Agencja złamanych serc

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Karta tytułowa
PAULINA

Muzyka powoli cichła.

– Chciałabym odpocząć – powiedziała Marta, wyplątując się z żelaznego uścisku partnera. Spojrzała niezbyt przychylnie na dwa metry tęgiej, męskiej urody, wilgotne uwodzicielskie oczy i uśmiech superfaceta. – Czy pan trenuje zapasy?

Zaprzeczył, pochylił głowę i szepnął gdzieś w okolice jej ucha:

– Uważam, że piękno wtedy ma sens, gdy jest jak najbliżej nas!

– Powiedział osioł, zjadając różę – mruknęła Marta.

A może nawet nie mruknęła, tylko pomyślała, bo olbrzym nie zareagował ani na osła, ani na różę. Nie wyglądał przy tym na człowieka gotowego darować zniewagę nawet najpiękniejszej kobiecie.

Zeszli z parkietu, nim orkiestra podchwyciła następną melodię. Marta zręcznie wmieszała się w rozgadaną grupkę znajomych, gubiąc po drodze siłacza.

Dochodziła druga. Skromne przyjęcie weselne na sto pięćdziesiąt osób zaczęło dogorywać. Co tam dogorywać: zaczęło zdychać. Ciężkie pieniądze, które jeszcze parę godzin temu miały postać pełnych butelek, półmisków dekorowanych jarmużem i pomidorami, niepostrzeżenie przemieniły się w brudne talerze, wyplamione obrusy i puste szkło. Widać kelnerzy też poczuli zmęczenie... Tylko orkiestra była w formie.

– „Za nami miłość, co się zdarza tylko raz, odloty nagłe i spotkania twarzą w twarz...” – łkała refrenistka.

– ...i kółeczko, wszyscy do kółeczka – darł się Jerzyk, prezentując na parkiecie najwymyślniejsze układy taneczne własnego pomysłu. – I panie wybierają panów...

Towarzystwo weselne porozłaziło się po kątach, podzieliło na grupki zainteresowań. Tylko ci najbardziej żwawi kręcili się po bokach parkietu, uciekając przed Jerzykiem, który szalał w środku.

Nad salą, niczym gruba czapa, unosiło się ogólne paplanie, wymieszane z muzyką.

Marta poddała się znużeniu i tkwiła przy stole, wśród odpoczywającej większości. Była zmęczona i taka jakaś... podobna do balonika, z którego uszło powietrze. Bezmyślnie łowiła szumy i plątaninę padających wokół słów.

– Sama suknia, proszę panią, to kosztowała trzydzieści dwa miliony.

– W starych czy w nowych?

– A nawet nie pamięt...

– A takie przyjęcie, proszę panią, to w grubych tysiącach się liczy!

– W starych czy w nowych?

– Dobrze się bawisz? – Podniosła głowę.

Stał przed nią główny bohater uroczystości i zupełnie, ale to zupełnie nie przypominał eleganckiego na co dzień Ada-ma. Koszula rozpięta, włosy na czole zlepione... i radości w nim było tyle, co nic.

– Świetnie! Nawet nie wiedziałam, że masz tylu znajomych?

– Ja też nie! – Pogładził Martę po gołym ramieniu i odszedł zabawiać innych gości.

– W moich obrazach, człowieku, nie treść jest ważna, tylko...

– I nie truj mi, że lekarze zarabiają kokosy... gówno zarabiają...

– Nie tańczysz? – spytał Gacek.

– Wyglądam, jakbym tańczyła? – uśmiechnęła się Marta.

– Wyglądasz jak podcięty kwiat. Mam dla was dwie rzeźby, weźmiecie?

– Gacek! O interesach na weselu?

– O interesach można wszędzie. Popatrz tylko na Adama!

– Trzy komplety srebrnych sztućców dostali, zastawę stołową na...

W momencie gdy matka panny młodej doszła do żmudnego wyliczania bielizny pościelowej, Marta zauważyła wbite w siebie oczy tancerza-siłacza. Złościła się na człowieka, że mruk i dusiciel, gdyby jednak chciała być absolutnie szczera, sama wobec siebie, to kto wie, czy pod warstewką niechęci nie odkryłaby drobnego zauroczenia? Drobniutkie było, ledwie tycie, tycie... ale nikt nie potrafi przewidzieć, co z takiego maciupeństwa wykiełkuje, gdy kobieta – zakochana wprawdzie w innym, lecz chwilowo samotna – straci kontrolę nad sobą. Nie od dziś wiadomo, że chwilowa samotność to połowa drogi do grzechu. Obiektywnie patrząc, mężczyzna prezentował się znakomicie, ale subiektywnie... coś w nim było odpychającego. Może zbyt dużo pewności siebie? Może nadmiar powodzenia? Zresztą, obiektywnie czy subiektywnie, Marta była zaręczona, a facet zbyt demonstracyjnie okazywał jej zainteresowanie. Przezornie skorzystała z okazji, że ktoś na moment zasłonił potężną postać supermana, i wróciła na swoje stare miejsce za filar. Czekała na zakończenie tanecznego maratonu, żeby zmyć się po angielsku. Jedyna droga prowadziła przez parkiet.

– Co tak siedzisz, gdzie Jul? – spytał Rafał, rzucając się na krzesło obok.

– Sama przyszłam, sama siedzę, takie jest życie, kolego!

– Jul cię rzucił i od razu malkontencisz? – zaśmiał się przyjaciel.

– Jeszcze nie rzucił. Pojechał do Ciechocinka pracować nad książką. Zwichnął nogę i został.

Rafał pokiwał głową. Z całą pewnością nie był wielbicielem literackiego talentu Jula ani samego autora. Można by nawet powiedzieć, że obydwaj panowie, ku utrapieniu Marty, z trudem się tolerowali.

– To mówisz, że on wreszcie kończy tę swoją książkę?

– Nie wiem, czy kończy, wiem, że nad nią pracuje.

– O czym pisze tym razem?

– Od roku o tym samym, o Diego Maradonie.

– A Maradona przynajmniej wie, że niejaki Juliusz Brzeszczyk, w dalekiej Polsce, szyje mu buty? Bo wiesz, kopnięcie ten facet wciąż ma znakomite, jak się zakałapućka przy „uszbrzeszcz”, z pana redaktora zostanie mokry placek.

– Wszystkiego się dowiesz, jak przeczytasz – ucięła Marta.

Ją również dręczyły wątpliwości – tej i innej natury – ale uznała, że dla autora wybór tematu jest sprawą wręcz intymną i nikt nie ma prawa mu przeszkadzać.

– Jasne! Na pewno przeczytam. – Patrzył na nią z jakimś zasępionym zachwytem. – Masz ochotę na wódkę, to poszukam kelnera?

– Jeśli chodzi o mnie, koniec z piciem. Tak sobie myślę, że rano pojadę do Jula, zrobię mu niespodziankę!

– Dziewczyno – zgorszył się Rafał – nigdy nie rób takich głupich niespodzianek. Chcesz potem żałować?

– Ludziom trzeba ufać. Zapomniałeś, czego cię mama uczyła?

Nie zdążył odpowiedzieć. Wiedziony instynktem spragnionego człowieka poderwał się na widok kelnera. Osamotniona chwilowo Marta śledziła bez specjalnego zapału konwulsje na parkiecie. Orkiestra z bólem wydobywała ostatnie rytmy, tłumek wił się i szalał w przeczuciu końca melodii, błyskały spocone czoła i nosy... szczerym złotem jarzyła się kamizelka jednego z tancerzy. Trudno go było nie zauważyć z racji owego złota i dziwnego koloru muchy. Dreptał znudzony obok pięknej, szczupłej blondynki, a jego włochata łapa na plecach dziewczyny wyglądała jak pająk na atłasie.

– Herbata dla pięknej pani! – zawołał radośnie Rafał. Muzyka ucichła.

– „Mój sekret zna biały kwiat...”. – Spocony i purpurowy Jerzyk, z resztką refrenu na ustach, rozdzielił ich i przypiął się do szklanki z herbatą. – Dawno już tak nie tańczyłem – wysapał między jednym łykiem a drugim. – Czemu siedzicie jak dwa smutasy? Wreszcie mamy prawdziwe weselisko! Kto wie, kiedy trafi się następne? Marta, wy z Julem też tak... na tyle osób?

– Szalony jesteś? Nie mamy aż tak wielu przyjaciół.

– Dużego wesela nie robi się dla przyjaciół! Interesy, moja droga, interesy! Wiesz, ile tu ludzi, którzy normalnie plują na siebie? Głowa mała!

– Jerzyk, znasz tę żarówkę na krzywych nóżkach? Kto to jest? – Wskazała nieznacznie głową na towarzysza pięknej blondynki.

Jerzyk nawet się nie odwrócił.

– Za stara jesteś, złotko, o całą dychę! Przykro to mówić pięknej kobiecie, ale pan Kazio Dominik nie sięga powyżej dziewiętnastki – stwierdził kategorycznie.

– Znasz go?

– Jasne!... To znaczy znam ze słyszenia. Wielka figura!

– Raczej gruba – uściśliła Marta. – Co ten Kazio, czy tam Dominik, robi?

– Kazio to jest, rozumiesz, imię, a Dominik to nazwisko. Bogol potężny! Łeb też potężny!

– Pytam, co robi? Narkotyki, szantaż? Na oko można mu przypisać każde świństwo.

– Tak konkretnie, to musisz spytać pana młodego, znaczy Adama. Kręcą coś razem... jakaś apteka, leczenie ziołami... masaże... Tak mi się zdaje. Ale dziewczynę ma przebojową, co? Idę po picie, chcecie też? – Zerwał się i pobiegł.

– Adam i masaże? – Marta popatrzyła ze zdziwieniem na Rafała. – Słyszałeś coś?

– Adam, proszę ja ciebie, pasuje do interesów jak cebula do deseru, żeby już zostać przy nomenklaturze teścia, przemysłowca spożywczego! Bug z Narwią... i z nim! Można cię odwiedzić jutro po południu?

– Byle nie za wcześnie, bo jednak skoczę do Ciechocinka.

– Nie rób głupstw!

– Dobra, marudo! Będę pamiętała, że byłeś przeciw. Nie widziałeś czasem mojej torebki?

– „To była blondynka, ten kolor włosów tak zwą...” – ciągnęła refrenistka.

Marta wstała, żeby poszukać swojej zguby. Przez całą noc kręciła się to tu, to tam i sama nie pamiętała, gdzie była jeszcze z torebką, a gdzie już bez. Szerokim łukiem próbowała ominąć parkiet, kiedy Jerzyk niechcący lub chcący, podszedł za blisko do blondynki, wtulonej w Kazia Dominika. Może chciał jej zanucić do ucha, kto to wie, dość że pierwszy upadł Jerzyk, na niego zwalił się Dominik, a dziewczyna na obydwóch. Zakotłowało się na parkiecie sumiennie, po czym pierwsza zerwała się blondynka, za nią niezgrabnie Dominik, a Jerzyk został. Leżał bez ruchu. Ktoś zawołał, żeby dzwonić po lekarza... Na szczęście ktoś inny przypomniał sobie, że na sali jest kilku lekarzy. Cudze nieszczęście bardzo ludzi mobilizuje i Jerzyk z miejsca został otoczony gęstym kordonem. Obstąpili go nie tylko ci z parkietu, poderwali się też ci od stołów i wspólnymi siłami odcięli leżącemu dostęp powietrza, a lekarzom możliwość przeciśnięcia się do poszkodowanego.

 

– Nie żyje! – krzyknął ktoś histerycznie.

Na szczęście Jerzyk żył, miał tylko solidnie rozwaloną głowę i to bynajmniej nie z tyłu, choć upadł na wznak, lecz z przodu, od strony zderzenia z Kazimierzem Dominikiem.

Marta tak była przerażona wypadkiem, że nawet nie zdążyła się ucieszyć z odnalezienia torebki. Podała w szatni żeton i dopiero szatniarka zwróciła jej uwagę na karteczkę dopiętą do metalowego kółka. Z całą pewnością była to elegancka wizytówka, wydrukowana na czerpanym papierze: „Lech Zawieniecki, doktor nauk paramedycznych”. Adres gabinetu, telefon... i odręczny liścik na odwrocie: „Nie myśl, Marto Wilani, że mi umkniesz”. Pod spodem widniał jakiś zawijas. Królika doświadczalnego ten paramedyk szuka, czy co? – zastanowiła się, wsuwając kartonik do kieszeni. Nie miała żadnych wątpliwości, czyją wizytówkę chowa.

– Poczekaj, idę z tobą! – Rafał wyrósł tuż obok i wywracał kieszenie w poszukiwaniu żetonu.

– Nie musisz!

– Jerzyk już się pozbierał – powiedział, nie reagując zupełnie na jej obojętne „nie musisz”. Widać uznał, że musi. – Ładna noc, może się przejdziemy?

– Pod warunkiem, że oddasz mi własne buty. – Marta wzruszyła ramionami.

Miała wysokie szpilki i długą, wąską suknię. Tylko mężczyzna tak praktyczny jak Rafał mógł uznać, że to odpowiedni strój do nocnych spacerów i to z jednego krańca miasta na drugi.

Zatrzymali taksówkę.

– Psiakrew, jak szybko ci ludzie znikają – mruknął Rafał, rozsiadając się w miarę wygodnie. – Dzisiaj straciliśmy Ada-ma... I kto nam porwał prawdziwego artystę? Lekarka? Żeby to jeszcze sama lekarka. Czarno widzę przyszłość naszego geniusza! Za pół roku teść zatrudni chłopaka przy siekaniu fasoli i utrupi jego talent. Marta, czy ty pamiętasz jego kolaże? Facet miał genialne wyczucie koloru i faktury. Łączył, czego nikt nie złączył przed nim, i wychodziły cuda. A teraz utknie między warzywami i co? Za parę lat może narysuje dzieciakowi tasiemca w zeszycie, a może i nie?

– Tasiemca na pewno narysuje – stwierdziła z przekonaniem Marta.

– Znowu kurczy się nasza paczka. Na początku wszyscy obiecują, że z żonami, z mężami będą przychodzić, rozumiesz, a potem myk, gonią za chałturą, rozmnażają się, tracą serce dla przyjaciół. Smutne, nie uważasz?

– Pan to ma rację – wtrącił nieoczekiwanie taksówkarz. – Ja też mam kumpli, panie, i widuję ich dwa, trzy razy w roku, na imieninach. Ludziom się nie chce z domów ruszać. Kablówka, panie, ta... no... o, magnetowid, panie... Aż żal patrzeć, co ta cywilizacja z nami wyprawia?! Na naszych oczach świat się rozlatuje, panie!

– Właśnie o tym mówię – zgodził się Rafał. – O ludziach trzeba pamiętać! Wie pan, żeniliśmy dzisiaj świetnego kumpla. Na weselu, choć to niby we-se-le, smutno było. Sto pięćdziesiąt osób, a przyjaciół ledwie garstka! Cała reszta to biznes, interesy, powiązania. Średni biznes, ma się rozumieć, średniutki...

– Nie szkoda to grosza? – zdziwił się taksówkarz. – I powiedzcie państwo, kogo to stać na takie wesela?

– Tych, co mają pieniądze – wyjaśniła sennie Marta.

– Ale po co tak się wypinać? Ja jak żeniłem córkę, to przyjęcie było tylko na sto ludzi... I dość!

Marta stłumiła za jednym zamachem chichot i cichutkie ziewnięcie. Rafał, wychylony w stronę kierowcy, perorował o przyjaźni, kierowca nawracał do wesela córki i tak sobie pletli, każdy na swój temat, zadowoleni, że dorwali słuchacza. A i Marta była zadowolona, że mogła sobie pomilczeć. Patrzyła na oświetlone ulice, myśląc o prysznicu i poduszce.

– Marta! Pamiętasz tę twoją żarówkę? – Rafał tak gwałtownie zmienił temat i rozmówcę, że drgnęła przestraszona.

– Mojej nie pamiętam!

– No tego, jak mu tam, Karola, czy jakoś tak? Paskudny, niegustownie ubrany, a dziewczynę miał prima sort. Kiedy tak patrzysz, z kim niektóre dziewczyny się zadają, to dopiero wtedy dostrzegasz, jak bardzo muszą kochać pieniądze i luksusy! Wszystko to magia pieniędzy, rozumiesz? Gdzie myśmy byli, Marta, jak ludzie robili pieniądze? Znowu zostaliśmy za burtą, możemy sobie tylko popatrzeć, jak inni żyją. Grecja, Tunezja, rozumiesz, rowerem po Majorce... Jak to jest, Marta? Co niby nam przeszkadza? Uczciwość?

– Wysoko mierzysz, facet! Majorka, uczciwość... A kto, kurczę, umawia się ze mną o jedenastej w galerii, a jak dzwonię o dwunastej, to wyręczam budzik? Kto zarywa terminy? Może ja?

– No widzisz! Wstajesz rano, terminów nie zarywasz i też ledwie wiążesz koniec z końcem! Taksówka zatrzymała się przed domem Marty.

– Zaprosisz mnie na herbatę? – spytał Rafał.

– Kotku, kto dzisiaj stłukł główkę: Jerzyk czy ty?

Wysiadła z ulgą. Była zmęczona i nie miała nastroju ani do mądrych, ani do zwykłych rozmów.

*

Suchy język i podniebienie, suche zęby i wargi... oto typowe objawy kaca wielogatunkowego. Marta już parę lat wcześniej poznała prostą zależność, że czym energiczniej człowiek nasącza organizm przez noc, tym bardziej go suszy rano. Wyciągnęła więc odpowiednie wnioski i nauczyła się pić z umiarem, a nawet udawać tylko, że pije, co wbrew pozorom wcale nie jest takie trudne. Na weselu Adama trzymała formę: kieliszek szampana, parę wódek, dwie lampki koniaku, ale do tego doszło kilka wypalonych papierosów, zarwana noc... i obudziła się koło jedenastej z paskudnym uczuciem nadmiernego pragnienia. Jedno, co w takich przypadkach niezawodnie pomagało, to gorzka herbata. Nastawiła wodę i zniknęła w łazience.

Spod prysznica wyrwał ją dzwonek telefonu. Głos Jula brzmiał rześko i radośnie. Ponarzekał odrobinę na ból nogi, a potem już tylko wypytywał o weselisko i dziwił się, że Marta mówi basem.

– To od papierosów i przyśpiewek. Urządziliśmy pannie młodej takie oczepiny, że te ludowe mogą się schować. To były międzyregionalne oczepiny, łooj! Ale muszę cię zmartwić, nie ja złapałam welon! Potem były tańce z jajkiem, z butelką, nowomodny rytuał rodem z zadupia, czyli jak mówi Rafał: zadupny rytuał.

– Martusiu, na wszelki wypadek nie siadaj dzisiaj za kierownicą – poradził troskliwie.

Uśmiechnęła się tylko do słuchawki z miną: „Gadaj sobie, chłopcze, zdrów!” i niewykluczone, że nawet przytaknęła.

– Rozmawiałam z Jerzykiem, jeżeli się uda, to w środę przyjedziemy po ciebie. Wrócisz ze mną, a Jerzyk przyprowadzi twój samochód. Dobry pomysł?

Julowi pomysł się nie spodobał. Zaczął tłumaczyć, że sam nie wie, bo jeszcze prześwietlenie, zdjęcie gipsu i coś tam, a jak będzie wiedział, to zadzwoni... i żeby wcześniej nie przyjeżdżać. Z Julem zawsze tak było: jak miał zdecydować o czymkolwiek, o deserze czy wyjeździe do Rabki, zawsze najpierw musiał się wygadać, pozastanawiać, spiętrzyć trudności, by w końcu zdać się na Martę. Znosiła to ze stoickim spokojem, należała bowiem do kobiet, które lubią matkować mężczyznom.

Telefon nastroił ją lirycznie. Zatęskniła nagle za Julem tak mocno, że chapnęła w biegu jakąś kanapkę, makijaż ograniczyła do podkładu z odrobiną różu i w samo południe, całkiem już rześka, wybiegła z domu. Za niecałe pół godziny powinna parzyć herbatę w swym ciechocińskim domu. Pięknie to brzmi: „swój dom”, ale tak naprawdę była tylko współwłaścicielką jednej trzeciej. Prawdziwym właścicielem był Grześ, kolega po fachu, zwany powszechnie Gackiem. Gacek odziedziczył ów dom po rodzicach i zaproponował Marcie oraz Pusiom, też przyjaciołom, żeby współuczestniczyli w kosztach utrzymania, a w zamian korzystali do woli z adresu, dachu nad głową i uroków Ciechocinka. Jak dotąd godzili się z niepolską zupełnie przykładnością. Tydzień wcześniej zarezerwowała dom dla Jula, który pojechał pracować nad nową książką. Nową – to nie znaczy, by istniała jakaś stara. Jul zapalał się wyłącznie do tematów, mniej do samego pisania. Wymyślił sobie, że stworzy dzieło o Maradonie, podobno znalazł już wydawcę i podpisał umowę...

Marta, gdy tylko poczuła pod nogą pedał gazu, a pod ręką kierownicę, stawała się nad podziw zrównoważona. Jazda była dla niej przyjemnością i relaksem, a już jazda w piękne, niedzielne południe była przyjemnością podwójną, a może nawet potrójną.

Od tego trzeba zacząć, że niedziele w mieście nie są podobne do innych dni. Odświętność wisi w powietrzu, widać ją w sposobie poruszania się ludzi, w ich miłym rozleniwieniu. Nawet drzewa wyglądają inaczej, ba, nawet samochody jeżdżą jakoś dostojniej. Marta bardzo lubiła miejskie niedziele. Spokój nastrajał ją optymistycznie... czuła święto w sobie i pewnie dlatego wszystko wydawało się inne.

Minęła most na Wiśle, minęła tunel pod torami i skręciła w kierunku Łodzi. Miała teraz przed sobą niecałe pół godziny prostej, spokojnej drogi, mogła więc posadzić obok drugą Martę, którą osobiście powołała do życia w zamierzchłej przeszłości jako lekarstwo na samotność jedynaczki. To nie był wcale zły pomysł. Rodzice w pracy, w domu przyszywana ciocia, która uznawała tylko konkretne tematy, na przykład o wyższości owoców nad lizakami lub korzystnym wpływie twarożku na zdrowie dziecka... natomiast mała Marta łaknęła odrobiny abstrakcji. Siostra, nawet taka wymyślona, gwarantowała długie rozmowy na różne fantastyczne tematy, poza tym można ją było hojnie wyposażyć w dowolne wady. I tak Martusia była grzeczna, ładnie jadła, chętnie myła ręce, a ta druga psociła, grymasiła przy kaszce i zostawiała na lustrze tłuste odciski paluszków. To bardzo wygodnie mieć kogoś, na kogo zawsze można złożyć winę. Życie z siostrą, pomyślaną jako własne przeciwieństwo, stało się szczęśliwsze i o wiele bogatsze. Tak bardzo zżyła się z tą drugą, że pozwoliła jej dorastać obok. Jedna Marta była nastawiona do świata radośnie, tryskała optymizmem i humorem, druga występowała jako poważna pesymistka... realistka i maruda.

Jadąc prostą drogą do Jula, pierwsza Marta mówiła:

– Wiesz, czuję się jak dziecko szczęścia. Do czego się w życiu wezmę, wszystko mi wychodzi. Mam mieszkanie, samochód, własną galerię, dom w Ciechocinku i chłopaka. Niezły dorobek jak na trzydziestolatkę, nie uważasz?

– Phi! – wykrzywiła się ta druga. – Na moje oko tylko Jul należy wyłącznie do ciebie, jeżeli można wierzyć mężczyźnie. Czy znalezienie sobie chłopaka przed trzydziestką jest aż takim wielkim sukcesem?

Marta uśmiechnęła się na wspomnienie Jula. Nie był bez wad... W ciągu trzech lat wspólnego życia przestała się łudzić, że ten facet zawojuje świat pracowitością czy talentem i obsypie ją brylantami, ale ceniła w nim czułość, wrażliwość i to, że potrafił kochać. Kiedy zachorowała w zimie na grypę, znosił miód i cytryny, pilnował zażywania leków... Wprawdzie przed Bożym Narodzeniem, kiedy on z kolei zaniemógł, czyli zaciął się w palec, to przez tydzień nosił rękę na temblaku, aż Marta potrzepała dywany i uporała się z porządkami... Ale takie jest życie, nie można mieć wszystkiego jednocześnie. Jak się trafi na niezaradnego życiowo humanistę, trudno od niego wymagać, żeby założył bank lub kierował stocznią! Wczoraj na weselu miała przegląd zamożnych mężczyzn i na żadnego z nich nie zamieniłaby Jula. Nie i już!

On pewnie zechce wiedzieć, jak się bawiła, z kim tańczyła... Powie mu tak: „Wiesz, Jul, nasze wesele będzie całkiem inne. Przede wszystkim skromne: tylko my, najbliższa rodzina i przyjaciele! Nie można dzielić prywatnego szczęścia z kompletnie obcymi ludźmi. Poza tym ten kabriolet, ozdoby z laleczek i wstążeczek, jakież to żałośnie kiczowate! Zalewa nas fala wielkoświatowej brzydy, niestety! Adam musiał to czuć i pewnie dlatego wyglądał, jakby go zęby bolały... Poza tym tak sobie myślę, że weselny huk wcale nie gwarantuje późniejszego szczęścia... bo chyba nie gwarantuje?”.

– O paradoktorze Zawienieckim i jego bileciku nie wspomnisz? – spytała złośliwie ta druga Marta.

Pierwsza pokręciła głową. Byłoby nietaktem wspominać choremu człowiekowi, że jego dziewczyna nie została uduszona tylko dlatego, że uciekła za filar. Takich rzeczy po prostu się nie mówi. Paramedyk o wyglądzie gladiatora burzył dotychczasowe wyobrażenia Marty o tego typu ludziach. Sądziła, że ziółkami i wahadełkami zajmują się chucherka, takie co to wrzody na dwunastnicy, to wycięte, tamto chore... Prawdę mówiąc, niewiele wiedziała o medycynie niekonwencjonalnej poza tym, że sama nazwa ją śmieszyła. Doktor nauk już mniej ją śmieszył. Grzebał w jej torebce, mógł nawet zrobić odcisk klucza...

– Kurczę! Skicham się ze szczęścia, jeżeli wlezie nocą i zacznie odprawiać egzorcyzmy. Uniesie nagle łapska i zawyje: „Nie myśl, Marto, że mi umkniesz”! – przeraziła się realistka.

Apage, Satana! Jeszcze raz tak zażartujesz i wysadzę cię pod pierwszym drzewem – odpowiedziała ta łagodniejsza, która wierzyła w ludzi. Ale ciarki na plecach poczuła.

 

– Za torami skręcamy w lewo, uważaj! – przypomniała dla pewności realistka.

– Zaraz skręcamy, uważaj! – wrzeszczała optymistka dokładnie godzinę później, gdy pesymistka minęła jak szalona stację benzynową, wyprzedziła tych, co jechali przed nią i z prędkością huraganu zbliżała się do zakrętu. Wracały z Ciechocinka. – Hamuj, wariatko! Deszcz leje, wpadniesz w poślizg!

W ostatniej chwili, dosłownie w ostatniej, Marta zmieniła pedał i zaczęła cisnąć na hamulec. Nie padał żaden deszcz. To ona płakała. Prowadziła samochód i lała łzy jak ciechociński grzyb latem. W mokrych strugach prawie nie widziała drogi. Własna rozpacz podpowiadała jej, że ma pierwszeństwo przejazdu, ponieważ cierpi i musi jak najszybciej wrócić do domu. Spróbowała dostać się na drogę przed żukiem, jadącym również w kierunku Torunia. Potem świadkowie przyznali, że chciała wymusić pierwszeństwo przejazdu.

Zgrzyt, huk, trzask i obydwa samochody stanęły.

Z żuka wyskoczyło dwóch mężczyzn, dopadli do „cienkusza” i gdyby Marta była na przykład tęgim chłopem, to... kto wie, co by się dalej działo?

– Jak jedziesz, ty fiucie złama... Michał, to baba! – wrzasnął zaskoczony kierowca furgonetki. Marta płakała.

– Czy coś się pani stało? Może pani mówić, ruszać się, wstać! – krzyczeli na przemian.

Nadal płakała.

Ten nazwany Michałem otworzył drzwi od jej strony. Wziął Martę pod ręce, postawił na drodze i oparł o jej własny samochód.

– Niechże pani przestanie! Stuknęła nas pani, ale nie wygląda to groźnie. Dogadamy się jakoś... na mechaników samochodowych pani trafiła...

Marta wciąż płakała.

– Podpisze pani przy świadkach, że to z pani winy? – zaczął dociekać kierowca żuka.

Niemal w tym samym momencie grono świadków zaczęło topnieć w oczach. Wypadek nie wyglądał specjalnie interesująco: trupów nie było, żuk nie ucierpiał, jedynie cinquecento Marty wyglądało dość żałośnie, choć i tak lepiej od niej samej, zapłakanej jak nieboskie stworzenie.

Oględziny obu samochodów uspokoiły mężczyzn na tyle, że zrezygnowali z zawiadamiania policji. Kłopot był z Martą.

– Proszę pani, samochód jest sprawny, tylko co z panią? – spytał pasażer, czyli Michał. – Na moje oko daleko pani nie zajedzie...

– Muszę natychmiast do Torunia! – załkała Marta. – Muszę jechać!

– Życie pani niemiłe czy co?

– Niemiłe! – jęknęła.

– Gadanie! W takim stanie nie może pani prowadzić!

– Mogę.

Zaczęła wsiadać do „cienkusza” od strony kierowcy i gdyby nie kategoryczna reakcja Michała, pewnie by wsiadła. Usadził ją na miejscu dla pasażera, odszukał w skrytce dowód rejestracyjny i nawet niewiele przy tym marudził.

– Jedź, Rychu, ja odwiozę kobitkę.

Marta-pesymistka usiadła obok mężczyzny, który sam przemianował się z pasażera żuka na kierowcę cinquecento. Optymistki już nie było. Wyskoczyła jeszcze przed skrzyżowaniem, a kto wie czy nie została w ciechocińskim domu? Michał uruchomił silnik i ruszyli.

– Szczęście w nieszczęściu, że przywaliła pani krajanom. Gdyby tak na innych trafiło, to lepiej nie myśleć! Naprawdę chciała pani jechać dalej sama?

– Aha! – przytaknęła Marta, ocierając oczy nie wiadomo który raz. – Albo niech pan zawróci, chcę do Warszawy, do mamy...

– Kochana, mnie Warszawa nie po drodze. Bez fochów, proszę!

Ostry, kategoryczny ton podziałał na nią uspokajająco. Wytarła oczy i nos.

– Nie lubię włazić z buciorami, ale jak pani chce, to może się pani wygadać. Jakby miało ulżyć, to bez skrępowania... Pogrzeb w rodzinie czy co?

– Nic mi się w życiu nie udaje! – wyznała Marta w powodzi nowych łez. – Do czego ja doszłam? Co osiągnęłam? Mieszkanie należy do spółdzielni, dom w Ciechocinku do Gacka, galeria tylko w połowie moja, samochód niespłacony... Nawet nie mogę sobie powiedzieć, że coś jest dobrze, bo zaraz się popieprzy... Rozumie pan? Myślałam, że jedno, co mi w życiu wyszło, to Jul... miał pisać o Maradonie, zwichnął nogę, w gipsie, jak przyjechałam, był bez, ale z rzeźniczką... z tą parszywą babą z osiedla... Rozumie pan? No, rozumie pan? Na kąpiele przyjechała, a on za nią.

– Tę nogę to co? Amputowali komuś?

– Nikomu.

– Mówiła pani, że był bez nogi, więc pytam, kto?

– Mówiłam, że był bez gipsu na nodze, a rano mówił przez telefon, że w gipsie leży.

– Kto konkretnie?

– Cholerny Jul, kłamca, zdrajca, ostatnie ścierwo... Normalnie to ja nigdy nie klnę... wszystko przez tego pasożyta, przez tę kanalię...

– Niech pani klnie, ile dusza zapragnie!

– Pan żonaty?

– Wdowiec.

– Mnie też nie chce się żyć...

– To znaczy, że mogę panią wywieźć w las, zgwałcić i obrabować, tak?

– O czym pan mówi? – Przerażona zaczęła szarpać pas.

– No widzi pani! Jak panią postraszyć, to i chęć do życia się znajdzie! I po co gadać takie głupoty? Nie chcę żyć... ja się zabiję... Jak przyjdzie ta ostateczna chwila, to każdy trzyma się życia rękami i zębami. Co ma, to już wie... a skąd może wiedzieć, co go tam czeka? Niechże się pani uspokoi! Wyglądam na bandytę?

– Chyba nie – odpowiedziała niepewnie, obserwując z boku mężczyznę, który przed chwilą napędził jej solidnego strachu. Wyglądał dobrodusznie: okrągła, gładko wygolona twarz, gęste, ciemne włosy... i bardzo jasne oczy w czarnej oprawie.

– Już się pani napatrzyła? – spytał z uśmiechem, pokazując sympatyczne dołki w policzkach.

– Niech mnie pan więcej nie straszy. Poczucie humoru zostawiłam w Ciechocinku i sama nie wiem, na co mnie teraz stać. Myślałam, że jestem odporna psychicznie, że trudno mnie złamać... gówno prawda!

– Miała pani szczęście, że przejazd był zamknięty i Rychu dużo wcześniej zwalniał. Tak się tylko mówi: żuk! Ten żuk ma silnik volkswagena, czuje pani? Jakby tak dwieście metrów dalej, to grób mogiła i wyrzuty sumienia do końca życia!

– Przynajmniej miałabym święty spokój! – Marta zaczęła mówić ze złością, lecz zanim skończyła zdanie, zaniosła się takim szlochem, że „święty spokój” utonął w chusteczce do nosa. Znów zaczęła polewać łzami swój smutek. – Wszystkie moje przyjaciółki są same... teraz jeszcze ja... do nich... On był moją podporą...

– A tak naprawdę to co się stało?

Milczała przez dłuższą chwilę, łapiąc powietrze jak ryba wyjęta z wody albo jak zapłakana kobieta. Kiedy już się nałykała i nawzdychała dostatecznie, zaczęła mówić. To, co się naprawdę stało, można było streścić w trzech zdaniach. Po pierwsze: Rafał miał rację; po drugie: mężczyźni nie lubią być zaskakiwani, i po trzecie: zastała Jula z obcą kobietą w sytuacji absolutnie jednoznacznej.

Szerokiego rozwinięcia wymagało jedynie zdanie trzecie. Co mianowicie w rozumieniu Marty znaczyło sformułowanie „sytuacja absolutnie jednoznaczna”? Gdyby Jul leżał zbolały w łóżku, a obok krzątała się obca kobieta w stroju kompletnym – sytuacja byłaby zaledwie dwuznaczna. Sąsiadka, znajoma, samarytanka, obojętnie jak ją nazwać, przyniosła zakupy, chciała pomóc, napoić... Każde tłumaczenie, przy odrobinie dobrej woli, można by uznać za prawdopodobne. Jeżeli jednak Marta zastała drzwi pootwierane, jeżeli w przedpokoju potknęła się o męskie spodnie i damski stanik, jeżeli wreszcie w saloniku, na dywanie, odnalazła bohaterów dramatu spowitych jedynie we własny wstyd, trudno wymagać, by uwierzyła, że tych dwoje spotkało się w celu podyskutowania o Maradonie. Sytuacja była więc absolutnie jednoznaczna. Na domiar wszystkiego Jul zerwał się z podłogi z chyżością jelonka i – szukając gwałtownie jakiejkolwiek części garderoby – przestępował z jednej zdrowej nogi na drugą – także zdrową. Marta poczuła się zdradzona i perfidnie oszukana. Czy w tej sytuacji mogła zachować spokój? Może i mogła... tylko po co? Wykrzyczała tej pani, co o niej myśli, wykrzyczała niewiernemu, co myśli o nim, i kazała się obojgu natychmiast wynosić. Jul próbował się bronić. Ni w pięć, ni w dziewięć zaczął bełkotać, że odda wszystkie pieniądze, które wybrał z konta Marty, nadużywając swych pełnomocnictw. Naiwnie sądził, że ona po to przyjechała do Ciechocinka! Miał wyrzuty sumienia z powodu pieniędzy – nie miał zaś z powodu gołej obcej kobiety! I to już Martę rozwścieczyło do białości. Odebrała ukochanemu klucze od obydwu domów i poleciła niewiernego opiece i wiktowi rywalki.