Rodzina Martenów

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Rodzina Martenów
Rodzina Martenów
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 32,98  26,38 
Rodzina Martenów
Rodzina Martenów
Audiobook
Czyta Masza Bogucka
19,99  14,79 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Była na przykład dumna z siebie, że już przy śniadaniu pojawiała się ubrana całkowicie, zasznurowana, z przypiętą grzywką. Zapewne, wymagało to niemałej dyscypliny wewnętrznej, strój był tak skomplikowany i przeciwny naturze. Ale pani Konstancja od rana też była pod wszelkimi względami pod bronią, czujna, napastliwa, władcza i cały dom marzył, żeby zaspała, żeby miała migrenę, żeby zachorowała. Wszyscy pragnęli choć trochę odetchnąć od ciągłego ucisku jej nakazów, rozkazów i wymówek, od jej wiecznej obecności w najdrobniejszych sprawach codziennego życia. Do ważniejszych nie miała dostępu. Właściwe życie jej dzieci i męża było tak przed nią zamknięte, że często nie podejrzewała jego istnienia. Czasem któreś z nich zdradziło się z jakimś szczegółem i znosiło z rezygnacją nieuchronną awanturę. Jedna Hesia otwierała czasem serce przed matką, ale miała mało do ukazania, tym bardziej że matka gardziła nią otwarcie.

Konstancja kochała tylko synów, a zwłaszcza Gucia. Kochała siłę pod wszelkimi postaciami, dlatego też szanowała mężczyzn, a gardziła kobietami. Nie zdawała sobie z tego sprawy, że w jej małżeństwie właśnie ona była stroną władczą, i we własnym pojęciu uważała się za ofiarę swego męża, za bezbronną, stale wyzyskiwaną istotę. Jednocześnie gardziła mężem za objawy słabości, które jednak w jej przekonaniu były raczej objawami trudnego charakteru i złej woli. Marzyła o silnym mężczyźnie i spodziewała się takiego znaleźć w swoim synu. Szanowała mężczyzn za to, że robili kariery, pieniądze, że mogli żyć nieskrępowani formułkami „przyzwoitości“, niezbędnymi dla kobiety, nawet za to, że mogli pić i hulać. Uważała ich za głupców, kiedy się żenili. Byłaby szczęśliwa, gdyby jej synowie nie ożenili się wcale albo przynajmniej z bardzo dużymi pieniędzmi. Nie mogła dotąd darować mężowi, że się zgodził na jej nikły posażek i że nie żądał od ojca większej sumy. Ale czegóż innego można się było spodziewać po takim fajtłapie, jak nie małżeństwa z miłości? Kamil, mówiła sobie, jest zdolny i może zajdzie daleko. Ale Gucio... Gucio na pewno zrobi majątek i ożeni się z bogatą dziedziczką, ze szlachcianką może albo z córką fabrykanta. Pragnęła, by grał w karty i na wyścigach, jeździł powozem, miał kokoty. Każdy najbardziej przyziemny człowiek musi żyć jakąś fikcją, marzeniem. Konstancja marzyła o przyszłości Gucia.

Córki lekceważyła. Nie były dość ładne na to, żeby zrobić świetne partie. Przy tym Ania chorowita, Hesia za bardzo zdrowa, co uważano za niedystyngowane. Myślała nawet o tym, żeby jedną z nich, zwłaszcza Anię, oddać do klasztoru, ale Cyprian sprzeciwił się temu z nieoczekiwaną energią. Zgodziła się bez wielkiego sprzeciwu, tym chętniej, że jedna osoba mniej w domu była jednym obiektem mniej do sprawowania władzy, a Konstancja w braku innych rozkoszy upajała się władzą.

Władzą i posiadaniem. Każdy mebel w mieszkaniu, każdy najdrobniejszy przedmiot łasił się do niej: „Jestem twój, twój własny“. Radość posiadania była ciągle, każdej chwili żywa w Konstancji. Było coś dziecięcego i pierwotnego w radości, z jaką brała każdą sztukę bielizny, z jaką otwierała kredens myśląc: „Moje“. To było jej największe zadośćuczynienie za życie martwe, pozbawione jakiejkolwiek duchowości, za erotyzm będący niemal w zaniku, za chłodny, często nawet wrogi stosunek męża i dzieci. Zresztą mąż i dzieci też były jej własnością. Patrząc na stare panny, na kobiety bezdzietne myślała w duchu z dławiącą radością: „Ja mam, one nie“. Miała na własność mężczyznę i cztery istoty ludzkie, które muszą ulegać jej woli, tak przynajmniej sądziła. Instynkt posiadania stapiał się u niej w jedno z przywiązaniem rodzinnym, toteż gdyby czuła, że któreś dziecko wymyka się jej władzy, wołałaby się go wyrzec.

Cyprian już w przedpokoju, rad, że uchodzi awanturze, pocałował żonę nieuważnie w rękę. Konstancja umilkła odkładając dalszy ciąg wymówek na wieczór i w myśl wymagań etykiety domowej odprowadziła go do przedpokoju, przyglądała mu się, jak kładł futro, wielką futrzaną czapę i brał laskę ze srebrną gałką. Własnoręcznie sczyściła mu szczotką jakiś pyłek z rękawa i wetknęła do kieszeni palta bułkę z masłem i szynką na drugie śniadanie. Oznaczało to, że awantury małżeńskie swoją drogą, a swoją — uległość i służbistość wobec męża, który zarabia na dom. Cyprian przyjął jak zwykle obojętnie te dowody troskliwości. Zresztą myślał o czym innym. Zaraz na ulicy oddał pierwszemu biednemu dziecku swoją bułkę, nie cierpiał bowiem zimnego i suchego jedzenia, zawiniętego w zatłuszczony papier. Dzieci okoliczne znały ten jego zwyczaj, ustawiały się też co dzień gromadką w pobliżu bramy. Te zaś, na które nie wypadała tego dnia kolejna bułka, stawały przed witryną pobliskiej cukierni patrząc tęsknym wzrokiem na ciastka. Pan Cyprian nie mógł znieść widoku wpatrzonych w słodycze dzieci i głodnych, węszących psów. Miał już z góry przygotowane w kieszeni miedziaki na ciastka dla dzieciaków i na kiełbasę dla psów. Toteż znano go już w całej dzielnicy z tego, że szło za nim zawsze skromnie, ale wytrwale parę psów i gromadka podnieconej dzieciarni. On sam nie zdawał sobie zresztą z tego sprawy i nie rozróżniał dzieci, którym tak umilał życie, toteż korzystali z jego dobroci przeważnie najsprytniejsi i najsilniejsi w pięści, którzy w porę i zręcznie umieli mu się nawinąć przed oczy i należycie usunąć z pola widzenia innych rywali. Ale mimo to, gdy szedł ulicą, towarzyszyło mu ciche uwielbienie wielu malutkich serc, uwielbienie, które miało przetrwać wiele lat i wydać kiedyś nieoczekiwane owoce.

Z hojności jego częściej jednak korzystały obce dzieci niż własne. Dobroć Cypriana była impulsywna. Nie zastanawiał się, czy jego dzieci mają dość słodyczy, bo nie widział w ich twarzach tego głodnego wyrazu, którego nie mogła wytrzymać jego wrażliwość. Sądził przy tym, że dzieci jego mają wszystkiego pod dostatkiem. Zresztą bał się żony i jej awantur na wypadek, gdyby się dowiedziała, że trwoni na „zbytki“ pieniądze. W istocie jednak dzieci jego były nie mniej spragnione słodyczy, owoców niż oberwańcy spotkani na ulicy. Mimo że jadły do syta, dostawały za mało cukru, wapna i surowizny. Toteż wszyscy, zwłaszcza w wieku dojrzewania, a szczególnie dziewczęta jadły tynk ze ścian, grafit z ołówków, wpadały do kuchni, aby pogryźć kaczany kapusty albo surową marchew, co pani Konstancja uważała za szczyt zboczenia smakowego. Tępiła to „dziwactwo“, tę „przekorę“ i karała surowo to, co było przejawem naturalnej potrzeby organizmu.

Dziewczęta szły teraz z tornistrami na plecach do gimnazjum. O krok ża nimi szła opatulona w chustkę Hanka. Przed czym je miała chronić ta dziewczyna, zaledwie o parę lat starsza od Hesi? Od napaści „satyrów“, przed którymi drżała pani Konstancja, ale których jakoś nigdy nie spotkały na swej drodze, czy przed niewinnymi spojrzeniami gimnazistów o krostowatych twarzach i w wyrośniętych szynelach, z których sterczały niezdarnie ich długie ręce i nogi? Czy może ta dziewczyna w szmacianych kapciach i z rozczochraną głową miała wyobrażać dystyngowaną duegnę, eskortującą panienki z wysokich sfer? Mieszczańskie trzymanie się karykaturalnej dworskiej etykiety pozbawiało dziewczęta najmilszych chwil spędzanych poza domem w radosnym poczuciu swobody. Toteż zdrowy instynkt życia wziął górę nad „przyzwoitością“. Ania jak zwykle odwróciła się pierwsza:

— Hanka, my już mamy niedaleko, możesz wracać do domu.

Hesia, spłoszona, ale zarumieniona z radości, spojrzała na siostrę z niejasnym poczuciem winy. Ona jako starsza nie powinna na to pozwalać. Ale Hanka, jak co dzień, skwapliwie uchwyciła się propozycji:

— To dobrze, panienko, bo w domu dużo roboty. Pani czeka.

Ha, skoro mama czeka, Hesia nie będzie się sprzeciwiała, tym bardziej że to tak przyjemnie, kiedy ta dziewucha nie wlecze się obok i nie słucha każdego słowa.

— Wiesz — zawołała Ania z błyszczącymi oczami, tak upajała ją ta chwilka swobody — pójdziemy przez Ogród Saski. Nałożymy trochę drogi, ale dziś tam musi być ślicznie.

— Żebyśmy się tylko nie spóźniły — powiedziała dla formy Hesia. Wiedziała, choć nie umawiały się z siostrą, że czasu jest dość, umyślnie przecież wychodziły trochę wcześniej.

Pobiegły pędem, co naturalnie nie było odpowiednie dla dobrze wychowanych panienek, ale szło o to, żeby się rozgrzać i żeby trochę wcześniej być w ogrodzie.

Ranek był mroźny, szklisty i słoneczny. Stożkowate pagórki zmiecionego śniegu tworzyły na ulicach miniaturowe szczyty górskie, sanki pędziły po jezdniach, dzwoniły melodyjnie dzwoneczki, uczepione na szyjach końskich, powietrze w perspektywie ulicy migotało i wibrowało od zimna i słońca. W ogrodzie ubita piana śnieżna przelewała się niemal przez brzegi, kapała z drzew, rozpylała się w powietrzu w drobniuchne migotanie. Było pusto i tylko niekiedy zziębnięty przechodzień biegł szybko, nie patrząc na otaczające go cuda. Ania szalała z radości. Brodziła w głębokich zaspach do połowy łydek, niepomna na to, że śnieg sypie się jej za cholewki bucików, nabierała pełne garście mlecznego pyłu, nacierała sobie nim twarz, jadła go, ciskała w Hesię. Hesia, niemniej uszczęśliwiona, stała jednak rozsądnie w miejscu i tylko przytupywała z zimna. Wreszcie zawołała:

— Aniu, nie wariuj. Wiesz, która godzina? Spóżnimy się do gimnazjum.

Otrzepywała ze śniegu siostrę, obrzucającą ostatnim smutnym spojrzeniem srebrny, tęczowy, rozbłyskany ogród, tak różny od ich codziennego życia, jakby był skrawkiem innej rzeczywistości. Niechętnie i ociężale powlokły się dziewczynki. Ania mówiła:

— Czy to nie okropne, że musimy ciągle żyć w mieście, że nawet nie wiemy, jak wygląda zima na wsi. I dlaczego cała nasza młodość ma upływać między ulicą Bednarską i Próżną? I nic nam więcej nie wolno widzieć. I w ogóle niczego nam nie wolno. Na co tylko ma się ochotę, zawsze i ciągle: nie wolno. Czy to jest życie?

— A czego byś ty chciała? — odparła Hesia. — Wszystkie panny żyją jak my. Jest się w domu, chodzi się do szkoły, a potem może wyjdziemy za mąż...

 

— I nasze dzieci znów będą takie nieszczęśliwe, skrępowane jak my. Za nic w świecie. Ja chcę mieć przygody, poświęcić się dla idei, czuć, że żyję naprawdę i że to życie na coś jest potrzebne. Nie chcę wyjść za mąż. To całe nasze życie jest dla mnie wstrętne. Ja chcę czego innego.

— Boję się, że będziesz bardzo nieszczęśliwa — szepnęła Hesia. — Takie zachcianki jak twoje do niczego dobrego nie prowadzą. Zobaczysz, czego się doigrasz. Mama zawsze to mówi.

Choć Ania była o trzy lata młodsza od Hesi, imponowała bardzo starszej siostrze i w istocie czuła się od niej starsza. Bezustanna, potajemna lektura, książki, pożyczane, kradzione, pożerane po cichu, wyrobiły w niej przedwczesną dojrzałość. Zdawało się Ani zawsze, że Hesia jest jeszcze dzieckiem, nic nie rozumiejącym dzieckiem, podczas gdy przed nią otworzyły się już horyzonty miłości, poświęcenia, walki, rozpaczliwy jęk, heroiczny krzyk polskiej literatury i podziemny, dręczący, rewolucyjny nurt literatury rosyjskiej. Czego nie rozumiała, tego się domyślała, często na opak. Sporo też tłumaczył brat Kamil. Martwiła się, że Hesia nie czuje pociągu do tych skarbów, do tych czarodziejstw, sprawiających, że rzeczywiste życie nie odgrywało prawie żadnej roli, że wszystko, co ważne, działo się w wyobraźni. Starała się bodaj w rozmowie przenieść Hesię w lepszy świat zmyślenia, zaszczepić w niej niechęć do tego życia, jakie pędziły. Hesia kochała siostrę i dziwiło ją, skąd taki malec ma tyle do opowiadania na różne tematy. Na zawsze odtąd uznała wyższość siostry, ale sama ani nie czuła potrzeby krytykowania tego, co ją otaczało, ani nie pragnęła żadnej istotnej zmiany. Czytanie usypiało ją nieodmiennie. Już i tak dość było roboty z lekcjami.

Doszły wreszcie do ponurego gmachu z czerwonej cegły, przypominającego więzienie. Westchnęły obie. Szybkim rzutem oka sprawdziły, czy garderoba ich jest w porządku, czy jaki promyczek włosów nie zwisa z przepisowo zaplecionego jak drut warkocza. Weszły bezgłośnie na oślizłe, ciemne schody wraz z innymi szepczącymi koleżankami. Tu już rozmawiać trzeba było po rosyjsku. Ciemny, cuchnący stęchlizną korytarz. Ciasne, źle oświetlone, nie przewietrzane klasy. Lepkie ławki, zalane atramentem. „Dama klasowa“ w binoklach, niedożywiona, wychudła, kontrolująca wszystko nieubłaganym, szpiclowskim spojrzeniem:

Nu, baryszni, dowolno, saditieś, nie szumiet’.

Ania weszła w swoją ławkę jak w futerał, w którym poruszać się było nie podobna i oddychać trudno. Tu nie miała nawet Hesi, która była w wyższej klasie. Szepnęła coś do anemicznej koleżanki, z którą losy ją sprzęgły na kilka jeszcze lat. Potem z niewzruszoną twarzą wyjęła książki z tornistra, położyła je na pulpicie ławki, a na kolanach umieściła „Wojnę i pokój“ Tołstoja, ukrytą zręcznie w okładce zeszłorocznej rosyjskiej gramatyki. Dzięki wybornemu wzrokowi mogła czytać wyprostowana, trzymając książkę w półmroku na kolanach. Do klasy wszedł nauczyciel w mundurze rosyjskim ze srebrnymi guzikami. Pijaniusieńki od rana, z resztkami tabaki na siwych wąsach, nie ogolony, nie umyty, podszedł niepewnym krokiem do katedry. Dziewczęta wstały, siadły, dwoma automatycznymi ruchami, jak żołnierze. Nauczyciel sapał, ziewał, mruczał, coś notował w dzienniku. Ze ściany patrzyła bezmyślna twarz cara. Ania szamotała się między zachwytem dla księcia Andrzeja i miłością dla Pierre’a. Lekcja się rozpoczęła.

Tegoż ranka Gucio szedł leniwie Krakowskim Przedmieściem do banku „Kowalski i Syn“, w którym pracował od dwóch lat. Idąc ziewał, machał niedbale laseczką i spoglądał od czasu do czasu na śpieszące do pracy ekspedientki sklepowe, krawcowe, modystki, na te midinetki warszawskie, blade, nieszykowne, ubrane niemodnie i pozbawione wesołości. Jak zwykle na rogu Królewskiej Gucio spotkał młodego Kowalskiego, nie tego, który figurował w nazwie firmy, tylko młodszego syna, Czesława, od niedawna pracującego w ojcowskim banku. Guciowi pochlebiała przyjaźń z synem szefa, toteż stanął na rogu i zaczekał na Czesława, udając, że zatrzymał się tylko na chwilkę dla zapalenia papierosa. Czesław nadchodził z uśmiechem. Mały, krępy, w przyszłości miał się stać zapewne równie otyły jak ojciec. Nos miał perkaty, wąsy duże, zakręcone do góry. Można mu było dać lat czterdzieści, choć miał zaledwie dwadzieścia pięć. Czesław wyglądał pospolicie, nieelegancko i zazdrościł Guciowi „dandysowego szyku“, jak powiadał. Gucio w swoim kusym paletku, w szarym meloniku i obcisłych spodniach, z fryzowanymi włosami i małym, w szpic zakręconym wąsikiem zachwycał Czesława i wszystkie przechodzące dziewczęta.

Spotkawszy się dotknęli palcami kapeluszy i poszli już razem, bez pośpiechu, wałęsając się raczej niż idąc.

— Masz katzenjammer? — zapytał Gucio.

— Ale biba była wspaniała — odparł Czesław jak zwykle entuzjastyczny. — Hipek przegrał do Bronka 30 rubli. Będzie znów musiał naciągać starego. Ty, zdaje się, nie grałeś?

— Nie, miałem coś przyjemniejszego do roboty. Ta mała Piesia jest zachwycająca. Nareszcie ten Horak sprowadził baletniczki. Dość już mam tych kulfonów o nogach jak łopaty. Ty to jesteś dziwny. Wcale ci nie zależy na pikantniejszych kobietkach. Mógłbyś się zadowalać sługami.

W tej chwili zupełnie zapomniał o swoich zalotach do Hanki.

— Ech, co to, to nie — odparł Czesław — chyba jakaś smaczna pokojóweczka. Ale ja w ogóle nie jestem tak wybredny jak ty, Guciu.

— Och, ja rzeczywiście jestem szalenie wybredny i duszę się w tym życiu, które muszę prowadzić. Wszystko dokoła mnie jest takie nieestetyczne, szare, pospolite. Brzydkie kobiety, brzydkie meble, życie bezbarwne. To okropne, że cała młodość idzie na to borykanie się wśród szarzyzny...

— A i potem jest to samo.

— Och, nie, jeżeli się ma pieniądze. Tylko pieniądz może dać człowiekowi piękno, przygody, możliwości. Wszystko, co piękne, eleganckie, estetyczne, można kupić. Mogę podróżować, mogę mieć najpiękniejsze kobiety. Nie opowiadaj mi tylko o kobietach na mansardzie. Być może, że poeta może sobie wyobrazić wszystko i lizać z zadowoleniem cukier przez szybę. Ja nie jestem poetą i mam dobry apetyt. Lubię nie tylko cukier, ale i krwisty befsztyk. I będę go miał. Muszę mieć.

— Będziesz miał na pewno — potwierdził Czesław. Dobroduszny i bierny, czuł się porwany uniesieniem kolegi. — Ale powiem ci jedno, tylko nie weż tego źle, bo dla mnie to przecież jedyna pociecha, że pracujesz w naszej firmie. Ale ty u nas nie masz przyszłości. Ojciec ma nas dwóch do przepchania. Ty jesteś od nas zdolniejszy, masz lepszą prezentację, wymowę, ojciec nie da ci wyjść poza pewien punkt, zobaczysz. Nie możesz przecież usunąć w cień jego własnych synów. Jeżeli się dochrapiesz po dwudziestu latach prokurenta, to już będzie cudownie. Jeszcze raz ci powtarzam, że mówię wbrew sobie i że jeżeli o mnie idzie, to bym chciał, żebyś u nas siedział całe życie. Ale ciebie szkoda. Tyś naprawdę powinien mieć pieniądze. Przy twoich danych możesz żyć jak król. Bo cóż, ja na przykład nawet z majątkiem pozostanę zawsze trochę śmiesznym mieszczuchem. Podczas gdy ty masz na pewno talent życia, potrafisz żyć pięknie i wspaniale!

— Ach, nawet sobie nie wyobrażasz jak — szepnął upojony Gucio.

— Toteż powtarzam ci ciągle: rzuć nasz bank, idź z powrotem do twego ojca, zrób z drukarni wielkie przedsiębiorstwo, rozwiń ją na miarę europejską, bądź panem na swoim, a nie wiecznie czyimś służką, urzędniczkiem. Rzuć nas, powiadam ci.

Gucio roześmiał się:

— Ależ bezwarunkowo. Cóż ty sobie myślisz, że ja bym spędził więcej niż parę lat w takim sobie obskurnym banczku, jak wasz? Nie bierzesz mi za złe, prawda? Ale ja się muszę z tym wszystkim obeznać, muszę dobrze poznać giełdę. Bo widzisz, mój drogi, twój projekt jest dla mnie też do niczego. Żeby rozwinąć drukarnię ojca, trzeba by kapitału, długich lat pracy, a tymczasem młodość — fiut! Ja chcę prędzej. Tylko giełda może dać majątek szybki i duży. I moja praca u was to tylko ćwiczenia próbne. Potem albo przejdę do Handlowego czy do Towarzystwa Kredytowego, albo zacznę coś na własną rękę. Muszę wypłynąć na szerokie wody i wypłynę, zobaczysz!

Podeszli właśnie do banku „Kowalski i Syn“. Był to niewielki sklep, na Nowym Świecie, przerobiony na biuro. Wewnątrz kontuar, a za nim trzech urzędników: Gucio, Czesław i pewien staruszek z mlecznymi wąsami, który pracował już w firmie od czterdziestu lat. Smutny kasjer za szklaną taflą. W głębi — drzwi z napisem: „Kantor“; tam urzędował stary Kowalski ze starszym synem. Wszędzie panował półmrok, w owych czasach nie uznawano potrzeby światła dziennego w zamkniętych pomieszczeniach. Często w biały dzień trzeba było zapalać gaz. Wątły, cuchnący płomyk rzucał trupie światło na twarze pracujących urzędników. Za oknem na ulicy trzeszczał czerstwy mróz albo płynęła łagodnymi smugami wiosna. Gucio nic o tym nie wiedział. Wpatrzony w marzenie o złotodajnej przyszłości, znieczulił się na otaczającą brzydotę. Jako droga prowadząca go do celu wydawała mu się nawet ponętna. Jak turysta pragnący osiągnąć szczyt przemierza bez protestu nudne płaskowzgórze, tak on, widząc w tym małym banczku nieuniknioną część składową swojej drogi, znajdował w nim nawet upodobanie.

Tegoż ranka Kamil śpieszył do gimnazjum wyciągając gorączkowo swoje długie nogi. Ważne było, żeby się nie spóźnić i nie mieć niepotrzebnych rozmów z pedlem i z gospodarzem klasy. W podwójnej okładce algebry miał wypisane maczkiem na karteczce tematy referatów dla kółka samokształcenia młodzieży. Tematy, których udzielił mu pewien znajomy student, chciał dać dwom kolegom, a parę innych miał zanieść po szkole znajomym chłopcom z innych gimnazjów. Trochę go denerwowała myśl, że niesie je do klasy. Lepiej było wrócić do domu po lekcjach i wyjść ponownie. Zawsze mogła być rewizja tornistrów. Ale okładek podręczników przecież nie będą rozpruwać. Zresztą po lekcjach było tak mało czasu i musiał pędzić jak szalony, żeby się nie spóźnić na obiad. Ojciec to nic, ale matka. Na myśl o jej niezadowolonym, badawczym spojrzeniu cierpł cały. Zacząłby się ogień krzyżowych pytań, wielogodzinne gadanie, może spazmy. Wszystko to, czego nie znosił, czego się bał więcej niż żandarmów. Szedł teraz szybkim, wyciągniętym krokiem, ciesząc się młodzieńczo z elastyczności swoich nóg i miarowego ruchu ciała. Obcy, jak cała ówczesna młodzież miejska, wszelkim sportom, mie używający wcale ruchu, nie ćwiczący mięśni, cieszył się co rano wesołym pół-biegiem na lekcje. Ileż razy marzył, żeby tak iść przed siebie godzinami całymi, wyjść z miasta i dalej drogami, polami... Ale spacer nazywano wówczas wałęsaniem się i uważano za niebezpieczną stratę czasu, niebezpieczną zwłaszcza dla młodego, na którego rzekomo czyhało mnóstwo niebezpieczeństw na ulicy. Każda godzina spędzona poza domem groziła według rodziców zgubnymi skutkami: prostytutki, „złe towarzystwo“, karty, wódka. Tymczasem Kamil marzył tylko o szybkim ruchu i o samotności. Ale było to trudne do osiągnięcia nie tylko ze względu na konieczność opowiadania się przed matką. Wszędzie można było spotkać szpicla szkolnego i narazić się na badania i podejrzliwość w gimnazjum.

W klasie swojej Kamil zżył się tylko z dwoma kolegami: jeden był synem ziemianina, drugi Żydem, synem lekarza. Stach Lipski miał sporo, pieniędzy na drobne wydatki, mieszkał zimą u ciotki-hrabiny i jeździł na wakacje do rodziców na wieś. Był to chłopak nieśmiały, tak wrażliwy, że drgał nerwowo, kiedy nauczyciel podnosił głos, i tak dobry, że jego kieszonkowe pieniądze wędrowały natychmiast do kolegów i Stach ostatecznie zawsze był bez grosza. Pisał wiersze, myślał i mówił dużo o śmierci. Rodzina jego pochodziła z kresów, toteż był w typie tatarskim lub raczej tureckim: lśniące, czarne włosy, nos duży, kościsty i spuszczony ku dołowi, oczy czarne, „marzące“, jak mówiła ciotka, otoczone gęstymi zaroślami smolistych brwi i rzęs. Henryk Beil, najzdolniejszy uczeń w klasie, drugi po znienawidzonym prymusie Kowalewie, narażony był nieustannie na drwiny niektórych nauczycieli i licznych uczniów z racji swego pochodzenia. Z natury ufny i uczuciowy, stał się zamknięty w sobie, obolały, ironiczny i opryskliwy. Kiedy jednak ktoś zrobił krok ku niemu, po dłuższym, nieufnym sprawdzaniu intencyj wybuchał entuzjazmem i gorączkowym przywiązaniem. Kamila i Stacha kochał bezgranicznie i usiłował bezustannie, a czasem nawet zbyt natrętnie tego dowieść. Zdobywał dla nich książki, fundował słodycze, byłby rad obsypać ich prezentami, co mu wyperswadowali dość ostro ku jego wielkiemu bólowi. Henryk miał jasnoblond włosy, niebieskie oczy, krótki nos i w nadmiernie białej cerze coś z albinosa. Siedział w jednej ławce z Lipskim i ulubioną zabawą kolegów było przerzucanie się na różne tony zagadką: „Cóż za dziw, cóż za wstyd — kto tu Polak, a kto Żyd?“, co oczywiście sprawiało przykrość obydwu przyjaciołom i zaspokajało rozkosznie instynkty sadystyczne klasy. Zagadka ta miała dziwnie długie życie i trwała już od kilku lat, ale jasne było, że ostrze jej powoli się tępiło.

 

Tym dwom przyjaciołom zamierzał Kamil wręczyć tematy referatów. Reszcie nie ufał. Oni we trzech tworzyli trójkę odrębną, nie lubianą w klasie, podejrzewaną przez nauczycieli. Byli lepsi od innych, ale mieli w sobie pychę młodości, która kazała im dać odczuć reszcie tę swoją wyższość. Spotykali się prawie codziennie poza szkołą, u każdego kolejno, pod pozorem odrabiania wspólnie lekcyj. W rzeczywistości toczyli nie kończące się dyskusje na wszelkie możliwe tematy, gadali, gadali godzinami, upajali się słowami i możliwością swobodnego myślenia. Budowali swój światopogląd bez pomocy starszych, z fragmentów przeczytanych książek, z kilku utworów przemycanych potajemnie, z wierszy, ze sztuk teatralnych. Mówili o postępach nauki, o Polsce, o chłopach, o poezji, o roli inteligencji, o tym, że nauka powinna pójść w kąt, kiedy przyjdzie czyn, omawiali hasła pozytywistyczne i zastanawiali się, czy po skończeniu gimnazjum należy całkowicie oddać się działalności partyjnej, czy też iść na uniwersytet. Z wypiekami na policzkach, w ciągłej gorączce entuzjazmu mówili, mówili i te dyskusje były ich istotnym życiem, całkowitym wyładowaniem młodzieńczej energii.

Kamil szedł do szkoły i myślał: — W tym roku już koniec tej piekielnej budy. Uniwersytet. Dobrze, że rodzice godzą się na uniwersytet. Byleby tylko nie wpaść przed samym końcem. Może by dać wszystkiemu spokój, póki nie dostanę tego świadectwa dojrzałości. Ach nie, mowy nie ma, są rzeczy ważniejsze od świadectwa dojrzałości. Inni więcej jeszcze poświęcają. Ale, swoją drogą, szkoda by było, gdyby tak przed końcem... Wyjechać za granicę! Przyjemnie, ale niedobrze. To podwójne życie u nas, wszystko, co jest na zewnątrz to tylko pozór, prawda jest właśnie schowana, niewidoczna. Gdyby mnie zobaczył jaki Anglik albo Francuz... Myślałby o mnie: młody chłopak, który chodzi do szkoły i uczy się jak wszyscy, ma dom, rodzinę, kolegów. Normalne życie przeciętnego ucznia. A naprawdę szkoły wcale nie ma, są tylko ciężkie roboty, które nic nie mają wspólnego z wykształceniem. Prawdziwa wiedza to są książki zdobyte potajemnie i czytane ukradkiem. W domu też trzeba się kryć ze wszystkim. Ojciec uważa, że nie po to ciężko pracuje, aby wychować jeszcze jednego rewolucjonistę, którego powieszą albo który będzie gnił na Syberii resztę dni swoich. To prawda, że los rodziców, wszystkich polskich rodziców, jest okropny. Wychowywać dzieci tylko po to, żeby je rzucać Molochowi w paszczę. Nie wszystkie dzieci, naturalnie. Gucio zrobi karierę, Hesia wyjdzie spokojnie za mąż. Ale Ania? I ja... I inni. Ten haracz z dzieci nie dotyczy wszystkich, może na szczęście; gdyby wszyscy walczyli, już by dawno narodu nie było. Część Polaków rodzi się na zgubę, na ofiarę. Część najlepsza? Chyba. I tak co pokolenie. I zawsze jest gotowa do ofiary. To przecież wspaniałe i właściwie niewiarygodne. Nikt na świecie na pewno nie zdaje sobie sprawy z tego. Jesteśmy dla Europy jakimś narodkiem wymazanym z mapy, o którym pamięć po trochu zamiera, i nikt nie rozumie, że nie tylko żyjemy, ale jak żyjemy! Intensywniej może niż inni, bo w tak szalonym napięciu, w ciągłym niebezpieczeństwie, z bezustannym widmem śmierci. Ale gdyby tylko byli sami najlepsi, toby się spaliło wszystko w parę lat. Tamta masa zapewnia trwanie. Ci, co myślą tylko o sobie, co się chcą bogacić. Nas łatwiej zwalczyć, wygubić niż tamtych. Nas jest garstka, tamtych miliony. I w rezultacie car ma trudniejsze zadanie z tamtymi niż z nami, choć pozornie z nami tylko walczy. Co jest ważniejsze wobec tego? Kto ma rację — Gucio czy ja?

Zamyślony jak zwykle szedł Krakowskim Przedmieściem, nie widząc iskrzącego się śniegu na jezdni, po której śmigały dzwoniące radośnie sanki, tak małe i bliskie ziemi jak dziecinne zabawki. Nie widział wbitej jak szpila w opalizującą perspektywę ulicy kolumny Zygmunta. Nie dostrzegał też przechodzących dziewcząt, które rzucały mu ciekawe i zaczepne spojrzenia. Konieczność podwójnego życia i chowania wszystkiego, co było najważniejsze, zabiła w nim zainteresowanie dla zewnętrznego świata. Zamknięty w swoim życiu wewnętrznym, nie widział, co się koło niego dzieje, i przestało go to zajmować. Wszystko, co było na zewnątrz, to był pozór, istotne życie było w nim. Kamil czuł namacalnie niemal w tej chwili, że rzeczywistość materialna jest tylko złudzeniem.

Tegoż ranka pani Martenowa odczuła ulgę jak zwykle, kiedy cała rodzina opuściła mieszkanie. Mogła się trochę odprężyć. Wobec dzieci i męża była w nieustannym napięciu. W jakiś niejasny sposób uważała, że właśnie to jej napięcie trzyma całą rodzinę. Bezustanna kontrola, sprawowana nad dziećmi, dyscyplina, w jakiej zdawało jej się, że je trzyma, kierowanie ich charakterami, manierami i życiem było dla niej chwilami równie męczące jak powożenie czwórką koni. A jednak nie wyrzekłaby się tego za nic. Był to sens jej istnienia. Uważała się za nieomylną w sprawach ich dotyczących: zdrowia, wyboru pracy, ubrania i przyszłego małżeństwa. Wierzyła szczerze, że tylko ona może nimi pokierować i że to są w gruncie rzeczy istoty bezwolne, bezmyślne i dążące w niepojęty sposób do zguby, gdyby im się dało swobodę. To nie przeszkadzało, że była o nich wysokiego zdania, zwłaszcza o chłopcach. Ale instynkt chronienia dzieci, właściwy wszystkim matkom, przeradzał się u niej w instynkt władzy. Męża traktowała jak piąte dziecko. Był może jeszcze bardziej niebezpieczny, większej wymagał czujności, bo od niego zależały pieniądze i utrzymanie rodziny. Lekkomyślność, nieopatrzność, niedołęstwo mogły ich wszystkich doprowadzić do ruiny, zniszczyć przyszłość dzieci. Uważała, że mąż jest człowiekiem słabego charakteru i lekceważyła go za to. Nie ceniła jego dobroci uważając ją tylko za przejaw zgubnej miękkości. Cyprian nie pił i nie grał w karty, ruina mogła więc grozić tylko przez jego łatwowierność i słabość albo przez kobietę. Dlatego też robiła sceny zazdrości. Nie wierzyła w to, żeby jakakolwiek kobieta mogła być bezinteresownie przywiązana do Cypriana, każda z pewnością czyhała tylko na to, żeby go odciągnąć od rodziny i ograbić. Niebezpieczni byli również przyjaciele. Wiadomo, idzie im z pewnością o naciągnięcie, o poręczenie za nich czy zażyrowanie weksli. Lęk przed tego rodzaju świadczeniami przyjaźni wpoił jej ojciec. Nie wierzyła też w bezinteresowną przyjaźń. Było to o tyle dziwne, że sama nie była interesowna w stosunku do ludzi. Uważałaby sobie za ujmę prosić ich o cokolwiek, dreptać i starać się o jakiekolwiek korzyści. Ale też, skoro od ludzi nic się nie miało, a obcowanie z nimi było w jej pojęciu wątpliwą przyjemnością, więc też należało ich unikać i możliwie poprzestać na gronie najbliższych. Sama nie żyła prawie z nikim i nikt nie był jej potrzebny. Do kolegów i koleżanek dzieci miała stosunek nieufny, węszyła interesowność, niemoralność, złe wychowanie. Nie pozwalała też nikomu przychodzić do domu. Chłopcy ostatnio zaczęli się wyłamywać spod tego nakazu i to przysparzało jej wiele trosk. Z rodziną, z wyjątkiem siostry, pani Felicjanowej Dulskiej, nie utrzymywała stosunków ograniczając się do niezbędnych ślubów, pogrzebów i chrzcin. Do lokatorów kamienicy, w której mieszkała, żywiła irracjonalną nienawiść. Była to wszystko w jej mniemaniu hołota, lafiryndy, utracjusze, puszczalskie i gbury. Zresztą najbliższa rodzina wystarczała jej najzupełniej. Pięć osób do prowadzenia w cuglach, nie licząc służącej, to nie żarty. Przy tym mnóstwo pracy domowej. Połowa gotowania spadała na panią Martenową, nie miała bowiem zaufania do dziewczyny: ani do jej uczciwości, ani umiejętności. Wycieranie kurzu też należało do pani domu, gdyż sługa mogła coś stłuc i zniszczyć, zresztą i tak należało wejrzeć w każdy kącik. Ale choć pani Martenowa nie znosiła kurzu na przedmiotach, w domu odsuwało się szafy tylko raz na rok, trzepało portiery i dywany tylko przed Bożym Narodzeniem i Wielkanocą i nie wietrzyło się niemal wcale. Tym pojęciom o czystości i porządku podlegały wszystkie mieszczańskie panie domu i pani Martenowej nie przyszłoby na myśl wprowadzać jakieś reformy u siebie. Bieliznę pościelową zmieniało się raz na miesiąc, osobistą raz na tydzień, kąpiel właściwie nie istniała; jednocześnie zaś odrobina kurzu na nodze stołowej albo na jakimś pokracznie powyginanym wazoniku byłaby ją przyprawiła o najwyższe zawstydzenie. Ścieranie kurzu było zajęciem codziennym, długotrwałym i żmudnym, tym bardziej że wszystkie niemal meble były rzeźbione i miały mnóstwo różnych listewek i innych fidrygałków; wszędzie, gdzie się tylko dało coś postawić, stały wazony, wazoniki, figurki, fotografie i suche bukiety. Kurz podczas zmiatania ściereczką, a zwłaszcza tzw. piórkiem, czyli pękiem piór kogucich osadzonych na patyku, unosił się w nie przewietrzonym mieszkaniu łagodnie w powietrzu, po czym opadał i następnego dnia było go znów dokładnie tyle, co poprzednio. Pani Martenowej nie zniechęcała ta syzyfową praca. Okurzanie przedmiotu to było codzienne stwierdzanie jego posiadania; dotykanie go, oglądanie upajało ją każdego dnia poczuciem własności. Dziewczynki, które po przyjściu z gimnazjum musiały jej w tym zajęciu pomagać, nienawidziły go i buntowały się, zwłaszcza Ania. Pani Martenowa karciła je za to surowo i naprawdę nie mogła zrozumieć: po cóż się ma meble i drobiazgi, jeżeli nie po to, by posiadać je każdego dnia na nowo. Oburzała się jak zakochany, wobec którego ktoś wyraziłby zdziwienie, jak można chcieć posiadać wciąż tę samą kobietę.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?