Ostatnie piętroTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




Irena Landau

Ostatnie piętro

© by Irena Landau

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka i ilustracje:

Joanna Rusinek

Redakcja i korekta: Lidia Kowalczyk,

Joanna Pijewska, Aleksandra Różanek

ebook przygotowany na podstawie wydania I

ISBN 978-83-7672-362-4

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2016

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wyd-literatura.com.pl

tel. (42) 630-23-81

faks (42) 632-30-24

www.wyd-literatura.com.pl

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwa Literatura

Monika Lipiec, Woblink

Spis treści

Rozdział I – Kryjówka

Rozdział II – Przebieranki

Rozdział III – Jamnik i kasztanowce

Rozdział IV – Przyjaciele

Rozdział V – Skład broni

Rozdział VI – Myszka Pliszka

Rozdział VII – Czarnulka

Rozdział VIII – Chaim

Rozdział IX – Babcia

Rozdział X – Ostatnie piętro

Rozdział XI – Pan Poldek

Rozdział XII – Podróż

Rozdział XIII – Spotkania

Epilog – Rok 2014

Co było dalej…

O Autorce

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział I – Kryjówka


Kiedy Krysia wróciła do domu, zastała taki okropny bałagan, jakiego nigdy jeszcze nie widziała. Z malutkiego pokoiczku, zwanego garderobą, ojciec i mama wynosili wszystkie ubrania, zapasowy komplet garnków, który babcia podarowała im na pierwszą rocznicę ślubu, wiaderko z różnymi proszkami do szorowania. Zakurzone powieści i stare podręczniki leżały na korytarzu i Krysia o mało nie potknęła się o Pana Wołodyjowskiego. Oczywiście w korytarzu nie leżał żaden pan, ani Wołodyjowski, ani Kowalski, ani Zagłoba, tylko książka Henryka Sienkiewicza. Ukochana powieść mamy! Chyba nie chce jej wyrzucić?

Ale to jeszcze nic! Pod wieszakiem z paltami, wciśnięty w róg stał Tęczowy Domek, czyli domek dla lalek, który zrobił dla Krysi nie kto inny, tylko wujek Poldek, kuzyn mamy. Wujek był stolarzem, więc – jak powiedział – dla niego taki wspaniały, piętrowy domek to bułka z masłem. Ten domek dostała Krysia na imieniny parę lat temu, a ciągle wyglądał jak nowy.

Dziewczynka już od pewnego czasu rzadko bawiła się lalkami, uważała, że jest na to zbyt dorosła. Ale jednak bardzo lubiła swój domek, szczególnie że mieszkała w nim pani Pipsztyńska z córeczkami: Bisią, Misią i Kisią, i z panem Pipsztyńskim. Wszystkie lalki miały swoje ubranka i Krysia nawet szyła im nowe, kiedy babcia przynosiła dziewczynce w prezencie szmatki.

A teraz domek wyrzucono z garderoby. Była już prawie zupełnie pusta, a tatuś wnosił do niej fotel, malutki stolik, na którym przedtem stały kwiaty i – Krysia po prostu nie wierzyła własnym oczom – stary nocniczek, który, od lat nieużywany, był schowany w łazience pod wanną.

– Co się dzieje? – zapytała Krysia. – Wyprowadzamy się?

– Przeciwnie – westchnęła mama. – Ktoś się do nas wprowadza.

To było zupełnie niesamowite, pokoiczek był malutki, nie miał okna i było w nim duszno i nieprzyjemnie.

– Kto się wprowadza? – zdziwiła się dziewczynka. – Krasnoludek?

– Nie, nie krasnoludek – tatuś mówił jakimś bardzo poważnym głosem. – Dziewczynka.

– Jaka dziewczynka? Niemowlę?

– Dlaczego? Co ci wpadło do głowy?

– Bo po co nocniczek?

– Bo może tak być, że ta dziewczynka przez parę godzin będzie musiała siedzieć w tej kryjówce.

– Za karę?!

– Nie, nie za karę. A tak w ogóle to powinnaś się cieszyć, bo to będzie twoja przyjaciółka.

– E tam, skąd wiesz? Już mam przyjaciółkę. Nie znasz Zosi?

– Ale można mieć dwie przyjaciółki.

Krysia się zastanowiła. No tak, oczywiście, na przykład Elka, Irka i Marysia przyjaźnią się w trójkę.

– Prawda – przytaknęła więc ojcu. – Możemy łazić wszędzie razem. Na przykład do kina.

– Do kina się nie chodzi – burknęła mama. – Pieniądze za bilety lądują w łapach Niemców. Nie będziemy im robić przysługi.

– A, prawda! – przypomniała sobie Krysia. – Janek mówił, że „tylko świnie siedzą w kinie”. Będziemy chodzić sobie do parku.

I wtedy mama powiedziała coś bardzo dziwnego.

– Nie! Wykluczone. Ta dziewczynka będzie naszą wspólną tajemnicą. I nie będzie mogła wychodzić z domu. Nikt o niej nie może się dowiedzieć. Nikt a nikt, pamiętaj!

Krysia tak się zdumiała, że o mało nie usiadła na swoim ukochanym Tęczowym Domku.

– Jak to? Dlaczego?

– Dlatego że… – zaczął się jąkać tatuś – jak by ci to wytłumaczyć… Dlatego że niektórzy podli i głupi ludzie jej nie lubią.

– Jacy ludzie?

– Na przykład zwolennicy wodza Niemców, Adolfa Hitlera.

– A co ona im zrobiła?

– Nic nie zrobiła.

– Więc o co chodzi?

– Bo to jest Żydówka.

– No to co?

– Oni nie lubią Żydów. Chcą, żeby ich w ogóle nie było.

– I Pana Jezusa nie lubią? Bo kiedyś ksiądz mówił, że Chrystus też był Żydem. I Matka Boska też. I…

– Pana Jezusa lubią i daj mi już spokój – zdenerwowała się mama.

– To przecież w ogóle nie ma sensu…

– Jest wojna, i w ogóle wszystko jest… nie takie jak zawsze. Przecież wiesz. Wujka Mietka Niemcy wywieźli do obozu, ciocię… Daj już spokój z tymi pytaniami.

– Ale…

– Krysiu, zanieś domek do swojego pokoju, postaw w kącie i nie męcz nas. Twoja koleżanka przyjdzie tu za dwa dni i wszystko musi być gotowe.

– Ale ja bym wolała, żeby domek stał pod oknem.

– Boże, przestań marudzić – powiedziała mama takim głosem, że Krysi od razu odechciało się dyskusji. – Pod oknem będzie stało rozkładane łóżko. Dla tej dziewczynki.

– Myślałam, że będzie spała w garderobie…

– Niby gdzie? W tej kryjówce ledwo się mieści fotel i stolik. Tu się będzie tylko ukrywała, kiedy na przykład ktoś przyjdzie. Właśnie, gdzie jest Poldek z tą półką?

Jak na zawołanie zadźwięczał dzwonek i do korytarza wszedł wujek Poldek. Taszczył jakieś listwy i inne drewniane rzeczy, a potem zszedł na podwórko i zdjął z taczki jeszcze kilka desek.

– Że też musicie mieszkać na ostatnim piętrze! I to bez windy! – jęknął. – Krzyż mi, rozumiesz, pęknie od dźwigania!

Prawdę mówiąc, Sławek nie przepadał za kuzynem, uważał, że jest leniem. Na dodatek Apoloniusz lubił sobie popić. Nie to, żeby był pijakiem, ale czasami przebierał miarę.

Ale był też niezłym stolarzem i, jeśli mu się chciało, robił bardzo ładne meble. A w tej sytuacji lepiej było poprosić o pomoc przy urządzaniu kryjówki kogoś z rodziny niż zupełnie obcego człowieka. Zresztą pan Poldek nie został wtajemniczony w prawdziwe przeznaczenie schowka.

Po obiedzie Krysia przyglądała się, jak z desek powstaje półka i jak wujek tę półkę przymocowuje do drzwi garderoby. A następnego dnia, kiedy skończył pracę, wszystko wyglądało tak, jakby półka stała bezpośrednio przy ścianie. Nikt by się nie domyślił, że jest przyczepiona do drzwi i że z tyłu jest pokoiczek.

– Fajna kryjówka, co? – chwalił się wujek. – W życiu nikt nie zgadnie, że macie tam schowek z zapasami. Jak przyjdzie czarna godzina, pożywi się i rodzina!

 

Mama nie była zachwycona poetyckimi zdolnościami pana Poldka.

– Zobaczymy… – mruknęła.

– Jakimi zapa… – zaczęła Krysia, ale mama jej przerwała.

– Tylko Poldek, pamiętaj, ani mru-mru. Nie mów nawet Gosi. A tu masz… no wiesz…

– Ale nie trzeba, a żonce i tak nic nie mówię – mruknął wujek. Mimo to wziął kopertę i schował do kieszeni. – Do zobaczyska, co złego, to nie ja – dodał. I poszedł.

A Krysia jakoś sama zrozumiała, że wizyta tej dziewczynki to taki wielki sekret, że nawet mama nie powiedziała prawdy własnemu kuzynowi. Że to będzie ogromna tajemnica, i nie będzie można nikomu o niczym wspomnieć, nawet Zosi, nawet Jankowi. Bo Niemcy chcą, żeby Żydzi zniknęli, i jeśli znajdą tę dziewczynkę, to mogą jej zrobić coś strasznego. I ukarać rodziców. Ale Krysia nigdy nikomu nic nie powie, więc jej nie znajdą i nic się nie stanie. A dziewczynka… o właśnie, ciągle jest mowa o „dziewczynce”. A jak ona się nazywa?

– Jak ma na imię ta koleżanka? – zapytała Krysia.

– Dowiesz się, jak przyjdzie, może coś zmienili – odpowiedział tatuś i Krysia pomyślała, że te tajemnice są coraz dziwaczniejsze.

Rozdział II – Przebieranki


Pani Gołda otworzyła szafę i wyjęła swoją spódniczkę, bluzkę i sweterek.

– Myszko, chodź tutaj! – zawołała córkę. – Przymierz to. Robimy próbę, jutro wychodzisz bardzo wcześnie.

Cesia siedziała przy parapecie, powtarzała słowa polskich modlitw, których uczyła się na wszelki wypadek, i wyglądała przez okno. To, co widziała, było okropnie smutne. Dziś na chodniku siedziała jakaś staruszka w chustce i z laską. A jeszcze wczoraj na ulicy stał Iziek z miseczką i żebrał – trudno było uwierzyć własnym oczom. Ten Iziek, najmądrzejszy w szkole, Izaak, który grał na pianinie prawie jak sam Fryderyk Chopin, który zbierał same piątki, który miał najładniejszy rower ze wszystkich chłopców, stał teraz pod domem obdarty, blady i chudy, i wyciągał do tak samo chudych i bladych przechodniów miseczkę. Bo i pewnie, co miał robić, jeśli jego rodzice nagle zniknęli i nie miał kto dać jedzenia jemu i jego siostrze, ani załatwić im ucieczki z tego okropnego getta, ulic otoczonych murami, gdzie Niemcy zamknęli wszystkich warszawskich Żydów. Cesia wyniosła mu nawet wczoraj miseczkę zupy, ale Izaak się wściekł.

– Bez łaski – burknął. – Znalazła się dobrodziejka. Od koleżanek nie biorę.

– A od obcych możesz?

– Od obcych muszę i pocałuj mnie…

Cesia się obraziła, ale mama powiedziała, że rozumie Iźka. A potem wyniosła mu kurtkę i jakąś paczkę. I Iziek wziął, ale potem przeniósł się na inną ulicę. Może było mu wstyd?

Cesi nie chciało się ruszyć nawet po to, żeby przymierzyć ubrania mamy. Kiedyś, razem z Rachelą, urządzały sobie świetną zabawę, wkładały na siebie wszystkie ciuchy mamy, a jeśli były u Racheli – rzeczy jej matki, pani Estery. Pantofle też przymierzały i Cesia nawet nie przypuszczała, że niedługo bardzo jej się przyda umiejętność chodzenia na obcasach. Na początku dziewczynki w tych pantoflach chodziły jak kaczki. To było bardzo śmieszne.

Ale teraz mierzenie ubrania mamy wcale nie zapowiadało się wesoło. Bo to nie były żarty. Następnego dnia Cesia miała stąd uciec – wyjść z grupą kobiet, które na kilka godzin były wyprowadzane z getta, żeby pracować po aryjskiej stronie. Aryjską stroną nazywano tę część Warszawy, która była poza murami getta. Cesia nie wiedziała, co te panie właściwie robiły. I to nie było ważne, bo dziewczynka miała wyjść z grupą, czyli placówką, a kilka metrów po wejściu na most się odłączyć. Tam będzie na nią czekał pan w zielonym szaliku i z tym panem Cesia pójdzie do kogoś, kto zgodził się ją ukrywać. Rodzice za nic w świecie nie chcieli córce powiedzieć, kto to jest.

– Jeszcze się zapomnisz i coś chlapniesz – tłumaczył jej ojciec. – A wiesz, że oni narażają się na okropne rzeczy. Dowiesz się, jak już tam będziesz.

– A nie możecie ze mną iść?

– Nie, kochanie, tam nie ma tyle miejsca.

Musiała więc wyjść sama, bez ojca i bez mamy, bo dla nich nie było na razie żadnej kryjówki. A ten ktoś, kto pilnował placówki, miał Cesię poznać po niebieskiej apaszce. I udawać, że nie widzi, jak odchodzi. Tatuś zapłacił mu za to tyle pieniędzy, że można by było kupić za nie rower. Ale ucieczka była sto razy więcej warta niż wszystkie rowery na świecie.

Było jednak coś, co bardzo utrudniało tę całą smutną przygodę. Otóż z placówki wypuszczano tylko dorosłe kobiety. Mowy nie ma, żeby dołączyło się do nich dziecko.

– Myszko – tłumaczyła wczoraj mama – jesteś na szczęście bardzo wysoka jak na swój wiek. Jak włożysz moje pantofle na obcasach, będziesz wyglądała jak niska kobieta.

Cesia całą noc wyobrażała sobie te przebieranki, a teraz, kiedy wreszcie odeszła od okna, okazało się, że nie chodziło tylko o ubrania. Mama wyciągnęła z szuflady kosmetyczkę, a z niej dawno już nieużywaną czerwoną szminkę i czarny ołówek do brwi. Obok postawiła puderniczkę.

– Jak się ubierzesz, zobaczymy, co się da z tym zrobić – westchnęła. – Najpierw włóż spódniczkę, wieczorem ją skrócę.

Spódnica, bluzka w zielone listki, beżowy sweterek… Wszystko wisiało na Cesi jak na wieszaku, mama spinała ubrania agrafkami, wzdychała, a Cesi się zdawało, że nawet czasem popłakiwała.

– No dobrze, tu skrócę, a sweterek jest dobry. Te warkocze trzeba zlikwidować. Myszko, usiądź tutaj.

– Ale mamo! – przestraszyła się Cesia. – Ja nie chcę!

– Ja też nie chcę – przyznała mama – ale dorosłe panie tak się nie czeszą. Zrobię ci krótką czuprynkę. I loczki. Powinnam ci może przefarbować włosy na blond, ale za szybko ci rosną. A jasne włosy z czarnymi odrostami dopiero będą podejrzane. Pierwszy raz żałuję, że jesteś podobna do taty, a nie do mnie.

– Dlaczego?

– No jak to, zobacz, ja mam jasne włosy i niebieskie oczy, wcale nie przypominam Żydówki. A ty odziedziczyłaś urodę po rodzinie taty. Zawsze się cieszyłam, że jesteś taka ładna, a tu masz…

Pani Gołda, wzdychając, szczękała nożyczkami. Na sypiące się, piękne włosy Cesi kapały łzy. Po kilku minutach warkocze leżały na podłodze, a mama, która przed wojną była aktorką i bardzo o siebie dbała, wzięła szminkę i pomalowała córce wargi. A potem czarnym ołówkiem narysowała jej kreski na powiekach.

I rzeczywiście, Cesia zaczęła przypominać prawie dorosłą dziewczynę. Jeszcze nie tak dawno, kiedy bawiły się z Rachelą, z tego malowania miałyby obie masę radości, ale teraz wcale się sobie nie podobała. Co tu dużo mówić, własnej matce też nie bardzo się podobała.

– Myszko, wyglądasz prawie jak dorosła pani…

Do pokoju wszedł dziadek i jęknął.

– Ludzie kochani! Panie na wysokościach! Coś ty z tym dzieckiem zrobiła, wygląda jak dziwadło, żeby nie powiedzieć gorzej!

– Niech tato nie udaje, że nie wie, o co chodzi. Niech tato… – zaczęła mama, a potem się rozpłakała.

I, nie do wiary, dziadek też się rozpłakał. A Cesia ryczała jak bóbr. Nic dziwnego, przecież jutro rozstanie się z mamą, tatą, dziadkiem i babcią, wyjdzie z getta i w ogóle nie wiadomo, co dalej… Nic nie wiadomo. A może lepiej wcale nie wychodzić?

– Kochanie, bądź dzielna – usiłował pocieszyć ją dziadek. – Na pewno wszystko dobrze się skończy.

Łatwo było dziadkowi mówić. On tu zostawał z mamą i z tatą, i wszyscy będą razem, a ją wyrzucają.


I Cesia, mimo że rozumiała, po co ucieka z getta, nagle pomyślała, że to niesprawiedliwe. Poczuła, że coś jej przeszkadza w gardle i nagle pokazała język mamie i zdumionemu dziadkowi, a potem wybiegła z pokoju i zatrzasnęła za sobą z całej siły drzwi.

Czuła, że głupio myśli i głupio robi, ale to wszystko było nie do wytrzymania.

* * *

Budzik zadzwonił bardzo wcześnie, ale właściwie niepotrzebnie, bo tej nocy nikt w domu nie zmrużył oka. O świcie mama pogładziła Cesię po głowie.

– Już?

– Już, Myszko, wstań.

Cesia wkładała te głupie ubrania, a mama przypinała jej do rękawa opaskę, którą musieli nosić wszyscy Żydzi, aby można było ich odróżnić od innych ludzi. Dziewczynka starała się nie płakać.

Tatuś zajrzał do pokoju.

– Gołda – zaczął łamiącym się głosem – tak się zastanawiam… Czy to jest konieczne?

– Przestań, Dawid – poprosiła mama. – Daj spokój. Przecież wiesz…

Dziadek zjawił się z portmonetką w ręce.

– Tu masz, przydadzą ci się – powiedział. – I pamiętaj, nie odchodź w bok z tej grupy kobiet, tylko poruszaj się coraz wolniej, tak, żebyś została z tyłu. Zdejmij szybko opaskę i zacznij zwalniać od razu po wejściu na most. One pójdą naprzód, a ty zostaniesz. Będzie tam stał Jurek, student, to znaczy przedwojenny student, teraz handluje warzywami na targu. I będzie nosił zielony szalik. No i nie zapomnij hasła. Podejdziesz do tego Jurka i powiesz: „Proszę pana, uciekł mi piesek, może pan go widział?”. A Jurek odpowie: „Czy to był jamnik?”.

– Ojej, już dobrze, wiem – niecierpliwiła się Cesia, której już sto razy wbijano hasło do głowy. I nawet wyobrażała sobie pieska, jak ucieka i biegnie po moście, ten Jurek go goni, a za nim powiewa zielony szalik.

W getcie właściwie nie było psów, w każdym razie Cesia ich nie spotykała, ale babcia Chana, mama taty, miała przed wojną jamnika, długiego prawie jak kij od szczotki, z kłapciastymi uszami i krótkimi, krzywymi nóżkami. Pies miał na imię Pies, bo dziadek nie chciał się zgodzić na żadne imię proponowane przez babcię, a babci nie podobały się imiona, które wymyślał dziadek. Teraz nie było ani Psa, ani tamtych dziadków. Tatuś mówił, że wyjechali na wieś. Cesia bardzo chciała w to wierzyć.

– Już – powiedziała mama.

Obie panie stały obok lustra, w którym odbijała się chuda i blada pani Gołda i dziwaczna dziewczyna z pomalowanymi na czerwono ustami, z oczami obwiedzionymi czarną kreską i w spódnicy do pół łydki. Nogi tkwiły w pantoflach na wysokim obcasie.

– Wyglądam jak ta wariatka, która lata po podwórkach i szuka swoich dzieci – powiedziała Cesia.

– Nic podobnego, wyglądasz jak dorosła dziewczyna – zaprzeczył tatuś z powątpiewaniem w głosie. – Idziemy. Już najwyższy czas. Odprowadzę cię i muszę się upewnić, czy placówkę wyprowadza ten sam człowiek, któremu zapłaciłem.

Wyjście z domu zapamiętała Cesia na całe życie. Dziadkowie ją błogosławili, mama stała jak słup soli i łzy jej ciekły z oczu. Było tak smutno, że pogrzeb wydałby się przy tym zabawą.

– Do zobaczenia, córeczko – wyjąkała. – Wybacz, że idziesz sama, ale my nie możemy… Więc chociaż ty… Wybacz…

Mama po raz ostatni uścisnęła Cesię, a potem tatuś zaprowadził ją aż do miejsca, w którym zebrały się kobiety z placówki. Rozejrzał się i kiwnął głową panu, który je miał prowadzić, a potem przytulił trzęsącą się ze strachu i rozpaczy córeczkę.

– Nie bój się – usiłował ją pocieszyć. – Wszystko będzie dobrze. My też w końcu wyjdziemy z getta i będziemy razem. A może wojna się skończy i będzie jak przedtem. Nie płacz, bo ci się tusz rozmaże. Cesiuniu…

I ojciec poszedł, a dziewczynka została sama z grupą zupełnie obcych kobiet.

Może to w ogóle był niesamowity sen?

Rozdział III – Jamnik i kasztanowce


Kobiety ustawiły się trójkami, Cesia szła w trzeciej trójce od tyłu. Szła jak automat, okropnie smutna i przestraszona, bo co będzie, jeśli strażnik nie wypuści jej za mury getta, jak się zorientuje, że to dziwadło to nie żadna dorosła dziewczyna tylko dziecko? Wyciągnie ją z szeregu i co? Nawet myśleć o tym trudno.

Ale nie, strażnik niczego nie zauważył, może także był przekupiony. Placówka przeszła bez przeszkód – to była długa droga i kiedy wreszcie kobiety doszły do mostu, Cesię rozbolały nogi. Jednak te wysokie obcasy nie były wygodne. Co innego zabawa u Racheli, gdzie dziewczynki nawet tańczyły krakowiaka, a co innego spacer z warszawskiego getta na Pragę.

 

Cesia, kiedy dorosła, wspominała tylko te bolące nogi, a cała droga jakby skurczyła się w jej pamięci. Było tak, jakby w jednej chwili znalazła się za murami, a w następnej już zwalniała, już zaczynała odłączać się od placówki. Kobieta, która szła obok niej, szepnęła:

– Szybciej, bo jeśli zostaniesz, to…

Ale Cesia pokręciła głową i tak jakoś spojrzała na tę panią, że tamta domyśliła się, o co chodzi. Zasłoniła dziewczynkę, która szybko zsunęła opaskę. Opaski nosili wszyscy Żydzi w getcie, którzy skończyli dziesięć lat.

– Niech cię Pan ochrania – powiedziała. – Oby ci się udało. – I poszła szybciej, a Cesia zwalniała i zwalniała, i w końcu odłączyła się od grupy.

Patrzyła przerażona, jak placówka idzie naprzód bez niej. A ona została samiutka i zorientowała się, że stoi na środku jezdni i że jakiś pan w kapeluszu się na nią gapi, więc szybko weszła na chodnik.

Mostem szli ludzie, wyglądali inaczej niż mieszkańcy getta. Nie byli ani specjalnie eleganccy, ani nie wydawali się szczęśliwi. Ale też nie nosili opasek ani nie snuli się na patykowatych nogach, nie leżeli na chodnikach przykryci gazetami, ruszali się normalnie, więc chyba nie byli tacy bardzo głodni. Jedna pani była nawet gruba i, nie do wiary, prowadziła na smyczy aż dwa pieski z kokardkami na kudłatych łebkach. No właśnie, pieski! Trzeba przecież szukać tego Jurka.

Cesia rozglądała się dokoła. Owszem, szedł pan w zielonkawym szaliku i dziewczynka o mało do niego nie podeszła. Jednak w ostatniej chwili przypomniała sobie, że ten Jurek był studentem, a pan w szaliku był siwy i chyba stary. Więc to nie on. Ale w takim razie co z Jurkiem? Cesia czuła, że zaraz zemdleje, ogarnął ją paniczny strach. Bo co będzie, jeśli on nie przyjdzie? Co będzie?!

W chwili, kiedy dziewczynce robiło się już słabo, obok niej stanął młody człowiek. Na kurtce miał zawiązany szalik. Cesi mieniło się w oczach. Czy ten szalik jest zielony, czy niebieski? A może to nie szalik, tylko jakaś chustka? No, jak to, panowie nie noszą chustek. Więc co robić? A co by zrobił dziadek? Dziadek jest bardzo dzielny i na pewno by spróbował. Więc co? Ten szalik chyba jednak jest zielony. Trzeba zaryzykować.

– Proszę pana – z trudem wyjąkała Cesia – uciekł mi jamnik. Może go pan widział?

Młodzieniec zrobił głupią minę. Spojrzał na Cesię i burknął:

– Czy to był piesek?

Coś w tym było dziwnego. Ale co? Cesię nagle olśniło. Taka była zdenerwowana, że przekręciła hasło. A Jurek nie wiedział, co ma wobec tego powiedzieć i chlapnął pierwszą rzecz, jaka mu przyszła do głowy. No bo jeśli jamnik, to na pewno pies. To okropnie śmieszne, bo niby kim mógł być jamnik? Słoniem? Długim, na krótkich krzywych nóżkach, z uszami wlokącymi się po ziemi? A może kogutem? Z uszami?

Dziewczynka spojrzała na studenta, Jurek zorientował się, że zadał głupie pytanie, oboje się uśmiechnęli, ale Cesię nagle coś opętało. Obraz słonia wlokącego po chodniku trąbę i zahaczającego kłami o asfalt rozbawił ją tak, że zaczęła śmiać się bez opamiętania. Rozbolały ją z tego śmiechu policzki, rozbolał brzuch, chciała przestać, ale nie mogła.

Chłopiec rozejrzał się. Tylko tego brakowało, żeby wszyscy ludzie na moście przyglądali się Cesi. Nie miała prawa tu być, każdy przechodzień mógł ją wydać.

– Uspokój się, jak babcię kocham – poprosił. – Przestań, bo doprawdy… Musimy stąd uciekać, czekają na nas.

Nic nie pomagało. Jurek pomyślał, że Cesia ze zdenerwowania zachowuje się, jakby straciła rozum. Trzeba było szybko z tym skończyć.

– Koniec tego dobrego! – syknął. – Tam idzie niemiecki żołnierz! I policjant!

Zadziałało. Cesia w jednej sekundzie oprzytomniała, zbladła i poczuła się tak, jakby ktoś do niej mierzył z karabinu. Jurek spojrzał na nią. Jaki jest teraz ten świat – pomyślał – na którym można bezkarnie zabić dziecko dlatego, że ma duży nos. Dlatego, że się śmieje!

– Już przeszli, nie bój się…

– Pan się nazywa Jurek? – zapytała jeszcze blada ze strachu Cesia.

– Nie, Napoleon Bonaparte. Oczywiście, że Jurek, przecież znałem hasło.

– Ale…

– Daj spokój, nie mówmy o tym, bo znowu dostaniesz jakiegoś ataku. Zbieraj się, idziemy.

Rzeczywiście, Jurek miał rację, co za głupota z tym jamnikiem! Cesia dziwiła się sama sobie, jak mogła zapomnieć o tym, że w każdej chwili ktoś może ją zaczepić, nie spodoba się żołnierzowi albo policjantowi, albo nawet zwykłemu przechodniowi. Zaciągną ją na posterunek… Każdy mógł zrobić, co chciał. Wystarczyło, że komuś podpadną jej zbyt czarne włosy albo wydatny nos, krzyknie: „To Żydówka!” i koniec. Trzeba stąd zwiewać jak najszybciej, już!

Dziewczynka, osłabiona atakiem śmiechu, a jeszcze bardziej strachem, dreptała na wysokich obcasach obok milczącego Jurka. No właśnie, diabli wiedzą, kim jest ten cały Jurek. I dokąd ją prowadzi? Nie wiadomo, czy to nie jakiś pomocnik Niemców. Albo ktoś, kto udaje bohatera, a tak naprawdę nie ratuje wcale Żydów, tylko ich wyłapuje i prowadzi prosto na policję. Może mu za to płacą? A może jest bandytą, który uważa, że Żydzi nie mają prawa żyć? Chyba lepiej wziąć nogi za pas i zwiać temu całemu Jerzemu, jeśli naprawdę się tak nazywa.Bo teraz wszyscy zmieniają imiona, Cesi też mama zabroniła przyznawać się do prawdziwego imienia. „Masz mówić, że Cesia to spieszczenie od Celiny. Od CELINY, zapamiętaj. Nie od żadnej Cyrli, Cyrla to żydowskie imię. Zapomnij o nim. To jak się nazywasz?”

No i Cesia oczywiście zapamiętała. Cyrla czy Celina, przecież to wszystko jedno, że też taka rzecz może być ważna.

I ten Jurek może nawet wcale nie jest Polakiem, tylko Niemcem, na przykład synem esesmana, wielbiciela Hitlera, i nazywa się Wolfgang czy Hans, czy jakoś tak. Owszem, mówi dobrze po polsku, pewnie się nauczył.

Nie, Cesia nie miała do chłopaka zaufania i zaczęła się zastanawiać, czy udałoby się jej uciec. Ale dokąd? No, jak to dokąd? Do cioci Luty, ciocia mieszka na Pradze.

Och, nie, ciocię przecież, jak wszystkich, zapędzili do getta, a potem zastrzelili, bo nie zdążyła wrócić do domu przed godziną policyjną. Taką wieczorną godziną, po której nie wolno było nikomu wychodzić na ulicę.

Więc do kogo można by uciec? Do państwa Ródyckich… Oni wcale nie byli Żydami i na pewno mieszkają ciągle tam, gdzie przed wojną… Cesia nie znała ich tak bardzo dobrze, bo zaprzyjaźnili się z jej rodzicami dopiero w lipcu. W Ciechocinku. Dorośli grali w brydża, to taka gra w karty, a Cesia trochę się nudziła, ale czasami wszyscy szli na spacer i wtedy pani Teresa opowiadała bardzo ciekawe rzeczy, i Cesia ją naprawdę polubiła. I zapamiętała, że mieszkali na Pradze, bo przecież tuż po powrocie do Warszawy była u nich z rodzicami jeden jedyny raz. To była krótka uliczka, przed domem rosły trzy kasztanowce, a ich mieszkanie było wysoko, na ostatnim piętrze. I jeszcze jedno – mama mówiła, że ci znajomi mają córeczkę w wieku Cesi. Nie było jej ani w Ciechocinku, ani podczas tej sierpniowej wizyty. Spędzała wakacje u cioci w Rabce i jeszcze nie wróciła. Ale nowi przyjaciele mieli zamiar często się spotykać i byli pewni, że dziewczynki też się zaprzyjaźnią.

Tylko że wybuchła wojna i nic z tego nie wyszło.

Jurek szedł coraz szybciej i nawet wziął Cesię za rękę, jakby była małym dzieckiem.

– Nie marudź – powiedział – czekają na nas. Im krócej chodzimy po ulicy, tym lepiej. I nie gap się na ludzi, najlepiej weź chusteczkę i zasłoń trochę twarz.

– Bo co?

– Bo to, że jeszcze cię rozpoznają. Proszę cię. Ja wiem, że się boisz i jest ci smutno, ale to już niedaleko. No, Cesiu…

Nie, ten Jurek chyba jest w porządku – Cesia spojrzała na chłopca. – Zresztą ucieczka byłaby zupełnie idiotyczna – pomyślała. – I tak bym nie znalazła tego domu, a jakbym nawet znalazła, to niby dlaczego miałabym bardziej wierzyć tym znajomym niż Jerzemu? Co z tego, że byli sympatyczni, to teraz nic nie znaczy. Lepiej już iść tam, dokąd mnie Jurek prowadzi. Chyba rodzice wiedzieli, gdzie mnie posyłają, i ufali tym ludziom.

Cesia głęboko westchnęła i przyspieszyła kroku.

– To tu! – oznajmił wreszcie chłopak.

Dziewczynka się rozejrzała. Stali pod praską kamienicą, a przed nią rosły trzy rozłożyste kasztanowce.


Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?