Rodzina MartenówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Rodzina Martenów
Rodzina Martenów
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 32,98  26,38 
Rodzina Martenów
Rodzina Martenów
Audiobook
Czyta Masza Bogucka
19,99  14,79 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Irena Krzywicka

Rodzina Martenów

Saga

Rodzina MartenówZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1947, 2020 Irena Krzywicka i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone. ISBN: 9788726774283

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

I Rodzina Martenów

I

Rok 1885

Siódma rano. Ciemny poranek zimowy. W stołowym pokoju drepcze leniwie służąca Hanka z kubłem wegla. Podeszła do okna i podniosła zwijaną w górze na drewniany pręt roletę. Przez okno wlała się blada, rozcieńczona ciemność jak brudna ciecz. Za szybami zamajaczył niepewnie zarys przeciwległego muru i kontur ciemniejszego okna. Hanka przytupnęła w miejscu bosymi, zziębniętymi stopami i zaczęła palić w piecu po omacku. W pokoju było jeszcze zupełnie ciemno. Przykucnięta, patrzyła hipnotycznie na niegrzejący ogieniek, biegający po drewnianych trzaskach i przygasający co chwila. Była śpiąca. Wreszcie ogień się rozpalił, w piecu zahuczało rozkosznie i tak nasennie, że Hanką siedząc zdrzemnęła się na króciutką chwileczkę. Potem dołożyła węgla i wstała. Zapaliła lampę naftową. Panienki wstaną niedługo. jadalnia była duża, jak zwykle w warszawskich mieszkaniach, wypełniała cały ślepy róg muru, skręcającego w tym miejscu pod kątem prostym. W każdym z czterech rogów podwórka, na każdym piętrze była taka sama jadalnia. Okno miała duże, potrójne, tzw. weneckie, wychodzące na mikroskopijny balkonik. Ale okno to, umieszczone w kącie pokoju, na jedynym skrawku ściany mającym komunikację ze światem zewnętrznym, oświetlało tylko jeden kąt pokoju pozostawiając w mroku całą resztę, nawet w najsłoneczniejsze dni. Im ładniej było na dworze, tym bardziej jadalnia robiła wrażenie ciemnej nory. Teraz jednakże, kiedy przez okno ciekła brudnawa poświatą, a wczesny śnieg szeleścił o szyby, kiedy nad długim, prostokątnym stołem, stojącym pośrodku, błysnęła zapalona lampa, a w piecu huczały czerwone błyski, pokój ten wydał się Hance nie tylko przytulny i miły, ale też bogaty i wspaniały. Westchnęła i bosymi stopami stanęła z lubością na wytartym dywanie, leżącym pod stołem. W ciemnym kącie, do którego nie docierało nigdy światło, stał olbrzymi kredens dębowy, grubo i obficie rzeźbiony. Na bocznej ścianie dwie jednakowe szafy na ubrania, podobnie rzeźbione w winne grona i jakieś marsowe twarze męskie z okrągłą brodawką między brwiami. Ten sam motyw powtarzał się na oparciach dwunastu krzeseł stojących dokoła stołu i pod ścianami. Tu już wąsata twarz z krostą między brwiami stanowiła centralny punkt ozdobny każdego oparcia, wyplatanego poza tym złotawą słomą, która na siedzeniach wgłębiła się od użytku, modelując dość dokładnie kształty siedzących na nich zazwyczaj osób. Słoma wygnieciona bujnym siedzeniem pani domu utworzyła okrągłe, zaciszne gniazdo, ale na tym jedynym krześle leżała pluszowa, czerwona poduszka nadając mu charakter niemal tronu. Przed oknem balkonowym stał podobnie wyplatany fotel na biegunach, a przed nim dębowa, wąska żardinierka z suchotniczymi palemkami o obeschniętych liściach. Najpiękniejszym sprzętem w pokoju był, zdaniem Hanki, olbrzymi, miedziany samowar, stojący na stoliczku z marmurowym blatem, wyczyszczony do ostateczności i błyskający płomiennie całą powierzchnią.

Do pokoju wbiegły ze stłumionym chichotem, żeby nie obudzić rodziców, Hesia i Aneczka w barchanowych halkach, barchanowych białych kaftanikach, tzw. matinkach, i rannych, rozczłapanych przez matkę pantoflach. Po matce dziedziczyła je Hesia, a po niej Aneczka. Dziewczynki przyniosły ze sobą grzebienie, pończochy i buciki i kucnąwszy przed rozsiewającym już rozkoszne ciepło piecem poczęły się ubierać. Aneczka miała lat czternaście, gruby, ciemny warkocz, opadający poniżej pasa, i bladą, anemiczną cerę. Hesia — lat siedemnaście — z bezbarwnym dość kusym warkoczykiem, miała na policzkach, jak stemplem wybite, mocne, krwiste rumieńce, które były rozpaczą jej życia. „Prostackie“ — mawiała matka. Istotnie, ani bezsłoneczne mieszkanie, ani niehigieniczny tryb życia nie zdołały z Hesi wyplenić mocnego, jaskrawego zdrowia, którego wstydziła się ogromnie. Za to Aneczka była blada, wątła, anemiczna, jak wszystkie niemal znajome dziewczęta. Ale bardziej od nich była wrażliwa, nerwowa, niespokojna. Hesia martwiła się o siostrę, chciałaby bardziej dbać o nią, bardziej się nią opiekować, gdyby nie strach przed matką.

Obie wpadły chichocząc do jadalni, żeby ubrać się przy ciepłym piecu, bo to było zakazane. Dziewczętom nie wolno było nie ubranym chodzić po mieszkaniu. Ale ubieranie się zimą w ich ciemnej, nie opalonej sypialni było taką przykrością, że wołały wstać wcześniej i zanim zdoła je ktoś przyłapać, ogrzać się trochę przy piecu, a może bardziej jeszcze posłuchać rytmicznego huczenia ognia i popatrzeć lunatycznym Wzrokiem na iskry, gorejące i gasnące w popielniku. Zwłaszcza dla Aneczki te chwile miały dużo uroku. Wszyscy jeszcze spali, w mieszkaniu było tak cicho, tak jakoś obco, jakby to nie było ich własne mieszkanie, którego nie cierpiała. Obecność Hesi nie ciążyła jej nigdy, a tępawa, dobroduszna Hanka nie liczyła się.

Obie dziewczynki siedziały teraz na rogu dywanu, który podchodził aż pod piec („Siedzieć na podłodze! co za zgroza!“ — powiedziałaby matka.) i wciągały grube, czarne, bawełniane pończochy i wysokie, zapinane na guziki trzewiki. Z tymi guzikami była męka co rano. Zawsze się któryś urwał i trzeba było przyszywać, przy czym albo tępy koniec igły wbijał się w palec, albo igła, nie chcąc wejść w sztywną skórę, łamała się na naparstku, a matka co dzień liczyła igły i były awantury bez końca, gdy którejś brakło. Hesia mniej obrywała przy tych okazjach, bo było wiadomo, że ma zręczne ręce, ale Aneczka wiecznie ssała pokłute palce i słuchała z rezygnacją narzekań matki.

Po ceremonii zapinania bucików haczykiem następowało kładzenie gorsetów. Aneczka jak zwykle wybuchała protestem:

— Co za obrzydliwość! Co za szatański pomysł! Dlaczego kobiety mają nosić pancerz? Te wstrętne fiszbiny! Kto to wymyślił!

— Ależ, Aneczko — tłumaczyła Hesia — bez gorsetu wygląda się nieprzyzwoicie. Wszystko się trzęsie.

Aneczka spojrzała na pulchne, zbyt miękkie, już teraz, w młodym wieku, zdradzające skłonność do obwisłości kształty siostry.

— Ty przynajmniej masz co ściskać, ale ja!

Hesia spojrzała smutnie na siostrę. Tak, to było przykre. Aneczka była, według opinii całego domu, źle zbudowana. Wąska w biodrach i w siedzeniu, z malutkimi piersiami, które jakoś nie rosły, z długimi nogami, przypominała raczej chłopca niż dziewczynę. Przy tym ta ciemna cera!

— To się jeszcze może zmienić — powiedziała, żeby ją pocieszyć.

— Hanka, chodź no, zesznuruj mnie mocno, strasznie mocno, ile tylko masz siły — zawołała Aneczka do nakrywającej do śniadania Hanki, podając jej końce tasiemek od gorsetu. Hanka zaczęła ciągnąć, Ania trzymała się oburącz kredensu.

— Anka, oszalałaś, po co ci się tak ściskać? — zawołała Hesia. — Przecież sama mówisz, że nie cierpisz gorsetu.

— Kiedy już muszę nosić , to paskudztwo, to przynajmniej chcę coś z tego mieć — odparła Ania ledwo dysząc. — Patrz, jak mi biust wyszedł na wierzch, można by pomyśleć, że coś mam naprawdę, i przynajmniej będę cienka w pasie jak osa. Chociaż kto wymyślił, że to jest ładne?

Hesia ścisnęła się umiarkowanie, po czym obie zawiązały na gorsetach tasiemki od długich, sięgających poniżej kolan majtek, potem tasiemki od halki barchanowej, wreszcie tasiemki od halki perkalowej, krochmalonej.

— Boże, ile tasiemki! — irytowała się jak co dzień Ania mocując się z tym zamętem sznurków. — Co za idiotyzm to ubranie! Czy nie można jakoś inaczej tego obmyślić? Całe jesteśmy spętane sznurami.

Włożyły płócienne, krochmalone staniczki i na to wreszcie wciągnęły merynosowe, brązowe mundurki gimnazjalne z wysokimi kołnierzykami na fiszbinach. Potem czarne, alpagowe fartuszki.

— Aneczko, znowu czytałaś w nocy — zauważyła Hesia przyglądając się badawczo siostrze w jaśniejącym coraz bardziej świetle dnia. — I znowu beczałaś. Masz czerwone oczy.

— To moja jedyna przyjemność — burknęła Ania. Chciała jeszcze coś dodać, ale przez pokój przebiegł brat Kamil w koszuli i długich kalesonach, związanych w kostkach na tasiemki, w palcie niedbale zarzuconym na plecy. Ranny strój dla chłopców nie istniał, jedynie ojciec miał prawo chodzić w szlafroku. Dziewczynki poszły do swojego pokoju umyć się teraz dopiero, kiedy były zupełnie ubrane.

Mycie się niewiele czasu zajmowało w ich życiu. W ich ciemnym, wychodzącym na jakiś kąt podwórka pokoju zimą nie paliło się w piecu, bo był blisko kuchni i „leciało“ do niego ciepłe powietrze, razem oczywiście ze swędem kuchennym. W pokoju stały dwa łóżka żelazne, jakaś niewyraźna toaletka, stół do odrabiania lekcji, etażerka na książki i stołek z miednicą, a obok niego dzbanek i kubeł. Matka nie pozwalała myć się ciepłą wodą, to był luksus tylko dla rodziców. Przy tym nadmierne mycie się było uważane za niezdrowe. „Nie należy skóry pozbawiać tłuszczu“ — twierdziła matka. Toteż dziewczęta nalały sobie kapkę wody do miednicy (wody trzeba było oszczędzać, płaciło się za nią drogo woziwodzie), ochlapały sobie twarz i ręce, rozpięły kołnierzyki i trochę przetarły szyje. Toaleta była skończona. Potem zapakowały książki do tornistrów, weszły znów do jadalni i stanęły za swoimi krzesłami w oczekiwaniu śniadania. Kamil, już ubrany, stał za swoim krzesłem. Był blady jak Aneczka, ale miał jasne włosy Hesi. Na jego regularnej, mizernej twarzy osiadł wyraz melancholii, z którego był bardzo dumny. Sypał mu się złotawy wąsik. Spojrzał życzliwie na wchodzącą Anię. Było między nimi ciche porozumienie, o którym nikt w rodzinie nie wiedział. Dziewczynce zabiło serce jak zwykle, gdy chwytała spojrzenie ukochanego brata. Hesi Kamil nawet nie zauważył; była to gęś, w jego przekonaniu, niegodna uwagi. Ance za to powiedział kiedyś po cichu, że będzie z niej może „człowiek“. Były to najpiękniejsze słowa, jakie w życiu usłyszała. Nosiła je w sobie jak skarb.

 

Po chwili wszedł gwiżdżąc najstarszy brat, Gucio. Ten był na innych prawach niż reszta dzieci. Był najstarszy. Był ulubieńcem matki. Zarabiał już na siebie zdobywszy nikłą posadkę w banku. Ojciec pragnął, aby najstarszy syn pracował razem z nim we własnej firmie, w drukarni, która, choć niewielka i cierpiąca skutkiem konkurencji) większych przedsiębiorstw, dawała jednak utrzymanie rodzinie. Kiedyś — marzył ojciec — Gucio dobrze się ożeni, włoży pieniądze żony w ojcowską drukarnię i może będzie można pomyśleć o własnym wydawnictwie. Ale Gucio marzył o szybszym zrobieniu majątku: pracując w banku był bliżej giełdy, bliżej wylęgarni pieniądza. Lubił karty, kawalerskie pijatyki, niewybredne dziewczynki. Matka mówiła z uśmiechem: „Gucio to birbant“. Był typem mężczyzny, o jakim zawsze marzyła.

Gucio, ziewając głośno, wszedł do jadalni. Jego pełne, czerwone wargi pod zakręconym wąsikiem odsłaniały nierówne, ale bardzo białe zęby. Miał włosy z lekka ondulowane i przedziałek przez całą głowę aż do szyi. Wyświeżony i pachnący, w obcisłych spodniach i bardzo wysokim, sztywnym kołnierzyku, był arbitrem mody w rodzinie. Przecierając zapuchnięte, niewyspane oczy czystą chusteczką, podszedł na chwilę do okna, przez które wyraźnie już widać było przeciwległy mur podwórka i okna sąsiadów, przeważnie pozasłaniane jeszcze takimi samymi roletami w brązowe pasy z frędzelką na dole, jakie były u nich. Gdzieniegdzie przez uchylone lufciki służące wytrząsały ściereczki do kurzu. Trzepanie dywanów na podwórku rozlegało się z taką wibrującą siłą, jakby wszystkie cegły domu dźwięczały unisono z trzepaczką. Z głośnym szuraniem stróż zmiatał śnieg drewnianą szuflą. Co pewien czas rozlegały się melodyjne wołania na różne tony: „Garnki pobielam, garnki pobielam“, z niewytłumaczonym naciskiem na „po“; dziarskie „marchewka, pietruszka, włoszczyzna“, utrzymane w walcowym rytmie. Po chwili, jak zwykle o tej porze, rozległo się głucho i tajemniczym głosem wypowiedziane z nieporównaną ekspresją: „Pantofle sprzedaję, pantofle“. Gucio wzruszył ramionami i poszedł do kuchni wołając: „Hanka, co tam z kawą?“ Z korytarza prowadzącego do kuchni doszły odgłosy nieuchronnego szamotania, pisk i zduszony głos Hanki: „Paniczu, jakże można“.

Ania drgnęła febrycznie i cała się skurczyła, Hesia udała, że nie słyszy, Kamil zaklął z cicha i energicznie otworzył drzwi, prowadzące na miejsce kuchennych zmagań: — Gustaw, ojciec idzie.

Gucio wrócił do jadalni poprawiając kołnierzyk i stanął za swoim krzesłem. Etykieta domowa w rodzinie Martenów była ściśle przestrzegana, rodzice żądali tego bezwzględnie. Etykieta, która ongi z dworów magnackich przeszła do szlacheckich, a potem do domów mieszczańskich, spóźniona wśród zmienionych obyczajów, zniekształcona, karykaturalną często. Ojciec wszedł pośpiesznie, obrzucił ciepłym spojrzeniem gromadkę dzieci, które podeszły do niego kolejno i pocałowały w rękę, Gucio tylko pocałował go w ramię. Potem wszyscy siedli do stołu, Hanka przyniosła kawę i śmietankę (któż by pijał kawę z mlekiem) i rodzina zaczęła pośpiesznie smarować masłem chrupiące, pszenne bułeczki, zwane kajzerkami. Nie rozmawiano przy stole, każdy był zajęty własnymi myślami. Zwłaszcza ojciec, nieprzytomny jak zwykle, nie bardzo wiedział, co się koło niego dzieje. Miał rzymską twarz z pięknym, kościstym nosem, pozostałość zapewne po przodkach francuskich, pan Cyprian bowiem twierdził, że pochodzą z rodziny francuskich emigrantów i że pradziadek nazywał się Martin. Nie było na to żadnych dowodów, dziadek Marten umarł bardzo już dawno i czy to przez brak pietyzmu, czy z innych jakich powodów nie mówiło się o nim nigdy w rodzinie. Wersja ojca dawała pochodzeniu rodziny posmak niewyraźnie arystokratyczny, ale prawdopodobniejsze było, jak twierdził Kamil, że to któryś z żołnierzy napoleońskich, wracając spod Berezyny, utknął w Polsce i tu pozostał, albo może, kto wie, jakiś guwerner francuski założył polską odmianę Martenów. Dość, że siedzieli w Polsce już dawno, nie utrzymując ciągłości między pokoleniami, obojętni na tradycję rodzinną, jak to się często zdarzało wśród rodzin mieszczańskich.

Cyprian Marten zatrudniał dziewięciu pracowników w swojej drukarni. Po ukończeniu gimnazjum pojechał na kurs techniczny do Grenoble, ale śmierć ojca zmusiła go do powrotu po paru miesiącach. Cyprian wziął się do zarządzania drukarnią z niechęcią i jakby wstydem. Nadszedł rok 1863. Paru jego przyjaciół przystąpiło do powstania. Niektórzy z nich wkrótce zginęli. Cyprian kolportował proklamacje, brał udział w pochodach ulicznych, ale do czynnej walki nie przystąpił: wahał się, wątpił, miał na utrzymaniu matkę... Pozostało mu po tym zresztą na całe życie poczucie winy i niesmak do samego siebie. Po upadku powstania padło hasło pracy organicznej. W tym czasie Cyprian rozbudował nieco swoją drukarnię i nawiązał stosunki listowne z paroma firmami zagranicznymi. Ale nie znalazł pełnego zadowolenia w swej pracy, ciągle miał uczucie, że nadawałby się do czegoś większego, ze nie dość służy krajowi, mimo że popularne wówczas hasła nie wskazywały innej drogi Polakom niż ta, którą on obrał. „Pracujcie i dźwigajcie kraj ekonomicznie! Bogaćcie się!“ Ale Cyprian nie umiał się wzbogacić, a romantyczne porywy, wyniesione z lat wczesnej młodości, odbierały smak jego codziennemu życiu. Aż do późnej starości cierpiał wskutek tego rozdarcia.

Śniadanie upływało w milczeniu. Ojciec czytał poranną gazetę. Gucio jedząc patrzał zaspanymi oczami tępo w okno i myślał, że Hanka będzie mniej kosztowna niż najmizerniejsza baletniczka i że czas byłoby mieć stałą kochankę, a nie kontentować się przygodnymi wycieczkami na ulicę Żelazną. Hanka jest ładna, świeża i na pewno zdrowa. Hesia, prędko zjadłszy swoje trzy bułki, smarowała masłem stos pieczywa, które rodzeństwo jej miało zabrać ze sobą na drugie śniadanie. Kamil pożerał całe stosy bułek. Pochylił się do Ani, która dotąd nie uporała się z jedną kajzerką i spoglądała na nią ze wstrętem anemicznego dziecka, zdenerwowanego przed szkołą.

— Wiesz — szepnął Kamil siostrze — mam już.

— Co? — odszepnęła gorąco Ania, dumna, że starszy brat do niej zagadał.

— „Dziady“. Trzecią część. Bez żadnych okrojeń.

Ania odpowiedziała mu entuzjastycznym spojrzeniem, przy czym mrugnęła ostrzegawczo, aby miał się na baczności przed resztą rodziny. Kamil rozejrzał się niespokojnie, ale spostrzegłszy, że nikt nie usłyszał, zabrał się jeszcze namiętniej do swoich bułek.

Oboje bali się tylko rodziców. Wiedzieli zresztą, czym grozi czytanie nielegalnej literatury. Gotowi byli roznosić „bibułę“ (Kamil już zresztą parę razy to robił), gotowi byli choćby rzucić bombę, gdyby „ktoś z partii“, o którym myśleli z entuzjazmem, im to nakazał, gotowi byli narazić życie i wiedzieli, że po skończeniu gimnazjum będą je narażali, ale bali się rodziców. Ten strach, wszczepiony czy to przez atawizm, czy przez wychowanie, był silniejszy ponad wszystko. Nie bledli na widok żandarma, bledli często na widok matki. Ojca mniej się lękali, ale i on, gdyby się miał dowiedzieć... Cierpli cali. Irracjonalny lęk był nie do pokonania. Nie umieliby wytłumaczyć, czemu się tak boją rodziców.

Dzieci jadły w milczeniu, każde pochłonięte własnymi sprawami. Ojciec, popijając kawę, czytał gazetę i dzielił się od czasu do czasu wrażeniami z lektury.

— Sprawa kanalizacji — powiedział podsuwając Hesi filiżankę, aby nalała mu jeszcze kawy — nie posuwa się naprzód. Panowie Lindley raczą żartować z naszego syreniego grodu, jak tu właśnie czytam. Biorą wielkie pensje, siedzą za granicą, a Warszawą bez wodociągów i kanalizacji stanie się łupem bakcyllusów cholery.

— O tej cholerze mówi się już od dwóch lat! — zawołał Gucio — a jakoś jej nie widać. Od dwóch lat tłuką ją po gazetach. To w Kairze, to w Hiszpanii, to w północnych Włoszech, ale co nas to obchodzi. Warszawy żadne złe nie weźmie. I klimat nasz nie sprzyja cholerze.

— W Paryżu też były wypadki cholery! — zawołał Kamil — a wielki uczony, Robert Koch, powiedział...

— Nie bagatelizuj cholery — odpowiedział Guciowi pan Cyprian. — To wielka plaga ludzkości, ale jestem pewien, że w końcu panowie Pasteur i Koch ją zwalczą. Gdybyśmy mieli kanalizację, toby mogły w ogóle choroby w naszym mieście ustać. Trujące miazmaty unoszą się z nieczystości. Wodociągi i ścieki mogą sprawić to, że ludzie będą umierali tylko ze starości.

— Ach, to byłoby cudowne! — krzyknął Kamil. — Postęp nauki, proszę ojca! Do czego może doprowadzić postęp nauki.

— Tak, mój drogi — westchnął pan Cyprian — gdyby ludzkość była rozumna. Ale właśnie czytam, że feiniści w Irlandii robią próby rzucania z balonów bomb dynamitowych. Chcą obrzucić Londyn takimi bombami. Gazeta zapewnia, że to nie jest groźne, ale jeżeli ludzie chcą wyzyskać cudowny wynalazek balonów dla celów morderczych...

— Irlandczycy walczą o swoją ojczyznę, proszę ojca — powiedział cicho Kamil — a w takiej walce wszystko jest dozwolone.

— Nie wolno ci tak mówić! — krzyknął ojciec. — Nie ma walki, w której wszystko byłoby dozwolone. Są pewne prawa człowieczeństwa, których gwałcić nie wolno. Podkładanie bomb w miastach, jak to czynią anarchiści, a tym bardziej rzucanie ich na oślep z balonów jest niedozwolone przez prawo moralne, które tkwi w człowieku. I nie chcę, aby mój syn kiedykolwiek myślał inaczej.

— To trzeba przemyśleć — postanowił Kamil, ale nie odpowiedział już nic.

— Żeby się tak zaczepić o tę kanalizację, można by może sporo zarobić — powiedział Gucio — ale oni dobrze płacą tylko cudzoziemcom. Fabrykacja balonów? Może kiedyś, w przyszłości... Gdyby zdobyć odpowiednie kapitały...

Ojciec złożył z szelestem gazetę, dzieci wstały od stołu. Podchodziły kolejno do niego, z wyjątkiem Gucia, całowały go w rękę i dostawały po pięć groszy na drugie śniadanie, na serdelki. Po chwili ojciec, obrzucając je ciepłym spojrzeniem, z uśmiechem na rzymskiej twarzy, powiedział:

— Mama spóźnia się dziś na śniadanie. Korzystajcie. Macie tu jeszcze po dziesiątce na ciastka.

Trzy pary oczu błysnęły radością, oczy Ani po chwili zalśniły łzami. Płakała chętnie i dużo. Boże, jaki ten ojciec dobry! Boże, jak go kocham! Nie było jednak żadnej przyjętej formy, aby to ujawnić. Wciąż ta sama ceremonialna etykieta, przejęta z umarłych form arystokratycznych i dworskich, krępowała każdy odruch serca. Zresztą rozległ się za drzwiami szelest jedwabnej halki. Matka nadchodziła. Od razu wszystkie twarze stężały.

Wejście pani Konstancji Martenowej miało w sobie zawsze coś monarszego. Była majestatyczna i okazała. Dość wysoka, wyższa od męża, zesznurowana tak mocno, że biust, bardzo i bez tego wydatny, tworzył rodzaj tacy pod brodą. Na jej biodrach i siedzeniu, zastygłych w gorsecie, spódnica zdawała się pękać, napięta nieruchomo jak na meblu. Poniżej rozłożystych bioder było falowanie kaskad materiału, falban i riuszek. Wysoki kołnierzyk jak chomąto końskie więził szyję i unieruchomiął głowę, która w tym stężeniu przybierała jeszcze bardziej majestatyczny wyraz. Dwa podbródki, nos szeroki i perkaty, usta pełne, ale blade, czoło aż po brwi zakryte grzywką z cudzych włosów, kunsztownie przypiętą. — Panią Konstancję nazywano powszechnie belle femme. Tego określenia dla tęgiej, okazałej kobiety instynktownie nikt nie polszczył, jakby czując, że z pięknem ma niewiele wspólnego. We Francji w owym okresie złego smaku w modzie był tłuszcz: tłuste, przelewające się kobiety, „tłuste“ dowcipy. Hodowane z lubością sadło, ściskane później w gorsetach, kołnierzykach, fiszbinach, rościło sobie pretensję do urody.

Wszyscy ruszyli ku rączce mamusi, nie wyłączając ojca, a ona ze spokojną wyniosłością wyciągała do każdego grzbietem do góry pulchną, żółtawą dłoń z paroma grubymi pierścionkami, które nie pozwalały domknąć się palcom.. Wszedłszy, natychmiast zaczynała panować, ogarniała jednym spojrzeniem pokój i rodzinę i od razu widziała wszystko. Cierpkim głosem robiła uwagi:

— Ania, nie spuszczaj oczu, widzę, że masz czerwone, znów czytałaś w nocy! Hesia, jeszcze nie nasmarowałaś wszystkich bułek, zawsze ślamazara. Kamil, guzik od munduru masz urwany, nie mogłeś dać Hance do przyszycia? Gucio znów wziął czysty kołnierzyk! Póki jesteś w moim domu, nie będziesz zmieniał częściej niż raz na tydzień. Co tu było tak cicho, jak weszłam? Pewno ojciec znowu dał wam jakieś pieniądze do wyrzucenia. Tak, trwonić łatwo, ale związać koniec z końcem trudniej. Hanka, jak śmiałaś zapalić rano lampę i nie oczyścić przedtem szkiełka? Nie widzisz, że zafilowane? Ty kocmołuchu jeden, ty tłomoku!

 

Reszta wyzwisk brzmiała już z kuchni wraz z histerycznym nadrywaniem głosu. Czy nadmiar dystynkcji na codzień znajdował u pani Martenowej konieczne ujście w tych awanturach kuchennych, czy właśnie do dystynkcji należało obsypywać wymysłami milczącą ponuro dziewczynę, trudno określić. Jej życie, życie mieszczańskie, nie umiejąc sobie znaleźć własnych form, ograniczało się do form dawnych, czasem zamierzchłych. Szlachta, magnateria jeszcze tak niedawno, w poprzednim pokoleniu, panowały nad chłopami pańszczyźnianymi, dając im okrutnie i boleśnie odczuć swą władzę. Stąd też w pojęciu mieszczki „prawdziwi“ państwo musieli mieć choćby jedną niewolnicę, teoretycznie tylko wolną. Brutalne traktowanie jej dawało pani Konstancji afirmację jej stanowiska społecznego. Stosunki feudalne zmieniły się, narowy domowe zostały te same. „Służącą trzeba trzymać ostro — myślała pani Konstancją — przynajmniej czuje, że ma do czynienia z prawdziwą panią. Zresztą jej jest nawet lżej spełniać wszystkie posługi, jak wie, że służy nie byle komu. Podobno na dworach królewskich największa szlachta wynosiła po królach nocniki i jeszcze była z tego dumna“.

Inaczej jednak na tę sprawę patrzyły dzieci, z wyjątkiem Gucia, którego awantury domowe w ogóle nie interesowały. Pan Cyprian wzdrygał się na odgłos awantury, ale nie ze względów zasadniczych: cenił żonę za to, że umie „trzymać“ służącą, jednak miał muzykalne ucho, które wprost fizycznie nie znosiło podniesionego głosu. Hesia bolała nad Hanką z wrodzonej dobroci serca, Ania i Kamil burzyli się przeciw poniewieraniu w niej człowieka. Ale czuli się bezsilni wobec matki. Toteż rzuciwszy sobie spojrzenie porozumiewawcze zemknęli jakby chyłkiem do przedpokoju i poczęli naciągać na siebie obrzydliwe, mundurowe płaszcze. Hesia wkładała tymczasem do każdego tornistra i do teczki Gucia zawiniątka z bułkami. Po czym wszyscy wyszli.

Państwo Martenowie pozostali sami przy stole. Po odejściu dzieci pani Konstancja kazała podać sobie i mężowi po dwa jaja oraz parę płatków szynki i salcesonu. Postępowała znów w myśl pojęć przekazanych jej atawistycznie, mocą których lepiej odżywiać się powinny osoby wyżej postawione. Ponieważ w hierarchii rodzinnej dzieci zajmowały stanowiska podrzędne i zależne, jasne było, że powinny jadać gorzej. Pojęcie racjonalnej higieny żywienia jeszcze nie istniało.

Cyprian czuł, że żona jest nasępiona i że grozi nawałnica. Nie ośmielał się jednak wstać od stołu, aby nie poczytała tego za niegrzeczność. Wołałby zrzec się jaj i szynki za cenę spokoju, ale nie miał odwagi. To, czego się spodziewał, wybuchło.

— Dulska widziała cię na ulicy z kobietą — powiedziała groźnie pani Martenowa.

— Spotkałem znajomą i podprowadziłem ją kawałeczek.

— Co ty masz za znajome, których nie zna żona?! krzyknęła Konstancja. — A ja miałam migrenę, ciężko chorowałam całe popołudnie. Ale cóż to ciebie może obchodzić, wolisz latać po lafiryndach, zamiast się interesować zdrowiem własnej żony.

— Bądź łaskawa tak się nie wyrażać o szanownej pannie Kunowskiej.

— Panna!... panna nie panna, pisz pan panna — zacytowała nagle jakąś anegdotę. — Co to za jedna?

— Nie pojmuję, duszko, o co ci chodzi. To osoba starsza, daleko jej do twojej piękności, osoba godna i skromna, nie wiem, co przeciw niej mieć możesz.

— Za dużo mówisz. Za gęsto się tłumaczysz. Sam się zdradzasz — pryskała jadowitymi zdaniami żona. — Dulska aż się pokładała ze śmiechu. Powiada, że to z tych emancypantek, że pewno rozmawiacie o nieszczęśliwej ojczyźnie. Kpiny. Wiemy, co się za tym kryje.

— Zamilcz. Ty sobie tego wcale wyobrazić nie możesz, głupia kobieto — wybuchnął wreszcie Cyprian wstając gwałtownie. — Daję ci wszystko, com ci jest winien jako żonie. A od reszty ci wara.

Wyszedł trzasnąwszy drzwiami.

Konstancja była wściekła. Ominęła ją możność zrobienia większej awantury. Źle się wybrała ze swymi wymówkami rano. Zawsze mógł uciec pod pretekstem, że śpieszy się do pracy. Robiła scenę raczej dla zasady niż z istotnego przekonania. Uważała, że męża należy „trzymać“ podobnie jak służącą. Powinien zawsze czuć się winny i niegodny. Na czymże innym mogła, według niej, polegać przewaga żony wobec tłuszczy — czyhających na każdego mężczyznę — „rozwiązłych“ kobiet?

Ale to, że dziś tak gwałtownie wybuchł, było bardzo podejrzane. On, taki zawsze potulny. Nazwał ją głupią. Pożałuje tego. A tej intrygantce, starej pannie, też pokaże. Głucha irytacja, która na stałe podminowała jej charakter, tak częsta u ludzi posiadających absolutną władzę choćby w najmniejszym zakresie, teraz dławiła ją nie mogąc wybuchnąć.

Nie kochała męża. Wyszła za niego, bo ojciec był za tym i dlatego że po powstaniu, kiedy tyle młodzieży padło i tylu wywieziono, trudno było o męża. Ojciec jej miał sklep korzenny w dużym, narożnym domu. Konstancja czasem siadywała przy kasie, rzekomo, aby pomóc ojcu, w rzeczywistości, aby złapać kawalera. To jej się udało. Zgnębionemu wypadkami narodowymi Cyprianowi w nastroju powszechnej żałoby ta zdrowa, tęga dziewczyna, z której biło zwierzęce zadowolenie z życia i niewybredna wesołość, wydała się zachwycającym zapomnieniem. Była tak różna od niego, z jego wieczną melancholią i niezadowoleniem z siebie, że właśnie dlatego uznał ją za dobrą towarzyszkę. Konstancja Maleńcówna dostała posag niewielki, bo ojciec jej, wdowiec, pił, lubił kobiety i zorientował się od razu, że taki człowiek jak Cyprian Marten nie będzie twardy na punkcie pieniędzy. Cyprian włożył szczupłą sumkę żony w swoją drukarnię, rozszerzył ją trochę, odświeżył i zapadł w ponowną melancholię na myśl o tym, że jeżeli poprowadzi rozszerzone przedsiębiorstwo nieudolnie, to straci nie tylko to, co ma, ale i nie swoje pieniądze. Konstancja była zadowolona ze swego małżeństwa: być żoną „przemysłowca“, choćby bardzo drobnego, znaczyło więcej, niż być córką kupca korzennego. Przy tym ojciec był skąpy, mąż hojny, poczuła się panią pieniędzy. Z początku znosiła pieszczoty męża z chłodem właściwym dziewczętom, które dzięki wychowaniu i panującym pojęciom trzymane były jak najdalej od wszelkich spraw cielesnych. Jej pobożność powierzchowna, ale intensywna, kazała jej widzieć w miłości nade wszystko rzeczy „ohydne“ i „brudy“. Po urodzeniu się Gucia zmysły jej ocknęły się i wtedy przeżyli z Cyprianem najlepszy swój czas. Ale już po Kamilu mąż ochłódł. Znużyła go jej pospolitość i ograniczenie, jej skąpstwo, żądza władzy i gadatliwość. Uważał ją nadal za bardzo piękną i ponętną, podziwiał jej obfite zwały tłuszczu, uważał za dobrą gospodynię, ale starał się jak najmniej przebywać w domu.

Konstancję głęboko urażał ten chłód i źle znosiła niedosyt seksualny. Robiła mężowi sceny zazdrości, czym jeszcze bardziej odpychała go od siebie. Uważała, że odzyskać go może wymówkami, awanturami, wynoszeniem swoich zalet, poniewieraniem go, wytykaniem mu jego słabego charakteru, niedołęstwa, roztargnienia, niedostatecznego dbania o dom. Jej awantury wypływały może nawet nie tyle z temperamentu, ile z przeświadczenia, że jeżeli mu uświadomi jego wady a swoje zalety, jeżeli go przekona, że postępuje niewłaściwie, wtedy zarówno charakter jego, jak i stosunek do niej się zmienią. Wierzyła, jednym słowem, w siłę i skuteczność propagandy. Ale propaganda w tym wypadku odniosła skutek wręcz odwrotny. Udało jej się całkowicie przekonać Cypriana o jego wadach, zgadzał się z każdym jej słowem, ale postępowanie swoje zmienił w tym sensie, że jeszcze bardziej począł unikać domu, że czując się niegodnym żony i mając wobec niej stałe poczucie winy, nawet w nocy nie mógł pokonać upokorzenia, co go ochłodziło zupełnie. Wesołością, żartem, pogodą, tym wszystkim, co go ujęło, kiedy była dziewczyną, mogłaby go i teraz odzyskać. Ale kokietowanie własnego męża wydawało się niegodne tej purytańskiej mieszczaneczce, zresztą uważała, że kobieta nie powinna zdobywać, ubiegać się, tylko wymagać. Wszyscy w jej otoczeniu musieli wypełniać obowiązki, które ona im narzuciła. Ona też wypełniała swoje, ale nigdy nie zatroszczyła się o to, czy jej koncepcja obowiązku była równoznaczna z poglądami otoczenia.