Dziewczyny do wynajęcia

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nie uwierzyła ani przez moment, jednak ostatnie zdanie odrobinę ją zakłuło. Natychmiast więc wyciągnęła ukrytą w rękawie marchewkę.

– Tęsknię za tobą, wiesz? I bardzo cię kocham – szepnęła.

– Ja też – zapewnił gorąco. – Kiedy wrócisz?

Musiała mu delikatnie wytłumaczyć, że nie dzisiaj i nie jutro. W poniedziałek Weronika wyjeżdżała na kurs za granicę i Zuzanna zgodziła się zaopiekować psem i mieszkaniem. Dała już słowo, więc nie mogła się wycofać.

– Tydzień chyba wytrzymasz?

– Ja bez ciebie w ogóle nie wytrzymuję. Chałupa jest za wielka, kanapa za szeroka, nie umiem sobie miejsca znaleźć.

– Trzymaj się, doktorze Gapski, muszę kończyć – powiedziała pośpiesznie na widok wchodzącej Weroniki.

Siostra była w letnim kostiumie, miała staranny makijaż i artystyczny nieład na głowie. Nie kręciła włosów, tylko wciskała w nie jakieś pianki i żele, modelowała palcami pojedyncze kosmyki i w efekcie wyglądała jak młodzieżówka. Zuzanna z trudem powstrzymała gwizdnięcie zachwytu.

– Podwieźć cię? – spytała Weronika.

– Fantastycznie wyglądasz! O ile znam się na facetach, twój Cezary odwali orła z zachwytu.

– Nie znasz się, Lazuniu, na facetach. I nie znasz Cezarego.

– Jeżeli chcesz, żeby twój mops wygłaszał referat na kursie anestezjologów, to nazwij mnie jeszcze raz Lazunią! Trzasnę drzwiami i tyle mnie zobaczysz – wykrzyknęła Zuzanna.

– Dobrze, dobrze, przecież wiem. A wracając do Cezarego, to on nie jest mój, tak jak nigdy nie byłby twój ani niczyj, on jest chłopcem wspólnym. Należy do wszystkich kobiet, rozumiesz?

– Chodzi o pojemność serca czy o nadzwyczajną męską sprawność?

Weronika machnęła ręką, jakby oganiała się od muchy. Na moment przysiadła na krześle, by wyjaśnić Zuzannie, kim jest, a kim nie jest trzydziestodwuletni Cezary. Otóż w sensie społecznym osiągnął etap chłopca i nigdy poza chłopca nie wyszedł. Skromniutkie pokłady wiedzy i inteligencji, nieumiejętnie wykorzystywane, skończyły się wcześniej, niż przewidywała metryka.

– Coś jednak musi robić poza tym, że oddycha, śpi, je i wydala!

– Pięć lat temu przeszedł na rentę i trochę się załamał.

– Chorował?

– Wręcz przeciwnie, był i jest okazem zdrowia. Przyznasz jednak, że renta w wieku dwudziestu ośmiu lat może załamać najodporniejszego.

– Trujesz! Przecież on wymyślił sobie chorobę.

– O tym właśnie mówię. Załamał się w momencie, kiedy do niego dotarło, co takiego wymyślił. Nie każdy jest stworzony do myślenia. On nie jest, rozumiesz?

– Rozumiem, że uważasz go za przygłupa, tylko nie mogę pojąć, co robi przygłup u twojego boku? Jeżeli nie chcesz go adoptować, to musisz w nim widzieć mężczyznę. Innej możliwości chyba nie ma?

– No tak – przyznała Weronika. – O co to ja pytałam? Aha, jeżeli chcesz, mogę cię podwieźć.

Każdy, nawet największy głąb, zrozumiałby, że rozmowa skończona, i nie ma co dłużej strzępić języka. Zuzanna podniosła się z fotela. Nie była zainteresowana podwożeniem. Przywykła do komunikacji miejskiej, poza tym chciała jeszcze kupić wino, a siostra była zagorzałą abstynentką.

– Czy ty wiesz, że krzyczałaś dzisiaj w nocy? – powiedziała, kiedy zbiegały ze schodów.

– Koszmary, koszmary – mruknęła Weronika i nie dodała nic więcej.

Malwina i Li mieszkały w zabytkowej kamienicy w samym centrum miasta. Zabytki, zwłaszcza te zaniedbane, mają to do siebie, że zachwycają wyłącznie turystów. Stanie sobie turysta, zadrze głowę do góry i wybiera, co by tu sfotografować: czy ozdobny fragment gzymsu, który jakimś cudem jeszcze nie odpadł, czy inny detal, potwierdzający dawną świetność obiektu. Natomiast lokator ma po uszy minionego piękna, marzy o solidnym remoncie, niekoniecznie pod wymagającym okiem konserwatora zabytków. Dziewczyny wynajmowały pokój z kuchnią na drugim piętrze. Na pierwsze wchodziło się w miarę wygodnie, na drugie wiodły schody tak kręte, że trzeba było uważać, żeby się przy okazji nie owinąć wokół własnej osi. Poprzednia lokatorka znalazła w bloku nowy kąt, stary zaś wynajęła za niewielkie pieniądze.

– O matko! Wchodząc tutaj, nie mogłam sobie wyobrazić, jak będę schodziła po wypiciu wina – sapnęła Zuzanna, wyłuskając z torby egri bikavera.

– Po jednej butelczynie zamierzasz łazić na czworakach? – zdziwiła się Li.

– Nie wiem, ale po następną będziecie same zjeżdżać na pupie. A gdzie Malwina?

Malwina pracowała. Była sobota, dzień największego ruchu w lokalach. Obiecała, że wróci najwcześniej jak to będzie możliwe, co w przełożeniu na normalny język znaczyło, że nie tak prędko i raczej po północy.

Zuzanna rozejrzała się po wnętrzu. Wybrzuszone ściany przykrywała czysta biała tapeta, tylko z sufitu nad oknem odpadał kawałkami tynk. Całe umeblowanie składało się z dwu tapczaników, stolika, szafy i biurka z komputerem. Pokoik był ciasny i nie miała co marzyć o zwaleniu się koleżankom na głowę. Zresztą zaniechała już myśli o przeprowadzce, bo od poniedziałku zostawała sama na kilkudziesięciu metrach kwadratowych.

Siedziały jak za studenckich czasów na jednym tapczanie, z podkulonymi nogami, w rękach trzymały fajansowe kubki z winem.

– Odlałaś Malwinie? – zatroszczyła się Zuzanna.

– Nie. Naparstek nam zginął!

Wybuch nagłej wesołości sprawił, że Li pochlapała narzutę, a Zuzanna popłakała się ze śmiechu. Mały naparstek wywołał wspomnienia i przeniósł je w nieodległe czasy przygotowań do egzaminów magisterskich. Przepisane i oprawione prace spoczywały już u promotorów, one natomiast wertowały podręczniki i oddawały się naukowym dyskusjom. Przegadane noce w akademiku należały do normalnych. To była ulubiona pora żartów, wygłupów i poważnych rozmów. Noc z naparstkiem upływała pod znakiem sądu nad bohaterkami prozy pozytywistycznej i późniejszej. Obowiązywało jedno kryterium: czy postać jest skrojona na miarę XXI wieku, czyli inaczej mówiąc, w jakim stopniu pasuje do współczesnych czasów. Tak odpowiedzialnej dyskusji nie dało się prowadzić na trzeźwo. Któraś z nich, najpewniej Zuzanna albo Li, wyciągnęła rieslinga, ukrytego na czarną godzinę. Piły z fajansowych wielkich kubków. Malwina przy każdym rozlaniu prosiła tylko o naparsteczek, więc dostawała butelkę do ręki i lała sobie sama.

Izabela Łęcka. Nie pasuje. Uzasadnienie: współczesna Izabela nie wzgardziłaby miłością zamożnego biznesmena tylko dlatego, że facet osobiście pracuje i ma czerwone ręce. Nawet nos mógłby mieć czerwony, byle dodatkowo miał willę z basenem. Justyna Orzelska. Pasuje. Mądra dziewczyna odrzuci kiepskiego artystę lub – co nie daj Boże – narkomana i wybierze porządnego gospodarza. Jak im nie wyjdą uprawy, rozwiną agroturystykę. Emilia Korczyńska. Pasuje i to idealnie. Współczesne Emilie to zdrowe rencistki, które zamieniły książkowe romanse na telenowele, a przed światem obnoszą nadąsaną minę kobiety zrezygnowanej. Karolina Latter. Pasuje nawet lepiej do czasów współczesnych niż do swoich. Jako właścicielka prywatnej renomowanej szkoły z językami obcymi i konną jazdą mogłaby liczyć na sukces, pod warunkiem, że własne dzieci oddałaby do poprawczaka. Siłaczka Bozowska. Nie pasuje. Dzisiaj nauczyciele i lekarze mają lepiej na wsi niż w mieście. Agnieszka Niechcicówna…

– A zapomniałyście o tej, no… o Stefci – odezwała się nieoczekiwanie Malwina. Siedziała z głową wspartą na ręku i z trudem panowała nad opadającymi powiekami.

– Bozowska miała na imię Stasia – sprostowała Zuzanna.

– Niech sobie miała… Ja mówię o Stefci Michorowskiej… dziewczynie ordynata Rudeckiego – mruknęła sennie Malwina.

– Ona się spiła? – Li przygryzła usta, żeby nie wybuchnąć śmiechem.

– No, co wy… naparsteczkiem się spiłam?

Następnego dnia ciężko odchorowała swój naparsteczek i jeszcze ciężej kpiny przyjaciółek. Pieprzyku całej historii dodawał fakt, że jeden z nielicznych kolegów na roku nazywał się Rudecki. Nie był ordynatem i nie był przystojny, więc do żartów nadawał się w sam raz.

– Wiesz, co ci powiem? – Zuzanna już nieco ochłonęła po wybuchu radości. – Z Siłaczką nie miałyśmy wtedy racji. Czy to na wsi, czy w mieście trzeba mieć siłę słonia, żeby wytrzymać reformy, nie pogubić się w programach i jeszcze pracować. Dzieciątka są przemądrzałe, wymagania wobec nauczycieli obłędne, za to pieniądze bardziej niż skromne. Stasia w swoich czasach umarła z nędzy, teraz pękłaby ze złości.

– Ty jakoś nie pękłaś!

– Bo ja mam siłę słonia i tylko przez przypadek nikt mnie nie nazwał siłaczką. Poza tym nie wracam do szkoły.

– Malwa też woli dźwigać tace z zakąskami niż kaganek oświaty. Mówi, że dosyć się napatrzyła na zmagania własnej matki.

Malwina jednak przyszła tuż po dziesiątej. Rzuciła się na Zuzannę z radosnym piskiem. Li trochę przesadziła, mówiąc o pietruszce. Malwa wyglądała gorzej niż pietruszka.

– Musisz tak harować? – zdenerwowała się Zuzanna.

– Tak się złożyło, że muszę. Ojciec stracił pracę, brat studiuje i tylko matka jest przy forsie. Mam się dosadzić na czwartego do nauczycielskiej pensyjki? Słuchajcie, ja na zarobki aż tak bardzo nie narzekam. Z napiwkami wyciągam półtora tysiąca miesięcznie.

– Dodaj, że pracujesz po dwanaście godzin na dobę – wtrąciła Li.

– Nie chodzi o pracę, tylko o traktowanie. Jak człowiek od rana do wieczora słyszy, że jest śmieciem, że nie najął się do ozdoby, tylko do zapier…niczania, to po miesiącu zaczyna w to wierzyć.

– Jak długo tak pociągniesz?

– Dopóki nie znajdę czegoś innego, chyba że wcześniej zostanę menedżerką, czyli karbową wśród kelnerek. Dwa i pół tysiąca miesięcznie do ręki za czujność. Oczy i uszy szeroko otwarte na salę, na zaplecze i oczywiście na całą roboczą hołotę. Szef czasem dodaje: leniwą hołotę. Mówię ci, Zuzanno, nie zna życia, kto nie był kelnerką w „Hossie”! Jak chcesz, to spróbuj, tylko nadziei na etat sobie nie rób. Chętnych jest dużo, a odsiew! Jedna z dziesięciu zostaje.

 

– Strawa dla ciała mnie nie interesuje, wolę coś dla ducha. Myślę o dziennikarstwie. Na początek mogę być wolnym strzelcem. Pobiegam po redakcjach, zobaczę.

– To już lepiej pobiegaj po lesie – zauważyła ironicznie Li. – W redakcjach mają samych młodych, zdolnych, świetnie się zapowiadających ludzi i nowych nie potrzebują. To jest ostra walka o każdą linijkę wierszówki, o każdą złotówkę, dziewczyno, o czym ty mówisz!

– Próbowałaś?

– Chcesz, to biegaj. – Li wzruszyła ramionami. – Czeka cię maraton, bo większość redakcji ma siedzibę w Bydgoszczy.

– We Włocławku wciąż słyszałam, że nic nie można załatwić bez Bydgoszczy. Myślałam, że w Toruniu jest inaczej.

– Dlaczego inaczej? – wtrąciła Malwina. – Toruń ma do władzy trochę bliżej niż Włocławek, ale też daleko. Nie zrażaj się, staruszko, próbuj. Jeżeli w którejś redakcji potraktują cię wyjątkowo nieuprzejmie, zaproponuj reportaż o najemnikach z „Hossy”. Guziołek natychmiast zniszczy redakcję i w ten sposób cudzymi rękami załatwisz swoje porachunki. Ten facet ma nieprawdopodobne chody.

– No co ty, to już chyba nie te czasy! – roześmiała się Zuzanna.

– Nie wiem, o jakich czasach myślisz, jednak zapewniam cię, że rodzina Guziołków zawsze miała wpływy, władzę i pieniądze. Stara, dobra, prominencka rodzina, która wypłynęła w sześćdziesiątym ósmym, by już w siedemdziesiątym dorwać się do steru. System runął, a oni mają się coraz lepiej i pewnie błogosławią przemiany ustrojowe. Dzięki ojcu Bolo Guziołek kupił za śmieszne grosze piękny lokal w centrum, czyli podstawę swojej fortuny. A dalej to już sam się stara. Sto tysięcy zysku miesięcznie. Zysku, nie obrotu, kapujecie?

– Skąd to wiadomo? Biega i każdemu zwierza się ze swoich zysków? – zdziwiła się Zuzanna.

– Każdemu nie. Wystarczy, że zwierza się swojej konkubinie.

– Tobie?!

– Znasz przypowieść o głowie i murze? To się puknij, Zuza! Jego konkubina Magda jest menedżerką. Wygląda jak upadły anioł z oczami zdychającej gazeli i jest wredniejsza od starego. Tudzież głupia. I taka pewna siebie, że szczęka opada. Czasem dorywa ją ochota, żeby się pochwalić swoim Bolem i nie zawsze mówi to, co powinna.

– A ten twój Guziołek nie reflektuje przypadkiem na drugą konkubinę? – zainteresowała się Zuzanna.

Malwina popiła łyk i czy to z nadmiaru winnego kwasu, czy na wspomnienie pryncypała wykrzywiła usta w grymasie obrzydzenia.

– Zamiast pytać w redakcjach o etat, od razu daj ogłoszenie: Piękna, młoda i zwichnięta moralnie wynajmie się za… albo lepiej: poszukuje sponsora. Kawalerowie mile…

– Nie muszą być kawalerowie.

– To jeszcze lepiej. Dodaj, że wszystkie wady, łącznie z obrączką, mile widziane. Każdy, który odpowie, będzie lepszy od Guziołka.

Nawet się nie obejrzały, kiedy zegar wskazał północ. Siedziały po turecku na tapczanikach, popijały wino na przemian z herbatą i nie milkły ani na chwilę. Znowu było tak, jak za studenckich czasów. Tylko że wtedy największe zmartwienia wiązały się z sesją egzaminacyjną, przyszłość zaś rysowała się pięknie i obiecująco. Rok samodzielności sprowadził je na ziemię. Ludzie z grupy, przynajmniej ci, którzy zostali w Toruniu, też nie robili zawrotnych karier. Alina reklamowała podpaski w supermarkcie, Rudecki, ten co to nie był piękny i nie był ordynatem, spacerował po Szerokiej w charakterze słupa ogłoszeniowego, a niejaki Bocian, przemiły mól książkowy, pracował jako nocnik, czyli nocny sprzątacz w McDonaldzie. Zuzanna próbowała przypomnieć sobie choć jedną młodą kobietę, która robiłaby prawdziwą karierę. Oprócz Julki Wydroniowej nikt inny nie przychodził jej do głowy. Julka kierowała dużym działem we włocławskiej firmie, zarabiała pieniądze i czuła się spełniona zawodowo. No tak, tylko że Julka skończyła informatykę, nie filologię. Współczesne czasy nie były łaskawe dla humanistów. Malwina chyba myślała jota w jotę tak samo.

– Właściwie co można robić po polonistyce? – spytała.

– Jak widać, wszystko – odpowiedziała przytomnie Li. – Pracować w reklamie, myć sraczyki, a jak ktoś się uprze, to nawet uczyć w szkole.

– To nie jest tak… To nie tak – ocknęła się Zuzanna. – Ja na przykład myślę o dziennikarstwie, ale jednocześnie chodzi mi po głowie praca na własny rachunek. Z czego się śmiejecie?

Rozbawiła je do łez. Zaczęły prześcigać się w doradztwie, przy czym nie wychodziły poza rejony najniższych aspiracji. Pozyskiwanie odpadów wtórnych i zamiatanie ulic to były najambitniejsze propozycje. Oczywiście śmiała się razem z nimi, jednak coś jej tam w duszy kiełkowało, o czym wolała nie mówić za wcześnie. Malwina oprzytomniała pierwsza. Zasmuciła się i nie mogła odżałować, że we właściwym czasie nie powtórzyła pomysłu z blaszanym bębenkiem. Normalne dzieciństwo ma swoje wady, dużo różnych wad, ma też jedną wielką zaletę: zwalnia od przyziemnych trosk.

– Oskarowi bębenek nie pomógł, skończył w wariatkowie – przypomniała Zuzanna.

– A ja gdzie skończę? Jak długo możesz pracować z ludźmi, na widok których dostajesz kurwicy?

Trudno było poznać Malwinę. Jeszcze rok temu tępiła poczciwe „cholery” jako wulgarne, o żadnym mężczyźnie nie powiedziała „facet” i czuwała nad rozpasanymi przyjaciółkami, żeby sobie za dużo nie pozwalały. Była jednojęzyczna, posługiwała się wyłącznie staranną polszczyzną literacką, co odróżniało ją od dwujęzycznych dziewczyn, które poza murami uczelni zasuwały slangiem młodzieżowym. Tamtej Malwy, delikatnej i subtelnej, już nie było.

Zuzanna spojrzała na zegarek i z ociąganiem podniosła się wreszcie ze skotłowanego tapczanu. Li wyszła do przedpokoju, żeby zadzwonić po taksówkę.

– Czy ten komputer jest na chodzie? – spytała cicho Zuzanna.

– Myślałaś, że Li trzyma go ze snobizmu? Ona też pracuje po dwanaście godzin na dobę, nie myśl sobie.

– Redaguje w domu?

– Akurat! Przypomina ognistą Hiszpankę, to ją najęli do tępienia byków. Ślipie nad korektą. Nie wiedziałaś?

– Taksówka będzie za trzy minuty!

Li może nawet słyszała ostatnie słowa Malwiny, ale zachowała się tak, jakby nie słyszała.

– Chcesz popracować, masz coś do napisania, proszę bardzo. Przed południem komputer jest wolny – powiedziała.

Zuzanna bardzo się ucieszyła, że może pracować, choć jeszcze nie wiedziała nad czym. Pomyślała o artykule do gazety i trudno powiedzieć, czemu przypomniała sobie chudego szlachcica. Pojawił się, zniknął, za to taksówka już stała pod domem. Mimo wypitego wina nie zjechała z żadnego zakręconego schodka.

Z czterech pokoi Weronika najbardziej lubiła jadalnię, która zupełnie nie pasowała do reszty mieszkania. Wszystkie meble, oprócz telewizora, pochodziły z tego samego starego kompletu. Szczególnie piękny był okrągły stół, wsparty na jednej rzeźbionej nodze. W razie potrzeby blat można było rozsunąć i wtedy mieściło się przy nim nawet dwanaście osób. Normalnie jednak zajmował niewiele miejsca w centralnym punkcie pokoju, pod witrażową lampą. Dla Weroniki był najważniejszym meblem w domu, tak jak jadalnia była najważniejszym pomieszczeniem. A przecież do posiedzenia miała jeszcze salon z obrotowymi fotelami, ze ścianami w obrazach. Raz tylko tam weszły, pierwszego dnia, gdy Zuzanna oglądała mieszkanie. Był wieczór, więc nie zdziwiły jej zaciągnięte rolety. Na zdziwienie przyszedł czas, gdy siostra nie odsłoniła okien w sobotę ani w niedzielę.

– Lubisz taki liliowy półmrok? – spytała.

– Od słońca dywany płowieją… Zresztą nie mam wyboru. Te okna wychodzą na zagonik ogórków i kompostownik. Wiesz, jak śmierdzi przegarniany kompost? Awanturę zacznę robić dopiero po remoncie balkonu. No właśnie, miałam ci powiedzieć…

Nie zdążyła niczego powiedzieć, bo znowu zadzwonił ten ktoś, kogo tytułowała matołkiem, fisiem i mitomanem. Rozmowa tym razem była nieco dłuższa i wyraźnie zirytowała Weronikę. Czekała chyba na tego kogoś, a on nie za bardzo się śpieszył. Ze złością odłożyła słuchawkę i siedziała, bębniąc palcami po stole. Zuzanna pomyślała, że taka pochmurna i zacięta mina wróży milczenie do końca dnia. Na szczęście zaduma minęła równie szybko, jak przyszła. Weronika włożyła na twarz swój zniewalający uśmiech.

– Na obiad proponuję zupę serową z grzankami. Lubisz? – spytała.

– Chce ci się gotować?

– Jeżeli tylko mam dla kogo, to oczywiście! Wiesz, na czym polega dramat kobiet samotnych? Są wolne, same o wszystkim decydują, mają czas wyłącznie dla siebie i to jest piękne, ale nie mają dla kogo gotować i to jest smutne. Dlatego mężczyźni są tacy cenni: znają się na dobrej kuchni.

– Cenni? Facetów do karmienia chyba nie brakuje?

– Snuję ogólne rozważania, Lazu… przepraszam, Zuzanno! W swoim życiu spotkałam tylko jednego, którego chciałabym karmić.

– I co z nim? Chyba go nie otrułaś?

– Nie otrułam. To co, robimy zupę serową?

– A gdybym cię zaprosiła do dobrego lokalu, powiedzmy do „Hossy”, to…

Weronika zgubiła swój uroczy uśmiech. Przerwała w pół słowa tonem tak kategorycznym, że dalsza dyskusja wydawała się niemożliwa:

– „Hossa” to nie jest lokal dla szanujących się kobiet. W życiu tam nie byłam, nie pójdę, a tobie nogi z tyłka powyrywam, jeżeli mnie nie posłuchasz!

I wyszła do kuchni. Zaskoczona Zuzanna została w jadalni. Przerzuciła gazetę, pobawiła się z Czarusiem, zajrzała na moment do salonu. Zasłonięte okna sprawiały przygnębiające wrażenie, tym bardziej że na dworze było pochmurno. Miała ochotę pokręcić się w jednym z foteli, ale dała spokój. Dziwił ją ten opuszczony salon oraz brak gabinetu do pracy, takiego z biurkiem, z regałem na najpotrzebniejsze książki i papiery. Dla niej była to nieodzowna część mieszkania. W rodzinnym domu każdy miał swój pokój do pracy. Przywykła do własnego kąta i małe mieszkania traktowała jako wybryk natury. Włocławska kawalerka, odziedziczona po Julii Wydroniowej, była koszmarnie mała. Deptali sobie z Łukaszem po piętach. Jedno chciało pracować, drugie spać, jedno chciało czytać, drugie oglądać telewizję. Trzeba było dużo dobrej woli, żeby nie sprzeczać się od rana do wieczora o drobiazgi. Weronika co prawda mieszkała sama, jej nikt nie grzebał w papierach, ale gabinet mogłaby mieć. Zuzanna zajrzała do kuchni. Z lubością wciągnęła w nozdrza zapach warzyw i gotującej się zupy.

– Ubij śmietanę do deseru – poprosiła Weronika. Zapomniała już o wybuchu złości, głos miała pogodny, nawet wesoły. – To będzie deser patriotyczny. Nie śmiej się, pomysł ściągnęłam z jakiejś knajpy. Czerwona galaretka z białą śmietaną. Galaretka jest na wiśniach z mojego sadu.

– Przecież nie byłaś w domu co najmniej od roku – zdziwiła się Zuzanna.

– Mówię o swoim sadzie, tym wokół dworku dziadków Poręckich w Lipiankach. Odkupiłam stary dom, wyremontowałam i mam wreszcie swoje własne siedlisko. Czyżbym cię zaskoczyła?

Oczywiście, że zaskoczyła. Nigdy wcześniej nawet nie wspomniała o takim zamiarze, a tu okazuje się, że po remoncie wyszedł spory dom z mieszkalnym poddaszem, z dwiema łazienkami, których dziadkowie Poręccy na pewno nie mieli, z wielką kuchnią i ganeczkiem na kolumienkach.

– Odkąd mam ten dom, nie boję się starości – powiedziała Weronika. – Moment, chwila i stuknie mi czterdziestka. Kobiety w mojej rodzinie naznaczone są skazą genetyczną, wszystkie umierają bardzo młodo. Mama miała zaledwie trzydzieści trzy lata.

– Wobec tego nie masz szans, żeby umrzeć młodo – powiedziała bezlitośnie Zuzanna. – Skończyłaś trzydzieści osiem i skaza nie zadziałała. Czy ty nie rozumiesz, że one wszystkie zginęły w wypadkach?

– Właśnie to jest zastanawiające. W każdym razie jeżeli dożyję starości, przeniosę się do Lipianek.

– Słuchaj, zanim zestarzejesz się na amen, nastaw jeszcze pralkę, co? Brudy wylatują z kosza i nie mam gdzie dokładać swoich majtek. Jutro wszystko poprasuję i pochowam.

Weronika bez większego zapału zniknęła w łazience. Miała nową, bardzo mądrą pralkę, której Zuzanna w ogóle nie umiała obsługiwać. Weronika zresztą też nie za bardzo i musiała korzystać z instrukcji.

Obiad był popisem kulinarnych umiejętności Weroniki. Zupa serowa z grzankami, polędwiczki wieprzowe w warzywach i deser patriotyczny, to były trzy poematy w najlepszym gatunku. Zuzanna odgrażała się, że pęknie, ale jeszcze znalazła miejsce na filiżankę wybornej zielonej herbaty. I nie szczędziła siostrze komplementów.

– Kto wynalazł chude kobiety? – zastanowiła się Weronika. – Psychopata albo wątrobowiec… ewentualnie psychopatyczny wątrobowiec i przy okazji kreator mody. Chude potrzebują mniej materiału na kiecki i są tańsze w ubieraniu. Innej odpowiedzi nie znajduję. A ty?

 

– Mnie nikt nie wynalazł, ja jestem chuda od urodzenia. Wchłaniam jak odkurzacz i nic nie pomaga. Chciałabym przytyć, jednak nie tak przesadnie, żeby wylewać się z największego stanika i największych majtek.

– Teraz to już mówisz o nadwadze, czyli najpoważniejszej chorobie naszego wieku – powiedziała Weronika. Poprawiła się w swoim wyściełanym krześle z poręczami, najwyraźniej szykując się do dłuższego wykładu, podbudowanego medyczną wiedzą. Zuzanna też poprawiła się w krześle i ucięła sobie krótką drzemkę z otwartymi oczami. Od czasu do czasu mądrze kiwała głową, jednak myślom pozwoliła odpocząć. Nadwaga, metabolizm, brak ruchu, złe nawyki jedzeniowe, bezmyślne odchudzanie się to nie były jej problemy.

– Myślę, że cię nie znudziłam? – spytała Weronika.

– Ależ skąd! – wykrzyknęła Zuzanna, zachwycona, że wykład dobiegł końca i wreszcie pójdą na spacer psimi śladami. Czaruś już się wyraźnie niecierpliwił, biegał od drzwi do krzesła swojej pani, jakby dawał do zrozumienia, że gwałcone są jego niepodważalne prawa do ruchu na świeżym powietrzu. Z bardzo zawiedzioną miną przyjął do wiadomości fakt, że właśnie lunął deszcz i będzie musiał siusiać pod blokiem.

Wieczorem, przed pakowaniem, Weronika wytrząsnęła zawartość torebki na stół i zajęła się porządkami. Na jedną kupkę kładła rzeczy absolutnie niezbędne, na drugą inne. Ta druga rosła o wiele szybciej. Stare kwity z parkingów, wykorzystane bilety do teatru, wizytówki.

– Skąd ty znasz tylu dyrektorów? – zainteresowała się Zuzanna.

– Nie podniecaj się magią tytułów, kochanie. Ci dyrektorzy pracują ciężej niż wyrobnicy, więc muszą mieć coś na osłodę. Przyznasz, że słowo „dyrektor” brzmi ładnie i mile łechce ucho. Ci tutaj to głównie dystrybutorzy leków, przedstawiciele firm farmaceutycznych, najczęściej koledzy po fachu.

– Łukasz też miał taką propozycję, wiesz? Forsa trzy razy większa niż w szpitalu, samochód do dyspozycji i kontrakt na pięć lat.

– I co?

– Co i co? Przecież nie było żadnego wyboru. Po pięciu latach wypadłby z zawodu. Może by go przyjęli, w drodze łaski, do mycia basenów. On już na studia szedł z myślą, że będzie ortopedą. Uważa, że to najbardziej męski dział medycyny.

– I ty takiego chłopaka zostawiłaś bez opieki! Uważaj, żebyś się nie obudziła z ręką w nocniku.

– Przecież on i tak nie mógłby tu ze mną siedzieć. Pracuje, uczy się, zarabia i jeszcze chcesz, żeby wyprowadzał Czarusia na spacery? Ty, a to kto? Główny przedstawiciel na Polskę firmy… Jak to się czyta? To po szwedzku?

– Po norwesku. Za to nazwisko Pieluchowski całkiem polskie. Nie podniecaj się, kochanie. W pierwszym lepszym kantorku z wizytówkami zrobią ci taką samą albo i lepszą.

– Na ładne oczy, bez żadnych papierów?

– Jasne.

– Jesteś pewna?

– Jestem.

Weronika wyjeżdżała w poniedziałek o jedenastej. Wcześniej musiała jeszcze wstąpić do szpitala, więc wychodziła normalnie, jak do pracy. Przy śniadaniu prawie niczego nie tknęła, bo przekazywała Zuzannie zalecenia, przestrogi i upomnienia. Była bardziej rozkojarzona niż w sobotę i niedzielę, kilka razy gubiła wątek i powtarzała to samo: gasić światło, wyłączać gaz, nie wpuszczać obcych i dbać o Czarusia. Tyle dokładnie wiedziałby średnio rozgarnięty uczeń podstawówki.

– Gdzie zostawiasz samochód? – spytała Zuzanna.

– Biorę ze sobą.

– Mówiłaś, że jedziecie autokarem.

Weronika wyraźnie się zmieszała.

– Autokarem, tak, ale muszę jakoś dojechać do szpitala. Zostawię go w szpitalnym garażu.

– Dobra, dobra. Powiedz od razu, że boisz się, żebym sobie nie pożyczyła twojego audika – mruknęła Zuzanna.

Zmieszanie siostry odebrała jako wyraz nieufności i zrobiło się jej przykro. Miała prawo jazdy, czasem jeździła samochodem ojca lub mamy, zawsze za zgodą właścicieli. Nie zamierzała dosiadać drogiego auta siostry i rozbijać się nim po mieście. Poza tym przyzwyczaiła się żyć bez samochodu, czego Weronika za nic nie potrafiła zrozumieć.

– Cały czas mam wrażenie, że czegoś ci jeszcze nie powiedziałam, a powinnam. – Siostra bezradnie pocierała czoło. – O gazie mówiłam, o drzwiach też… Uważaj na klucze, bo to są jedyne zapasowe, Inka już ci nie pomoże.

– Wcześniej też mi nie pomogła.

– Wiem. O czym to ja chciałam… No nic, muszę lecieć. Jak sobie przypomnę, to zadzwonię. W książce telefonicznej masz wizytówkę weterynarza. Gdyby Czaruś źle się poczuł, to umów się z nim.

– Z Czarusiem?

– Nie, z Markiem.

Poprawiła przed lustrem włosy, pociągnęła usta pomadką i taka wypiękniona rzuciła się z uściskami na siostrę i na Czarusia, któremu obiecała piękną dużą kość, jeżeli będzie słuchał cioci. Zuzanna dość już miała pożegnań. Z ulgą zamknęła wreszcie drzwi za Weroniką.

– No, Czaruś! Teraz jesteś na mojej łasce. Żadnego ciumkania, żadnych całusków, tylko ostra tresura. Idziemy pobiegać na ścieżkę zdrowia.

Mopsik chyba zrozumiał, bo przeniósł się z warowaniem pod drzwi. Był niewątpliwie sympatycznym psem, mądrym i z każdą chwilą ładniejszym.

Przez niedzielną ulewę Zuzanna nie zdążyła poznać osiedla ani spacerowych zakątków, więc tylko patrzyła, gdzie zmierzają właściciele czworonogów. Najczęściej nie zmierzali nigdzie. Wychodzili przed klatkę, czekali, aż psiak załatwi pod oknami wszystko, co powinien, i wracali do domów. Gwizdnęła na Czarusia i poszli przed siebie w stronę, która wydawała się najbardziej zielona. Wybór okazał się trafny. Ścieżka prowadziła do niewielkiego lasku, rachitycznego co prawda, ale zawsze. Z tupotem nóg mijali ich miłośnicy joggingu. Zuzanna miała w swoim życiu różne fascynacje sportowe. W czasie studiów dość systematycznie uprawiała właśnie jogging i trenowała koszykówkę, później, już we Włocławku, odkryła aikido i zakochała się w japońskiej sztuce walki. Lubiła też włóczęgę, taką bez żadnych ambitnych celów i założeń. Ze sportem miało to niewiele wspólnego, za to bardzo poprawiało samopoczucie. Szła sobie, rozmyślała o różnych rzeczach i cieszyła się, że jest, żyje, oddycha i że słońce świeci. Czaruś też chyba był zadowolony, w każdym razie karnie trzymał się nogi, co jest cechą psów starannie wychowanych. Niestety, dobre maniery się skończyły, gdy spotkali psa antagonistę. Jeden mały i chudy, drugi też niewielki, choć masywny, a złości między nimi było tyle, że i dwa rottweilery by się nie powstydziły. Nie pomogło przywoływanie. Czaruś ogłuchł, kto wie nawet, czy nie oślepł z nienawiści. Z groźnym ujadaniem pogonił wroga, zostawiając bezradną Zuzannę na ścieżce. Wrócił, kiedy sam uznał za stosowne. I co z tego, że minę miał niepewną, a nawet skruszoną, skoro napędził dziewczynie strachu?

– Jeszcze raz zrobisz mi taki numer, to ja zrobię z ciebie kotlety! – powiedziała mściwie. Jak na złość nie wzięła z domu smyczy i pozostawały jej tylko groźby.

Okrążyli lasek i wracali w stronę domu. Pies najpewniej znał drogę, bo co jakiś czas wyrywał się do przodu.

– Czaruś!

Mężczyzna, który właśnie przebiegał lekkim truchtem, odwrócił się, zdziwiony.

– Słucham.

Gdyby w tym momencie Weronika była pod ręką, to ją przede wszystkim kazałaby posiekać na kotlety za głupi pomysł nadania mopsikowi ludzkiego imienia. Co miała odpowiedzieć? Ja nie do pana, ja do psa?

– Przepraszam, nie wołałam pana.

– Powiedziałaś czaruś?

Stał jakieś cztery kroki przed nią, przechylił głowę i patrzył z miną samca zdobywcy. Nie lubiła takich ironiczno-zaczepnych uśmieszków. Miała ochotę wyminąć faceta i pójść swoją drogą. Z całą pewnością tak właśnie by zrobiła, gdyby nie fakt, że w pewnym sensie byli już znajomymi. To jemu wcisnęła torbę na przechowanie.

– Pan ma na imię Cezary?