Wichura i trzciny

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wichura i trzciny
Wichura i trzciny
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,98  27,98 
Wichura i trzciny
Wichura i trzciny
Audiobook
Czyta Ewa Sobczak
19,99  14,19 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Irena Krzywicka

Wichura i trzciny

Saga

Wichura i trzcinyZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1975, 2020 Irena Krzywicka i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone. ISBN: 9788726774313

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Ta książka przeznaczona jest

dla Ciebie, młody Czytelniku.

Mamy nadzieję, że sięgniesz

do kolejnych tomów tej serii —

rozpoznasz ją łatwo

po jednolitej szacie graficznej.

Wybierać będziemy do tej serii

książki szczególnie wartościowe

i popularne; zabawne i poważne;

takie, które się czyta

„jednym tchem” i takie, które czytamy

powoli, smakując ich urodę.

Słowem będą to książki bardzo

różne, lecz łączy je jedno:

zostały napisane w Ludowej Polsce.

Rozdział 1

Byłam właśnie w przedpokoju, kiedy rozległ się dzwonek. Jeden dzwonek jest dla mnie, a dwa dla mojej sąsiadki, Janiny Polańskiej, ale nie wiadomo czemu, tym razem ona wyskoczyła pierwsza i otworzyła drzwi, choć zazwyczaj pilnujemy się bardzo, aby nie wchodzić sobie w drogę. W pierwszej chwili byłam zła, ale teraz nie mogę się nadziwić. Przeczucie. Bo choć raz zadzwonił, gość był do niej. Zresztą co tam za gość. Jakiś obcy mężczyzna, który tylko popatrzał na nią, a ona zakryła dłonią usta i krzyknęła cichutko (bo można krzyczeć cicho):

Grześ!

A ten, nie wchodząc do przedpokoju, dalej patrzał na nią i powiedział stłumionym głosem:

Pani jest matką? Nic się strasznego nie stało. Wypadek. Ale niech pani...

Żyje?

To już krzyknęła glośno.

Żyje. Żyje. Niech się pani uspokoi. Nic takiego. Przewieźli go do szpitala.

Od paru dni źle się czuł. Po co go wypuściłam?

Teraz dopiero podbiegłam i podtrzymałam, bo kolana ugięły się pod nią. Nieznajomy chwycił jej ramię z drugiej strony i posadziliśmy ją na krześle. Polańska patrzała cały czas na nieznajomego i uśmiechała się głupio i przepraszająco, jakby to jego należało przebłagać, aby się wszystko zmieniło. Potem zaczęła mówić gorączkowo:

Ja zaraz. Już idę. Trzeba się spieszyć. Pan mnie Zaprowadzi, prawda, pan mnie zaprowadzi? Bo ja nie wiem.

Czy trzeba coś zabrać? Już idę. Jeszcze chwileczkę.

Ten przepraszający uśmiech, przylepiony do twarzy...

Czy puszczą ją do syna? — zapytałam ja z kolei, bo nie byłam pewna, czy jest sens tak od razu lecieć do szpitala.

Nieznajomy był młodym mężczyzną o bardzo czarnych włosach i wypukłej dolnej wardze. Zresztą, co mnie obchodzi jego powierzchowność. Minęły te czasy... W każdym razie zachowywał się należycie, był spokojny i opanowany.

Myślę, że tak. Na chwilę. W każdym razie dowie się czegoś. Postaram się... Ale chyba po operacji...

Dopiero wtedy spytałam, co się właściwie stało. bo widać było, że Polańska wciąż jeszcze nie ma siły wstać. Nic dziwnego. Nie jest młoda. Pięćdziesiątka za pasem, no i te wszystkie przejścia wojenne. Przy tym całkiem sama się boryka z tym swoim Grzesiem... Ale życie jakoś im się układało spokojnie. I tu nagle taka rzecz...

W ypadek samochodowy. Pijany szofer wyleciał zza zakrętu. Już wiadomo, że był pijany. Byłem świadkiem wypadku... Nic specjalnego... musi pani naprawdę zachować spokój (te rady były niepotrzebne, bo Polańska siedziała nieruchomo jak kamień, z tym przylepionym uśmiechem)... jakaś kość na pewno złamana, ale od tego się nie umiera... okaże się dokładnie na stole operacyjnym. Nic strasznego, naprawdę.

Wtedy Polańska wstała sztywno, przestała się głupio uśmiechać, przeciwnie, ściągnęła usta kurczowo w cienką linię i powiedziała głucho:

No tak. Więc dobrze. Idziemy. Czy trzeba coś zabrać dla niego?

Chyba nic — odparł ten pan. — Przekona się pani na miejscu. Weźmiemy taksówkę.

Nie zaproponowałam, że pojadę z nimi. Unikam silnych wzruszeń, a i tak zdenerwowałam się dostatecznie. Nie znoszę też atmosfery szpitala, odkąd mój brat... Nie będę się rozstrajała wspomnieniami. Przy tym może ten chłopak umrze, nie czuję się na siłach, żeby pocieszać Polańską. Każdy ma swoje tragedie, na to nie ma rady. I ostatecznie nie jestem żadną ich przyjaciółką, tylko sąsiadką, przypadek sprawił, że mieszkamy razem, nie mogę brać na siebie ich nieszczęść. Owszem, stosunki były zawsze między nami jak najlepsze, raczej oficjalne, i takie powinny zostać, tak jest najlepiej. Przy tym nie należy zostawiać pustego mieszkania... a w ogóle co ja się będę sama przed sobą tłumaczyć? Zostałam, i już. To moje jedyne dobre chwile, kiedy przychodzę z tego wstrętnego biura, robię sobie herbatę, odkręcam radio i kładę się na kanapce. Nie jestem towarzyska, nie ma na to rady — i nie pragnę niczego prócz spokoju. Zresztą gdyby nie było tego jegomościa, tobym z nią poszła do tego szpitala, ale tak to naprawdę zbyteczne. I tak będę miała dość kłopotów z tą całą sprawą. Bez kłopotów się nie obejdzłe. Bardzo przykra historia, ale może temu chłopcu nic takiego się nie stało. Nie warto się przejmować zawczasu.

Złamanie lewej nogi. Ale, co gorsza, okazało się, że chłopak już był chory. Jak ta Polańska to Zniesie? Dla chłopca byłoby lepiej, żeby umarł, bo podobno stan strasznie ciężki. Heine-Medina... Jestem zupełnie nieswoja od tego wszystkiego, w biurze nie mogę się skupić, a w domu znaleźć sobie miejsca. Ale dosyć, postanowiłam o tym za wiele nie myśleć. Każdy ma dość własnych zmartwień. Choroba i w dodatku pijany kierowca. Co za nieszczęście...

Od paru dni Polańska jest w ciągłym ruchu. Nie płacze. Nadsłuchiwałam nocami — też nie. Czasem tylko chodzi po pokoju godzinami; kiedyś weszłam do niej — leżała bez ruchu i patrzała w sufit. Ale w dzień jest niezwykle czynna. Stara się mianowicie, żeby ją przyjęto do szpitala w charakterze salowej. Chce myć podłogi, wynosić baseny, i tak dalej. Oczywiście na oddziale Zakaźnym, żeby być bliżej syna. Chłopak ma nogę w gipsie, co jest podobno fatalne przy tej chorobie. Ale jeżeli chodzi o nią, co to za pomysł, nie rozumiem. Ostatecznie jest malarką, a raczej ilustratorką (projektowała przy tym od czasu do czasu cenione plakaty). Nie tylko powinna dbać o ręce, które są niejako jej narzędziami pracy, ale też jest nie przyzwyczajona do ciężkiej roboty fizycznej, to osoba kulturalna, delikatna, krucha. Pomysł tym bardziej bezsensowny, że Grzegorzowi potrzebne będą jej siły i zdrowie jeszcze przez czas długi, przez lata, że jeżeli będzie pracowała w szpitalu, nie będzie mogła zarobkować. I w ogóle, po co to wszystko? Nic w ten sposób synowi nie pomoże, a sama zaharuje się na śmierć. I tak podziwiam jej wytrzymałość. Straciła męża i córkę w czasie okupacji, przeszła, jak my wszyscy, różne okropności, a śmieje się często, jest zazwyczaj wesoła, trzymają się jej żarty, aż mnie to trochę drażni, choć muszę przyznać, że u sąsiadki to jest przyjemne, przynajmniej nie ma z nią scen i awantur. Zawsze powiada: „Tyle jest dużych przykrości na świecie, że nie warto się przejmować małymi”. Ja, co prawda, jestem wrażliwsza od niej, nic nie poradzę na to, że drobne nawet rzeczy mnie denerwują. Ale teraz ta historia z chłopcem to jej chyba da radę. Żal mi jej, naturalnie, nawet bardzo, ale irytuje mnie ten jej projekt zaangażowania się do szpitala. Trzeba znać swoje siły, postępować rozsądnie. Przy tym mieszkanie będzie bez opieki, bo przecież ja nie mogę być ciągle uwiązana jak na sznurku, i co będzie, jak pójdę do kina? Tyle, że trochę więcej spokoju w domu, bo do Grzesia wciąż przychodzili koledzy i koleżanki, bezustanne dzwonki, a przy tym śmiechy i hałasy. Dziwiłam się zawsze Polańskiej, że to znosi. Ja bym tak nie pozwoliła nachodzić ciągle domu, żeby nie było spokoju. I zadeptują podłogę, że strach. Starszy człowiek powinien mieć prawo do odrobiny bodaj wytchnienia. A Polańska pozwalała, żeby się ta młodzież panoszyła po mieszkaniu, i jeszcze była z tego zadowolona...

No, ale to się teraz zmieni. Nawet jeżeli Grzegorz przetrzyma tę swoją katastrofę, to już nie będzie to co dawniej — komu by się chciało przychodzić do kaleki. Biedni ludzie. Żeby to tylko na mnie nie spadło ciężarem. Nie czuję się na siłach, żeby dźwigać cudze nieszczęścia.

Przyjęli ją, nie bez trudu, bo się bali, że nie będzie się wywiązywać ze swoich obowiązków i że będzie urządzała sceny rozpaczy i różne historie, a poza tym całkiem jasne, że nie będzie chciała pracować w tym szpitalu wiecznie, tylko przez czas pobytu syna, i że na to oni zgodzić się nie mogą. Tak odpowiedzieli w dyrekcji szpitala. Ale sąsiadka moja natknęła się jakoś przypadkiem na ordynatora tego oddziału i w nim znalazła niespodziewaną pomoc. Rozmawiał z nią przez czas dłuższy, a potem wrócił z nią razem do dyrekcji i wyłożył swój pogląd na tę sprawę. Po pierwsze, powiedział, na oddziale zakaźnym brak personelu i nawet czasowa pracownica może być cenna. Po drugie, akurat jedna salowa zachorowała, a druga jest w ciąży, tak że zastępstwo jest konieczne. Wreszcie dodał, że ma pewność, iż Polańska będzie pracowała sumiennie, bo już jej zagroził, że w przeciwnym wypadku usunie ją od razu, a jej przecież zależy, żeby być w pobliżu syna. Wreszcie młody Polański jest jednym z najcięższych wypadków na oddziale — choroba i złamanie — dodatkowa opieka bardzo mu się przyda, musiałby posadzić przy nim osobną pielęgniarkę. Stan jego jest ciężki, lada chwila można się spodziewać katastrofy, a tak matka będzie miała na niego oko, a oko matczyne warte jest dziesięciorga oczu pielęgniarskich. Tylko że pielęgnacja syna — dodał podobno surowo — musi się odbywać poza normalnymi zajęciami salowej. W dyrekcji nie chciano uznać tych argumentów, powoływano się na przepisy, ale Polańska wraz z ordynatorem postawili w końcu na swoim.

 

Tak więc moja sąsiadka będzie od jutra szorowała podłogi, wynosiła nocniki, a poza tą pracą będzie jeszcze pielęgnowała umierającego syna. Zapewne ta jej decyzja może budzić podziw, choć dla matki nic nie jest trudne, i gdybym ja miała dziecko, na pewno zdobyłabym się na to samo. Ale z drugiej strony nie podoba mi się to wszystko. Nie tylko jej dziecko leży w szpitalu, a żadna matka nie jest aż tak przesadna. Przy tym szkoda kobiety, bo się zedrze w tej podwójnej pracy. A ten Grzegorz, jeżeli wyzdrowieje, nawet jej nie podziękuje — wiadomo, jaka jest wdzięczność dzieci. Jeżeli zaś nie wyzdrowieje, to nie warto się tak męczyć. Trochę zdrowego rozsądku! Tylko że ludzie mają go tak mało.

Muszę wyznać, że czatowałam trochę na przyjście Polańskiej, bo to jej pierwszy dzień pracy w szpitalu, no i pierwszy raz miała zobaczyć syna. Ciekawa byłam, jak tam z nim, no i w ogóle, co ona powie. Wróciłam z biura, umyłam się, ugotowałam sobie, bo lubię we wszystkim staranność, ale potem nie poszłam do kina, bo byłam naprawdę ciekawa. No i oczywiście, gdyby należało coś pomóc, to ja jestem zawsze gotowa. Nie znoszę poświęceń, ale dla milej sąsiadki, jaką jest Polańska, zawsze jetem gotowa do drobnych sąsiedzkich przysług.

Zdziwiłam się usłyszawszy jej kroki na schodach. Znam je, ale myślałam, że będzie się wlokła z trudem. Tymczasem wbiegła na górę bardzo szybko. Słyszałam, jak grzebie w woreczku, szukając klucza, otworzyłam jej czym prędzej drzwi. Spojrzała na mnie z podziękowaniem. Była potargana, oczy zapadły jej głęboko, z urody, którą jeszcze zachowała, nie zostało właściwie ani śladu. Spieszyła się najwidoczniej.

Muszę się wykąpać i już lecę — powiedziała.

No, sekundę, pani Jasiu! — zawołałam. — Jakże tam?

Uśmiechnęła się znów tym swoim bolesnym, przepraszającym uśmiechem. I nagle usiadła, patrząc przed siebie.

No, więc jakże, pani Jasiu? — zapytałam po raz drugi, chcąc ją wyrwać z tego osłupienia.

Uśmiechnęła się znowu — co za dziwna osoba, żeby w takich chwilach się uśmiechać — i powiedziała:

Lepiej. Podobno lepiej. Kiedy pierwszy raz spojrzałam na niego, był może nieprzytomny albo spał. Ale kiedy weszłam, otworzył oczy i powiedział: „Jesteś. No to już teraz wszystko będzie dobrze”. I znów zamknął oczy.

Zerwała się z krzesła i zaczęła powtarzać gorączkowo:

To bardzo ważne, jak on uważa, że już teraz będzie dobrze. To bardzo ważne.

Po kąpieli chciałam jeszcze porozmawiać z nią troszkę, ale nie było mowy. Spieszyła się z powrotem do szpitala, spieszyła się gorączkowo, wszystko jej leciało z rąk. Widziałam, że jest w strachu śmiertelnym i że strach ten narasta w niej z każdą chwilą. Miała widocznie uczucie, że bez niej... Odpowiadała bez wielkiego sensu na moje pytania. Zapytałam jej, kto właściwie będzie sprzątał mieszkanie, skoro ona jest cały dzień zajęta. W ogóle nie dosłyszała mego pytania. W pokoju było już ciemnawo, zapomniała zapalić światło i szukała omackiem czegoś po szufladach. Okno było otwarte, a że to lato, więc wczorajszy deszcz zalał pół pokoju. Wiedziałam, że niepodobna mówić z nią o tym i postanowiłam sama zająć się jej mieszkaniem. Jeszcze jeden kłopot, ale to nie będzie trwało przecież wiecznie. Powiedziałam tylko:

No dobrze, ale czy zamierza pani siedzieć przy synu całą noc?

No oczywiście — powiedziała nie podnosząc głowy i pakując do torby ranne pantofle i szlafrok.

A kiedy będzie pani spała?

Nie wiem. Wszystko jedno.

Ale to już czwarta noc.

No to co. Ach, zresztą pani ma rację, zaparzę sobie kawy i jeszcze wezmę do termosu.

Ale tak nie można, pani Jasiu.

Dlaczego? — zdziwiła się szczerze, a potem spojrzała na mnie zgorączkowanymi oczami i dodała: — Ale mnie się naprawdę nie chce spać. Kiedy nawet ogarnia mnie drzemka, budzę się natychmiast, bo mi się wydaje, że... coś się stało.

Rozglądała się po pokoju, jakby się bała, że czegoś zapomni.

A on przynajmniej śpi?

Właśnie, że prawie wcale. Boli go ta złamana noga. I nie dają mu pastylek nasennych, bo przy porażeniu oddechu nie można... Mniejsza z tym. Nie będziemy się roztkliwiać. No, już idę. Dobranoc i dziękuję.

Człowiek czuje się bezsilny wobec takiego uporu.

Obudziłam się dziś rano wypoczęta i w dobrym humorze. Mogę się wyleżeć, bo jest niedziela, słońce świeci, albo wyjadę za miasto, albo pójdę na działkę do Ostrowskich. Ach, jak dobrze jest się tak wypróżnować. Przed oknem moim rośnie duży klon i mam trochę jak gdyby ogrodu w pokoju. W taki dzień mieć kogoś bliskiego, to by dopiero było przyjemnie. Ale jestem sama i sama ju ż pewno pozostanę. Mam ju ż dobrze stukniętą czterdziestkę i właściwie wszystko, co miało się stać w moim życiu, już się stało. Niczego nie mogę oczekiwać, nic się już nie wydarzy. To okropne. I znowu humor mi się popsuł.

Właśnie jadłam śniadanie, kiedy usłyszałam trzaśnięcie drzwi wejściowych. To pani Jasia. Wejść do niej? Może jej w czymś pomóc? A może potrzeba jej spokoju? To już miesiąc od wypadku i choroby Grzegorza. Przez cały ten czas wpadała do domu tylko na chwilę. Chyba nie zdawała sobie sprawy, że jej od czasu do czasu posprzątałam mieszkanie. Aż szkoda było mego trudu. W ogóle nie widziała nic i odpowiadała półprzytomnie. I — czego zupełnie nie mogę zrozumieć — przez cały ten czas nie spała. Co prawda ordynator Turski zwolnił ją z części robót, bo stan Grzegorza był tak ciężki, że potrzebna mu była bezustanna obecność pielęgniarki, w danym wypadku — matki. Umieszczono go w izolatce. Nie wiem, czy ona zdawała sobie z tego sprawę, ale to było jasne — spodziewano się końca z minuty na minutę. Jakaś miłosierna dusza postawiła jej tam fotel — jak mi wspomniała. Ale o spaniu nie było mowy ze względu na cierpienia chorego. Kiedy zaś zasypiał na krótko, matka wystraszona i przerażona patrzała tylko, czy jeszcze oddycha, i tym bardziej bała się zasnąć.

Tyle zdołałam wydobyć ze spieszącej się wiecznie Polańskiej, która rzucała mi tylko urywane zdania. Dzisiaj jednak chyba przyszła na dłużej. Sama nie wiem, czy tam wejść. Jakoś dziwnie cicho. A może jej czego potrzeba?

Uchyliłam drzwi. Spała leżąc na brzuchu, z twarzą skręconą w bok, jak umarła, z nogami sterczącymi poza tapczan, w pantoflach i w żakiecie, tak jak padła widocznie zaraz po przyjściu. Zastanawiałam się, czy ją ułożyć wygodniej, ale dałam spokój. Bałam się, że jak się obudzi, pobiegnie znów do szpitala, a tak to sobie przynajmniej trochę odpocznie. Czy to możliwe, że ona śpi pierwszy raz od miesiąca? Swoją drogą chłopcu musi być lepiej, skoro zasnęła.

Miałam rację. Chłopiec będzie żył. Tylko, mój Boże — sparaliżowany. Więc jakże to będzie, jak ta kobieta sobie poradzi? I jak tu spojrzeć w oczy takiemu nieszczęściu? Jak z nią rozmawiać? Jak z nim? Nie dość było nieszczęść wojennych — jeszcze teraz coś podobnego! I ten chłopiec taki kwitnący, wysportowany — jakże to będzie? Naprawdę czuję, że z moim sercem jest niedobrze, kiedy o tym myślę. Mieć tak ciężko chorego w domu to i dla mnie katastrofa. A może będzie chciał sobie odebrać życie? Może będą jakieś spazmy, krzyki po jego powrocie — jak ja to zniosę? Gdybyż można jak za dawnych czasów wyprowadzić się z tego mieszkania, po prostu uciec. Nie mogę udawać, że ich nie znam, a znów w przeciwnym razie bodaj część brzemienia spadnie po trosze i na mnie. Człowieka przeraża takie nieszczęście. Nie czuję się na siłach, aby się z nimi widywać, rozmawiać. Nasze stosunki zawsze były raczej oficjalne, trzeba je jeszcze bardziej ochłodzić. Przecież to dla mnie ani brat, ani swat. Po prostu przypadek nas złączył pod jednym dachem.

Inna rzecz, że ta Polańska to dziwna osoba. Kiedy jej chciałam okazać współczucie — niezdarnie oczywiście, jak zawsze w takich razach — spojrzała na mnie chłodno i powiedziała:

Dziękuję pani, ale najgorsze minęło. Najważniejsze jest to, że będzie żył. Poza tym niedługo zdejmą mu gips z lewej nogi.

Jest nadzieja, że będzie chodził? — wyjąkałam wściekła zresztą na siebie. Jakoś mi się to wymknęło.

Nie wiem — powiedziała surowo, przebierając się pośpiesznie. — I już pani kiedyś powiedziałam: nie mam zamiaru się roztkliwiać. — Po czym dodała z tym swoim przepraszającym, bolesnym uśmiechem: — Po prostu w takiej sytuacji nie można sobie na to pozwolić.

Odłożyła grzebień, którym czesała włosy, i opuściła bezradnie ręce.

Jestem zmęczona. Ale głównie tym, że muszę się ciągle uśmiechać.

Co takiego? Pani się uśmiecha? Tam, w szpitalu?

Popatrzyła na mnie ze zdziwieniem.

A jakże inaczej? Nie tylko się uśmiecham, ale śmiejemy się często. Z byle czego. Przecież to jedyny sposób.

Nie, coś podobnego! Patrzałam na jej postarzałą twarz, nie umyte, jak gdyby mokre włosy i lśniący nos. Moja sąsiadka była zawsze osobą wypielęgnowaną, nawet elegancką. Teraz wyglądała jak spracowana chłopka. Głębokie bruzdy biegły jej od nosa do ust. Usta, zazwyczaj pełne i wesołe, zaciskały się w jakimś przykrym skurczu. Tylko zęby pozostały białe jak dawniej. Uśmiech przeistaczał jej twarz.

Istotnie, musiała się uśmiechać, aby jej syn się nie przeraził. I musiało ją to męczyć jak tortura. No dobrze, uśmiech, ale przecież nie śmiech.

Jak to: śmiejecie się — spytałam nie rozumiejąc. — Z czego się śmiejecie?

Och, ze wszystkiego — odparła, siadając na chwilę z przymkniętymi oczami. — Tyle jest rzeczy zabawnych. Już pani nie pamięta, jak było w czasie okupacji? Też przecież śmieliśmy się często. Jest tam jedna siostra, zupełnie podobna do indyczki. Ale to zupełnie. Albo czytam mu głośno „Klub Pickwicka”. Niech będzie błogosławiony Dickens.

Chciała się uśmiechnąć, ale tym razem usta jej znowu ściągnął ten bolesny skurcz.

Niech się pani nie wysila bodaj teraz — powiedziałam. — Nie trzeba się zmuszać.

Kiedy nie to jest trudne. Bo czasami, mimo wszystko, pewne rzeczy mnie śmieszą. Taką już mam naturę. Ale uśmiech trudny jest wtedy, kiedy mówię, że wszystko będzie dobrze... że... no mniejsza z tym.

Nawet bym chciała, żeby mi opowiedziała trochę o tej chorobie i jak, i co. Ludzie lubią przecież opowiadać, ale z tą kobietą nic nie może być tak, jak z innymi. Kiedy tylko z nią zacząć o chorobie syna, odpowiada zawsze, że jest lepiej, i zawsze mówi coś pomyślnego: a to, że spał tej nocy, a to, że mu gips zdjęto, a to, że apetyt mu się poprawia, a to, że rękami porusza. Gdyby tak sumować wszystko, co ona mówi, biedny Grzegorz powinien by już tańczyć, a tymczasem... To nie znaczy, że ona kłamie, tylko chyba ma taki jakiś osobliwy dar, żeby widzieć wszystko od dobrej strony, nawet to najgorsze. A może się w ten sposób ratuje przed rozpaczą?

No, tak, naturalnie — powiedziałam — trzeba choremu dodawać otuchy.

Nie tylko. Trzeba wierzyć w to, co się mówi — odparła z wysiłkiem. — Wierzyć bodaj przez minutę. Bo on inaczej od razu przyłapie mnie na tym, że udąję. Trzeba też bardzo uważać, żeby sobie samej nie przeczyć... żeby się nie zaplątać w kłamstwie...

Siedziała, wpatrzona przed siebie, przez okno. W dach sąsiedniego domu.

Nie można też mówić z rozkosznym uśmiechem, że wszystko jest cudownie i będzie jak najlepiej, bo on nie chce i nie da się okłamywać. Trzeba, żeby to było przekonywające, prawdopodobne i jednak pomyślne.

 

To strasznie trudne — jęknęłam mimo woli.

Strasznie — potwierdziła Polańska poważnie.

Wstała i wygładziła dłońmi twarz, jakby chciała z niej zetrzeć ów skurcz, który skrzywiał i zaciskał jej wargi.

Czas już iść.

Widziałam, że tym razem ubiera się i wychodzi z ociąganiem. Widocznie sen, na który pozwoliła sobie po raz pierwszy, rozkleił ją trochę, wyzwolił zmęczenie, na nowo spiętrzył czekające trudności. Była jak człowiek, który śmiertelnie znużony ma przejść jeszcze długą drogę, a pozwolił sobie na chwilę przysiąść. W stać wydaje mu się niepodobieństwem.

Stała teraz ze spuszczoną głową w przedpokoju, przy drzwiach wyjściowych, i widać było, że nie ma odwagi nacisnąć klamki. Wreszcie powoli, powoli otworzyła drzwi i znów przystanęła w progu. Popatrzała bezradnie w głąb mieszkania i spotkała moje spojrzenie. Uśmiechnęła się tym swoim uśmiechem, jakby mnie przepraszała i błagała o pomoc. Co mogłam pomóc? Uśmiechnęłam się tylko w odpowiedzi, bo nawet słowa żadnego nie umiałam znaleźć. Zdobyła się na zryw energii, przestąpiła próg i zamknęła wolno, ostrożnie drzwi za sobą. Słyszałam, jak człapiącymi, wlokącymi się krokami schodziła stopień po stopniu. Stopień po stopniu, jak w głąb otchłani. Poderwałam się z miejsca, chciałam ją zawołać, jakoś wyratować od męki, ku której szła, ale zaraz usiadłam, bo to naturalnie nie miało sensu. Wyjrzałam po chwili przez okno. Wlokła się po chodniku ze spuszczoną głową, wyglądała z daleka jak staruszka. Znikłą za rogiem.

Dzisiaj miałam osobliwą i bardzo nieprzyjemną wizytę. Jestem tak zdenerwowana, że z trudem piszę. Nie mam pojęcia, czy dobrze postąpiłam i w ogóle, czy mówiłam to, co potrzeba. Może sama zdam sobie z tego lepiej sprawę, kiedy wszystko zanotuję.

Więc tak: było już ciemnawo i nie zapaliłam światła w mieszkaniu, bo lubię sobie po pracy poleżeć spokojnie w półmroku, zwłaszcza latem, kiedy wiatr kołysze gałęzią klonu, która szumi ocierając się o ścianę. Trochę mi się wtedy zdaje, że jestem w lesie. Powinna bym pójść do parku, ale jestem na to za leniwa...

Nagle rozległ się dzwonek. Kto to może być o tej porze?

Nie spodziewałam się nikogo, w ogóle prawie nie utrzymuję z ludźmi stosunków, bo to i kłopot, i koszt, a przyjemności niewiele. Nagle poderwało mnie. Może coś złego w szpitalu. Pobiegłam w szlafroku otworzyć drzwi. Jakiś obcy mężczyzna stał za progiem. Czapkę miał naciśniętą na oczy. Wyglądał jakoś dziko i podejrzanie. Przelękłam się i chciałam zatrzasnąć mu drzwi przed nosem, ale on był silniejszy ode mnie, wszedł bez ceremonii do przedpokoju i zapytał głucho, rozglądając się dokoła:

Czy pani... matka?

Czego pan... — zaczęłam, ale on mi przerwał:

Czy to tutaj ten... co go przejechało?... Tutaj?...

Czuć było od niego alkohol, był pijany. Ale pijany w sposób przytomny, w sposób przeszywająco przytomny. Patrzył mi w same oczy z taką siłą, że nie mogłam odwrócić spojrzenia.

Ten... co go przejechało... To tutaj?

Skąd! — wyjąkałam. — W szpitalu.

To... to... żywy?...

Coś w jego oczach zachwiało się, zatrzepotało, spojrzenie schowało się pod powiekami. I ja w tej chwili odzyskałam władzę nad sobą. Aż się zatrzęsłam.

To pan?

...żywy... — wybełkotał.

Żywy! — krzyknęłam. — Żywy! Pan to nazywa — żywy? To gorzej niż umarły. Sparaliżowany. Rozumiesz, co to znaczy. Nieszczęśliwy na całe życie. To gorsze niż śmierć. Chory był widocznie, ledwo szedł. A ty go jeszcze autem... po pijanemu...

Krzyczałam na całe gardło. Byłabym go rozszarpała. Tę jego przystojniacką, spijaczoną twarz, te bezczelne oczy, które teraz uchylały się przed moim spojrzeniem.

Jak tu śmiałeś przyjść, łotrze? Takich jak ty powinno się wieszać bez sądu. Po pijanemu prowadzić auto, zbrodniarzu...

Trzasnęłam go w twarz raz i drugi, szarpałam go za ramiona. On się poddawał wszystkiemu jak lalka z trocin. Z ust sączyła mu się smużka śliny. Oczy były błędne.

Bij, pani, ile chcesz — powiedział głucho. — Pani — matka?

Nie jestem jego matką, gdybym była matką, to bym cię zabiła, łobuzie, draniu!

On nagle chwycił mnie za rękę i odsunął od siebie.

E, jak pani nie matka, to niech się pani nie wygłupia. Co tam byle kto będzie sobie o mnie ręce smarował. Ja chcę się widzieć z nim samym albo z matką. Ja chcę wiedzieć, co jemu, a pani nic do tego.

Myślałam, że mnie krew zaleje z wściekłości.

Nic do tego? Ta noga, coś ją pan połamał, to przepadła. Dlaczego chodzisz na wolności? A ten wstrząs? To nic? Dla zdrowia?

Patrzył na mnie cały pochylony do przodu. Przeraziłam się jego wzroku. Sama w mieszkaniu z takim drabem. Zaczęłam się wycofywać w kierunku telefonu.

Proszę wyjść. Zadzwonię po milicję.

Nic z tego, paniusiu, nie dam się. Tamtemu się trafiło nieszczęście, ale dlaczego i ja mam ginąć? Ja chciałem. ja chciałem... tu porozmawiać... Ale z panią gadać nie będę. A jeżeli pani podejdzie do telefonu, to łeb rozwalę. Ja mam żonę i dzieci. Ja będę miał sprawę w sądzie, wie pani. Ja tylko chciałem wiedzieć, czy on żyje. Bo jak tak, to niedoczekanie wasze...

Tak się rozbestwił, że teraz on krzyczał prawie, a raczej ział na mnie zduszonym głosem, prześmiardłym wódką. Bałam się ruszyć z miejsca i zupełnie nie mogłam wydobyć głosu. A on nagle zakręcił się na pięcie, podniósł obie ręce do góry jak człowiek wzywający pomocy i uciekł, dosłownie uciekł, tylko kroki jego zadudniły po schodach. Czy miałam mu powiedzieć, że Grzegorz już był chory, kiedy on go potrącił? Nie. To nie umniejsza jego winy. Gdyby nie był pijany, to co innego.

Nie wiem, czy opowiedzieć o tym pani Jasi. Może ją to tylko rozstroić. Dam lepiej spokój, zamilczę. Źle się stało, że nie udało mi się zadzwonić na milicję. Tego człowieka powinno się aresztować. Aresztować to mało... Znów mnie ogarnia wściekłość, a nie powinnam się denerwować ze względu na serce.

Mają zdjąć Grzegorzowi gips z nogi. Pani Jasia powiedziała mi, że jego ciało — a był to zgrabny chłopak — to teraz szkielet. Piszczele. Kiedy odsłoniła kołdrę i zobaczyła, że on nie ma zupełnie mięśni... Same kości... Potrafiła, jak twierdzi, nie okazać żadnego wrażenia na ten widok. Mówiąc o tym, z właściwym sobie optymizmem dodała:

Ale może poruszać palcami jednej nogi. Nie cała nadzieja stracona.

Biedactwo chwyta się słomki. Nie mam zresztą pojęcia, czy to dobrze tak się łudzić.

Nie będę tak ciągle litować się nad Polańską. Jakoś to wytrzymuje, choć schudła przeraźliwie. Przychodzi codziennie na parę godzin do domu i śpi. Ale dziś — słyszałam to z mego pokoju — zaczęła sprzątać. Zamiast położyć się spać. Zresztą to było niepotrzebne, bo moja sprzątaczka od czasu do czasu robi u niej porządek, a i ja tam czasem przyłożę do tego i owego rękę po sąsiedzku. Słysząc, że coś tam przesuwa i porusza, no i wiedząc, jak śmiertelnie przychodzi zmęczona, zapukałam cichutko. Jeżeli nie będzie chciała, to uda, że nie słyszy. Ale odpowiedziała swoim zmęczonym, zawoalowanym głosem:

Proszę.

Weszłam. Ładny jest ten jej pokój-pracownia. Dwa duże okna, a z nich widać park i Wisłę. Bardzo mało mebli. Duży stół, a na nim rysunki i szkice. Tapczan. Książki na półkach wzdłuż ścian. Parę dużych bujnie rozrośniętych roślin w doniczkach. I takie różne śmieszne i trochę dziwaczne rzeczy, jakie tylko może wymyślić malarka. Drzwi zalepione ilustracjami z pism z zeszłego stulecia — zabawne mody, jeszcze zabawniejsze wehikuły, postać kobiety z żarówką w ręku, wyobrażająca fantastyczną epokę elektryczhości. W misce, na małym stoliczku, różnokolorowe kule szklane. Parę obrazów dziwacznych, jak na mój gust, ale bardzo kolorowych. I oto zobaczyłam, że Polańska mocuje się ze stołem i chce go sama bez niczyjej pomocy, wtłoczyć do małego pokoiku, w którym dotychczas sypiał Grzegorz.

Co pani robi? — zawołałam. — Mało się pani naharowała w szpitalu? Zaraz pani pomogę. Ale lepiej by to zrobiła Zacierkowa, jak przyjdzie sprzątać.

Polańska odgarnęła włosy, opadające na czoło. Boże, jak posiwiały!

Będę teraz mieszkała w małym pokoju, a on w dużym.