Inny Piotrek i bandyci

Tekst
Z serii: To lubię
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Piotrusiu, może chcesz? Ja nie lubię oliwek.

– Lepiej ją zjedz, bo będziesz głodna – zatroszczył się tatuś, ja parsknąłem śmiechem, a Monika się obraziła.

– No wiesz, Łukasz...

– Przepraszam – pokajał się tato, a ja chapnąłem tę oliwkę. Pycha.

Kiedy skończyliśmy obiad, kelner podał rachunek, a tato aż sapnął.

– Panie – zwrócił się do kelnera – te lody były ze złota, czy jak?

– No wiesz, tato – zdenerwowałem się. – Szkoda ci kasy na lody? Jakby tu był wujek Artur z Ameryki, toby nam kupił tę całą restaurację, a ty...

– Nie ma to jak wujek milioner, szkoda, że ja takiego nie mam – uśmiechnął się ten kelner i westchnął: – Ale pan chyba żartuje, przecież to wcale...

– Nieważne – zawstydził się, nie wiem czemu, tata. – Nic takiego, proszę bardzo, reszty nie trzeba.

– To co, jedziemy? Samochód nam się zagrzeje na słońcu, taka nędzna puszka... – popędzała Monika.

– Wujek Artur kupiłby nam inny wóz – powiedziałem, nie wiem właściwie po co. – Bo tym daleko nie zajedziemy... On by pewnie kupił ten cały hotelik!

Kelner zabrał pieniądze i szybko odszedł.

– Co ci strzeliło do głowy? – dziwił się tata. – Nie wiem, czy Artur ma w ogóle pieniądze. Ale wiem, że nie mogę teraz prowadzić auta. Jestem okropnie zmęczony i nie usiądę za kółkiem.

– Ale daj spokój – nadąsała się Monika. – Jest bardzo wcześnie. Chcesz odpoczywać co dwie godziny?

– Może chcę, czy to zbrodnia? Jestem zmordowany, a nic nas nie goni. Nie będę teraz prowadził.

– To ja poprowadzę – ucieszyła się Monika.

– Wybacz, ale ja mam dopiero czterdzieści jeden lat, za wcześnie na tragiczną śmierć. Już nie mówiąc o Piotrusiu.

Mama zawsze uważała, że tata to dobra dusza, ale złośliwa.

– Kiedy ja jestem świetnym kierowcą!

– Nie powiedziałbym. Mowy nie ma. Popatrzcie, jak tu ładnie, pospacerujemy trochę. Wynajmę pokój w tej gospodzie i przenocujemy. No, co?

– Jak uważasz, kochanie – skapitulowała Monika.

Tatuś poszedł do recepcji i wynajął trzyosobowy pokój z łazienką.

Gdyby nie Monika, która przez połowę czasu chichotała, byłby to bardzo miły dzień. I noc, gdyby nie to, że ta Monika chrapie jak stary żołnierz! Tata śpi cicho, a ona nic, tylko „hrrrrrr” i „grrrrr”, zupełnie jakby ktoś wiercił dziurę w ścianie. Taka mała Monika, tacie sięga do ramienia, a warczy jak rozzłoszczony rottweiler. Śniło mi się, że goni mnie sfora psów.

Rano zjedliśmy śniadanie, tato jajecznicę, Monika jakieś płatki na mleku, a ja parówki. Trzy. Z musztardą, keczupem i frytkami.

Dobrze, że mama tego nie widziała.

CZWARTEK


Rozdział IV

Lulo, Wacio i Makaron

Po śniadaniu tata z Moniką poszli na górę, żeby się spakować, a ja wyszedłem przed gospodę i zobaczyłem prawdziwe cudo na bocznym parkingu, tuż za rogiem budynku. Srebrny wóz z przyciemnianymi szybami, to był mercedes, ale w życiu nie widziałem takiego wypasionego samochodu. Błyszczał i lśnił. To zresztą chyba to samo. Patrzyłem, a tata zawołał przez okno, z głębi pokoju: „Piotrek!! No, Piotrek!!!”. „Już idę!!” – odwrzasnąłem, ale pomyślałem, że kilka sekund nie zrobi różnicy, a chciałem się przyjrzeć dokładniej tej bryce. Podszedłem do drzwi, tam była ciutkę zsunięta szyba, można było zajrzeć do środka. Zobaczyłem czerwoną tapicerkę. Elegancki wóz, ale z patrzenia nie stanie się nasz. Trudno... Odwróciłem się, zrobiłem kilka kroków, już byłem za rogiem hotelu, kiedy nagle...

No, i teraz zaczyna się cała heca! Coś po prostu niesamowitego! Kto by mógł przypuszczać... W klasie padną trupem, jak im to opowiem, jeśli dożyję, oczywiście, bo kto wie, co te bandziory mogą mi zrobić. Nie powiem, że się nie przestraszyłem, owszem, bałem się jak diabli, chociaż w pierwszej chwili myślałem, że Monika robi mi kawał i dlatego nie krzyknąłem, a przecież mogłem wrzasnąć chociaż raz! Co za głupota! Poczułem, że ktoś zarzuca mi szmatę na łeb, myślałem, że to apaszka Moniki, ale nie. Skąd! Po sekundzie zorientowałem się, że to napad, bo bandziory wlokły mnie chyba z minutę i chociaż nie poszło im to łatwo, bo kopałem i rzucałem się, w końcu wsadzili mnie do samochodu. Duszno mi było i chciałem krzyczeć, ale ten jeden, potem okazało się, że ma ksywkę Lulo, położył mi łapę na ustach.

– Jeden pisk i po tobie – warknął ten, który mnie popychał. – Cisza ma być, dotarło?! Makaron, nikt nas nie widział?

– Nie – warknął taki gruby i mały, wcale niepodobny do makaronu. – Po tej stronie budynku nie ma okien. Tylko na strychu, ale wysoko, Baśka mi już dawno pokazywała.


Pomyślałem, że to chyba wariaci, bo po co mieliby mnie porywać? Ani mama, ani tata nie mają kasy na żadne wielkie okupy, a chyba bandyci nie chcieli zarobić w ten sposób dwustu marnych złotych? Czy nawet dwóch tysięcy? Chyba że... Chyba że Monika? Że Monika ma kasę. Nie znam jej, może jest z jakiejś bogatej rodziny? Może ma miliony, może jej tata jest znanym biznesmenem, może mają forsę w jakichś bankach? Przypomniałem sobie o tym pierścionku Moniki, oprócz niego nosiła także kilka innych, jeden nawet na palcu wskazującym, taki z przezroczystym, błyszczącym oczkiem. Może to jest prawdziwy brylant? Przykro mi się zrobiło, bo wpadło mi do głowy, że może tato poleciał właśnie nie na Monikę, tylko na jej miliony.

Tak, to musiało być to. No, może tacie nie chodziło o kasę, ale tym bandziorom na pewno. Tylko pytanie, czy Monika da za mnie złamany grosz? Powie, że to nie jej, ale jej ojca. Powie, że nie mają wolnej gotówki, bo wszystko jest tam gdzieś ulokowane czy zamrożone, nie wiem. Powie, że da najwyżej pięć tysięcy, na przykład, a bandziory odpowiedzą, że za pięć tysięcy mogą jej najwyżej przesłać moje ucho. Naczytałem się takich historyjek całe setki, w filmach też jest tego pełno, to wiem. Poniżej miliona na twarz nie wezmą, a jest ich trzech. Jeden to ten Lulo, drugi to Makaron, a do trzeciego mówią zwyczajnie – Wacio, ale na pewno nazywa się inaczej.

Kiedy ruszyli, zdjęli mi szmatę z głowy. Wyjrzałem przez tylną szybę, chciałem wrzeszczeć, ale to byłoby beznadziejne. Widziałem tylko, jak odjeżdża ten wypasiony wóz z rodziną tamtego drugiego Piotrka. Nawet nie zauważyli bandytów, ani bandyci ich, patrzyłem przecież do tyłu.

Spojrzałem na nich, nie nosili kominiarek, całe mordy mieli na wierzchu. To źle – pomyślałem – widzę ich i mógłbym potem rozpoznać. Będą mnie musieli zamordować. Zrobiło mi się okropnie łyso i, wstyd powiedzieć, zacząłem siąkać nosem.

– Nie rycz – powiedział Lulo. – Taki duży facet i ryczy. Nic ci nie zrobimy. Twoi starzy zapłacą i tyle. A ty nigdy nas nie poznasz, spokojna głowa, bo bierzemy kasę i pryskamy z tego kraju, prawda, Makaron? Pojedziemy do...

– Zamknij się, idioto, i odpuść sobie ten „Makaron”, jestem Makary, rozumiecie? Kretyńska ksywka, nie życzę sobie! A w ogóle, może jeszcze dasz smarkaczowi wizytówkę??

– A ty, Piotrek – syknął Wacio – nie znasz nas i nie poznasz, bo z musu zrobilibyśmy tatuniowi i mamuni krzywdę. Dotarło??

– Ale nic się nie bój – łagodził Lulo – nie jesteśmy mordercami, weźmiemy szmal i wrócisz do domu. I tak masz powiedzieć, zrozumiano?

– Komu?

– Tacie.

– Jak pragnę zakwitnąć, słowo honoru, nasza rodzina nie ma pieniędzy!

– A my dobrze wiemy, że ma. Nie kłam nam tutaj w żywe oczy.

– Nie ma!

– Co ty powiesz? – zarechotał ponurym basem Wacio. – Tata nie ma, mama nie ma, a może wujek ma?!


Olśniło mnie! Już wszystko zrozumiałem! Boże, to moja wina! Kelner musiał być z nimi w zmowie, a ja powiedziałem, że Artur, brat taty, mógłby kupić ten hotel! Ja sam, zupełnie sam, napuściłem na siebie tych bandytów! Kelner poszedł wtedy szybko do kuchni, pewnie miał za zadanie wypatrywać nadzianych gości, tam czekali ci porywacze i zasadzili się na mnie przed domem. Mieli nadzieję, że wyjdę sam, i rzeczywiście. Boże, przecież tata nie mógł zadzwonić do tego Artura, ani on mu brat, ani swat, jak może go prosić o takie pieniądze?! Zresztą wcale nie jestem pewny, czy Artur jest bogaty. Przyjechał w interesach, ale może w cudzych, może tylko pracuje w jakiejś instytucji w Stanach i zwyczajnie dostaje pensję. Jeśli nawet zarabia tam dużo, to przecież nie miliony. Może żyje sobie zupełnie zwyczajnie. Nie wiem, i chyba tato też nie wie.

– To, po pierwsze, w ogóle nie jest mój wujek – wyjąkałem – a po drugie, wcale nie wiem, czy ma pieniądze.

– Dosyć tej nieprzytomnej gadki – burknął Makaron. – Ty, smarkaczu, nie wiesz, ale my wiemy. Wujek czy tatuś, czy mama, nam wszystko jedno. Tu masz komórę, weź i dzwoń. A słowo za dużo i twoją rodzinkę spotka coś złego. Tatę i mamunię.

– To nie jest moja mama.

– Zabawne – zaśmiał się głupim rechotem Wacio. – Wujek to nie wujek, mama to nie mama, a ty może nie jesteś Piotrkiem?

– Jestem, skąd pan wie?

– Bo wiem, nie twój zamazany interes.

– Niech on już dzwoni – odwrócił się od kierownicy Makaron. – I powiedz tylko tyle: „Szykujcie dwa melony i czekajcie na wskazówki. I żadnych glin!”.

– Oddaj ten telefon – burknął Lulo. – Bo jeszcze wystukasz policję. Ja sam... Masz.

Nie wiem, skąd mieli nasz numer, może kelner przeszukał pokój! Ale kiedy? Dziwne, może tata zostawił na chwilę komórkę w recepcji? A może podał numer, kiedy wynajmował pokój? Cwani byli ci porywacze, zrobiło mi się jeszcze bardziej nieswojo. Trzymałem w ręce telefon, czekałem okropnie długo, tata się nie odzywał, może mnie szukali. W końcu ktoś odebrał. To na pewno była Monika, nigdy nie rozmawiałem z nią przez telefon i dlatego nie rozpoznałem jej od razu. Zresztą źle było słychać.

 

– Tu Piotrek – zacząłem, a tego nie było w planie i od razu Wacio pogroził mi pięścią, więc szybko dokończyłem: – Szykujcie dwa miliony i czekajcie na telefon. I nie zawiadamiajcie policji.

– Kretyńskie dowcipy – usłyszałem. – To jest niedopuszczalne, smarkacze jacyś! Tylko człowieka, doprawdy, denerwują! I tak ledwie doszłam do siebie...

I nie wiem, co Monika dalej mówiła, bo Lulo wyrwał mi komórkę z ręki. Ale już tylko buczała, Monika musiała się rozłączyć. Nawet nie zapytała, gdzie jestem ani jak się czuję, ani nic! Myślałem, że śnię.

– I co? – zapytał Lulo.

– Powiedziała, że to żarty.

– Kto, twoja mama?

– Monika.

– Monika czy Kika, wszystko jedno. Jak to: żarty?

– Nie wiem, mówiłem, że to nie jest moja mama. Widocznie wszystko jej jedno, czy mnie porwali, czy nie, sami widzicie.

Ten Makaron zatrzymał auto.

– Nie rozumiem – powiedział. – Nawet jeśli to nie twoja matka, to przecież... ale tamten facet to był twój tata?

– No tak.

– Toby cię przecież szukali. A może twój tata też cię olewa?!

O mało się nie przekręciłem. Mój tata?! Życie by za mnie oddał, a nie tylko pieniądze.

– Co pan! – krzyknąłem. – Na łeb pan upadł?! Tata mnie kocha!

– Właśnie widzę, jak cię kocha! Cholera!

Bandyci pokręcili głowami, a potem zamknęli mnie w samochodzie i wyszli. Widziałem, jak stali pod drzewem i naradzali się. Po chwili wyjęli komórkę i zadzwonili.

Gadali, a potem Makaron huknął telefonem o ziemię, jeszcze go parę razy przydeptał i wściekły wrócił do samochodu.

– Ty gówniarzu – warknął – ładne z ciebie musi być ziółko, jeśli twój tata nie chce z nami w ogóle gadać. Jest pewnie zadowolony, że się ciebie pozbył! Wiesz, co mi powiedział? Wiesz? Żebym mu nie zawracał głowy jakimiś głupotami i nie przeszkadzał, bo prowadzi!!! Żebym go nie straszył, bo takich jak ja to się nie boi!!! I co teraz powiesz? No?! Już wyjechali z hoteliku, bez ciebie, i szukaj wiatru w polu. Masz mi zaraz powiedzieć, czy pojechali do domu, czy może na jakieś wakacje, czy co?! Mamy ich szukać w mieszkaniu? W Warszawie?

Tylko tego brakowało, zacząłem się strasznie bać o mamę. Ale przecież tata...

– Nie wiem, gdzie mogli pojechać, tata z nami nie mieszka – powiedziałem i to była święta prawda. – Pewnie do Moniki, ale ja nie znam jej adresu, w życiu tam nie byłem. Słowo honoru. Nie byłem i nie chcę być!

Wyglądało na to, że mi uwierzyli.

– Ładna rodzinka – powiedział z niesmakiem Lulo. – Żeby nie kochać dzieciaka! Wyprowadzać się... Wstyd. Jak teraz znajdziemy faceta? Nie znam adresu tej jego lali. Może w hotelu wiedzą... Może się meldowała osobno.

Nic z tego nie rozumiałem.

– Tata nie ma kasy, już mówiłem.

– Ale ma na przykład wóz, tylko nie chce go sprzedać. Poradził, żebym sobie swoje głupie kawały wsadził w...

– Makaron, poluzuj – obejrzał się Wacio. – Chłopak nie jest winien, że ma ojca chama i ordynusa. Dotarło?

Zerwałem się z fotela.

– Kto tu jest ordynusem?! Panie, mój tata to...

– ...łajdak i świnia – dokończył Lulo.

– Nie da nam ani grosza, tak powiedział – wściekał się Makaron. – I żebyśmy się odczepili, bo to są groźby karalne. Groźby! Dzieciak mu zniknął, a on nawija o groźbach. I że ma w... no, że lekceważy nas na maksa i nie będzie więcej odbierał tych kretyńskich telefonów. I że możemy mu skoczyć na...

W ogóle tego nie rozumiałem. Tato musiał coś wymyślić, może jedzie po naszych śladach, może ktoś nas zauważył. Pewnie chce uśpić czujność porywaczy. Nie da się tego wytłumaczyć inaczej. Na pewno tak jest. Boi się, że jak nawet obrabuje bank i da im te miliony, to mnie nie oddadzą. Pewnie już dawno zawiadomił policję i nie ma zamiaru się do tego przyznać tym bandytom. Na pewno już nas szukają. To przecież niemożliwe, żeby mnie nie chciał znaleźć.

A jeżeli? Może przeszkadzałem Monice?

Nie, wtedy tata olałby Monikę, a nie mnie. Nigdy w życiu!

Porywacze patrzyli na mnie, ja na nich i chyba ani ci faceci, ani ja nie wiedzieliśmy, co robić dalej. Wpadło mi do głowy, żeby zatelefonować do mamy, oni na bank mają jeszcze kilka komórek, a tamtą, rozdeptaną w złości, i tak by wyrzucili, żeby policja ich po numerze nie namierzyła. Na sto procent była na kartę. No więc mogłem poprosić o inną komórkę i zadzwonić do mamy.

Już miałem to zaproponować, ale ugryzłem się w język. Mama ma słabe serce i na miejscu by padła trupem, to po pierwsze. Po drugie, jej numer zostanie w ich komórce i bydlaki zaczną nękać mamę, jeśli przeżyje ten pierwszy telefon. No i mama nic nie mogła zrobić. A po trzecie, czy któreś tam, jeśli by to miało sens, to tata już dawno mamę zawiadomił. A może to się wszystko szybko skończy i mama wcale się nie dowie? Tak by było najlepiej.

Poza tym postanowiłem, że ucieknę. To nie Sahara ani dżungla, jesteśmy w środku Polski. Przecież nie będziemy wiecznie siedzieć w tym gruchocie, pewnie zresztą kradzionym. Muszą się gdzieś zatrzymać. A ja albo się urwę, jak zasną, albo na widok pierwszego spotkanego człowieka narobię takiego wrzasku, że bandziorom kapcie pospadają.

I jakoś nie wierzyłem, że mogą mnie zabić. Może jestem głupi, na początku strasznie się bałem, ale kiedy zaczęli do mnie gadać, to wydali mi się raczej normalnymi złodziejami, nie mordercami. Może bredzę, nikt nie ma na czole napisane, że zabija ludzi. Ale tak mi się wydawało. Poza tym na pewno wiedział o nich ten kelner. A nasza policja nie jest głupia i wszystko sobie skojarzy. Bo tylko przy kelnerze tato mówił do mnie po imieniu i tylko przy nim wspomniałem o bogatym wujku, i tylko on widział te brylanty na łapach Moniki. Tato policjantom na pewno o tym powie. Jak wezmą kelnera na komendę, to wszystko wyśpiewa. I bandyci wpadną, a jak wpadną, to już będą woleli odpowiadać za porwanie niż za morderstwo.

Poza tym... no, trudno w to uwierzyć. Ale wydawało mi się, że Lulo nie da mi zrobić krzywdy. Gdybym był sam z Makaronem, albo nawet z tym mrukliwym Waciem, to może... nie wiem. Ale Lulo, chociaż to on narzucił na mnie szmatę i wciągnął do auta, robił sympatyczniejsze wrażenie. Bardziej ludzkie.

Patrzeliśmy na siebie, ja na nich ze strachem, a oni na mnie ze złością. Pomyślałem sobie, że kiedy o tej hecy opowiem nowym kolegom w gimnazjum, od razu będą na mnie inaczej patrzeć i może być zabawnie, ale kiedy się coś takiego dzieje, to człowiekowi wcale nie jest do śmiechu.

Nawet temu wrednemu Zenkowi z podstawówki czegoś takiego nie życzę.

– No i dobra – burknął w końcu Makaron. – Tak czy siak, niczego tu nie wystoimy. I żreć mi się chce. Wsiadajcie.

Wsiedli, ten Makary, czyli Makaron, zapalił i pojechaliśmy. Nie miałem pojęcia dokąd. Byłem okropnie zdenerwowany i zmęczony. Zamknąłem oczy, a oni chyba myśleli, że usnąłem, bo zaczęli rozmawiać o swoich sprawach i nawet usłyszałem coś o Paryżu. Wacio miał we Francji brata i chciał za kasę z okupu otworzyć tam polską knajpkę. Z bigosem i flakami.

– Wszyscy się urządzimy, zobaczycie, i ty, Lulo, i ty, Makaron, razem z żoną i dzieciakami – przyrzekał. – Niech tylko facet zapłaci i od razu pryskamy!

– Zamknij buzię, bo smarkacz usłyszy – przestrzegł go Lulo.

– Gdzie tam, śpi jak zabity – wzruszył ramionami Wacio. Ale jednak zmienili temat i już niczego więcej nie usłyszałem.


Rozdział V

Gdzie jest Piotrek?

Piotrka po prostu nie było. Ani w restauracji, ani przed hotelem, ani w hotelowym ogródku, ani w łazience, ani na korytarzach. Przez chwilę pan Łukasz miał nadzieję, że może wstąpił do tego drugiego chłopca, który był w hotelu, że może jest u niego, ale recepcjonista powiedział, że ci państwo z apartamentu właśnie przed chwilą odjechali. Oczywiście z synkiem. Ale Piotrek z nimi na pewno nie pojechał.

Łukasz i Monika biegali po całym terenie, przyłączyli się do nich pracownicy gospody. Szukali go wszyscy oprócz panny Barbary, która dziś nie przyszła do pracy. Od chwili, kiedy chłopiec odkrzyknął: „Już idę!”, czy też może „Zaraz wracam!”, pan Łukasz nie pamiętał dokładnie, jak to brzmiało, minęła godzina. Niemożliwe, żeby Piotr robił takie głupie kawały, wiedział, że mają przed sobą jeszcze daleką drogę. Monika zadzwoniła na jego komórkę i odkryła, że telefon został w pokoju, nie było więc żadnego sposobu, żeby się z chłopcem porozumieć.

Właścicielka gospody, przerażona, pobiegła na szosę, może Piotr poszedł na spacer, może zdarzyło mu się coś okropnego? Przy szosie, akurat przy wjeździe prowadzącym do Motylka, stał kiosk z gazetami. Sprzedawczyni siedziała w nim już od ósmej rano, absolutnie żadnego wypadku tu nie było, a podobnego do Piotrka chłopca też nie widziała.

Tymoteusz, kelner, który obsługiwał gości poprzedniego dnia i dzisiaj przy śniadaniu, dobrze zapamiętał Piotrka. Wpadło mu do głowy coś tak strasznego, że wolał o swoich domysłach na razie nic nie mówić. Sam pobiegł więc nad jezioro, chociaż nie sądził, że się czegoś dowie. Jeśli doszłoby do nieszczęścia, niczego by już nie było widać. Ale poszedł tam i dobrze zrobił, bo okazało się, że nad wodą już od świtu moczył wędkę emerytowany listonosz i usiłował złapać jakąś rybę. Nie, nikogo nie widział, prawdę mówiąc nawet ryby, a siedział w takim miejscu, że na pewno by chłopca zauważył. Łowił już parę godzin. Nawet się trochę nudził i nie ma mowy, żeby przeoczył wypadek. Nic się tu nie zdarzyło i nikogo nie było, oprócz jego syna Leonka, który przyniósł mu kanapki z szynką, żółtym serem, sałatą i majonezem. O troskliwości rodziny i smaku tych kanapek wędkarz mówił długo i kwieciście, tak że zdenerwowany Tymoteusz biegł później galopem do tego Leonka. Na szczęście mieszkał niedaleko. Był stolarzem, miał pracownię przy domu i właśnie rzeźbił jakiś ornament na drzwiczkach do szafki zamówionej przez pana magistra z apteki. Nie, on też nikogo nie widział, nad jeziorem był tylko ojciec. Tą drogą też żaden chłopiec nie szedł. W stronę jeziorka też nie.

Tak więc, kiedy pan Łukasz przypomniał sobie, że niedaleko jest jezioro, a jeszcze trochę dalej rzeczka, i aż zbladł na samą myśl o tym, co się mogło stać, pan Tymek mógł go uspokoić.

Niestety, wiadomość o tym, że Piotrek się nie utopił, nie wystarczyła zrozpaczonemu ojcu. Mogło przydarzyć mu się milion innych przerażających rzeczy. Poszukiwania w dalszym ciągu nic nie dawały, zawiadomiono policję i kilku funkcjonariuszy przeszukiwało okolicę. Pan Łukasz nie rozstawał się z komórką, Monika siedziała przy telefonie w recepcji.

– Łukasz – powiedziała, kiedy jej narzeczony pojawił się w holu. – Wynośmy się stąd. Wszyscy wyjeżdżają, nudy, że skonać można.

Łukasz spojrzał na nią ze zdziwieniem.

– No, jak to? Co ty mówisz?! Nie ruszę się bez Piotrka.

– Na pewno już dawno jest u Pauliny.

– Nie ma go tam.

– Bo pewnie akurat jedzie. Słuchaj, a może podwieźli go ci goście, którzy byli z chłopakiem?

– Abradowscy – podpowiedziała gospodyni. – Ale nie. Widziałam, jak odjeżdżali. Sami.

– No tak. Jakiś pechowy dzień, czy dziś aby nie trzynasty?

Nie, to nie był trzynasty, co łatwo było sprawdzić, między innymi dlatego, że na początku książki adresowej był kalendarz. Gospodyni pomyślała, że powinna zamknąć na klucz szufladę, w której trzymała tę książkę, ale akurat zapisywał się w niej nowy gość, niejaki Borys Niwak.

– Co tu się dzieje, wszędzie pełno glin? – zapytał, dopisując po namyśle „mgr” przed swoim nazwiskiem.

– Chłopczyk zaginął – poinformowała go okropnie znudzona Monika.

– Pani synek? Mój Boże!

– Nie, to nie mój chłopak, czy ja wyglądam na takiego dużego syna?

– Ależ droga pani, nie wiem, ile dzieciaczek ma lat... A wygląda pani jak Miss Polski. Może... no, ale skoro ma pani zmartwienie...

Monika spojrzała na mężczyznę. Owszem, był przystojny. A Łukasz lata, jakby go coś ugryzło, i nie wygląda na to, żeby mieli dziś jechać dalej. Zrobiło się okropnie nudno. Może umówić się z tym tutaj chociaż na kawę?

 

– No tak, mam kłopot, ale...

– A co się dziecku stało?

– Pewnie nic, gdzieś się schował. Ojcu na złość. Nawet nas uprzedzał, że zwieje! Tyle że jego ojciec absolutnie nie bierze tego pod uwagę, nie wierzy, nie wiem czemu, że Piotrek sam uciekł. Nie rozumiem, o co robią tyle hałasu.

– Co za młodzież! – ubolewał ten pan. – A co specjalnego planują państwo na obiad?

– Golonkę z kapustą – westchnęła gospodyni. – Ale jeśli pan jest na diecie...

– Gdzie tam, kocham golonkę – zadeklarował nowy gość i poszedł na górę. Po drodze minął pana Łukasza, któremu wpadło do głowy, że syn może przez pomyłkę zatrzasnął się w schowku na szczotki. Ale tam też go nie było, nie było go po prostu nigdzie. I w końcu pan Łukasz zdecydował się zawiadomić żonę, chociaż w dalszym ciągu bał się o jej serce. Bo może Monika czymś chłopca uraziła i uciekł do matki?

Takie telefony mogą się przyśnić jako najgorszy z koszmarów, pani Paulina o mało nie zemdlała.

– Jak pilnowaliście dziecka?! – krzyczała. – Co robiła ta twoja smarkata Monika? Jak mogliście dopuścić do czegoś takiego?! Co się stało z moim synkiem?!

Sęk w tym, że nikt nie wiedział, co się stało z Piotrem.

– Może go porwali?! Boże!

Owszem, coś takiego wpadło do głowy i panu Łukaszowi, i policji, ale – po pierwsze, kto by porywał dziecko ludziom, którzy nie mieli pieniędzy na okup? A po drugie, nikt nie telefonował z żądaniem tego okupu. Niestety, mogły być też inne, gorsze przyczyny porwania, może ktoś chciał w jakiś sposób wykorzystać chłopca? Policjanci sprawdzali wszystkie samochody, ale może porywacze, jeśli to było porwanie, przejechali wcześniej?

A może jednak nikt go nie porwał, może na przykład poszedł do kiosku i zabłądził?

Ojciec Piotrka dostawał szału z niepokoju, w Warszawie pani Paulina siedziała przy telefonie i płakała, a Monika, chociaż też trochę zaniepokojona, była przede wszystkim wściekła. Gdzie ten smarkacz polazł? – myślała. – Na pewno nic mu się nie stało. Po prostu mnie nie lubi i robi nam na złość. Schował się gdzieś, a teraz ma dobrą zabawę. Głowę daję, że to ma być taki protest, przecież już wczoraj pyskował przy obiedzie. Lada chwila wróci lub zadzwoni i powie, że albo ukochany tatunio wraca do swojej Pliszki, albo nie zobaczymy go już nigdy, bo ucieknie do Honolulu. Tak czy inaczej, wakacje diabli wzięli. Dużo bym dała, żeby go dorwać.

Godziny mijały, policjanci byli coraz bardziej zaniepokojeni. Pomimo zeznań listonosza postanowili jednak wysłać jednego nurka nad jezioro, a drugiego nad rzeczkę. Kiedy pan Łukasz się o tym dowiedział, zrobiło mu się niedobrze.

– Ale przecież pan Tymek...

– Wiemy, tyle że chłopiec nie musiał iść najkrótszą drogą. Tam jest zatoczka i ten wędkarz nie mógł widzieć, co się dalej dzieje. Ale myślimy, że to mało prawdopodobne.

– To dlaczego ten nurek...

– Na wszelki wypadek. Ktoś ze wsi widział obcego chłopaka kilometr stąd.

– Ale Piotrek to duży chłopak, nie żadne małe dziecko. Jak to – wiedział, że na niego czekamy, i sobie poszedł? Przeszedł taki kawał drogi i wpadł do jeziora? A rzeka jest jeszcze dalej...

– Ma pan rację, my tylko na wszelki wypadek. A czy syn miał przy sobie coś wartościowego?

– Skąd, nawet komórkę zostawił w pokoju.

– Szkoda.

– Czy pan myśli... mój Boże...

Policjant z żalem spojrzał na pana Łukasza, który w tej chwili wyglądał jak stary, schorowany człowiek. Wolał nie mówić, co naprawdę myśli.

– Sądzę – skłamał – że synek za chwilę sam przyjdzie. Może spotkał jakiegoś kolegę i na przykład grają w piłkę. Dzieci czasem mają dziwne pomysły.

Ale Piotrek nie miał w tej chwili żadnych pomysłów. Miał pustkę w głowie i zaczynał się naprawdę bardzo bać. I pomyśleć, że jeszcze do wczoraj lubił filmy o porwaniach. Nie do wiary!

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?