Siew przyszłościTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Siew przyszłości
Siew przyszłości
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 54,98  43,98 
Siew przyszłości
Siew przyszłości
Audiobook
Czyta Masza Bogucka
29,99  22,19 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Irena Krzywicka

Siew przyszłości

Saga

Siew przyszłościZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1953, 2020 Irena Krzywicka i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone. ISBN: 9788726774269

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

I

Rok 1890

Kamil wbiegł szybko po schodach i zadzwonił ostrożnie, jakby się bał, że zbyt mocny dzwonek wyczaruje w drzwiach postać matki. Miał już zresztą dla niej gotowe wykręty, ale ucieszył się, gdy drzwi otworzyła Anka. Był zdyszany, studencka czapka przekrzywiła mu się na głowie. Podał siostrze sporą paczkę i szepnął:

— Jeden z działaczy aresztowany na ulicy. Zdążyliśmy oczyścić mieszkanie. Trzeba poroznosić „bibułę“. Możesz część schować w domu?

— Mogę — odparła również szeptem Anka. — Ale wiesz, mama... Może znaleźć.

— Więc, co ważniejsze, musisz wynieść. I to jak najprędzej. Zapamiętasz adres?

— Co tam takiego? — zapytała z głębi mieszkania pani Martenowa.

— Nic, mamo — odparła świetliście jasnym, kłamliwym głosem Anka kładąc jedną z paczek na górnej części wieszadła w przedpokoju, a drugą wsuwając sobie za gors, nie wiadomo właściwie po co, bo druki odstawały i rysowały się pod ubraniem bardzo dokładnie. — Kamil wpadł jak po ogień zapytać o mamy zdrowie, bo był jakiś niespokojny.

— Czemu nie wszedł? Któż w ten sposób pyta o zdrowie matki? Gucio zawsze był uważniejszy — odparła Konstancja zduszonym głosem, bo porządkowała właśnie w szafie w sypialni.

— Kamil bardzo się spieszył na lekcję, wpadł tylko na chwilę, już pobiegł — zawołała Anka i wyszła za bratem na schody. Kamil, rozglądając się, czy kto nie słyszy, szepnął jeszcze na pożegnanie:

— Co możesz, to schowaj, resztę zanieś. To, co w tej dużej kopercie... Zaraz, czy pamiętasz adres? Lepiej nie zapisywać. Solec 154, Radoń. Zdaje się, że to rodzina robotnicza. Załatw wszystko sensownie, bo jesteś niedorajda.

Anka była już z powrotem w przedpokoju i zamykała ostrożnie drzwi za bratem.

— Co wy tam knujecie przeciwko mnie? — krzyczała z głębi mieszkania matka. — Anka, nie słyszysz? Czy Kamil dobrze zatrzasnął drzwi za sobą? Ciebie to nic nie obchodzi. Mogą bandyci cały dom wynieść, a ty nawet palcem nie kiwniesz. Gdybym ja o to wszystko nie dbała... wiadomo!

Anka tymczasem wyjęła zza gorsu pakiet, który zamierzała pozostawić w domu, i wetknęła go za stojącą w saloniku serwantkę. Odsuwało się ją bowiem od ściany, obyczajem domowym, tylko raz do roku. Drugi pakiet zostawiła na razie na wieszadle. Niedbałym krokiem weszła do sypialni, aby z szafy, gdzie wisiały stłoczone ubrania — niektóre nie noszone od lat — wyjąć swoją salopkę. Z ust matki lał się wartki potok słów, ale Anka go nie słyszała, po prostu nie docierał do niej. Groźne dawniej, napastliwe przemówienia Konstancji Martenowej teraz brzmiały minorowo. To już nie był krzyk trzymający w postrachu całą rodzinę, tylko bezustanne narzekanie. Krzyku jednak, może dzięki różnorodnym intonacjom głosu, słuchano w rodzinie dokładniej niż lamentu postawionego na jednym, monotonnym tonie. A przecież lament ów nie był pozbawiony słuszności.

Jesienią roku 1889 rodzina Martenów zmuszona była opuścić pięciopokojowe mieszkanie przy ulicy Bednarskiej i przeprowadzić się niemal poza granice miasta. na ulicę Wilczą. To nie byłoby jeszcze najgorsze — ulica Wilcza przy Marszałkowskiej zabudowywała się dość okazale — ale dom, w którym mieli teraz zamieszkać Martenowie, znajdował się gdzieś na samym jej końcu, wśród poletek obsadzonych kartoflami, pustych ugorów i parkanów, na wydmuchu, na pustkowiu. Właściciele domu, licząc, że miasto się rozbuduje, postawili co prawda na tym bezludziu wcale ładną i okazałą kamienicę. Lokale frontowe miały nawet miejsca na łazienki, ale stały pustkami — któż bowiem z bogatszych ludzi, którzy mogli sobie pozwolić na większe mieszkanie, chciałby się osiedlić w tak nieeleganckiej dzielnicy, wśród tego błota i ciemności. Na frontowy lokal nie mogli sobie pozwolić, niestety, i Martenowie. Hesia wyszła za mąż, Gucio się ożenił, a drukarnia podupadała coraz bardziej. Groziła licytacja. Mimo że rodzina się zmniejszyła, dochody skurczyły się tak dalece, że dawny tryb życia okazał się niemożliwy. Bez „nieocenionego Gucia“, jak mówiła matka, trudno byłoby wybrnąć z sytuacji. On to ulokował rodzinę na Wilczej w kamienicy, której był współwłaścicielem. Dzięki niemu płaciło się komorne znacznie niższe niż na Bednarskiej. Nie mieszkało się za darmo, o nie, to by przecież stawiało Gucia w nieprzyjemnym położeniu wobec wspólnika, ale wydatek był dużo mniejszy. I mieszkanie było mniejsze. Martenowa, przyzwyczajona do staroświeckich, rozłożystych pokoi na Bednarskiej, dusiła się w nim po prostu. Pomysłowy architekt nawtykał niezliczoną ilość mieszkań do ceglanego bloku, z którego właściciele pragnęli wydobyć najwyższy dochód. Gucio i jego wspólnicy byli ludźmi przewidującymi. Nie zawahali się wybudować na tym pustkowiu domu niezwykle wprost wysokiego — miał pięć pięter, aż się w głowie kręciło. Podwórko było maleńkie i ciemne jak studnia. Mieszkań było więcej niż komórek w plastrze miodu. Pokoje niewielkie, kuchnie prawie zupełnie ciemne. Frontowe mieszkania z widokiem na niezabudowane pustkowia posiadały, jak się rzekło, miejsce na łazienki, bo Gucio liczył — dziwny pomysł — że woda z budujących się filtrów będzie i tu kiedyś doprowadzona. Podobnych luksusów nie miały, oczywiście, mieszkania w oficynie.

Trzy pokoje. Jak się pomieścić w trzech pokojach z kredensem, kanapami, szafami, z meblami, które samą swoją objętością oznaczały dostatek i posiadanie? Konstancja dokonała prawdziwych cudów wtłaczając prawie wszystko między ciasne ściany. Część jednak mebli trzeba było sprzedać i to nadłamało Martenową psychicznie. Łzy nie mogły utulić jej gorzkiego, wiecznie żywego żalu. Wbrew wstrętnym, pozbawionym szacunku zakusom Anki i Kamila, którzy równie nienawidzili domowych mebli, jak matka je kochała, z całej ruiny dotychczasowego życia obroniła to, co najważniejsze. Mieszkanie jej nadal pochlubić się mogło sypialnią, jadalnią i nawet, o szczęście w nieszczęściu — salonem. Meble stały stłoczone tak ciasno, że nie było się gdzie poruszyć. Kredens zajmował całą prawie jadalnię; kiedy się chciało otworzyć drzwiczki, trzeba było zsuwać krzesła w przeciwległy kąt. Możność ulokowania się na kanapie w salonie była połączona z poważnym akrobatycznym wysiłkiem. Wreszcie w sypialni stała już tylko jedna szafa, gdzie ubrania walczyły ze sobą okrutnie i bezwzględnie o każdy centymetr przestrzeni. Dla ludzi w tym mieszkaniu nie było właściwie miejsca, ale na szczęście, prócz Konstancji, rodzina żyła niemal całkowicie poza domem.

I oto nastąpił w poprzednim roku straszliwy dzień, kiedy grunt zapadł się pod Konstancją Martenową. Drukarnia już od dłuższego czasu była w agonii, główną podstawę utrzymania stanowiły przeważnie tylko wizytówki, zawiadomienia o ślubach i pogrzebach. Autorzy książek, którzy pojawiali się czasem na widnokręgu Cypriana, a których on tak lubił, znikli z jego pola widzenia. Poważni wydawcy przerzucili swoje zamówienia do większych, nowocześniej wyposażonych drukarni, gdzie pracowali lepiej wykwalifikowani zecerzy, a ci pomniejsi — do małych drukarenek żydowskich, w których pracował właściciel wraz z rodziną i jednym lub dwoma najmitami, bijąc wszelką Cyprianową kalkulację nieprawdopodobnie niskimi cenami. Nie podobna było wytrzymać konkurencji ani tych wielkich, ani tych małych. Było to bardzo ciężkie i przygnębiające. W dodatku synowie gorzki zawód sprawili Cyprianowi. Gustaw wypłynął na szerokie wody finansów, co mu tam była ojcowska drukarnia! Kamil zaś — ileż zmartwień z Kamilem! — interesował się nią w jeszcze mniejszym stopniu. No i właśnie nadszedł dzień, kiedy drukarnię trzeba było sprzedać w, największym popłochu, na samym progu bankructwa. Tutaj Gucio podał prawdziwie pomocną rękę rodzicom, podczas gdy Kamil okazał się zupełnie do niczego. Udało się cudem po prostu ocalić z tej klęski jakąś niewielką sumkę, którą Gucio umieścił dość korzystnie w akcjach cukrowniczych, tak że z dywidendy rodzice mogli się od biedy utrzymać, ach, jak skromnie! Boże, jak skromnie! Gucio wtykał matce czasem po kilkanaście rubli, ale w najgłębszej tajemnicy. Ojciec nigdy by się na to nie zgodził, co mu nie przeszkadzało prosić co dzień żony o pewną sumkę na cukiernię, gdzie grywał w szachy i czytał gazety, nie bardzo się zastanawiając, czy szczupła renta na to wystarcza.

Ruina majątkowa pociągnęła za sobą nieuniknione skutki, które Konstancja przeżywała jak klęski. Najpierw przeprowadzka, potem konieczność przyjęcia posługaczki zamiast stałej służącej. Potem Kamil, który skorzystał z nieszczęścia rodziców, aby wyprowadzić się z domu i rozpocząć cygańskie życie. Wreszcie Anka, zamiast zgodzić się na wyjście za mąż za niedorozwiniętego syna pewnego aptekarza, wolała zaopatrzyć się w patent nauczycielki domowej i pracować! Jezu Chryste, pracować! Jak ostatnia nędzarka. Dziewczyna niespełna dwudziestoletnia zmuszona była biegać sama po ulicy, narażać się na zaczepki mężczyzn, „służyć“ po różnych domach, zamiast mieć własny dom, gospodarstwo i męża — niezbyt udanego męża, ale czegóż może żądać panna bez posagu — nie każda ma takie szczęście, jak Hesia — no i nic nie robić, co jest przecież najwyższym marzeniem każdej kobiety. Słowem, z winy tego niedołęgi Cypriana, któremu zresztą powodziło się niezgorzej — ta stara pozerka, szachy, kawusia w cukierni — los młodszych dzieci ukształtował się najokropniej i nawet ona, Konstancja, nie potrafiła temu zapobiec. A raczej ich własne, okropne charaktery były wszystkiemu winne. Bo ostatecznie Kamil mógł się dać pokierować Guciowi, zaś Hesia przy pomocy starej Malinowskiej może by jeszcze znalazła jakąś możliwą partię dla Anki. Ale ani jedno, ani drugie z tych wyrodnych dzieci nie chciało słuchać rozumnych planów i propozycji matki. Jajko mądrzejsze od kury. Gucio był pełen jak najlepszych zamiarów w stosunku do Kamila, ale ten młokos zniechęcił go bardzo prędko. Chciał się uczyć, zamiast wziąć jakąś skromną (cóż robić!) posadę, a potem by się zobaczyło. Gucio też zaczynał skromnie. W wyniku narady rodzinnej — chodziło przecież nie o co innego, jak o dobro Kamila — wybuchła straszna awantura i Kamil wyniósł się z domu, no a teraz zaglądał, jak z łaski, dowiedzieć się o zdrowie matki. Anka zaś w ogóle nie słyszała, co się do niej mówi, stale roztargniona, zamyślona nie wiadomo o czym i uparta jak kozioł. Zresztą, powiedzmy sobie szczerze, urodzona stara panna, mimo lat dwudziestu. Chuda, niegospodarna, zawsze jej wiszą jakieś kosmyki, jakieś tasiemki, wiecznie w książkach, nieładna i bez serca — kto taką zechce. Taka jak ona, to tylko na nauczycielkę. Konstancja pogardzała nauczycielkami.

 

Szczęście, że miała jednak salon na wypadek, gdyby zdarzył się jaki niespodziewany konkurent. Gorzej było ze spaniem: Ance trzeba było rozkładać na noc żelazne łóżko w salonie, co nie licowało zupełnie z ambicjami szanującej się rodziny. Łóżko, złożone z krzyżujących się sztabek żelaznych, rozkładało się i składało z niesłychanym zgrzytem, mozołem i jękiem, jakby było żywym, dręczonym stworzeniem. Czasem zacinało się w uporze, ani rusz nie chcąc wyjść ze stanu bezwładu. Wtedy trzeba było je szarpać, okładać młotkiem, drapać dłutkiem, wreszcie jedna ze sztabek odskakiwała złośliwie, przycinając komuś palec do krwi. Zdarzało się często, że w nocy łóżko z gromowym trzaskiem załamywało się pod Anką i wtedy rodzice biegli z pomocą oszołomionej tym wypadkiem, na pół zbudzonej dziewczynie, która, złożona jak cyrkiel, tkwiła w zdradliwej pułapce. W dzień jednak łóżko znikało z jadalni i znów panoszyły się w niej stłoczone, niepotrzebne konsolki, foteliki, stolik z nie używanym nigdy samowarem, a nade wszystko moloch tego pokoju — wielki, bezczelny, przytłaczający brzydotą i ogromem kredens.

Kwestia spania była domowym sekretem, w dzień jednakże, jeżeli nie liczyć tego, że co krok meble, jakby mszcząc się za brak przestrzeni, wbijały ludziom w ciała swoje kanty, mieszkanie wyglądało tak, że Konstancja Martenowa nie potrzebowała się go zbytnio wstydzić. Było w nim bardzo ciemno, ale Konstancja nie tęskniła do światła. Raczej przeciwnie, raziła ją szeroka przestrzeń niezabudowanej ulicy i wolała widok na mroczną studnię podwórka niż na rosnące przed domem „wstrętne chwasty“, które sprawiały na niej przygnębiające wrażenie prowincji lub wsi.

Przeciwności materialne, ciasnota mieszkania, w którym z trudem mogła się pomieścić jej tusza, rosnące niedołęstwo męża, głupie zachowanie Kamila, zuchwalstwo Anki oraz wiek klimakteryczny wprawiały Konstancję w przygnębienie, sprzeczne z jej dotychczasową naturą, a wyrażające się bezustannym narzekaniem i obfitymi łzami. To wszystko było Ance obojętne. Nie kochała matki. Współżyła z nią z musu, bo nie było innej rady. Panna dwudziestoletnia nie mogła mieszkać sama, a wyjść za mąż za kogokolwiek nie miała zamiaru. Biegała po lekcjach, a nie chcąc być ciężarem w domu, oddawała matce zarobek co do grosza. Nie znała właściwie nikogo, bo znajomi rodziców, zresztą bardzo nieliczni, oraz znajomi zamężnej Hesi mieli dla niej nie więcej niż dwa wymiary i przesuwali się jak cienie w swym nieważnym dwuwymiarowym świecie. W domu Gustawa, zbyt dla niej eleganckim, prawie nie bywała. Była mocno przekonana, że ten świat mieszczański jest skazany na zagładę. Wcześniej czy później. Co za różnica? Nie warto było się nim interesować. Przy tym wszystko związane z rodziną było jej wrogie i wstrętne. Marzyła o dwóch rzeczach: o rewolucji i czytaniu powieści. Reszta — to obojętne.

Tak tedy świata burżuazyjnego, w którym upływało jej życie, nienawidziła, świata proletariackiego, którego sama nazwa dźwięczała w jej uszach dumnie i namiętnie, dotąd nie znała. Była kilkakrotnie na zebraniach samokształceniowych kółek młodzieży, ale robotnicy tam nie bywali. Znała ich tylko z Widzenia, z ulicy, czasem z podwórka, nie wiedziała jak z nimi rozmawiać, była od nich oddzielona jakby szklaną szybą. Mały, drobnomieszczański światek, w którym obracała się z męką, jak ryba w mulistej wodzie, nie stykał się w żadnym punkcie z rzeczywistością proletariacką. Robotnicy polscy byli jej bardziej obcy niż arystokracja rosyjska z powieści Tołstoja czy Francuzi z powieści Zoli, choć jednych ani drugich nie widziała na oczy. Zresztą bohaterowie książek istnieli o wiele barwniej i istotniej w jej wyobraźni niż żywi ludzie. Przekarmiona nadmiarem powieści, patrzała na świat przez zadrukowane karty. Ale tym mocniej działały na nią słowa o potężnym, choć niezupełnie jasnym znaczeniu, dokoła których jej fantazja i wrodzony popęd serca snuły gwałtowne i piękne obrazy. Proletariat, rewolucja — trudno powiedzieć, czy kiedykolwiek przetrawiła gruntownie te pojęcia. Myślała raczej obrazami i porywami wzruszenia, ale słowa te brzmiały w niej niby dzwony, przejmując ją do głębi swym uroczystym dźwiękiem. Jak dotrzeć do tego tak bliskiego, a tak dalekiego świata — nie wiedziała.

Dziś po raz pierwszy otrzymała — co prawda tylko od brata — jakieś ważne zlecenie. Dziś po raz pierwszy miała przenieść nielegalną „bibułę“. Dziś po raz pierwszy miała pójść do tych — naturalnie pamięta dobrze nazwisko — Radoniów na Solec, a wiadomo kto mieszka na Solcu, sama biedota. Może to są prawdziwi proletariusze? Pamiętała, że gdy Kamil opowiadając jej niegdyś o jakimś zebraniu podkreślił: „Było dużo robotników“, w jego tonie dźwięczało zadowolenie i jak gdyby potwierdzenie ważności zebrania. Innym znów razem powiedział: „Ruch staje się coraz bardziej masowy“. Masy — to znów byli robotnicy. Anka żadnego z nich nie znała.

Weszła tedy do sypialni po swoją salopkę, matka bowiem nie pozwalała domownikom wieszać okryć w przedpokoju, z obawy przed złodziejami. Konstancja zasiadła w fotelu, aby łatać prześcieradła. Ciekły z niej słowa jednostajnym strumyczkiem, narzekała, piętnowała postępowanie każdego z członków rodziny po kolei. Anka nie słyszała z tego ani słowa. Nagle matką zawołała:

— Co? Wychodzisz? Teraz? Przecież już się zmierzcha.

— Mam dziś lekcję po południu — skłamała Anka.

— To nie wypada, żeby młoda panna wychodziła sama o zmierzchu. Skąd mogę wiedzieć, czy nie spotykasz się z jakim kawalerem. Za co to wszystko na mnie spada?

Nagle, jak gwizd przez mgłę, przedarł się do świadomości Anki nowy, odmienny ton w jej głosie — bezsilność, bezradność, rozżalenie. Było to coś tak nowego, tak niepodobnego do obrazu matki utrwalonego od lat w wyobraźni Anki, że spojrzała na nią zaskoczona. I nagle ujrzała matkę z taką ostrością, jak się widzi osobę obcą, która w doniosły sposób wchodzi w nasze życie. Matka zawsze wydawała jej się bardzo wysoka, tęga, groźna. Perkaty nos, czerwone policzki, małe, rzucające mocne błyski oczy, zdrowie i energia tej twarzy miały pewne piękno, pewien majestat. Teraz nagle spostrzegła, że matka jest stara. Posiwiała, rzadkie włosy nie stanowiły już puszystego tła dla jej twarzy. Policzki obsunęły się w dół, a obnażone przez to oczy uzyskały jakiś żałosny, niespokojny wyraz. Dawna jędrna tusza zmieniła się teraz w galaretowatą rozlazłość. Anka poczuła nagle litość dla tej rzekomo bliskiej sobie kobiety, z którą czas obszedł się tak okrutnie. Poczuła jednocześnie odruch gniewu. Czemu musiała wiecznie przed matką kłamać i udawać? Czemu nie mogła jej objąć z czułością i opowiedzieć o wszystkich swoich mglistych, a tak dojmujących przeżyciach? Czemu nie było między nimi ani krzty, ani odrobiny porozumienia? Odruch litości, jaki wywołał w niej nagle widok matki, sprawił, że usłyszała bodaj ostatnie jej słowa i odparła:

— Idę niedaleko i wrócę niedługo.

— Ale na jaką ulicę? — zapytała matka.

— Na Marszałkowską — odparła mgliście Anka, już z przedpokoju.

Z ust Konstancji popłynęły obfitsze niż kiedykolwiek narzekania na los, na samotność, dom na wydmuchu, niedołęstwo męża i niewdzięczność dzieci. Anka uspokojona, że wszystko jest w porządku, że nic się nie zmieniło i że nie ma powodu litować się nad matką, bo jest nieznośna, niemądra i małomieszczańska, bo jest obca i nieprzychylna, schowała paczkę „bibuły“ pod bluzkę i z pełnym okrucieństwa zadowoleniem zatrzasnęła za sobą drzwi.

Było jeszcze dość widno. Anka biegła szybko w stronę Marszałkowskiej, przyciskając mufkę do piersi, żeby zakryć kompromitujące kanty. Miała płaską figurę, co ją bardzo przygnębiało, w jej otoczeniu bowiem obfite kształty uchodziły za konieczny warunek urody. Miło więc było poczuć na piersiach jakąś wypukłość, choćby twardą i kanciastą. Kryjąc ją mufką miała uczucie, że wygląda bardzo kusząco i to ją trochę niepokoiło. Żeby jej tylko jakiś mężczyzna nie zaczepił!

Wczesny zachód jesienny poganiał ją w stronę Marszałkowskiej ostatnim blaskiem żółtawego światła na drewnianych domkach, ugorach i parkanach obramiających ulicę Wilczą. Od północy widać było wklęsłe zbocze nieba, nie przesłonięte domami. Wiał mokry wiaterek, ostro pachnący usypiającą ziemią i umierającymi liśćmi. Anka obojętna była na światła i zapachy, którymi wieś usiłowała wtargnąć do rozrastającego się miasta. Nie znała i nie lubiła wsi, a teraz obchodziło ją tylko jedno: jak najszybciej i bez przeszkód dojść do wyznaczonego celu. Gdy wyszła z bramy, rozejrzała się, czy przypadkiem nie stoi gdzie szpicel. Wiedziała, że to pierwsza konspiracyjna zasada. Spod nóg jej furknęły gołębie i zawirowawszy opadły z powrotem na ziemię. W jakimś kominie gwizdnął fałszywie wiatr. Anka przyspieszyła kroku. Pod parkanem stał młody chłopak, przyjrzała mu się nieufnie, spode łba, ale w tej chwili podeszła do niego dziewczyna w chustce i oboje, objąwszy się, skryli się w bramie.

Anka stanęła na rogu Marszałkowskiej, kiedy nagle słońce zaszło i nadleciał zimny deszcz. Trzymając wciąż kurczowo mufkę, ujęła spódnicę drugą ręką, ale bez tej gracji, której uczyła ją matka, a która polegała na umiejętnym uwydatnieniu pośladków. Ruszyła zdecydowanie naprzód. Oto ze zmierzchu wyłoniły się nagle dwie zrezygnowane kobyły, przeraźliwy dzwonek rozdarł powietrze. Anka ledwo uskoczyła w bok. Tuż koło niej przetoczył się z łoskotem i brzękiem konny tramwaj, w którym ludzie siedzieli tak wygodnie i nie mokli. Ach, gdyby to w stronę Wisły szedł taki wspaniały tramwaj jak ten, pod który teraz o mało nie wpadła. Zawahała się przez chwilę, czy nie wziąć dorożki, ale pomyślała, że po pierwsze nie ma na to pieniędzy, a po drugie byłoby to po burżujsku i zupełnie nie zgadzałoby się z sytuacją, której ryzyko i niebezpieczeństwo przejmowały ją rozkosznym dreszczem.

Za Marszałkowską ulica była zabudowana niskimi domkami. Gdzieniegdzie stała kamieniczka. Anka szła prędko, a że była nieuważna, często wpadała w kałuże rozpryskując dokoła siebie zimne bryzgi. Wymijała taplające się mimo niepogody w błocie dzieci i spoglądała w słabo oświetlone świecą lub lampką naftową okna ubożuchnych sklepików, gdzie śledzie leżały obok bardzo kolorowych cukierków i nicianych koronek. Mignął jej za szybą szewc oświetlony od dołu pełgającym światłem lampki, jak na holenderskim sztychu, który wisiał u panny Rzeczyckiej. Domy, z początku rozproszone bezładnie, zwarły się teraz w jeden szereg i z bram zalatywał zapach kapusty, moczu i stęchlizny. Anka w pośpiechu potrąciła kilku przechodniów, usłyszała niezbyt przystojną propozycję, jakiś wyrostek zagrodził jej drogę rozpostartymi ramionami. Wreszcie dostała się na plac Trzech Krzyży, zwany obecnie placem Aleksandra.

Biegła dalej. Starała się nie rozglądać dokoła i przybrać najsurowszy wyraz twarzy. Ulice Warszawy roiły się od zgłodniałych seksualnie mieszczuchów, skazanych na płatną miłość lub na nudne małżeństwo wynikające z konwenansu lub spekulacji majątkowych. Każdy z nich pragnął przygody, awanturki, romansu, który by przyozdobił jego puste życie. Samotnie idąca, nieźle ubrana dziewczyna była raczej rzadkością, toteż za Anką ciągnęli często żarłoczni wielbiciele, usiłując zwrócić na siebie jej uwagę malowniczymi pozami albo zaczepkami. Anka drżała przed nimi. Kiedy miała jakąś „kompromitującą“ książkę przy sobie, uważała ich za szpicli, kiedy zaś wychodziła na ulicę po sprawunki, bała się, wspominając groźne opowieści, że któryś z nich zepchnie ją do ciemnego kąta, wrzuci nagłym ruchem do przejeżdżającej dorożki albo uczyni coś straszliwszego, czego nie mogła sobie nawet wyobrazić — wszystko po to, aby ją „zhańbić“. I teraz ogarnął ją strach i gniew, kiedy stanął przed nią wysoki młodzieniec z butnie zakręconymi wąsami, z wypiętą piersią, bródką w klin i począł napierać tak zdecydowanie, że musiała się cofnąć. Chciała mu powiedzieć coś bardzo nieprzyjemnego, ale wiedziała, że on tylko tego chce, że każde słowo, nawet obelżywe, uzna za przychylną odpowiedź z jej strony. Patrzała więc na niego jak na powietrze i udawała kompletnie głuchą, a serce jej waliło jak młotem z niezrozumiałego przerażenia.

 

Rzuciła się na oślep przez plac, z zupełną pogardą śmierci — przebiegła przed rozpędzoną dorożką na gumach, która ją oddzieliła od prześladowcy i poczęła schodzić z pewnym wahaniem ulicą Książęcą. Póki jeszcze po prawej stronie miała ogrodzenie Zakładu dla Głuchoniemych, a po lewej mur szpitala św. Łazarza, czuła się dość pewnie. Dalej natomiast ciągnęła się już pustynia spadająca garbami i dołami w kierunku Wisły. Gdzieniegdzie rosło jakieś oskubane drzewko, śmiecie piętrzyły się stosami, zżółkła trawa, pełna zeschłych badyli, karmiła suchą piersią stadko kóz. Przy dziurze wyboistego chodnika więdły rude łopiany. Skarpa faliście spadała ku Powiślu, w gęstniejącym mroku niewyraźnie majaczyły w dole koszary, parkany, drzewa i zarys parowego młyna Blocha. Anka rozpięła parasolkę, lecz wiatr targał nią wściekle, patrzała więc niezdecydowana w rozległą i nieznaną przestrzeń, w którą miała się teraz zapuścić. Może wrócić? Jak tam trafić o zmierzchu, jak znaleźć ów dom? Ale stchórzyć, cofnąć się? Walcząc o socjalizm nie takie trudy trzeba znosić...

Socjalizm. To słowo brzmiało najuroczyściej w myślach Anki. Zastąpiło jej dawną, dziecinną wiarę. Niezbyt refleksyjna, ale namiętna natura dziewczyny pogrążyła się w olśniewającej ją idei, jak spragnione kąpieli ciało w kuszącej wodzie. Reagowała na nią wprost fizycznie. Kiedy czytała „Pisma pomniejsze“ Marksa, biło jej serce, choć rozumiała piąte przez dziesiąte. Nieubłagana konieczność kryzysów w państwie kapitalistycznym przejęła ją niemal ekstazą. Kamila irytowała ta egzaltacja. Twierdził, że czytała byle jak i nie umiała myśleć konsekwentnie. Wiadomości jej po ukończeniu gimnazjum były tak szczupłe, że nie warto o nich wspominać. Engelsa „Pochodzenie rodziny“, Buckle, Mickiewicz, Bieliński, „Antropologia“ Taylora i wreszcie tom Marksa gorliwie czytany, a niezbyt zrozumiały wskutek braku przygotowania dały jej dość chaotyczne pojęcie o prądach nurtujących epokę. Umiała pochłaniać powieści, ale czytanie naukowej książki męczyło ją i choć oczyma starannie i mechanicznie przebiegała zadrukowane kartki, myśl uciekała jak latawiec podbijany wiatrem. Jej stosunek do idei socjalizmu był nade wszystko uczuciowy. Nie tyle ją rozumiała, ile kochała. Bardzo pragnęła cierpieć. Straciłaby szacunek dla siebie, gdyby nie miało jej czekać w przyszłości więzienie. Ustrój socjalistyczny znaczył dla niej tyle, co za dawnych jej mistycznych przeżyć — zbawienie.

Z pakiecikiem druków pod bluzką czuła się mocniejsza i odważniejsza niż zwykle. Zapadał mrok, a gęstniejąca mgła przyspieszała jeszcze nadejście ciemności. Anka ostrożnie schodziła w dół ku Wiśle jakimś niby chodniczkiem, który raczej przypominał gliniastą ścieżkę. Zbocze było strome i śliskie, przechodniów niewielu. Pod górę człapała wolno kobieta w chustce i z koszykiem w ręce. Szkoda, że nie idzie w przeciwną stronę, można by się do niej przyłączyć. W tej chwili minął Ankę jakiś wyrostek, zajrzał jej bezczelnie w oczy i powiedział coś, czego nie zrozumiała. Przestraszyła się i stanęła, a wyrostek popędził w dół, zręcznie ślizgając się po rozmiękłej glinie. Kobieta w chustce już dawno ją minęła, zanim Anka zdecydowała się ruszyć znowu. Rozgniewała się sama na siebie, że jest taka bezradna i wszystkiego się lęka, pobiegła więc naprzód drobnym kroczkiem, trzymając kurczowo spódnicę, torebkę, mufkę i niepotrzebną parasolkę. W dole majaczyło niejasno światełko gazowej latarni. Powitała je z ulgą, niby zbłąkany okręt latarnię morską. Nagle wyrósł przed nią wysoki parkan z desek, naprzeciw bezkresne pole. Zabiło jej serce. Pod takimi parkanami dzieją się podobno najstraszliwsze zbrodnie. Zagadała w niej cała wiedza życiowa wyniesiona od mamy, dla której poza życiem codziennym istniał tylko świat występku i zbrodni, poznawany z łamów gazet i z relacji sąsiadek, stróżek i służących. Byleby minąć jak najprędzej ten płot. Bóg wie co się może zdarzyć. Anka przyspieszyła kroku i zaplątawszy się we własną spódnicę rozciągnęła się jak długa na gliniastej ziemi. Kapelusz spadł jej z głowy, parasolka poleciała do wezbranego niby strumień jesienny rynsztoka. Anka leżała chwilę ogłuszona, nie wiedząc, co się stało, potem pomacała ostrożnie paczkę na piersiach, czy nie doznała uszkodzenia, wreszcie wstała i popatrzała bezradnie. Była w żałosnym stanie. Cały bok umazany mokrą gliną, do bucików wierzchem nalała się woda, dół spódnicy aż ciężki od błota, kapelusz spłaszczony i ubrudzony. Parasolki nie było po co szukać — skryła się zupełnie w cuchnącej wodzie rynsztoka. Pierwsza myśl — co powie matka? Na żadnej „porządnej“ ulicy nie mogłaby jej taka przygoda spotkać. Po chwili pomyślała z niechęcią: „socjalistka! boi się mamy“! I poszła przed siebie w mglistą ciemność wzdłuż parkanu ciągnącego się chyba w nieskończoność. Było jej zimno i mokro. Gdyby można kogo zapytać o drogę.

Usłyszała za sobą męskie kroki. Zakołatało jej ze strachu serce. Złodziej, bandyta, szpicel? Kroki trzymały się od niej w równej odległości. Chyba raczej szpicel, bo bandyta już by skoczył z tyłu. A może po prostu jakiś mieszkający na Powiślu robotnik. Ta myśl przejęła ją ciepłem. Szanowała tak mało sobie znanych robotników. Robotnik, ale żeby taki prawdziwy, nie jakiś łobuz nadwiślański... Można by go spytać o drogę...

W tej samej chwili przewróciła się znowu i skręciła tak mocno nogę w kostce, że głośno krzyknęła. Trudno jej było wstać, siedziała bezradnie w błocie, rozcierając bolące miejsce. Cóż za niedołęstwo i to w dodatku, kiedy się niesie taki ładunek. Anka wstała z trudem, trzymając się desek parkanu. Z mgły wyłonił się kształt ludzki. Młody chłopak w kaszkiecie na głowie, z podniesionymi od chłodu ramionami, nie wyjmując rąk z kieszeni przystanął i przyglądał się Ance przez chwilę.

— Gdzie tu... gdzie ulica Solec? — zapytała niepewnie.

— Tu zaraz w prawo — odparł przyglądając jej się podejrzliwie. — Zależy, który numer.

— To ja już trafię — powiedziała niechętnie Anka. Pyta o numer, może szpicel? Choć oni inaczej wyglądają. Zdaje się w melonikach, z bródkami. To chyba raczej robociarz. Tylko że ciemno, nic nie widać.

— Jak tam pani chce. Mogę podprowadzić — i po chwili wahania dodał: — Mnie się nie ma czego bać.

— Do... dobrze — zgodziła się Anka.

Szli obok siebie w milczeniu. Anka starała się nie kuleć. Było już prawie zupełnie mroczno. Parkan się skończył, po bokach ulicy zamajaczyły parterowe domki i chałupy. Szczekały psy. Z mgły wyłaniały się cienie ludzkie i ginęły w niej bezszelestnie. Chłopak odezwał się nagle:

— W takich obcasikach nie chodzi się na Solec. W kapelusiku. Tu nie miejsce dla eleganckich panieniek.

— Co pan tam wie? — mruknęła Anka i zaraz pożałowała swoich słów. Czy się czasem nie zdradziła? Zresztą wszystko jedno, robociarz chyba nie może być szpiclem ani bandytą. Matka mówi, że każdy robotnik to złodziej. Co matka wie o świecie poza kuchnią, salonem i pieniędzmi, które jej przynosi ojciec. Czy wie, co istnieje poza jej ohydnym światkiem?