówkę, będzie prędzej.

Antonina ciężko westchnęła. W portfelu miała niecałe dziesięć złotych, a do najbliższego bankomatu z dziesięć kilometrów. Mogłaby wsiąść w taksówkę i po drodze pobrać pieniądze, zwyciężył jednak nawyk oszczędzania.

– Tak zrobię – powiedziała ugodowo. – Przepraszam, miałam koszmarną noc i zwyczajnie zaspałam.

– Źle się czujesz? – przestraszyła się Jola.

– Świetnie się czuję.

– To dlaczego miałaś koszmarną noc?

– Przez mężczyznę – wyjaśniła pogodnie Antonina.

– Jeżeli Leszek wrócił, to my zostaje…

Żachnęła się i przerwała kuzynce w połowie zdania.

– Nie wrócił. Wsiadajcie do taksówki i pędźcie na dworzec.

Nie przeciągała rozmowy ani niczego nie tłumaczyła. Wyobraziła sobie minę Joli i gdyby nie poczucie winy, wybuchnęłaby śmiechem. Była pewna, że w drodze do Warszawy Mireccy będą rozmawiać – jeśli nie wyłącznie, to przede wszystkim – o jej nocnym szaleństwie. Oj, przejadą się po mnie, przejadą, pomyślała rozbawiona. Romek pewnie powie, że oszalałam na stare lata, Jola się z nim zgodzi i niczego nie będzie prostowała, choć jest starsza.

 

Spojrzała w lusterko. Z jednym okiem podmalowanym, a drugim gołym wyglądała dość dziwnie, lecz wcale nie staro. Sprawnie uwinęła się z poranną toaletą i zaparzyła kawę. Śniadania mogła nie jeść, kawę musiała wypić. Do autobusu zostało jeszcze trochę czasu. Nastawiła minutnik i zadzwoniła do Klary, jedynej znanej sobie wyroczni w sprawach pozaziemskich.

Antonina, mimo że bardzo zapracowana, lubiła otaczać się ludźmi, a lista jej koleżanek i znajomych była dość długa. Przyjaciół miała tylko dwójkę: Klarę Bielską i Romana Mireckiego. Od pewnego czasu dołączył do nich Leszek, chociaż Antonina uważała, że przyjaźń podszyta erotyzmem należy do nieco innej kategorii. Klarę znała od wczesnego dzieciństwa i w jakiś sposób obie były od siebie nawzajem uzależnione. Jak nie zadzwoniła jedna, to odezwała się druga i przerywała milczenie, które nigdy nie trwało dłużej niż miesiąc, góra dwa. Nie robiły sobie wymówek, nie próbowały spotykać się na siłę, ale w końcu zawsze do siebie zatęskniły.

Dogadywały się całkiem nieźle, dopóki rozmowa nie schodziła na tematy ostateczne. Tym razem jednak musiała zejść. Klara, w przeciwieństwie do Antoniny, wierzyła w kontakty między światem żywych i umarłych, była więc wymarzonym odbiorcą opowieści o śnie. Słuchała z prawdziwym zainteresowaniem i nawet powstrzymała się od komentarzy.

– Nie chcę cię martwić, Toniu – oświadczyła na koniec – ale to było ostrzeżenie.

– Przed czym?

– Z czasem się okaże. Jestem pewna, że on cię ostrzegał.

– Dlaczego nie Jurek, nie mama, tylko facet, którego twarzy nie umiem sobie przypomnieć? – zdziwiła się Antonina.

– Patrzysz z ziemskiej perspektywy, tak nie można. To są trudne i delikatne sprawy. Na twoim miejscu dałabym na mszę.

– Za niego czy za siebie?

– Na siebie masz uważać, na mszę dać za niego.

– On był zatwardziałym ateistą! – wykrzyknęła Antonina.

– Toniu, myślisz stereotypami. Był… był… Nie znałaś go, skąd więc możesz wiedzieć, czy nie nawrócił się pod koniec życia. Msza jeszcze nikomu nie zaszkodziła.

– A znasz kogoś, komu pomogła?

– Oczywiście.

Z głosu przyjaciółki biła taka pewność, że Antoninie odechciało się z nią gadać.

– Gdyby mu zależało na mszy, poszukałby sobie gorliwszej chrześcijanki. Szkoda, że nie zadzwonił do ciebie.

– Nie dorosłaś do poważnych tematów – stwierdziła z naganą w głosie Klara.

Sprzeczka wisiała na włosku, na szczęście zadzwonił minutnik i Antonina mogła dyplomatycznie przerwać rozmowę.

– Uważaj na siebie – poradziła Klara. – A za tego człowieka daj na mszę jeszcze dzisiaj.

– Dzisiaj obejmuję wartę przy cioci Reni. Pan Jakub będzie musiał poczekać.

Antonina schowała komórkę do torebki. Przeszła się po mieszkaniu, sprawdziła okna i krany. Na chwilę zatrzymała się w salonie, który stanowił część jednego dużego pomieszczenia. Tylko sypialnia i łazienka były wyraźnie oddzielone drzwiami. Antonina mnóstwo trudu włożyła w zaprojektowanie nowego układu mieszkania. Wymagało to kolosalnego remontu z wyburzeniem ścian i przekładaniem podłóg. Wszystkich ścian rozwalić się nie dało, powstały kąciki, fachowo zwane strefami funkcjonalnymi, z przeznaczeniem do pracy, gotowania i jedzenia. Pracownię od reszty mieszkania oddzielał parawan, którego płaszczyzny pokrywały malowidła o odważnym zestawieniu kolorów. Nie znała nikogo, na kim ten parawan nie zrobił wrażenia. W ogóle całe mieszkanie było fantastyczne. Z czteropokojowego lokalu w starej kamienicy zrobiła prawdziwe cacko w najnowszym stylu. Każda rzecz miała swoje miejsce, swój sens i kolor. Antonina z wielką ulgą zawsze tu wracała, a tęsknić za swoimi kątami zaczynała po zamknięciu drzwi, zanim jeszcze zbiegła ze schodów. Była typową domatorką i jednocześnie artystką zakochaną w swoim dziele. Niestety, Jerzy umarł za wcześnie i nie zdążył zobaczyć tego, co wspólnie wymyślili.

Wspomnienie męża wciąż jeszcze przejmowało ją smutkiem, choć już nie tak wielkim jak na początku. Odszedł pięć lat temu, a ona długo nie umiała przywyknąć do samotności i tej okropnej pustki, której nie dawało się niczym zapełnić. Praca, owszem, przynosiła zapomnienie, tyle że częściowe. Za życia męża też pracowała, oboje pracowali i prowadzili o wiele bogatsze życie. Zapraszali przyjaciół, bywali u nich, cieszyli się weekendami i sobą. Wszystko to zostało jej odebrane w ciągu trzech strasznych miesięcy. Miała zaledwie czterdzieści dwa lata i była przekonana, że ona też umarła, przynajmniej jako kobieta. Trzy i pół roku później przekonała się, że kobieta w kobiecie umiera najpóźniej. Poznała Leszka i życie znowu nabrało kolorów. Nie od razu, dopiero z czasem.

Jeszcze raz omiotła wzrokiem mieszkanie.

– Mi się podoba pani salon. Szkoda, że nie kazałam sobie zrobić takiego – powiedziała głośno, przedrzeźniając nosowy głos Lichoniowej. Roześmiała się jak z najlepszego dowcipu. Ta kobieta, jej zdaniem, nie pasowała do żadnego salonu, może z wyjątkiem fryzjerskiego.

Chwyciła torbę. Przed wyjściem pieszczotliwie pogładziła listki fikusa benjamina, szepcząc mu, żeby stał na straży domu. Zawsze tak robiła, gdy opuszczała mieszkanie na dłużej. Fikus stał blisko drzwi, więc choćby z tego powodu nadawał się na strażnika. Ledwie zdążyła wyjść na ulicę, usłyszała natarczywy głos komórki. Trochę trwało, nim ją wyjęła z torebki. Dzwoniła Jola z jednym zasadniczym pytaniem:

– Dojechałaś?

– Dojeżdżam. Przez to rozkopane miasto wciąż mamy jakiś objazd – skłamała gładko Antonina i obiecała zadzwonić, gdy tylko będzie na miejscu.

Włożyła komórkę do kieszeni płaszcza z przeświadczeniem, że Jola za chwilę znowu zadzwoni. A jak nie Jola, to Lichoniowa albo właścicielka sklepu z pamiątkami. Na przystanku była pięć minut przed przyjazdem autobusu. Na ławeczce siedziała starsza wymizerowana kobieta. Antonina z litością spojrzała na bladą twarz, od której wyraźnie odcinał się granatowy siniak pod okiem. Ależ się, bidulka, uderzyła, pomyślała. Kobieta była schludna, nie wyglądała na pijaczkę ani nie pasowała do wizerunku ofiary przemocy w rodzinie. Chwilę później doszedł jeszcze młody mężczyzna mniej więcej w wieku Patryka. W kieszeni Antoniny znowu zadzwonił telefon. Głos Leszka sprawił, że uśmiechnęła się promiennie.

– Przemyślałaś moją propozycję? – spytał.

– Tak. Porozmawiamy, jak wrócisz. Przecież świat się nie kończy, mamy dużo czasu.

Dodała jeszcze, że zadzwoni do niego wieczorem. Nie zdążyła wsunąć telefonu do kieszeni, kiedy ten znowu się rozdzwonił.

– Jesteś już na miejscu? – spytała Jola.

– A co, dać ci do telefonu mamę? – zażartowała Antonina.

– Wszystko w porządku?

– W jak najlepszym. Teraz proszę do mnie dzwonić z Rzymu, nie wcześniej – powiedziała, przerywając połączenie.

Trochę źle się czuła z tym drobnym kłamstwem, ale prawda nie wyglądała aż tak dobrze, by się nią chwalić co pięć minut. Za niecałą godzinę powinna już być u ciotki, a Mireckim należało się trochę urlopowego spokoju. Wsunęła wreszcie telefon do kieszeni i wtedy poczuła, że ktoś dotyka jej rękawa. Kobieta z siniakiem z trudem podniosła się z ławki.

– Pomoże mi pani wsiąść, bo chyba nie dam rady?

– Oczywiście – powiedziała Antonina.

– Jeśli będzie trzeba, wniosę panią – włączył się do rozmowy młody mężczyzna. – Proszę się nie martwić, wśród ludzi pani nie zginie.

Oczy starszej kobiety niebezpiecznie się zaszkliły.

– Nadjeżdża autobus! – zawołał chłopak. – Powinniśmy przejść trochę do przodu.

Ujął starszą kobietę pod ramię. Kobieta się zachwiała i upuściła torbę. Antonina przerzuciła cały swój bagaż na lewe ramię, schyliła się i podniosła torebkę kobiety. Została dwa kroki za nimi. Nagle usłyszała przeraźliwy krzyk: „O, matko!”. I w tym samym momencie zdmuchnęła ją jakaś niesamowita siła.