Dziewczyny do wynajęcia

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie. Radosław.

– To o co chodzi?

– Radosław to imię, czaruś to mój ulubiony sposób bycia. Nie zauważyłaś?

– Nie, bo poraziła mnie pańska skromność i zastanawiam się, co odpowiedzieć.

– Dobra jesteś! Jak masz na imię?

Zrezygnował z biegania i szedł obok Zuzanny. Z jednej strony miała Radosława, z drugiej Cezarego i powinna być szczęśliwa.

– Zuzanna.

– Zuzia, śliczne imię. Sama też jesteś śliczna. Niech zgadnę: druga… no może trzecia klasa liceum?

– I druga, i trzecia, nawet czwarta, tylko trochę dawno temu. I nie Zuzia. Zuzanna.

Nie uwierzył chyba, że wyrosła już z liceum, bo w tonie głosu, w sposobie mówienia wyczuła coś jakby pobłażanie. Niektórzy dorośli uważają, że jest to najlepszy sposób przemawiania do dzieci. Kiedy była dzieckiem, bardzo ją to drażniło, kiedy podrosła, zaczęło drażnić jeszcze bardziej.

– Nie wiedziałem, że pani Weronika ma taką śliczną siostrę.

– Nie jej zasługa, więc się nie chwaliła. Ona jest skromna i tajemnicza. Ale chyba nie przyjaźnicie się za bardzo?

– Chyba nie. Odnoszę wrażenie, że siostra nie jest nawet w połowie tak miła jak ty.

– To zrozumiałe. W porównaniu z prototypami drugie egzemplarze są na ogół znacznie udoskonalone.

– Żartujesz! Jestem najstarszy z rodzeństwa i jakoś tego nie zauważyłem – powiedział, patrząc wciąż z tą swoją dobrotliwą ironią.

Możliwe zresztą, że patrzył całkiem normalnie, a ona tylko dośpiewała sobie dobrotliwą ironię, żeby nie burknąć niegrzecznie: „I czego się gapisz, baranie!”.

Próbował być miły, lecz miał irytujący sposób okazywania sympatii. Gapienie się na drugiego człowieka też ma swoje granice. Chciał sprawdzić, czy nie ma zeza, piegów, pryszcza na nosie, jego prawo. Mógł sobie dyskretnie zerknąć raz i drugi, tak jak ona na niego. W jasnym świetle dnia nie wydawał się już tak olśniewająco przystojny. Przede wszystkim miał trochę za małą głowę i za drobne rysy twarzy. Zauważyła, że włosy ciemne, brwi i oczy też, zęby ładne, to dała spokój i obserwowała sobie drzewka. A on patrzył jak handlarz na pomidory: uważnie, ze zmarszczką między brwiami, żeby broń Boże nie przepuścić żadnego zgniłka.

– Poczekaj moment – powiedział. Wyciągnął z kieszeni chusteczkę higieniczną i jedną ręką delikatnie złapał Zuzannę za ucho, a drugą rękę, tę z chusteczką, zbliżył do jej twarzy. Przez moment miała wrażenie, że chce wytrzeć jej nos. Prychnęła niczym rozzłoszczona kotka, bo mimo wszystko aż tak dziecinnie się nie czuła. – Poczekaj, mówię. Obydwa policzki masz umazane szminką. Widzisz, jak to jest, gdy dziewczynki bawią się zabawkami dorosłych kobiet?

– Czaruś to dla psa bardzo głupie imię, nie uważasz? – powiedziała Zuzanna, ledwie wrócili ze spaceru. Psiak odpowiedział radosnym machnięciem ogona. – Widzę, że zgadzasz się ze mną. Tylko cymbał ucieka swojej pani. Wiesz, jak się czułam? Guzik wiesz, choć patrzysz mądrze. Czułam się jak głupia, rozumiesz? Cymbał jesteś! Podoba ci się imię Cymbał?

Mopsik szalał z zachwytu. Dreptał w miejscu, merdał ogonem, uśmiechał się wszystkimi fałdami swojej czarnej mordki i sam już nie wiedział, jak okazać dziewczynie sympatię. Wreszcie na moment przysiadł i podał łapę. Lubił być ośrodkiem zainteresowania, lubił się bawić, więc skoro kucnęła przy nim, skoro przemawiała wyłącznie do niego, a na dodatek trzymała w ręku paczkę suchej karmy dla psów, to gotów był na wszystko. Nawet na spacer ze smyczą.

Wyszli natychmiast po obiedzie, zostawiając w zlewie brudny talerz, filiżankę i psią miseczkę. Zuzanna chciała zwiedzić osiedle, powłóczyć się po ulicach, które choć należały do znanego jej miasta, wcale znane nie były. Jakoś nigdy wcześniej nie zabłąkała się w te strony. Widać nie miała takiej potrzeby ani towarzyskiej, ani krajoznawczej. Teraz nadarzyła się okazja, więc szła sobie wolniutko, ale nie bez celu. Nie interesowały jej punkty naprawy telewizorów ani wymiany okien, dobrze jednak było wiedzieć gdzie fryzjer, a gdzie poczta. Spokojnie ominęła wielki spożywczy supersam. Siostra w sobotę zapchała całą lodówkę wędlinami, serkami i czym się tylko dało. Rano dokupiła jeszcze pieczywo i zostawiła jedzenia co najmniej na miesiąc.

Zatrzymała się przed wystawą niewielkiego butiku. Czaruś vel Cymbał, który do tej pory dreptał grzecznie przy nodze, dał nagłego nura do przodu. Smycz, jak wiadomo, ma dwa końce i czasem naprawdę nie można odróżnić, kto kogo prowadzi: pani psa, czy pies panią. Tym razem to on przejął prowadzenie. Tak samo zachowywał się przy następnych wystawach. Najwyraźniej czuł awersję do odwiedzania sklepów i pod tym względem nie różnił się od większości znanych Zuzannie przedstawicieli płci brzydkiej. Kiedy jednak zobaczyła na szyldzie napis „Pieczątki, wizytówki, zaproszenia”, wzięła psa na ręce i weszła do środka. Zamówienie wizytówek okazało się dziecinnie proste. Wypisała na kartce treść: „Instytut Historii Rodziny. Oddział w Toruniu. Dyrektor Oddziału – mgr Zuzanna Korecka”. Zawahała się przy adresie. Taka ważna instytucja powinna mieć siedzibę gdzieś w centrum, na Szerokiej lub Żeglarskiej. Podała adres przyjaciółek, ich telefon i na dokładkę swoją komórkę. Następnego dnia miała odebrać dwadzieścia wizytówek. Mniej nie można było zamówić, więcej nie potrzebowała. Kosztowało ją to czternaście złotych. Cóż, dobre żarty czasem muszą trochę kosztować, pomyślała, wypuszczając z objęć Cymbałka.

Wracając do domu, nie miała pojęcia, że czeka ją popołudnie znaków zapytania. Zaczęło się od maratonu telefonicznego. Nie zdążyła zmienić sandałków na kapcie, kiedy rozdzwonił się aparat w przedpokoju. Mężczyzna nie dopuścił jej do głosu. Nazywał ją Alunią, mówił szybko i przerwał tak gwałtownie, że nawet nie zdążyła wtrącić, że to pomyłka. A wiadomość wydawała się ważna: dotyczyła scenariusza filmowego i obsady drugoplanowej roli kobiecej. Autor scenariusza chciał, żeby reżyser obsadził w roli Magdy jakąś dziewczynę. Nic więcej nie dało się zrozumieć.

– Wiesz co, Cymbałku – pogładziła aksamitne uszy psiaka – całkiem nieoczekiwanie dałam ci ponadgatunkowe imię. Jak można dzwonić w ważnej sprawie i nie upewnić się, że…

Skoczny oberek zmusił ją do wyłuskania z kieszeni komórki. I tym razem rozmówca nie chciał potwierdzenia, że dodzwonił się pod właściwy numer, tylko od razu przeszedł do sedna sprawy.

– Powoli usycham – powiedział złamanym głosem Łukasza.

– Wywal kwiaty i wymocz się w wannie. A poza usychaniem co jeszcze robisz?

– Analizuję twój poemat.

– To może lepiej rozwiąż krzyżówkę albo obejrzyj film w telewizji.

– Potem. Najpierw muszę zrozumieć, dlaczego poetka zwiędła w… jak to było… aha: w cieple mojej dobroci… nie, nie dobroci, tylko czułości.

– Nie poetka, tylko podmiot liryczny.

– Nie widzę różnicy.

– Najlepszy dowód, że podjąłeś się pracy umysłowej ponad własne siły. Wywal poemat do kosza i umyj okna. Potem wytrzep dywan i odkurz wszystkie kąty. Jak wrócę, będziemy mieli w domu czysto i wtedy pogadamy. Zgoda?

Łukasz od czasu do czasu popadał w nastrój melancholijno-refleksyjny i trzeba było sporo cierpliwości, żeby przestawić go na inne tory. Tym razem też szło opornie, ale w końcu skapitulował i nawet obiecał, że poemat wyrzuci, jednak co do okien i dywanu nie miał sprecyzowanych poglądów. Przerwali rozmowę, gdy zadzwonił telefon sieciowy. Poznała głos Grzegorza Bujały, ciotecznego brata Weroniki.

– Jeżeli siostra wyjechała, to co pani tam robi? – spytał.

– Za moment będę myła naczynia – wyjaśniła zgodnie z prawdą.

– Aha, gosposia?

– Aha!

Prawie nie znała Bujały, ale nie lubiła go tak, jakby znała. Podobno prowadził jakiś wielki biznes i nieźle mu się wiodło, co zresztą widać było po minie i sposobie bycia. Nikt mu chyba nie powiedział w porę, że nawet największe konto w banku nie zastąpi mężczyźnie klasy. Grzegorz był całkowitym przeciwieństwem drugiego kuzyna Weroniki, Leszka Wydronia. Wydroniów Zuzanna spotykała tak często, jak często we Włocławku działo się coś interesującego, czyli średnio raz na tydzień. Bywali na tych samych imprezach i chodzili tymi samymi śladami: Teatr Impresaryjny, wystawy w muzeum, spotkania w Bibliotece Publicznej, koncerty w katedrze. Tak już się utarło, że nawet gdy Łukasz miał dyżur, ona mogła liczyć na towarzystwo Leszka i Julii. Zresztą właśnie dzięki Julii mieli z Łukaszem gdzie mieszkać.

– Chodź, Cymbałku! Umyjemy gary po obiedzie – powiedziała, gdy Bujała już się rozłączył. – Zauważyłeś, piesku, że w cudzym mieszkaniu zawsze czujemy się trochę niepewnie? U siebie wszystko jest zwykłe, normalne, a tu wciąż mam wrażenie, że ktoś nagle wyjdzie z drugiego pokoju i spyta, po jakie licho plączę się po nie swoich kątach. Dobrze, że chociaż ciebie mam do pogadania.

Cymbał poderwał się gotów iść choćby na koniec miasta, ale znów zadzwonił telefon. Pani Iza chciała wiedzieć, jak córka radzi sobie z Weroniką.

– Byłyście może w teatrze?

– Nie… wczoraj lało – powiedziała niepewnie Zuzanna, jakby deszcz był przeszkodą nie do pokonania. Sama się zdziwiła, że zapomniały o teatrze i rozrywkach wyższego rzędu.

– Masz pieniądze? – pytała dalej matka.

– Jasne! Dopóki mnie życie nie zmusi, nie będę żerowała na waszej skórze – odpowiedziała ze śmiechem. Te pytania były czymś niesamowicie budującym. Wiedziała, że gdyby coś z pracą, z nią... to jest takie miejsce na Ziemi, gdzie spytają: „Masz pieniądze?”. Nie żerowała, nie naciągała, choć czasem korzystała z pomocy, obiecując sobie, że kiedyś odda z nawiązką. Rodzicom lub… swoim dzieciom. Zgodnie z teorią pani Izy człowiek nie jest w stanie odpłacić rodzicom za dar życia, za serce i może to uczynić dopiero wobec własnych dzieci. Zuzanna jeszcze nie miała zdania na ten temat.

 

Nim doszła do kuchni, zadzwoniła Weronika. Zaczęła wypytywać o Czarusia, o jakieś klucze – trudno się było połapać, o co jej chodzi.

– Słuchaj, nie zdziw się… może przyjechać Grześ Bujała. W razie czego niech przenocuje w mojej sypialni.

– Mam w nosie taki układ! – zdenerwowała się Zuzanna. – Nie śpię z żadnym obcym facetem!

– Nie musisz. Grześ zajmie mój pokój.

– Tego nie było w umowie. Pies, kwiatki, mieszkanie, ale nie ten bufon! Zresztą dzwonił przed chwilą i nic nie mówił!

– Kto jeszcze dzwonił?

– Do ciebie nikt.

– To co? Zajmiesz się Grzesiem, prawda? Jedzenia wam na pewno wystarczy. Gut, gut, bitte… To nie do ciebie, kochanie, muszę kończyć.

– Cholera! – powiedziała Zuzanna, choć tego Weronika nie mogła już usłyszeć. – Cholera jasna! – powtórzyła, odkładając słuchawkę.

Zajrzała do sypialni siostry, jakby tam, na samą zapowiedź przyjazdu Bujały, zaczynało kiełkować jakieś zło. Uważnie popatrzyła na łóżko. Wierzchnie nakrycie było pomarszczone i niezbyt starannie naciągnięte. A przecież Weronika, jak przystało na pedantkę, pięć razy obchodziła łóżko w koło i wygładzała wszystkie fałdki.

– Czaruś! Przepraszam: Cymbał! – krzyknęła Zuzanna. – Jak jeszcze raz zobaczę, że wylegujesz się na łóżku pani, to ci nogi z kupra powyrywam. Pies musi znać swoje miejsce. Masz swój materacyk? Masz. No!

Psiak przez cały czas plątał się pod nogami i przeszkadzał w poprawianiu nakrycia, więc zawołała go do kuchni na kolację. Pamiętała, że w zlewie został talerz z obiadu i psia miska. Swój talerz zamierzała umyć po kolacji, ale miska Cymbałka była potrzebna. Sięgnęła do zlewu i zastygła z wyciągniętą ręką.

– Cymbałku – szepnęła. – Ja jadłam z talerza, ty z miski, to dlaczego w zlewie mamy dwa talerze, dwie pary sztućców, dwie filiżanki i jedną psią miskę? U ciebie się zgadza, u mnie nie!

Gdyby w tym momencie ktoś jej powiedział, że Cymbał dla ubawu posługuje się nożem i widelcem, pewnie by uwierzyła. Już niemal pogodziła się z myślą, że sama jadła z dwu talerzy, kiedy na jednym dostrzegła wyraźne ślady keczupu. O, nie! Mogła w przypływie szalonego apetytu jeść nawet z pięciu, lecz bez keczupu, którego nie znosiła.

Z Cymbałem u nogi obeszła pokoje. Zajrzała też, tak na wszelki wypadek, do garderoby. Pies nie wykazywał żadnego zdenerwowania, nie biegał po niczyich śladach, nie węszył. W mieszkaniu z całą pewnością byli tylko we dwójkę: ona i mops. Na dźwięk telefonu podskoczyła przerażona.

– Cześć, stary! To ja, twój ukochany scenarzysta – rozszczebiotała się słuchawka. – Mam bomba dziewczynę do roli Magdy. Nie mów nie, dopóki sam nie zobaczysz! Nie zrobisz mi tego, stary! Obiecałeś, rozumiem, nie pierwszy raz obiecałeś, to teraz powiedz tej małej, że nici z roli i po kłopocie. Prześpij się z moją propozycją, zadzwonię jutro!

Jeżeli Zuzannie czegoś brakowało do szczęścia, to właśnie telefonów szaleńca. To musiał być wariat albo mitoman. Nikt normalny na dźwięk kobiecego „halo” nie wrzeszczy „cześć stary!”. Uklękła na podłodze i objęła Cymbałka. Psiak był cieplutki i ufny, jego bliskość działała uspokajająco.

– Co tu się u was dzieje, Cymbałku? Wariaci dzwonią, pół biedy, na wariatów nie ma sposobu, ale co z kluczami? Chyba musi być trzeci komplet, nie uważasz? Ciekawe u kogo? Ten ktoś buszował po mieszkaniu, kiedy my sobie łaziliśmy po osiedlu. W lodówce też trochę poprzewracał. Jeżeli chciał się najeść, to na zdrowie, ale co zrobimy, jak przyjdzie w nocy? Myślisz, że powinnam zadzwonić do twojej pani? Chyba powinnam.

Zamiast Weroniki w komórce odezwał się miły głosik, który powiadomił Zuzannę, że abonent jest chwilowo niedostępny. Skoro niedostępny, to Zuzanna postanowiła też być niedostępna i zastawiła drzwi wejściowe szafką na buty. Zawsze to trudniej wedrzeć się do mieszkania i hałasu więcej. Ale i tak przez pół nocy nasłuchiwała i łowiła wszystkie szmery w budynku. Gdzieś na górze płakało dziecko, na dole ktoś słuchał Perfektu, wreszcie zmęczona usnęła.

Ranek wstał rześki, chłodny i z miejsca nadał właściwy wymiar wydarzeniom poprzedniego wieczoru. Mrok sprzyja lękom, budzi strachy ukryte gdzieś głęboko, natomiast jasne światło słońca uspokaja, że nie ma żadnych powodów do obaw, że strachy tkwią w człowieku, nigdzie więcej. Przynajmniej te wymyślone. Zastanawiając się przy śniadaniu nad nieproszoną wizytą, Zuzanna doszła do wniosku, że musiał to być ktoś z bliskich znajomych Weroniki, ktoś, komu siostra sama dała klucze. Na oko niczego w mieszkaniu nie ubyło, może z wyjątkiem wędlin i keczupu. Obrazy wisiały na ścianach, nikt nie ruszał srebrnych wazonów ani cennych bibelotów. Mógł co prawda grzebać w szufladach i skrytkach, jednak tego nie potrafiłaby stwierdzić. Podejrzewała, że był to sobotni mężczyzna, ten od randki. Wstąpił, podjadł, odpoczął i poszedł dalej. Ona też zamierzała ruszyć na spacer z psem. Odszukała smycz, udając, że nie widzi zasmuconej miny mopsika. Biedak szalał z uciechy, że wychodzą, i jednocześnie cierpiał jak potępieniec na sam widok smyczy.

– Żadnych porachunków z kolegami, proszę psa! Żadnego szarpania, bo uwiążę do drzewa i zostawię!

Wyszła na korytarz w chwili, gdy z drzwi na wprost, czyli od Radosława, wybiegło coś… jakby podomkowe błękity i zniknęło za drzwiami Inki. Wszystko razem trwało ledwie moment i zakończyło się zgrzytem dwóch zamków. No, no, pomyślała Zuzanna. Nic więcej nie myślała, bo nocne życie sąsiadów Weroniki było jej kompletnie obojętne. Cieszyła się, że ranek wstał słoneczny, że pies wyrywał się do biegu, a lasek kusił zielenią. To było wszystko, czego w tej chwili potrzebowała.

– Cymbał, nie tak szybko, reguluj oddech! – zawołała, gdy psiak próbował narzucić swoje tempo.

Za sobą usłyszała przyspieszony tupot. Nawet wiedziała czyje to kroki i wcale się nie zdziwiła, gdy obok pojawił się Radosław.

– Cymbał? To chyba nie było do mnie?

– Czaruś też nie – przypomniała, nie zwalniając kroku.

Przez chwilę biegli w milczeniu.

– Czy pani Weronika wyjechała już do Norwegii?

– Nie, dlaczego miała wyjeżdżać? – udała zaskoczenie, w duchu zaś nazwała go łgarzem i picerem. Musiał wiedzieć, choćby od Inki, że wyjechała do Niemiec i teraz coś kręcił. – Jest w pracy – wyjaśniła obojętnym tonem.

– Nie nudzisz się sama? Nawet nie masz z kim porozmawiać.

– Nigdy się nie nudzę. Poza tym jemu się mordka nie zamyka – wskazała brodą psiaka.

– Ziewa?

– Opowiada.

– Niesamowita jesteś. I co takiego ci opowiedział?

Stanęła; Radosław wyprzedził ją kilka kroków, nim się zorientował, i też stanął. Roześmiała się i zgrabnie zawróciła, rzucając przez ramię:

– Niestety, to się nie nadaje do powtórzenia.

Intuicja kobiety dwudziestosześcioletniej podpowiadała jej, że żaden obcy mężczyzna nie troszczy się o obcą kobietę bezinteresownie. Jeżeli pytał, czy się nie nudzi, to albo zamierzał zaprosić ją do siebie, albo wprosić się do niej. Umknęła, żeby nie kręcić, nie wymawiać się brakiem czasu, bo uznała, że obie propozycje byłyby nie do przyjęcia.

Wizytówki wyszły lepiej, niż myślała. Jest coś takiego w słowie drukowanym, że choćby było żywym łgarstwem, wygląda jak najprawdziwsza prawda. Patrząc na nazwę instytutu, który sama powołała do życia, na swój dyrektorski tytuł, zastanawiała się, od czego zacznie działalność. Zdecydowała, że powinna odwiedzić siedzibę instytutu. Na to konto kupiła butelkę czerwonego wina i zaraz po obiedzie pojechała do śródmieścia, na Żeglarską. Spodziewała się zastać samotną Li, a zastała Malwinę w towarzystwie chłopaka ogolonego na łyso. Siedzieli grzecznie na krzesełkach, gadali i nic nie wskazywało na to, że mieli zamiar robić coś innego. Zresztą chłopak na widok Zuzanny zmył się natychmiast.

– Wystraszyłam ci gościa?

– Możliwe. Jest tak nieśmiały, że rumieni się, zanim pomyśli o dziewczynie. Klapnij i mów, co ci zrobić do picia?

– Ty i on to coś poważniejszego?

– Jasne. On mnie traktuje jak konfesjonał, czyli bardzo poważnie. Ja jego też poważnie, bo to miły chłopiec. Jeden z nielicznych, którzy nie podlizują się Guziołkowi, nie donoszą i próbują poczytać troszkę więcej, niż zapisano w firmowym menu. Odłożyłam mu Tolkiena, ale z wrażenia nie zabrał.

Na widok eleganckich wizytówek i adresu firmy Malwina dostała ataku śmiechu. Zresztą Zuzanna wtórowała jej bez żadnych zahamowań. Piszczały, płakały, pociągały nosami, w końcu któraś łapała oddech i zaczynały od nowa.

– Przestań, bo już nie mogę – jęknęła dyrektor Korecka. – Pomysł jest głupawy, chociaż niegłupi. W okresie przejściowym, zanim powstaną właściwe elity, najbardziej popłatnym zajęciem jest schlebianie próżności bufonów. Gdybym znalazła jakiegoś niedopieszczonego szlachcica albo wynaturzonego magnata, to mogłabym mu wyprowadzić rodowód od Popiela. Kto to sprawdzi? A taka rodzinna historia z drzewkiem genealogicznym na okładce będzie prześlicznie zdobiła gabinet pana domu albo nawet salon.

– A jeżeli masz złe wyobrażenie o elitach?

– Nie mówię o elitach, tylko o ludziach, którym do szczęścia brakuje właściwego pochodzenia.

– Wszystko jedno. I tak jestem pewna, że mówimy o czymś, o czym obie nie mamy pojęcia.

– Pojęcie przychodzi w miarę działania. Chyba niezła polonistka nie miałaby kłopotów ze spisaniem historii rodziny? Pożółkłe dokumenty, archiwa, księgi parafialne, wspomnienia, zdjęcia… Dla mnie to kapitalna sprawa. Mówię teraz zupełnie serio: podjęłabym się takiej pracy i zrobiłabym to bardzo rzetelnie. Dobry komputer, drukarka, skaner i stronę techniczną mam z głowy. Zostaje tylko introligator.

– I zamówienia. Zapomniałaś o zamówieniach.

– Może na początek ogłoszenie w gazecie?

Zuzanna coraz bardziej zapalała się do pomysłu i była właśnie na etapie huraoptymizmu, czyli pełnej wiary w sukces. Jeszcze nie wiedziała, co i jak, z kim i gdzie, ale już przed oczami migały jej tomy oprawione w skórę. Koniecznie w skórę, ewentualnie w ładne płótno.

– Malwa, a gdybyśmy założyły spółkę?

– Świetnie! Ile zarobię na początek?

Projekt chwilowo upadł. Malwina, mimo romantycznej duszy i zamiłowania do romansów pisanych, twardo stąpała po ziemi. Jej nikt nie pytał, czy ma pieniądze. Sama musiała zapracować na siebie i swoje skryte marzenia, czyli na dłuższy wyjazd za granicę. Już nie do restauracji, nie do niańczenia dzieci, tylko do poważnej pracy tłumacza, którą obiecał załatwić kuzyn. Potrzebowała pieniędzy na bilet i na zainstalowanie się na miejscu. To nie były drobne kwoty, dlatego trzymała się „Hossy”. W nielicznych wolnych chwilach czytała angielskie książki i szykowała się do egzaminu państwowego. O swoich planach nie mówiła nawet Li. Zawsze czuła się bliżej związana z Zuzanną. Cóż, w bardzo zgranej trójcy też można wyłuskać tę bardziej zgraną dwójkę, co nie znaczy, że Li była zepchnięta na margines.

– Czy australijski kangur odzywa się czasem? – spytała Zuzanna.

– Czasem dzwoni, choć już nie tak często jak kiedyś. Li nie wydaje się zachwycona jego telefonami. Myślę, że postawiła na facecie krzyżyk. Na razie udaje, że wszystko jest w porządku, choć nie jest. Li, z tym swoim niewiarygodnym szczęściem, nie przywykła do porażek. Pamiętasz jej egzaminy? Dwa, trzy tematy obkute i za każdym razem strzał w dziesiątkę. Chciała dramat romantyczny, był dramat, chciała Skamandra, był Skamander, i tak ze wszystkim. Teraz wygląda na to, że karta się odwróciła. Jak na razie tylko ty masz szansę na szybkie ułożenie sobie życia. Co porabia doktor Gapski? Tęskni?

– Reperuje ludziom kości, mówi, że tęskni, ale tak naprawdę to my chyba do siebie nie pasujemy. Nie przerywaj, wiem, co chcesz powiedzieć, wszyscy mi to mówią, ostatnio nawet Weronika, że lepszego chłopaka na tym porąbanym świecie nie znajdę. Tylko widzisz, ja czasem się zastanawiam, czy wyjście za mąż to jest najlepsze wyjście, jakie mi zostało. On chce mieć dom, rodzinę, chce, żebym ja dyrygowała w kuchni i w dziecinnym pokoju, żebyśmy w niedziele wyjeżdżali na wycieczki. Ładne są te jego plany, jednak zbyt barchanowe. Mnie się marzy własna kariera, chcę robić coś ciekawego, nawet pobłyszczeć, jeśli się uda, byle wśród ludzi. A taki dom, pieluszki i krupnik na obiad nie gwarantują sukcesu.

– Można to chyba jakoś pogodzić?

– Wiesz, co to jest guzik-wyrzut sumienia? To taki normalny guziczek, który urwał się od męskiej koszuli. Facet bierze igłę, nitkę i przyszywa. Świat się nie zawala, bo nigdzie nie jest powiedziane, że igła pasuje wyłącznie do damskiej ręki. Łukasz położy taki guzik na biurku, zresztą obojętnie gdzie, byle w zasięgu mojego wzroku. I to nie on, tylko guzik przypomina mi: „musisz!”, „powinnaś!”, „to twój obowiązek!”. Mam w nosie wszystkie guziki świata, wszystkie męskie skarpetki i wymięte koszule. Jeszcze nie jesteśmy małżeństwem, a ja już mam obowiązki, muszę i powinnam, gdy tymczasem on niczego nie musi.

 

– Można to chyba jakoś pogodzić!!!

– Będziesz pierwszą osobą, której powiem, czy można, czy nie. Chwilowo sama nie wiem.

Cymbał oszalał z radości na widok Zuzanny. Lizał ją po rękach, podskakiwał, kręcił się w kółko, jakby rozstali się nie cztery godziny wcześniej, lecz co najmniej miesiąc. W pewnym momencie znieruchomiał, spojrzał z wyraźnym żalem, po czym odmaszerował do kąta, gdzie usiadł z mordką zwróconą do ściany.

– Cymbał, obraziłeś się na panią?

Cymbał nic. Nawet nie drgnął. Widok był tak zaskakujący, że dziewczyna wybuchnęła śmiechem.

– Ach, ty artysto! Szkoda, że tego Łukasz nie widzi! Ta sama mina, ten sam obrażony wdzięk, a przecież nawet się nie znacie. Nie dasz pani łapki, małpo?

Odwrócił głowę, łypnął okiem, jednak tyłka z poduszki nie ruszył. Wciąż demonstrował swoje wielkie niezadowolenie z faktu, że przez kilka godzin tkwił w domu samotnie. Dopiero kiedy przyklęknęła obok, kiedy ze śmiechem zaczęła go tarmosić, nie wytrzymał. Poszaleli chwilę i zaraz potem zgodnie poszli do kuchni.

– O, nie, nie, Cymbałku, bez przesady. Z jednej miski jeść nie będziemy. Wiesz dlaczego? Bo jak się dzielić, to sprawiedliwie, a ja nie przepadam za twoją suchą karmą.

Szykując kolację, zagadywała do Cymbałka, plotła, co jej ślina na język przyniosła, i w końcu poczuła się w mieszkaniu Weroniki o wiele pewniej, nawet całkiem pewnie. Samotność to przede wszystkim uporczywe milczenie, pomyślała. Nie chciała milczeć, Cymbał zaś doskonale nadawał się na słuchacza. Przyniosła poduszkę do jadalni, żeby mu było miękko, sama rozsiadła się na krześle. Słuchał z przechylonym łebkiem, łowił każde słowo, nie przerywał, nie mądrzył się i co najważniejsze, nie próbował za wszelką cenę lansować własnych poglądów. Zgadzał się absolutnie z każdym słowem Zuzanny i to było bardzo miłe.

– Jesteś rasowym facetem, Cymbałku, chociaż nie nosisz portek. Uważasz, że mnie nie wolno wyjść na godzinkę? No, zgoda, niechby na cztery, nie jestem drobiazgowa. Mnie nie wolno, ale wczoraj na spacerze kto kogo zostawił na godzinę… no, może na pół? Pogoniłeś za kumplem i guzik cię obchodziło, co czułam! Co w was, facetach, takiego siedzi, że widzicie jedynie swoje racje? Każdy ma chyba prawo do kawałka własnego życia, dziewczyny też. Nie udawaj, że nie wiesz, o czym mówię, i przestań się podlizywać! Mówię o zarozumialstwie i cholernej męskiej zaborczości. Taki choćby Łukasz. Niby wykształcony i świadomy, najchętniej jednak zamknąłby mnie w domu na dwa zamki. Wiesz, co mi dzisiaj powiedział przez telefon? Że popełniłam błąd, wyjeżdżając. Powiedziałbyś tak swojej dziewczynie? To chyba grube nieporozumienie, prawda? Myślisz, że on tylko straszy? Straszy, i to mnie właśnie wnerwia, bo nie lubię być straszona! Dzisiaj w autobusie coś mi wpadło do głowy. Pomyślałam sobie, że nieprzypadkowo Weronika z Łukaszem tak bardzo się lubią. Oni by pasowali do siebie… Nie truję, sama jestem zaskoczona genialnością tego pomysłu. Weronika lubi matkować facetom, lubi ich karmić, obszywać, rozpieszczać i wiem, że to bardzo by się Łukaszowi podobało. On też spełnia większość jej wymagań. Jest zrównoważony, poważny, choć nie mruk, i nadaje się na filar rodziny. A jaki był Wojciechowski? Zupełnie faceta nie pamiętam. Raz przyjechał z krótką wizytą, chyba nawet nie nocował, i drugi raz na ślub. Jakby był ekstra, to coś bym zapamiętała: oczy, nos, ręce, przecież miałam już te swoje naście lat i oglądałam się za chłopakami. To był osiemdziesiąty ósmy rok, miałam… ile ja miałam… trzynaście lat, prawda? Jednak nie, bo jako trzynastolatka byłam skromna i marzyłam o zakonie. Mówię poważnie… chyba że coś mi się poplątało i zakonnicą chciałam być wcześniej. W każdym razie byłam bardzo młoda i pewnie dlatego nie zwróciłam uwagi na starca Wojciechowskiego. Do matuzalemowego wieku trochę mu brakowało, był kolegą Weroniki z roku, czyli wtedy miał jakieś dwadzieścia pięć lat. Ale jajo! Był młodszy niż ja teraz, a w mojej pamięci wciąż tkwi jako staruch. On musiał być kompletnie nijaki, zgadzasz się ze mną? Natomiast ona była i jest piękna. Więc co ich połączyło: miłość? Ładna mi miłość, jeśli dwa lata później strzelili sobie rozwód. Ależ ten człowieczy los jest porąbany, no nie? Właściwie nie. Ludzie są porąbani, nie los. Powiem ci jeszcze… A to co?

Cymbał poruszył się niespokojnie i zastrzygł uszami. Dzwonek u drzwi zakląskał ponownie, udatnie naśladując ptasie trele. Zuzanna na palcach podeszła do wizjera. Pies węszył niespokojnie pod progiem i to ją wystraszyło. Odetchnęła nieco, kiedy kobieta po tamtej stronie drzwi przedstawiła się jako Inka.

– Jestem Inka, sąsiadka Weroniki – powtórzyła, przekraczając próg. Wyciągnęła na powitanie dłoń drobną i mięciutką jak gąbka do naczyń. Wydawała się nieco młodsza od Weroniki, twarz miała okrągłą, różową, z rozbieganymi oczkami panny Mirki. Było to bardzo specyficzne rozbieganie: wystarczyło kilka sekund, by oczy prześwietliły rozmówcę i dodatkowo całe mieszkanie. Miało się wrażenie, że nie umknie im ani obluzowane ramiączko przy staniku, ani zdechła mucha na parapecie, za doniczką.

– Słyszałam głosy i myślałam, że pani ma gości. – Inka pokazała w przepraszającym uśmiechu dwie wielkie jedynki górne. Wydatne zęby i zadarty nos sprawiały, że przypominała ciekawską mysz.

– A gdybym miała, to co?

– Też bym przyszła, bo strasznie rozbolała mnie głowa. Doktora nie ma, a Weronika posiada rewelacyjne proszki.

Niezachęcana przez Zuzannę weszła do jadalni i rozsiadła się na ulubionym krześle Weroniki. Tuż obok krzesła leżała poduszka Cymbałka. Pies łypnął nieprzychylnie na gościa, wziął w zęby róg poduszki i wymaszerował z jadalni. Zrobił to z taką godnością, że Zuzanna nie mogła opanować śmiechu.

– Widziała pani? – zawołała rozbawiona.

Inka wzruszyła ramionami, po czym oświadczyła, że stanowczo potępia trzymanie zwierząt w domu jako wysoce niehigieniczne i bardzo się dziwi Weronice, bądź co bądź lekarce, że wzięła sobie na głowę niepotrzebny kłopot. Można ostatecznie sprzątać po mężu, ale po psie? Niechby jeszcze chomik, jeżeli już ktoś musi trzymać zwierzaka w domu, w każdym razie na pewno nie kundel, do tego taki paskudny jak ten cały Czaruś. Ona, Inka, nie przepada za psami.

Po tym wystąpieniu Zuzanna z miejsca przestała przepadać za Inką i już wiedziała, że nie polubi babki z dwu powodów: za rozbiegane oczka i za negatywny stosunek do psów w ogóle, do Cymbałka zaś w szczególności. Można nie lubić jednego psa, tak jak nie lubi się jednego czy drugiego człowieka, to jednak nie upoważnia do potępiania w czambuł ludzko-psiej przyjaźni. Spojrzała na kobietę bez sympatii. Inka oglądała jadalnię z miną osoby, która pierwszy raz widzi stół, krzesła, kredens.

– Czy na dworze jest ciepło? – spytała Zuzanna. – Można wyjść w samej bluzce? Właśnie wybieram się z psem na spacer.

W ten prosty sposób próbowała dać do zrozumienia, że czas ma ograniczony, a nawet bardzo się śpieszy. Gość jednak nie miał zamiaru rejterować, wyraźnie nastawiony był na rozmowę, a właściwie wygłaszanie mądrości w rodzaju: lustra nad łóżkiem są bardzo modne, w sklepach nie ma ładnych ciuchów, polskie aktorki nie są tak piękne jak zagraniczne, radzieckie filmy były lepsze od amerykańskich, niektóre kobiety mają w życiu szczęście, inne nie mają. Każda z tych tez, poparta dłuższym wywodem ze wstępem, rozwinięciem i podsumowaniem, mogła być tematem referatu, ale tu, rzucane jedna po drugiej, wprawiały tylko Zuzannę w lekkie zakłopotanie. Całkiem nie wiedziała, co powiedzieć. Na szczęście Inka nie czekała na odpowiedź. Co jakiś czas przerywała potok słów pytaniami „prawda?” i „mam rację?”, po czym sama sobie tę racje przyznawała. Zuzanna udawała zainteresowanie i czekała na cokolwiek, na trzęsienie ziemi, powódź lub inny kataklizm, który zmusi Inkę do odwrotu. Bardzo się ucieszyła na dźwięk skocznego oberka, dobywającego się z torebki.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?