Dziewczyny do wynajęciaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Irena Matuszkiewicz, 2003

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Zdjęcie na okładce

© Shutterstock

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-7961-696-1

Warszawa 2012

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Radosny dźwięk skocznego oberka rozsadzał torebkę Zuzanny. Z trudem wyłuskała komórkę. Autobus telepał, ludzie się pchali. Oczywiście dzwoniła Weronika i oczywiście zaczęła od Lazuni, czym wkurzyła siostrę do białości. Zuzanna mruknęła, że odezwie się później i wyłączyła telefon. Od pewnego czasu Weronika nabrała manier telefonicznej pijawki. Dzwoniła przynajmniej raz dziennie i jak już przypięła się do aparatu, to odpadała dopiero po wyssaniu wszystkich nowinek. Wypytywała o rodziców, o pannę Mirkę i Łukasza, chciała wiedzieć, co w szkole, o czym Zuzanna myśli, o czym nie myśli i kiedy wreszcie przyjedzie do Torunia na dłużej. Ostatnie pytanie powtarzało się po kilka razy w każdej rozmowie, jakby Weronika nie potrafiła zrozumieć, że młodsza siostra ma swoją pracę i swoje obowiązki. Toruń! Na piechotę pobiegłaby do Torunia, nawet ciemną nocą i w deszcz. Tam zostawiła najpiękniejsze studenckie wspomnienia i najserdeczniejsze przyjaciółki, jednak we Włocławku też miała to i owo do zrobienia. Przede wszystkim musiała zakończyć rok szkolny. Tego dnia wracała do domu napompowana dobrymi chęciami. W torbie niosła dziennik IIIb, trzydzieści trzy druki świadectw, tyle samo arkuszy ocen, kalkulator, linijkę i kilka innych pomocy niezbędnych do właściwego promowania uczniów. Rozsadzało ją poczucie odpowiedzialności bodaj jeszcze większe niż w czasie pisania pracy dyplomowej na temat ideałów kobiecych w dziełach pozytywistów. Wtedy myślała i bazgrała wyłącznie we własnym imieniu, teraz, pierwszy raz w życiu, miała odpowiadać za każdy wskaźnik, każdy procent, za wszystkie kropki i podpisy, od których w przyszłości będzie zależał los dzisiejszych gimnazjalistów z IIIb. Oceny już były wystawione, jednak oceny to pestka wobec buchalterii, z jaką musi uporać się wychowawca. Potrzebowała dużo spokoju i dużo czasu. Liczyła na samotne popołudnie, lecz jak na złość Łukasz siedział w domu. Nie wybierał się do przychodni, nie miał nocnego dyżuru w szpitalu – tkwił w fotelu z kalendarzem w garści i rozpierała go chęć pogadania o ślubie. Zdecydował właśnie, że najlepszą porą będzie sierpień. Czerwiec przekraczał półmetek, lipiec odpadał ze względu na nazwę, dokładniej na brak w nazwie literki r, która podobno wróży szczęście, więc z najbliższych miesięcy pozostawał tylko sierpień.

– Odpowiada ci sierpień?

– Yhy! – odpowiedziała z pełną buzią. – Kopnij się, skarbie, do sklepu!

Domowe zajęcia jak zwykle rozpoczęła od przeglądu lodówki i szafek kuchennych. Efekt był przygnębiający. Zapomniała o uzupełnieniu zapasów, a Łukasz nie miał zwyczaju myśleć o tak przyziemnych sprawach. Od biedy potrafił zrobić zakupy, jeśli oczywiście wypisała mu listę produktów, z uwzględnieniem ewentualnych zamienników. Sięgnęła po kartkę. „Chleb pełnoziarnisty – pisała – lub sojowy, masło, pomidory”.

– Zuzanno, ślub ważniejszy.

– Możliwe, za to kolacja wcześniejsza. Albo zrobisz zakupy, albo zeżresz wieczorem własnego adidasa. Wybór należy do ciebie.

– Wciąż mi nie odpowiedziałaś, czy sierpień ci odpowiada?

Zrezygnowana kiwnęła głową. Odkąd zamieszkali razem, to znaczy od czerwca ubiegłego roku, był to szósty termin ślubu wyznaczany przez Łukasza. Sześć polskich miesięcy ma w nazwie r, sześć nie ma, czyli inaczej być nie mogło. Przeglądał teraz kalendarz w poszukiwaniu najlepszej daty.

– Czwarty, jedenasty, osiemnasty i dwudziesty piąty, co ty na to?

– Aż cztery razy chcesz się żenić?

– Chcę raz. Kłopot polega na tym, że to musi być sobota, która będzie odpowiadała i tobie, i mnie.

– No właśnie! – mruknęła, wtykając mu do ręki wiklinowy koszyk z pieniędzmi i rejestrem najpotrzebniejszych produktów.

– Zawsze myślałem, że to właśnie kobietom zależy na stabilizacji! – powiedział z wyrzutem.

Zuzanna myślała nieco inaczej. Była przekonana, że do małżeńskiej stabilizacji dążą wyłącznie kobiety zagrożone, niepewne swoich partnerów i przyszłości. Ona czuła się bardzo pewna, kochana i nie dopuszczała myśli, by Łukasz mógł się zainteresować inną. Głośno wolała o tym nie mówić, by nie budzić w chłopaku przekory. Dlatego mruknęła, że tak, że oczywiście, zależy jej na stabilizacji, komu by nie zależało, jednak wolałaby najpierw odbębnić koniec roku szkolnego.

– Nie możemy wciąż odkładać tak ważnej sprawy! – upierał się Łukasz.

Była głodna i nie miała nastroju do sporządzania listy weselnych gości.

– Słuchaj, ty Judymie na opak – powiedziała zdecydowanym tonem. – Najpierw muszę odrobić całą tę rachunkowość, która leży nietknięta na biurku. To mi zajmie co najmniej dwie noce. Od lipca zacznę się rozglądać za pracą, a kiedy już stanę na obie nogi, to obiecuję ci, że pomyślę o ślubie, firaneczkach w oknie i o potomstwie. Jesteś zadowolony?

Niestety, nie był. Chciał jak najszybciej mieć urzędowy dokument, stwierdzający czarno na białym, że ta śliczna, uparta i zwariowana dziewczyna, którą kochał od czterech lat, jest jego żoną. Był człowiekiem solidnym, poważnym i nie satysfakcjonowało go życie na kocią łapę. Wiadomo, żona to żona! Ona z kolei myślała o zamążpójściu jako czymś bardzo odległym, równym takiej choćby mentalnej dorosłości. Wiadomo, że dorosłość kiedyś nadejdzie, ale nie teraz, nie rok po skończeniu studiów. Nawet nie miała stałego etatu. Z łaski na pociechę dostała półroczne zastępstwo w gimnazjum, do sierpnia mogła jeszcze liczyć na pensję, od września co najwyżej na zasiłek dla bezrobotnego. Zbyt mocno ceniła sobie samodzielność, za dużo miała planów, by zadowolić się pozycją pani domu i żony przy mężu. Wiadomo, że zostanie z Łukaszem, że to właśnie on jest tym człowiekiem, na którego chce patrzeć do końca życia, jednak młodość ma się tylko jedną. Odwlekała ostateczną datę ślubu, żeby nie pakować się za wcześnie w obowiązki i cały ten nudny balast. A tak w ogóle, to bardzo kochała Łukasza. Czasem tylko złościł ją ten wielki dzieciuch, którego uparcie w sobie pielęgnował. W pracy potrafił myśleć za trzech, w domu stawał bezradny wobec cieknącego kranu, pustej lodówki czy choćby dziurawej skarpetki. Cały swój los ufnie składał w ręce Zuzanny. Z wyjątkiem ślubu. O ślubie koniecznie chciał zadecydować sam. Ściskał w garści wiklinowy koszyk na zakupy, ale jeszcze gapił się w kalendarz i rozważał, czy lepszy będzie początek, czy koniec miesiąca.

– Znowu grzebałeś w moich notatkach! – powiedziała z wyrzutem Zuzanna.

Przygotowywała właśnie biurko do pracy i żeby zrobić trochę miejsca, musiała uporządkować stertę papierów. Były to różne notatki, szkolne konspekty i nieśmiałe próbki poezji. Nie czuła się poetką, lecz od czasu do czasu nachodziła ją ochota, by przelać na papier to i owo. Właśnie takie owo trzymała w ręku, jako dowód ingerencji Łukasza w najintymniejszą sferę jej przeżyć. Wiersz zaczynał się przepięknie: „Karmię muzy nektarem moich myśli”… Podły Łukasz dopisał tytuł „Dlaczego muzy są chude” i opatrzył całość ilustracją okrągłej gęby z wywalonym jęzorem. W duchu pogratulowała chłopakowi poczucia humoru, co nie znaczy, że darowała mu profanację dzieła. Mógł sobie wątpić w jej urodę, lecz nie w intelekt.

– Nigdy nie lubiłem wierszy bez tytułu – bronił się Łukasz. – Tytuł jest kwintesencją i jeżeli go nie ma, to znaczy, że poeta nie wie, o czym gada.

– Gadasz to ty! Poeta mówi, czasem przemawia lub wieszczy, rozumiesz? I to bez względu na to, czy opatrzył utwór tytułem czy nie.

Z ciężkim westchnieniem wyniósł się wreszcie z domu razem z koszykiem. Zuzanna zasiadła do pracy. Odręcznie kaligrafowała nazwy przedmiotów, formułki i zaklęcia, bacząc pilnie, by nie zmienić nawet przecinka. W dobie komputerów i szybkiego drukowania, gdy banki, izby skarbowe, nawet hurtownie pieluch miały specjalne programy, nauczyciele gimnazjalni wyliczali średnią na piechotę. I właśnie tego nie umiała pojąć: dlaczego na piechotę i dlaczego wszystko ręcznie? Słyszała, że Łukasz wrócił i dzwoni rondelkami w kuchni. Poczuła głód, opuściła w formułce wyraz „punktów” i musiała przepisywać całe świadectwo. Z wielkiego skupienia wyrwało ją ciche psykanie i jeszcze cichsze psiakrew. Łukasz niby rozumiał, że ona też ma pracę, ale źle znosił osamotnienie. Prawdę mówiąc, w ogóle nie znosił i chciał być jedynym obiektem jej zainteresowania. Kiedy psykanie przeszło w niecierpliwe auu, obejrzała się wreszcie. Jej ukochany, nie zdejmując koszuli z grzbietu, próbował przyszyć guzik pod szyją. Psykał przy tym gniewnie i niebezpiecznie zezował, aż żal było patrzeć.

– Na sali operacyjnej też tak stękasz?

– Nie przeszkadzaj sobie – odpowiedział wyniośle.

– Twoje stękanie mi przeszkadza, nie ja sobie. Nie nauczyłeś się szyć na studiach i wybrałeś chirurgię?

– Ortopedię.

– Na ortopedii też chyba szyjecie?

– Nie pamiętam ani jednego pacjenta zapinanego na guziki! – odpowiedział już nieco weselej. Cel osiągnął, zainteresował Zuzannę i czekał, co będzie dalej. Bez większego entuzjazmu, choć i bez oporów, zamieniła krzesło przy biurku na jego kolana. Przyszyła nieszczęsny guzik, który wcale nie urwał się przed chwilą, tylko od poprzedniego prania leżał na parapecie.

 

– Chyba cię rozpuściłam – mruknęła mu prosto do ucha.

– To ja ciebie rozpuściłem – zaprotestował.

Na mruczankach i chichotach dotrwali do kolacji. Prosto z kolan Łukasza Zuzanna poszła do kuchni.

Przy posiłkach rozmawiali wyłącznie o sprawach miłych, na przykład o Mateuszu Białku, ulubionym uczniu Zuzanny, który nie mógł odżałować, że osobiście nie pokierował losami drugiej wojny światowej. Albo o Stefanie Dęciaku, który wyskoczył z drugiego piętra, żeby nastraszyć żonę, i okrężną drogą trafił na oddział ortopedii. Tym razem Łukasz miał niespodziankę. Z tajemniczą miną wyznał, że przed momentem popełnił poemat.

– Uważaj, czytam: „Czyj biust jest wielkości ziarenka manny? Pięknej Zuzanny!”. Chciałem jeszcze dodać coś o intelekcie, tylko mi się nie zmieściło.

– To nie poemat, nieboraku, to jęk cymbalisty. Próbujesz mierzyć urodę, może nawet inteligencję kobiety, rozmiarem jej biustu?

– Niczego nie mierzę, stwierdzam fakt. Muszę znaleźć parę metafor i parę rymów, żeby rozwinąć temat. Coś w duchu, że kocham kaszę mannę i Zuzannę albo odwrotnie.

Roześmiała się najserdeczniej jak potrafiła. Nie miała kompleksów na punkcie urody, wręcz przeciwnie, była bardzo zadowolona z tego, czym los ją obdarzył. Że tu i ówdzie dał za mało, to szczera prawda, ale przecież nie tragedia. Jadła wszystko, nigdy nie chorowała, więc nie zawracała sobie głowy takimi drobiazgami jak tusza lub jej brak. Własną chudość traktowała z absolutną wyrozumiałością. Jedne kobiety, choćby Li czy Weronika, były apetycznie zaokrąglone, a ona „z przodu deska, z tyłu tyczka, czyli Zuzanna romantyczka”. W miarę potrzeby i fantazji romantyczkę zastępowała ekscentryczką, anieliczką, raz nawet anorektyczką, co spotkało się z ostrym sprzeciwem Łukasza. Nie cierpiał odchudzających się kobiet, kochał Zuzannę za jej apetyt na jedzenie i na życie. Dla niego była uosobieniem piękna, a nawet samym pięknem. Wszystko mu się w niej podobało: wielkie zielone oczy, wyrazista twarz, fantastyczny uśmiech od ucha do ucha i sterczące kości.

– Pozmywasz? – spytała.

– A jak potłukę?

– To posklejasz. Zmywanie wcale nie jest trudniejsze od gipsowania.

– Gipsowaniem zajmuje się…

– Cii – położyła dłoń na rozgadanych ustach, pocałowała chłopaka w czoło i zostawiła w kuchni.

Z Łukaszem wcale nie było tak źle, jak on sam próbował to przedstawić. Za czasów studenckich prał, prasował, robił zakupy i przyrządzał najpyszniejsze leczo w całym akademiku. I rewelacyjny makaron z sosem. Z dań wykwintniejszych polędwicę na grzance. Pamiętała smak tych potraw z odwiedzin w Gdańsku. Niestety, od kiedy zamieszkali razem, zaczął tracić talenty kulinarne oraz wszelkie inne umiejętności przydatne w prowadzeniu gospodarstwa domowego. Zuzanna, mówiąc, że go rozpuściła, miała trochę racji. Była jak szef, który pozwala podwładnym podrzucać sobie robotę. Czasem godziła się na to ze śmiechem, czasem nagadała ile wlezie, ale zawsze w końcu ustępowała, bo rozczulała ją zaradna niezaradność w męskim wydaniu.

– Co ty właściwie robisz: piszesz czy liczysz? – spytał Łukasz.

Stał w drzwiach ze ścierką zatkniętą za spodnie na znak, że on tam w kuchni ciężko pracuje, gdy ona w pokoju bawi się kalkulatorem.

– Sześćdziesiąt sześć razy muszę przepisać taki zgrabny tekścik: „Uczeń uzyskał w części humanistycznej tyle i tyle punktów na pięćdziesiąt punktów możliwych do uzyskania, a w części matematyczno-przyrodniczej tyle i tyle punktów na pięćdziesiąt punktów możliwych do uzyskania”.

– Ja chrzanię! – zdziwił się Łukasz. – Mój tato kiedyś sto razy przepisywał zdanie: „Nigdy więcej nie będę podstawiał nogi koledze Marcinkowskiemu”. Do dzisiaj nie może na Marcinkowskiego patrzeć, choć od tamtego wydarzenia minęło ze czterdzieści lat.

– Rozumiem. Ja też nie mogę patrzeć na świadectwa i arkusze ocen, lecz to są dwie różne sprawy. Przyznasz, że twój tato zachował się niegrzecznie, podstawiając koledze Marcinkowskiemu nogę. A ja nie przypominam sobie, żebym była niegrzeczna, czyli kara twojego taty i moja kara są niewspółmierne – powiedziała tonem znudzonego wykładowcy.

– Pomogę ci – zaofiarował się Łukasz.

Rzucił ścierkę w kąt i przysunął krzesło do biurka. Siedział z Zuzanną do czwartej rano. Gdyby nie jego pomoc, musiałaby zarwać następną i pewnie jeszcze następną nockę.

– O matko! Łukasz, jak ja się nazywam? – spytała, gdy już prawie zasypiali.

– Jeszcze Korecka, od sierpnia Gapska – odpowiedział raźnym głosem.

– Ty nigdy nie odpuszczasz, co? – mruknęła.

Objął ją, przytulił. Usłyszała cichy szept miłosnego zaklęcia i pytanie, czy nie miałaby ochoty pojechać w niedzielę do Kowala odwiedzić rodziców. Z miejsca oprzytomniała. Potrafiła cieszyć się jak mało kto i jak mało kto wściekać. Łukasz zdecydowanie wolał promienną Zuzannę.

– Może panna Mirka będzie akurat miała grypę, jak myślisz? – rozmarzył się nieoczekiwanie.

– Na to nie licz! To satelitka. Od lat krąży wokół naszej rodziny po ustalonej orbicie bez względu na grypy i ataki cholery.

Ostatnie słowa wypowiedziała prawie szeptem i usnęła.

Po obiedzie rozsiedli się na tarasie. Takie spokojne popołudnia możliwe są tylko na wsi lub w małym mieście, z dala od zgiełku, na tyłach domu otoczonego ogrodem. Przyjazny czas zatrzymał się w miejscu, a oni sobie wolniutko popijali herbatę: ojciec z matką, Zuzanna z Łukaszem i panna Mirka, która siedziała niby ze wszystkimi, jednak oddzielnie, gotowa w każdej chwili podskoczyć, zmienić talerzyk, dolać wrzątku. Wydawało się, że nic nie może zakłócić muzyki pszczół w goździkach ani spokoju ludzi. Refleksy słońca migotały w złoceniach filiżanek i we włosach Zuzanny.

Pierwsza przerwała ciszę panna Mirka. Z natury była kobietą bardzo rozmowną i milczenie ją usypiało. Przychodziła do Koreckich od niepamiętnych lat i tak często, jak się dało. Usłużna do przesady, skora do pomocy, nie denerwowała chyba tylko pani Izy. Zuzanna ochrzciła ją po cichu satelitką, ojciec „Sumieniem Kowala”. Ona z kolei głośno nazywała Koreckich swoimi przyjaciółmi, a co mówiła po cichu, nikt nie dociekał. W każdym razie na Antoniego i Izę patrzyła z pobłażliwością. Co z tego, że oboje pracowali między ludźmi, że on leczył ciała, ona zęby, jeśli nie mieli pojęcia o życiu. I właśnie panna Mirka jak mogła, tak uzupełniała tę lukę.

– No i wyszło na moje – ogłosiła z triumfem. – Od wczoraj Bronowscy nienawidzą się z Jarmużami! Poszło o psa Jarmużów, który uprawiał fizjologię pod tują Bronowskich. Mówiłam, że jak tuja zacznie usychać, to się wezmą za łby? Mówiłam. No i się wzięli.

Temat, choć ekologiczny i ważny, jakoś nie chwycił. Panna Mirka przez chwilę z wyraźną przyjemnością przyglądała się Łukaszowi.

– Pan taki młody, przystojny i już lekarz. Nie wygląda pan na doktora. Co innego pan Antoni.

Łukasz przeprosił spojrzeniem za to, że nie wygląda, jednak tematu nie podjął. Panna Mirka z konieczności przeniosła wzrok na Zuzannę.

– Dziwnie ufarbowałaś włosy, coś jakby na fioletowo – zauważyła z leciutką naganą w głosie.

– Kolor koniaku. Śliczny, prawda? – Dziewczyna z zadowoloną miną przejechała dłonią po falujących, krótko obciętych włosach.

– Czy ja wiem? – zawahała się panna Mirka i znowu przerzuciła uwagę na Łukasza. – Jestem zwolenniczką wszystkiego, co naturalne. A pan?

– Ja? Zuzanny.

– Co Zuzanny? Mówimy o włosach, tak?

– Mówimy o całej dziewczynie: od włosów po adidasy.

W tym miejscu panna Mirka powinna napomknąć o Weronice, starszej córce doktora Koreckiego. Zawsze, ilekroć mowa była o Zuzannie, dla przeciwwagi wspominała Weronikę, która jej zdaniem była nieco ładniejsza, trochę zdolniejsza, bardziej życiowa i w ogóle przewyższała małą Zuzannę pod każdym względem, o czym nie wypadało mówić wprost, tylko delikatnie, ogródkami. Tym razem, nie wiadomo czemu, darowała sobie porównania.

– Pan mnie chyba źle zrozumiał. – Nabrała powietrza, otworzyła usta, lecz Zuzanna była szybsza. Jednym susem wyskoczyła ze swojego rozleniwienia i z wiklinowego fotela.

– Ojej, panno Mirko, pani nic nie je. Zrobię jeszcze herbaty i ukroję ciasta – zawołała z troską.

Wiadomo było, że przewrażliwiona kobieta nie zechce sprawiać dodatkowego kłopotu, zatrzepocze rękami, odmówi jak najgrzeczniej i niezatrzymywana przez nikogo zniknie na jakiś czas, by przed wieczorem powrócić.

– No, wreszcie! – mruknęła Zuzanna, gdy za gościem trzasnęła furtka. – Potrzebna ta satelitka jak kolczyk w pępku. Rozmawiać nie daje, milczeć nie umie.

Pani Iza popatrzyła na córkę z rozbawieniem.

– Przecież już poszła!

– Poszła, poszła! Dopiero jak swoją uprzejmością walnęłam w jej uprzejmość, to łaskawie podniosła kuper. Teraz rwie granatowe włosy z głowy i zastanawia się, o czym my tu mówimy!

– Łudziłam się – westchnęła pani Iza – że po skończeniu polonistyki moja córka nauczy się mówić jak dama. I co? Zmarnowane lata, zmarnowane pieniądze!

– Nieprawda! Nauczyłam się, i to jest moja najtajniejsza, najbardziej skrywana broń. Nie używam jej na co dzień, bo w zalewie językowej bylejakości nikt by mnie nie zrozumiał, z wyjątkiem mamuśki i Malwiny.

– A ja? – zdziwił się Łukasz.

– Ty? Wiesz, jak wygląda twoja relacja z dyżuru? Cytuję: Kobitka się wykopyrtła, połamała podstawkę pod telewizor, urobiłem się jak dzika świnia. Koniec cytatu.

Pewnie zakończyliby to czerwcowe popołudnie miłą pogawędką na jakiś neutralny temat, na przykład najnowszych trendów w polszczyźnie, farmakologii lub literaturze, gdyby nie Łukasz. Zgrabnie zwekslował rozmowę na dolegliwości lekceważone przez chorych i lekarzy, by w końcówce kompletnie zaszokować Koreckich.

– Panie doktorze, mógłby pan wytłumaczyć Zuzannie, że powtarzające się nocne bezdechy to poważna choroba, wymagająca leczenia.

– A skąd ona wie, że ma nocne bezdechy?

Zdumiony Korecki przeniósł wzrok ze spokojnej twarzy Łukasza na poczerwieniałe nagle oblicze córki, zmarszczył czoło i chrząknął. Chrząknęła również pani Iza. Oboje byli umiarkowanymi konserwatystami. Jeżeli Łukasz chciał powiedzieć, że sypia z ich córką, nie mógł tego zrobić dyskretniej. Nie wyglądał przy tym na człowieka, który niechcący się sypnął. Z całej czwórki on jeden zachował absolutny spokój.

– Tak… to znaczy, że co? – spytał wreszcie Korecki.

– W czasie snu nie oddycha miarowo… – zaczął Łukasz, lecz nie było mu dane skończyć. Antoni Korecki niebezpiecznie poczerwieniał.

– Nie pytam o objawy, panie kolego, tylko… tylko o pańskie intencje. Po co nam pan o tym… Jeżeli to nie jest… hm… dyplomatyczna prośba o rękę… to przyznam, że nie bardzo rozumiem.

– Tato! – krzyknęła Zuzanna.

Korecki machnięciem dłoni uciszył córkę. Nie po to wzniósł się na wyżyny dyplomacji, by teraz pozwolić sobie przerywać.

– O rękę miałem prosić za moment. – Łukasz błysnął zębami w krótkim uśmiechu. – Skoro jednak pan zaczął, to mam zaszczyt…

Niestety, zaszczyt zaszczytem, lecz Zuzanna nie życzyła sobie, by rozmawiano o niej tak, jakby jej przy tym nie było. W najbliższym czasie nie przewidywała zaręczyn ani ślubu, przewidywała natomiast wyjazd do Torunia, do siostry, nosiła się z zamiarem wyjazdu z Włocławka i w ogóle miała inne plany. Mówiła dużo, szybko i dość chaotycznie.

– Lazuniu – wtrąciła matka – nie pozwoliłaś panu Łukaszowi skończyć.

– Mamo, błagam!

Lazunia była stara jak wykopalisko, pochodziła z czasów, kiedy mówiło się tak, jak się umiało: mamido na mamę, tatun na ojca i Wicia na siostrę. Zuzanna była Lazunią nie ze świadomego wyboru, tylko z powodu kłopotów artykulacyjnych. Od dwudziestu pięciu lat to dziecinne zdrobnienie przyprawiało ją o białą gorączkę.

– Nie błagaj, Lazuniu, tylko pozwól panu skończyć.

– Zapomnijcie o Lazuni. Nie ma jej, zapadła się pod ziemię, zdechła… Była moją największą pomyłką językową.

– Ba! Masz najlepszy dowód, jak człowiek musi uważać na każde słowo – mruknął ojciec.

Zuzanna nie miała wątpliwości, że mruknięcie odnosi się nie tylko do najwcześniejszych lat dzieciństwa. Mało tego: miała pewność, że w ogóle nie odnosiło się do tamtych lat. Rodzice sięgali po Lazunię wówczas, gdy poważna Zuzanna zrobiła lub palnęła horrendalne głupstwo, godne smarkuli. Za sprawą jednego słowa wszystko stawało się wiadome, niczego nie trzeba było wyjaśniać. Jak teraz.

 

Spokojne popołudnie zakończyło się klasycznym patem. Poważna rozmowa niczego nie wyjaśniła i przy pożegnaniu wszyscy mieli strute miny. Koreccy, mimo całej sympatii dla doktora Gapskiego, w kwestii małżeństwa dali córce wolną rękę. Łukasz czuł się zawiedziony, bo w głębi ducha liczył na ich pomoc i siłę perswazji. Najbardziej rozżalona była jednak Zuzanna. Nie dość, że jej chłopak zaczął rozmowę bez jej zgody, to jeszcze zaczął fatalnie, całkiem jakby chciał powiedzieć: „Skoro już sypiamy razem, to wypadałoby się pobrać”. W drodze powrotnej siedziała nastroszona i wściekła. Łukasz skupił uwagę na kierownicy i nucił cicho coś, co przypominało starą melodię „Och, Susanna”. Była tam mowa o spóźnionym laniu łez, lecz dziewczyna miała to w nosie.

– Czy ty masz świadomość, że zburzyłeś ich spokój? – wybuchnęła gdzieś tak na wysokości Wikaryjki.

– Nie mam.

– Bezdech! Sam jesteś bezdech. Co ci strzeliło… co cię napadło… Po pierwsze, ja nie chrapię, po drugie, bezdech dotyka grubasów, po trzecie, staruszkowie nawet nie wiedzą, że mieszkamy razem!

– Wiedzą. Każdą wizytę zapowiadają dzień wcześniej, żeby uniknąć niezręcznych sytuacji. My udajemy, że nie mieszkamy, oni udają, że w to wierzą, i tak sobie żyjemy, okłamując się nawzajem.

– Po prostu unikamy mówienia rzeczy zbędnych, które mogą zranić.

– Nie. My po prostu kłamiemy – powtórzył z naciskiem.

Jeżeli do tej pory łudziła się, że palnął coś, bo palnął, że się przejęzyczył, to w tej chwili wszystko stało się jasne. Poczuła ogromny żal i z trudem zapanowała nad łzami. Łukasz zawiódł ją pierwszy raz, odkąd się znali. Wiedziała, że jest niecierpliwy i zaborczy, ale nigdy nie podejrzewała go o perfidię, o to, że odważy się napuścić rodziców przeciwko niej.

– Daj mi trzy dni – powiedział. – Znajdę sobie jakiś pokój.

To ją rozkleiło do reszty. Nie dość, że zawiódł, to jeszcze straszy i opowiada głupoty. Ocierała łzy wierzchem dłoni i pociągała nosem, jakby była małą Lazunią, a nie dorosłą Zuzanną z czteroletnim stażem uczuciowym. Nawet czteroipółletnim, bo poznali się na sylwestra. Doskonale pamiętała tamtą noc. Do dwunastej bawili się ze wszystkimi, po dwunastej tańczyli już tylko swoje tango. Łukasz przekonał ją, że tango można tańczyć do każdej muzyki, nawet rockowej, trzeba tylko znaleźć spokojny kąt i nie wypuszczać partnerki z objęć. To była miłość od pierwszego spojrzenia, a w wypadku Zuzanny w ogóle pierwsza miłość. W początkowej fazie nieśmiała i delikatna, potem szalona i fascynująca, na ostatku pewna jak skała. To znaczy dziewczyna zyskała pewność, że Łukasz jest i będzie zawsze. Zamieszkali razem i ten wspólnie spędzony rok sprawił, że wielkie uczucie trochę spowszedniało, a urok nowości gdzieś się ulotnił. Żyli sobie jak stare, dobre małżeństwo, spierali się o zakupy i sprzątanie, o podział obowiązków i przywilejów. Chyba było im dobrze, na pewno było dobrze i dlatego nawet przez moment nie wierzyła w rozstanie.

– Wcale nie o to chodzi! – powiedziała przez łzy. – Przestań mnie poganiać, traktować jak swoją własność… i nie musisz się wynosić.

– Chyba jednak muszę – powiedział bardzo poważnie. I nie dał jej swojej chustki, nie poprosił, żeby przestała się mazać. Może po prostu zgłupiał i nie wiedział, jak się zachować, bo pierwszy raz widział płaczącą Zuzannę.

W przedziale zajęte były dwa miejsca pod oknem. Zaniedbany, chorobliwie blady facet siedział na wprost innego chudzielca, tyle że rumianego. Nie wyglądali na podrywaczy ani zboczeńców. Zuzanna mruknęła pod nosem coś, co od biedy przypominało powitanie, i przezornie usiadła przy drzwiach, by jednoznacznie odciąć się od obu mężczyzn. Nie była nastawiona towarzysko. Miała mniej więcej godzinę na uporządkowanie wewnętrznego bałaganu i poukładanie myśli. W Toruniu czekała na nią Weronika, czekała Li z Malwiną. Musiała pokazać im radosną twarz szczęśliwej dziewczyny. Taką, do jakiej wszyscy byli przyzwyczajeni, nawet ona sama. Ale jajo, myślała zgnębiona, chyba spaprałam sobie życie! Była to oczywiście przesada. W wieku dwudziestu sześciu lat Zuzanna dorobiła się dyplomu magistra filologii polskiej i chłopaka. Z tego dorobku tylko chłopak próbował się wymknąć, dyplom pozostawał przy niej. Z niesmakiem myślała o farsie, urządzonej przez Łukasza. Uwielbiała farsy, pod warunkiem jednak, że nie ona była główną bohaterką. Ale jajo, powtórzyła pod nosem. Staruszkowie i Łukasz mają do mnie pretensje, pracy nie mam, niedługo nie będę miała pieniędzy… Co dalej?

Dalej był Raciążek i krótki postój.

– Moje rodzinne strony! – powiedział zaniedbany chudzielec. – Tu, niedaleko Nieszawy, dziadkowie mieli ogromny majątek.

– Ja pochodzę z okolic Chocenia – pochwalił się drugi. – Ty o czyich dziadkach mówisz?

– O ojcach ojca, o dziadach po mieczu. Pierwsza szlachta w okolicy. Na hektary licząc, największy majątek – wyjaśnił z rozmarzeniem w głosie.

Temat musiał być miły jego sercu, bo zaczął wymieniać pola, łąki, lasy, rzucał hektarami i nazwami wsi, aż obudził z zamyślenia Zuzannę. Spojrzała z zainteresowaniem na spadkobiercę fortuny i z trudem powstrzymała uśmiech. Ciekawe, jak on by dzisiaj wyglądał, gdyby po drodze nie było reformy rolnej, pomyślała. Jej własne rozważania nawet w połowie nie były takie zabawne. Poprzedniego dnia pani Iza specjalnie przyjechała do Włocławka, żeby się spotkać z córką.

– Refleksji w tobie, dziecko, tyle, co w mrówce rozumu – powiedziała na początek.

– W czarnej czy w czerwonej? – próbowała uściślić Zuzanna.

– W czarnej, czarna mniejsza. Co właściwie zamierzasz robić?

Odpowiedź na to proste pytanie chwilowo przekraczała możliwości Zuzanny. Ciągnął ją wielki świat. Tyle miejsc było do obejrzenia, tyle chwil do przeżycia, tyle głupstw do popełnienia, że nierozsądne wydawało się przedwczesne wchodzenie w kierat: praca, mąż, dzieci i raz w roku urlop nad morzem. Czuła w sobie wilczy apetyt na życie. Matka rozumiała i nie rozumiała.

– To co mam robić? – spytała zgnębiona dziewczyna.

– Nie wiem. Sama musisz zdecydować.

– A co ty byś zrobiła na moim miejscu?

– Wyszłabym za Łukasza. Jest mądry, poważny i wygląda na zakochanego. Życie samotnej kobiety bywa zabawne tylko do czasu. Jeśli mi nie wierzysz, porozmawiaj z Weroniką.

– Wierzę… tylko co zrobię, jeżeli gdzieś, nie wiem jeszcze gdzie, spotkam miliardera o kształtach Apolla? – spróbowała zażartować.

– Nie wiesz przypadkiem, po co miliarderowi taka szalona pałka do kartofli jak ty?

Nie wiedziała, lecz mimo wszystko poczuła się podniesiona na duchu brakiem jednoznacznego potępienia.

– A co z Łukaszem? – spytała pani Iza.

– Dobrze. Chyba dobrze – odpowiedziała wykrętnie, choć wcale nie było dobrze.

Łukasz zdecydował, że odchodzi. Po raz pierwszy nie prosił o żadne wyjaśnienia, nie chciał rozmawiać o niefortunnych oświadczynach ani o przyszłości. Dwa dni temu zdjął z pawlacza torbę i zaczął pakować swoje rzeczy, chociaż mieszkanie mieli opłacone do września. Noce spędzał na dyżurach, popołudnia w przychodni, do domu wpadał na moment, żeby się wykąpać i przebrać. Ostatni raz widziała go parę godzin wcześniej. Ona właśnie wróciła ze szkoły z naręczem kwiatów, on wychodził. Wpadli na siebie w ciasnym przedpokoju.

– Wyjeżdżam – powiedziała.

– Tak?

Nic więcej, żadnego pytania, dlaczego właśnie dzisiaj i na jak długo.

– W lipcu będę u Weroniki, nie musisz się wyprowadzać na łeb na szyję. Zresztą, w ogóle nie musisz się wyprowadzać.

Powiedziała to z pełnym przekonaniem. Wierzyła, że wspólny adres bardziej ich łączył niż cokolwiek innego. Odejdzie z mieszkania, odejdzie od niej. Ani zatelefonować, ani wpaść, ani powiedzieć, że tęskni. Mimo całej złości nie umiała sobie wyobrazić życia bez Łukasza. Chciała mieć i jego, i ten wielki świat, do którego ciągnęła.

– Wynająłem pokój – powiedział spokojnie, jakby rozprawiał o dodatkowym dyżurze, nie o rozstaniu.

– Naprawdę nie musisz!

Chciała złapać go za rękę, przytrzymać, powiedzieć coś bardziej od serca, ale kolec róży wlazł jej pod paznokieć i tylko syknęła boleśnie. Łukasz wyszedł. Zdążyła zauważyć, że twarz mu się wyciągnęła, oczy wpadły i ogólnie zmizerniał. Niemal poczuła się winna. Z kwiatami w objęciach podeszła do stolika, na którym rano zostawiła wiersz. Kartkę oparła o wazonik ze zdychającą gerberą, żeby tylko zauważył, nie przeoczył. Była pewna, że stworzyła perełkę poezji.