Dziewczyny do wynajęcia

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ja – wytworna cynia w zielonym wazonie,

Ty – lampa płonąca nade mną.

W gęstym cieple twojej czułości

gubię płatki.

Pytasz, czy mi dobrze.

Złota główka opada coraz niżej,

Tak-tak, tak-tak.

Około czternastej zmieniła zdanie na temat wiersza. Doszła do wniosku, że jest głupi, grafomański i niczego nie wyjaśnia. Może to za sprawą kwiatka, który już wydał ostatnie tchnienie, a może dopisków Łukasza. Lubił tytuły, więc wstawił: „Zamroczenie”. Pod wierszem podpisał autorkę: „Zuzanna, Wytworna Cyni(czk)a, po wierzchu anioł, w środku chimeryczka”.

– Chciałeś mi dołożyć, doktorze Gapski, i dołożyłeś! – powiedziała z pasją. – Chimeryczką czasem bywam, cyniczką nigdy… tylko czy zdążę ci jeszcze o tym powiedzieć? I po co mi była ta cynia? Mogłam wstawić gerberę albo frezję.

Ze złością rzuciła do wanny plon uczniowskiej sympatii, czyli coś około trzydziestu bukietów, i napuściła zimnej wody. Wyciągnęła z pawlacza torbę i wrzuciła do niej kilka najpotrzebniejszych ciuchów. Przed wyjściem z domu wysłała trzy esemesy: do Weroniki, że przyjeżdża, do Li i Malwiny, że spotkają się o osiemnastej w wiadomej kafejce na Szerokiej. Z torbą na ramieniu stanęła w drzwiach. Przez moment miała wrażenie, że żegna się na zawsze z kątami i z przeszłością. Wróciła do stolika i na kartce z wierszem dopisała trzy słowa: „Zostań, proszę. Zuzanna”. Potem poszła na dworzec, kupiła bilet, wsiadła do pociągu, znalazła w miarę pusty przedział i zamiast skupić się na przyszłości, roztrząsała przeszłość.

– …i właśnie szukam kogoś, kto by mi całą historię rodu opisał – ciągnął chudzielec. Zuzanna nastawiła uszu. – Rozchodzi się o taką instytucję, gdzie zaniosę zdjęcia, jakieś pamiątki, a fachowcy dokopią się w archiwum do reszty. I popatrz, ni czorta, nikt się tym nie zajmuje. Przecież zapłaciłbym. Herb, rozumiesz, to mam na łyżeczkach…

Komórka Zuzanny rozdzwoniła się wesoło na znak, że nadeszła nowa wiadomość. Nim uporała się z odczytaniem, mężczyźni opuścili przedział. Pociąg wjeżdżał na stację Toruń Główny. Weronika donosiła: „Usypiam. Klucz u sasiad obok”.

– Śpij sobie, śpij – mruknęła Zuzanna, jakby siostra nie była anestezjologiem, tylko pospolitym susłem.

W autobusie mignęła jej blada twarz herbowego szlachcica. Szkoda, chłopie, że się nie znamy, pomyślała. Już ja bym ci wyprowadziła twój ród od Sobieskiego, nawet od Mieszka, co za różnica. Ty byś miał satysfakcję, ja kasę, o ile oczywiście twoje pieniądze nie są łgarstwem.

Autobus wjeżdżał na most. W dole połyskiwała rzeka. Zuzanna odruchowo zaczerpnęła powietrza w płuca, jakby Wisła była tuż obok, a nie za oknem zatłoczonego autobusu. To wystarczyło. Poczuła, że rozsadza ją radość istnienia. Głupia chandra zniknęła bez śladu.

Parę miesięcy wcześniej, w każdym razie już po wyjeździe Zuzanny z Torunia, Weronika kupiła nowe mieszkanie. Przez telefon opowiadała cuda: marmurowa łazienka, podgrzewane podłogi, włoskie meble, niemieckie okna, lecz na szczęście widok z okien polski. Miała teraz cztery pokoje, w tym jeden gościnny, w którym zamierzała ulokować siostrę. I to właśnie był poważny kłopot. Zuzanna niemal żałowała starego mieszkania z dwoma pokoikami wielkości przedziałów kolejowych. Tamtej ciasnocie zawdzięczała miejsce w akademiku i życie na pełnym luzie. Było więcej niż pewne, że gdyby zostały razem, to po roku jedna z sióstr Koreckich musiałaby zwariować. I to najpewniej ona, jako młodsza. Różnica dwunastu lat dawała Weronice pewną przewagę, choć – zdaniem Zuzanny – nie dawała prawa do wpychania nosa w cudze sprawy. Mimo wielkich rodzinnych uczuć siostry wytrzymywały ze sobą najwyżej trzy dni. Potem kłóciły się o wszystko: o włos w umywalce, o brudną szklankę, o wyższość spodni nad sukienką, kompletnie o wszystko. Dlatego jadąc do Weroniki, Zuzanna chytrze przemyśliwała, co takiego zrobić lub powiedzieć, by bezboleśnie przenieść się do Li i Malwiny. Najpierw jednak musiała dostać się do mieszkania, czyli wyrwać klucze jakiemuś bliżej nieokreślonemu „sasiad”, który równie dobrze mógł być sąsiadem, jak i sąsiadką. Pokonanie drzwi wejściowych nie było proste. Na karteczkach przy domofonie ani jednego nazwiska, same guziki. Wciskała już trzeci, lecz nikt nie reagował na nazwisko Korecka. Ludzie burczeli gniewnie albo odwieszali słuchawkę bez słowa, co dla sterczącej pod drzwiami Zuzanny miało ten sam efekt. Uparła się, że musi trafić na „sasiada” od kluczy i w końcu trafiła. Czwarty dzwonek okazał się głuchy; dopiero przy piątym usłyszała męski głos, który nie zareagował histerycznie na jej prośbę. Otworzył drzwi wejściowe i jakby tego było mało, uchylił własne i czekał. Na schodach dziewczyna doznała olśnienia. Pomyślała, że szkoda czasu na samotne zwiedzanie wnętrza, które i tak obejrzy wieczorem, więc lepiej od razu prysnąć do miasta.

– Wie pan co, niech mi pan nie daje tych kluczy – powiedziała szybko. – Zostawię tylko torbę. I proszę powiedzieć siostrze, że postaram się wrócić w miarę wcześnie.

Nie spojrzała na człowieka, wcisnęła przez uchylone drzwi swój skromny bagaż i sfrunęła ze schodów. Miała mnóstwo czasu na pobieganie po śródmieściu, obejrzenie wystaw i wdepnięcie do księgarni. W myślach próbowała zrobić przegląd nadwyżek finansowych, które ewentualnie mogłaby upłynnić. W jej wypadku było to zajęcie równie bezcelowe jak systematyczne odchudzanie. Pieniędzy zawsze miała mniej niż potrzeb, więc ograniczyła potrzeby do niezbędnego minimum i dało się żyć. Mawiała: u mnie brak kasy to przejściowy stan chroniczny. Jak przejdzie, będę bogata. Na tym między innymi polegał jej optymizm: wierzyła w siebie i w przyszłość. I jeszcze w rodziców.

Ulica Szeroka niewiele się zmieniła. W miejsce jednych sklepów pojawiły się inne, przybyło kilka lokali ze stolikami na zewnątrz, ale klimat wciąż pozostawał ten sam. Kiedyś próbowała określić, co to znaczy klimat miasta, i doszła do zabawnego wniosku, że to jest to, co ludziom w duszy gra. Jednemu gra na rynku w Kazimierzu, innemu na starówce w Lęborku, a jej grało w Toruniu na Szerokiej. Mogła biegać bez celu, popychana przez tłum, i czuła się szczęśliwa. Od czasu do czasu mignęła znajoma twarz, taka na zwykłe „cześć” lub nieco cieplejsze „hej”. Przed elegancką perfumerią wpadła na Lilianę. Tu już nie wystarczyło ani cześć, ani hej, tu już trzeba było zatamować ruch, by się wyściskać i wycałować.

– A Malwa? – spytała Zuzanna, wyplątując się z objęć Li.

– Niestety, kwitnie dzisiaj w innym ogrodzie.

– Ma chłopaka?

– No co ty, Malwy nie znasz? Pracuje. To miałam na myśli.

Liliana, dla przyjaciółek Li, bo Liana to już był charakter, wypiękniała przez rok jeszcze bardziej, co wydawało się prawie niemożliwe. Patrząc na nią, Zuzanna wreszcie pojęła, na czym polega niesprawiedliwość losu. Jedne dziewczyny, tak jak Li, mają wszystko, a inne też wszystko, tyle że w gorszym gatunku lub zwyczajnie do kitu. Na szczęście siebie zaliczała do tych gatunkowo lepszych, była więc wolna od zazdrości i kompleksów. Ze szczerym zachwytem gapiła się na odmienioną przyjaciółkę.

– Wciąż przytrzymujesz grzywkę klipsikiem? – śmiała się Li. – Dżinsy to normalka, bluza też, w ogóle się nie zmieniasz!

– No, nie… Ty trochę się zmieniłaś – przyznała uczciwie Zuzanna. – Inne uczesanie, inny makijaż i co za kiecka!

– Wszystko na twoją cześć. Żałuj, że nie widujesz mnie rano w wydawnictwie. Nobliwy koczek, zero malunków i spódniczka za kolana. Szef zabronił mi narażać kolegów na stresy.

– Chory czy co? – zdziwiła się Zuzanna. – Przecież ty nawet rano, rozczochrana i w piżamie, wyglądasz prześlicznie.

– Niestety… lub stety, mój szef nie widuje mnie w piżamie.

– Jego strata. Chodzi o to, że z brzyduli można zrobić piękność, nigdy odwrotnie. A koledzy dają się nabrać?

– Nie mam pojęcia, u nas pracują głównie baby.

Wśród śmiechów, pokrzykiwań i radosnej paplaniny dobrnęły wreszcie do swojej kawiarni. Prawdziwa przyjaźń tym się różni od zwykłej znajomości, że po roku niewidzenia ludzie nie gapią się na siebie z popłochem w oku, tylko z miejsca zaczynają rozmowę tak, jakby skończyli ją wczoraj. Padają słowa klucze, jakieś powiedzonka, które tylko dla nich mają znaczenie i nikt inny nie zajarzy, choćby nawet bardzo się starał.

– A pamiętasz – gorączkowała się Zuzanna – naszą rozmowę sprzed roku? Jak marzyłyśmy o propozycjach pracy, o zarobkach, jak przebierałyśmy w wymyślonych ofertach? Poniżej półtora tysiąca? W życiu! Ależ byłyśmy naiwne, co? Od lutego miałam pracę, bo jedna z nauczycielek wspaniałomyślnie złamała nogę. Wyżebrałam sobie ten etat, rozumiesz? I fajnie. Przynajmniej wiem, że do szkoły nie wrócę.

Li nie narzekała. Zaczepiła się w wydawnictwie i uznała wybór za niezły, przynajmniej na razie. Była dziewczyną skazaną na sukces. Zdobywała wszystko, co chciała: od męskich serc po najlepsze pytania na egzaminie. Jej niespotykany fart graniczył czasami z magią lub cudem. Z ich trójki ona jedna miała stałą pracę. Malwina niby też miała, ale nie chwaliła się nawet w domu, bo nie było czym. Wiedziała Li, teraz Zuzanna; nikt więcej. Do lokalu, w którym była kelnerką, nie przychodzili poloniści. To była najdroższa restauracja w mieście, nazywała się „Hossa” i podobno miała powodzenie w kręgach biznesu, choć nie tylko.

– Nie poznasz Malwiny. Przypomina pietruszkę: blada, chuda i nijaka. Łatwiej rzuca cholerami niż ty kiedyś piłką do kosza. Nerwy ją wykańczają i fizyczna harówa, rozumiesz?

Zuzanna kręciła głową i nie mogła zrozumieć. Malwina była uosobieniem spokoju, wyglądała jak jasna madonna i tak się zachowywała. Szalonej Zuzannie, ekscentrycznej Li mogło zdarzyć się wszystko: zarwana noc, drobne chlanko, wagary, językowa wiązanka niezbyt czystych słów, w każdym razie wszystko to, czego Malwina nigdy by nie popełniła, nie powiedziała i nawet nie pomyślała. Zawsze spokojna, przygotowana do zajęć, zawsze opanowana i nagle Li mówi o nerwach. Jakie nerwy?

 

– Wczoraj powiedziała, że dostaje kurwicy na widok szefa.

– Malwina?

– Przecież nie ja. U mnie byłoby to normalne, oczywiście gdybym nie lubiła swojego szefa.

– Nie masz wrażenia, że skończyłyśmy niewłaściwe studia? – zasępiła się Zuzanna.

– Studia były świetne, nie gadaj. Wolałabyś wkuwać na pamięć kodeks karny albo produkować bomby zasadowo-kwasowe?

– To nie tak, Li, to nie tak. Studia świetne, tylko co potem? Uczyłam raptem cztery miesiące, starałam się, przygotowywałam i jestem przekonana, że niczego tych dzieciaków nie nauczyłam. Za to mogłabym napisać dzieło na temat humoru z zeszytów szkolnych. Wiedziałaś, że pan Tadeusz nie musiał mieć nazwiska, bo miał rzadkie imię? To teraz już wiesz. Dzieci uczą się tego, czego zdaniem rodziców nie umieją, czyli języków obcych. Po polsku mówią, jak mówią, piszą jeszcze gorzej, a do czytania ich nie zmusisz. Niedługo filolodzy polscy będą potrzebni wyłącznie jako eksponaty w muzeach.

– Jak za pieniądze, to co ci szkodzi? W razie czego ubierz się bardziej seksownie, żebyś nie rozczarowała małolatów.

– Mam to w nosie. Mniej więcej w tej chwili opuszcza mnie jedyny facet, który lubił patrzeć na moje kości i to bez względu na rodzaj przyodziewku – westchnęła Zuzanna.

– Lubił, bo kochał, czy lubił zawodowo, jako ortopeda? – zainteresowała się Li. – I czy to znaczy, że piękny Łukasz jest wolny?

– Na to nie licz! Nawet jeżeli odszedł, to jeszcze prędzej wróci... Musi wrócić!

Zuzanna opuszczała kawiarnię przeświadczona, że powinna zadzwonić do Włocławka i porozmawiać z Łukaszem. Podtrzymywała w sobie resztki złości, lecz oddalenie sprawiło, że coraz bardziej tęskniła i coraz mniej miała za złe.

Weronika otworzyła drzwi w ślicznym koronkowym szlafroczku. Wciągnęła siostrę do przedpokoju, żeby przypadkiem nie witać się przez próg. Jak na kobietę wykształconą była wyjątkowo przesądna.

– Dlaczego tak późno? – spytała.

Zuzanna dyskretnie zerknęła na zegarek. Dochodziła dziesiąta, wcale nie było tak późno.

– Obudziłam cię?

– Przecież wiesz, że umiem usypiać na zawołanie – zażartowała.

W rodzinną sielankę wdarł się nagle głośny, gardłowy pomruk, zakończony szczeknięciem. Zuzanna spojrzała pod nogi i zamarła na widok śmiesznej mordki i wyszczerzonych zębów.

– A to co? Ależ śliczne brzydactwo!

– No wiesz?! – Weronika wzięła psa na ręce. – Mogłabyś być milsza. To jest Czaruś. Czarusiu, przywitaj się z ciocią. Śliczny piesek, najśliczniejszy na świecie. Nie szczekaj na ciocię, maleńki zazdrośniku, ciocia tylko żartowała.

– To niby ma być mój siostrzeniec? – spytała Zuzanna.

Już sam fakt, że Weronika zdecydowała się na psa, był co najmniej zaskakujący. Nigdy nie przepadała za zwierzętami, myła ręce nawet po pogłaskaniu domowego jamnika, poza tym należała do kobiet wygodnickich, które cenią swobodę i unikają dodatkowej pracy. Pies w nowym domu Weroniki nie wydawał się na swoim miejscu. Łypał na Zuzannę wielkimi, wypukłymi oczami, z których jedno wyraźnie uciekało w bok. Trudno było nazwać go pięknym. Krępy tułów miał jasny, natomiast głowę czarną, jakby odjętą od innego psa. Zezował, ślinił się i w psim grymasie bezwstydnie demonstrował zmarszczki oraz brodawki na pysku.

– Czaruś pójdzie na swój materacyk, a pańcia nacieszy się ciocią – zaszczebiotała Weronika. Jednak nie zdążyła się nacieszyć, bo przeszkodził dzwonek u drzwi. Z psem na rękach podeszła do wizjera i odskoczyła, jakby za drzwiami stał duch.

– Pani Weroniko, chcę oddać torbę – powiedział męski głos. – Usłyszałem właśnie szczekanie.

Zuzanna zbystrzała. Dopadła do drzwi, nim Weronika zdążyła zaprotestować, i stanęła oko w oko z bardzo wysokim mężczyzną, odzianym skąpo, choć przyzwoicie. Trzymał w ręku jej torbę, tę samą, którą mu osobiście wcisnęła. Tylko wtedy nie patrzyła, komu wciska, teraz dla odmiany nie patrzyła na torbę. Podziękowała samym uśmiechem. Facet był całkiem do rzeczy. Tyle zdążyła zauważyć w świetle padającym z przedpokoju. W korytarzu było ciemno.

– Jaką torbę? Co ty wyprawiasz? – ocknęła się Weronika. – Przecież moje klucze zawsze ma Inka. Skąd się wziął ten człowiek? Ja z nim nie utrzymuję żadnych kontaktów.

Cała Weronika. Zawsze coś nakręciła, namotała, zapomniała uprzedzić lub nie przewidziała, ale pretensjami obarczała wszystkich z wyjątkiem siebie. Jakim niby cudem Zuzanna miała wiedzieć, kto jest właściwy „sasiad”, a kto niewłaściwy? Żeby chociaż znała numer mieszkania, to jeszcze. Weronika nie zaprzątała sobie głowy drobiazgami. Dla niej było jasne, że Zuzanna powinna zgłosić się do Inki, i wcale nie chciała słuchać, że z pięciu sąsiadów tylko ten zareagował właściwie na dzwonek domofonu.

– Inka mogła być w łazience!

– To powinna zostawić przy domofonie kartkę: „Sikam, jestem nieuchwytna” – zdenerwowała się Zuzanna. – O co ci chodzi?

– O to chodzi, że ja z tym człowiekiem…

– Wiem, mówiłaś! Ty z tym człowiekiem nie utrzymujesz kontaktów. Twoja strata. Ale ja mogę utrzymywać. On chyba nie pomyślał, że to ja szczekałam, bo tak jakoś dziwnie powiedział? Zresztą nieważne. Zostawiłam mu torbę, on mi oddał i myślę, że moje majtki ani staniki nie przypadły mu do gustu. Czyli nic nie mógł podpylić, bo i po co?

– Nie o to chodzi. On jest, jakby ci tu powiedzieć… on się zajmuje czymś, czego nie pochwalam.

Oczy Zuzanny rozbłysły ciekawością. Niestety, wiedza Weroniki pochodziła wyłącznie od Inki i była niekompletna. Mówiło się w kręgach Inko-Weronikowych o powiązaniach przystojnego nieznajomego z handlarzami samochodów, a nawet tirów.

– Stoi na rynku i sprzedaje tiry prosto z koszyka? – zdziwiła się Zuzanna.

Weronika spojrzała na siostrę z wyższością damy, która nie zawraca sobie głowy duperelami.

– Do kogo ty w końcu przyjechałaś, do mnie czy do mojego sąsiada? – spytała z przekąsem. – I dlaczego sama? Gdzie Łukasz?

– Bał się awansu na psiego wuja i został w domu – odparła rozpogodzona wreszcie Zuzanna.

– Jesteś bardzo lekkomyślna. Nie słyszałaś o nadprodukcji babek w wieku poborowym? Biorą wszystko, co wpadnie w ręce, a ty spokojnie zostawiasz im takiego chłopaka! W najlepszym razie wywołasz rewolucję w mieście, w najgorszym nie będziesz miała do kogo wracać.

Zuzanna śmiała się z obaw siostry, jednak znowu pomyślała o telefonie i zatęskniła za Łukaszem. Jeżeli był na dyżurze, to był, ale jeżeli siedział w domu, musiało mu być bardzo smutno. Jej też zrobiło się smutno na wspomnienie błyszczących ciemnych oczu, których spojrzenie błądziło za nią po całym mieszkaniu. Małe to było mieszkanko, więc z konieczności przez cały czas patrzyli tylko na siebie. On z wiecznym zachwytem, ona ze śmiechem, czasem z ironią, a czasem bardzo czule.

Mieszkanie Weroniki kompletnie zaskoczyło Zuzannę. Było przestronne, nie tyle eleganckie, ile ekstrawaganckie i całkiem nie pasowało do siostry. Zuzanna podziwiała podłogi, okna, kwiaty, ale przede wszystkim zaradność Weroniki. Co nieco wiedziała o zarobkach służby zdrowia, zwłaszcza tej na etatach w szpitalach i w przychodniach. Łukasz na przykład twierdził, że lekarze nie zarabiają aż tak mało, jak sami mówią, ani tak dużo, jak widzi to ministerstwo zdrowia, natomiast powinni zarabiać dużo więcej. Weronika najwidoczniej zarabiała dużo. Sama włoska kuchnia musiała kosztować majątek. Z ostrą czerwienią mebli kontrastowała wielka, błyszcząca metalem lodówka. Wnętrze kuchni wyglądało jakby żywcem przeniesione ze statku kosmicznego. Równie odlotowo urządzone były pokoje. Zuzanna hałaśliwie ucieszyła się z luster na suficie: w łazience nad wanną i w sypialni nad łożem. W duchu pomyślała, że potrzebne te lustra jak kolczyk w pępku, jednak znowu spojrzała na siostrę z podziwem. Nie podejrzewała chłodnej, zawsze powściągliwej Weroniki o takie erotyczne rozpasanie.

– To pomysł dekoratora wnętrz – wyjaśniła siostra. – Patrząc na wystrój, trudno mu odmówić gustu, prawda? Aha, nie wychodź przypadkiem na balkon, Lazuniu.

– Nie mów do mnie Lazuniu!

– Dobrze, Lazuniu. Co to ja chciałam powiedzieć?

– Że mimo początków sklerozy lubisz rozwiązłe życie.

Weronika skwitowała radość siostry delikatnym, prześlicznym uśmiechem. To był taki uśmiech, który topił ludzi jak wosk. Po raz drugi tego dnia Zuzanna zachwyciła się kobiecą urodą i wcale nie sprawiło jej to przykrości. Jeżeli Li przywodziła na myśl czerwoną różę, to Weronika wyłącznie białą. Tak przynajmniej widziała to Zuzanna, skłonna do poetyckich porównań.

W nocy ktoś krzyczał. Zuzanna gwałtownie usiadła na tapczanie i próbowała sobie przypomnieć, gdzie jest. To nie był ciasny pokoik na Budowlanych we Włocławku. Rozejrzała się po jasnym wnętrzu. Lampa uliczna świeciła tuż za oknem i bez trudu dało się zobaczyć godzinę na ręcznym zegarku. Przerażenie powoli mijało. Za ścianą spała Weronika, gdzieś po domu pałętał się Czaruś, nie było powodów do obaw. Przyłożyła głowę do poduszki. Cień żyrandola na suficie przypominał wielkiego pająka, czyhającego na Zuzannę. Wzdrygnęła się i zamknęła oczy. Usypiała prawie, kiedy nowy krzyk rozdarł ciszę. Poznała głos Weroniki. Boso wyskoczyła z łóżka i wpadła prosto na Czarusia. Pies siedział na progu sypialni swojej pani i nie miał zamiaru się ruszyć. Weronika spała bardzo niespokojnie. Walczyła, próbowała kogoś odepchnąć i powtarzała jakieś niezrozumiałe słowa, ni to zaklęcia, ni przekleństwa.

– Zjeżdżaj, gamoniu! – Zuzanna chciała obudzić siostrę, lecz Czaruś nie pozwolił się wyminąć. Uznał ją najwidoczniej za gościa swojej pani, bo nie szczekał, nie chwytał za piżamę, ale powarkiwał cicho i nieprzyjaźnie. – Cymbał jesteś! Ruszysz wreszcie kuper? – Nieśmiało wyciągnęła rękę, żeby pogładzić psi łeb. Ze zdziwieniem stwierdziła, że Czaruś ma mięciutkie, aksamitne w dotyku uszy. Weronika powoli się uspokajała. Zuzanna wróciła na swoją kanapę i natychmiast usnęła.

Soboty Weronika miała wolne. Rano wyszła z psem, zrobiła zakupy i przygotowała śniadanie.

– Czuję się jak ostatni pasożyt – pokrzykiwała Zuzanna z łazienki. – Czemu mnie nie obudziłaś? Poszłabym chociaż po bułki.

– Od poniedziałku będziesz wychodziła z Czarusiem – odkrzyknęła Weronika.

– Jako ciocia czy jako niańka? – spytała Zuzanna już ciszej, wchodząc do jadalni.

Stół był pięknie zastawiony. Starsza siostra Korecka zawsze kochała się w srebrach i porcelanie. Z upodobaniem odwiedzała sklepy Desy i różne pchle targi, chociaż, jak twierdziła, ostatnio handlarze się rozzuchwalili i dyktowali ceny wyższe niż w Desie.

– Siadaj, już podaję jajecznicę.

Nawet nie musiała mówić, co podaje, bo smakowity aromat rozchodził się po kuchni, przedpokoju i jadalni. Tylko Czaruś siedział grzecznie w kącie i udawał, że niczego nie czuje, nie widzi i w ogóle nie jest zainteresowany jedzeniem. W świetle dnia wyglądał o wiele sympatyczniej. Zuzanna podeszła i pogładziła psie futerko. Było delikatne i miękkie, choć nie tak aksamitne jak ucho. Czaruś przyjął pieszczotę jako coś absolutnie należnego. Merdnął obwarzankiem ogona i na zgodę wyciągnął łapę. Przyjaźń została zawarta.

– To karłowaty buldog?

Weronika z wrażenia o mały włos nie wypuściła pełnej tacy. Miała konika na punkcie tytułów, koligacji, a ostatnio także psich ras. Po niefortunnym pytaniu, które omal nie zniweczyło całego śniadania, Zuzanna mogła spodziewać się dłuższego wykładu. Otóż Czaruś należał do starej, niegdyś bardzo powszechnej i cenionej, a ostatnio wyjątkowo rzadkiej rasy mopsów. Był więc rasowo czysty, choć metrykę miał nieco podfałszowaną. Weronika zachwycała się proporcjami ciała, oddzielnie klatką piersiową, oddzielnie nogami przednimi i tylnymi, chwaliła uszy załamane do przodu oraz ogon z podwójnym skrętem. O zezie nie wspominała, choć był bardzo widoczny.

– Jest świetnie wychowany, miły, troszeczkę nieśmiały, ale bardzo inteligentny – podkreśliła na koniec. – Dałam mu imię ostatniego chłopaka, żeby mi się nie mylili.

Zuzanna z trudem poradziła sobie z kęsem chleba, który niebezpiecznie utknął w gardle. Nie miała odwagi spytać, czy pan Cezary był bardzo, czy tylko trochę podobny do Czarusia.

– Wiesz co, Weroniko Korecka, jeszcze…

Weronika gwałtownie się poruszyła.

– Wojciechowska! Nie zapominaj, że noszę nazwisko męża – powiedziała.

– Matko święta! W kamień zapomniałam, że ty w ogóle miałaś męża!

– Krótko go miałam, to prawda, tylko od osiemdziesiątego ósmego do dziewięćdziesiątego roku. W dziewięćdziesiątym pierwszym wzięliśmy rozwód. Korecka niewątpliwie brzmi lepiej niż Wojciechowska, ale… sama rozumiesz.

 

Zuzanna zrozumiała tylko tyle, że wywołała ulubiony temat Weroniki. O nazwiskach, rodach i koligacjach siostra umiała rozprawiać długo i z zacięciem.

– Nazwisko jakich wiele, do tego czysto polskie – powiedziała uspokajająco.

– Właśnie! – ucieszyła się nieoczekiwanie Weronika. – Takie nazwisko idealnie nadaje się do… do zmiany.

– Wyszłaś za Wojciechowskiego, żeby zmienić nazwisko?! Ty chyba jesteś stuknięta!

– Źle mnie zrozumiałaś, zresztą nieważne. Wyszłam, bo wyszłam, rozwiodłam się i teraz nikt nie powie, że jestem panienką na wydaniu, jak choćby nasza Mirka, tylko stateczną rozwódką.

– Ty z całą pewnością jesteś stuknięta! – zawołała Zuzanna.

– Jednego tylko żałuję, że nie wróciłam do nazwiska panieńskiego mojej mamy albo nawet babci. Podobno jest to możliwe.

– Zazdroszczę ci problemów!

– Moja babcia Marianna z domu była Kretowska, to wiesz, prawda? – Weronika nie dała się sprowadzić z ulubionego tematu. – Głowę daję, że pisała się Kretkowska, jak ci właściciele ziemscy. Po prostu jakiś skryba musiał połknąć jedną literę, to się podobno często zdarzało przy ówczesnym stanie piśmiennictwa lub raczej niepiśmiennictwa. Babcia Kretowska była niewiarygodnie piękna, miała tuziny wielbicieli i szalone powodzenie. Dasz wiarę, że kiedy już wyszła za Franciszka Poręckiego, to w okolicy naliczono kilka samobójstw z miłości?! Jeden, najbardziej zakochany i szalony epuzer, usiłował nawet porwać śliczną Mariannę Poręcką. Na szczęście babcia była wierna, dziadek waleczny i wszystko skończyło się dobrze. Zostali razem i doczekali się trzech córek. Najstarsza, Stefania, czyli moja mama, wyszła za mąż za Antoniego Koreckiego, średnia, Danuta, zwana w rodzinie Utą, poślubiła Alfreda Bujałę i mieli syna Grzesia, natomiast najmłodsza, znakomita pianistka Krystyna, wyszła za lekarza Adama Wydronia i urodziła mu syna Leszka. Poręccy to też była bardzo zamożna szlachta, nie myśl sobie.

Zuzanna wolała nie przyznawać się do własnych myśli. Rodowe opowieści traktowała jako niegroźne dziwactwo starszej siostry. Weronika była chodzącą kroniką rodziny Poręckich, pamiętała daty, imiona i wydarzenia. Pod tym względem, na szczęście tylko pod tym, przypominała chudego szlachcica z pociągu, który też chwalił się koligacjami rodzinnymi i liczył hektary dziadka.

– Nie myślałaś kiedyś, żeby spisać historię swojej rodziny? – spytała nieoczekiwanie.

Weronika zamrugała oczami nieprzytomnie jak ktoś, komu przerywa się w pół słowa. Zuzanna już poprzedniego dnia zauważyła dziwne rozkojarzenie siostry, te jej mrugania, gubienie wątku, miny człowieka wybudzonego ze snu.

– O coś mnie pytałaś, ale o co?

– Czy nie myślisz o spisaniu historii swojej rodziny – powtórzyła Zuzanna.

– Wiesz, że to niegłupi pomysł, wart zachodu. Ja znam te dzieje na pamięć, ale twoje dzieci już mogą ich nie znać, prawda?

– Prawda. Moje dzieci nie będą miały nic wspólnego z Poręckimi. Pytam z czystej ciekawości, bo to zahacza o moje plany zawodowe.

Przezornie nie dodała, że te plany urodziły się dopiero przy śniadaniu, w trakcie jedzenia jajecznicy. Z miejsca uznała je za niegłupie i potraktowała jako szansę na przyszłość. Musiała tylko dopracować szczegóły techniczne i merytoryczne, co wobec samego pomysłu było drobiazgiem.

– O jakich planach mówisz? – zainteresowała się Weronika.

– No wiesz – zaczęła fantazjować Zuzanna – razem z przyjaciółmi, polonistami, historykami, szczególnie archiwistami, zakładamy Instytut Historii Rodziny. Jest duże zapotrzebowanie społeczne na prace tego typu.

– Wierzysz, że to się uda?

– To się musi udać – zapewniła z mocą Zuzanna. Próbując odpowiedzieć na pytanie siostry, dołożyła następną cegiełkę do swojego planu, a może nawet dwie cegiełki, co nie przeszkodziło jej zaraz po śniadaniu o wszystkim zapomnieć. Tak naprawdę marzyła o dziennikarstwie.

Po raz pierwszy od bardzo dawna obie siostry wspólnie gotowały obiad i nie pokłóciły się przy tym ani razu.

– Wolisz zupę cebulową przetartą czy na sposób francuski, z winem, z kawałkami cebuli i z grzanką?

Weronika wzięła na siebie obowiązki szefa kuchni. Ustaliła menu, przygotowała produkty i zaczęła kroić cebulę. Przyjemnie było patrzeć, jak cienkie, równiutkie plasterki zgrabnie i szybko wyskakiwały spod noża.

– Mama zawsze przeciera – powiedziała Zuzanna.

– A ty?

– Myślę, że gdybym gotowała, to bez przecierania, bo lubię wszystko na friko.

– Kuchnia, tak jak sypialnia, wymaga czasu i rozwagi. Tylko partacze robią na friko – zauważyła Weronika, mrużąc znacząco oko.

– Lubię gotować, nie myśl sobie – zapewniała rozbawiona Zuzanna – tylko nie lubię niepotrzebnie się narabiać. Mam dużo sprawdzonych i niekłopotliwych przepisów od mamy.

– Tak, Iza dobrze gotuje, ja jednak wciąż nie mogę zapomnieć kuchni mojej mamy.

Tym jednym zdaniem, jedną uwagą Weronika pokonała ogromną drogę od błahych śmiesznostek do wielkiego dramatu. Zamyśliła się, spoważniała.

– Byłaś malutka, nie możesz pamiętać – zaprotestowała cicho Zuzanna.

– Miałam osiem lat, kiedy to się stało. Normalna ośmiolatka może by zapomniała, ale ja w ciągu jednej minuty straciłam wszystko i potem już tylko rozpamiętywałam dzień po dniu. Pamiętam, co mówiła, jak się ubierała, jak gotowała... Wszystko pamiętam… może nawet więcej, niż powinnam.

– Co to znaczy więcej?

– To znaczy, że nasiekałam więcej cebuli, niż należało – powiedziała Weronika i od dramatu wróciła do spraw powszednich. Zajęła się myciem deski i nie zauważyła badawczego spojrzenia siostry.

Zuzanna szykowała farsz pieczarkowy, kroiła schab na plastry i nie umiała uwolnić się od przekonania, że ma do czynienia z odmienioną Weroniką. Zniknęła gdzieś dawna trochę wyniosła, trochę ironiczna dama, którą znała, na jej miejscu pojawiła się kobieta egzaltowana i nieobecna duchem. Tak przynajmniej wyglądało to z boku. I jeszcze ten dziwny telefon! Zadzwonił w momencie najmniej oczekiwanym, jak to zwykle telefony. Weronika ramieniem przytrzymywała słuchawkę przy uchu i jednocześnie otwierała szybkowar. Zuzanna była przyzwyczajona do godzinnych rozmów z siostrą, do męczących odpytywań, nie do monosylab. Pewnie, że istotne jest, z kim się rozmawia, ale sądząc po odzywkach, dzwonił bliski znajomy, bo przecież obcego nie tytułowałaby świrusem, fisiem ani matołkiem. Rozmowa nie trwała dłużej niż minutę i padło zaledwie kilka słów.

Po południu przewidziane były zajęcia w grupach. Weronika szła na umówioną randkę, Zuzanna natomiast wybierała się do przyjaciółek na Żeglarską. Przed wyjściem, niemal w ostatniej chwili, przypomniała sobie o Łukaszu. Jeszcze nigdy nie czuła się tak niepewnie, wystukując numer, który w końcu był także jej numerem. Nie czekała długo.

– Bałam się, że gdzieś wyszedłeś – powiedziała.

– Nie. Jestem w domu – odparł i zamilkł.

Ona też milczała, a czas płynął.

– Znalazłeś mój dopisek pod wierszem?

– Znalazłem.

– I co?

– Co i co?

– Prosiłam cię o coś… Powiedz, że zostajesz… – Z biciem serca wsłuchiwała się w jego milczenie. Długie, stanowczo za długie.

– Zostaję. Wiesz, co mnie ostatecznie przekonało? Jeszcze żadna dziewczyna nie podarowała mi wanny pełnej kwiatów.

Chciał utrzymać powagę, lecz głos mu zadrżał i parsknął śmiechem. Śmiała się razem z nim, szczęśliwa, że wreszcie udało się rozładować napięcie.

– Wszystkie są twoje. Wstawiłeś je do wazonów?

– Mamy tylko jeden.

– To jak się myjesz?

– U sąsiadki.

– U mojej Gajewskiej?

– Aaa – zaciągnął śpiewnie. – Gajewska jest twoja, ja mam swoją, w bloku obok.