Mieszane towarzystwo

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Mieszane towarzystwo
Mieszane towarzystwo
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 27,98  22,38 
Mieszane towarzystwo
Mieszane towarzystwo
Audiobook
Czyta Anna Ryźlak
14,99  10,79 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kawka

Pewnego wczesnego ranka wyszła z kurnika razem z drobiem. Drobnym, podskakującym kroczkiem podeszła do korytka i zabrała się do jedzenia razem z kurami, kaczkami i gęśmi. Skąd się wzięła w kurniku – nie wiadomo. Miała podcięte lotki, szaroczarne pióra i siny dziób. Widocznie uciekła od kogoś, kto przyciął jej skrzydła i starał się ją oswoić. Uciekła i uznała się za kurę. Drób nie zgłaszał żadnego sprzeciwu i od tej pory systematycznie, razem z resztą ptactwa, szła spać do kurnika i wychodziła rano na śniadanie. W ciągu dnia skakała po podwórku albo siedziała nastroszona na krzaku, spoglądając ciekawie to tu, to tam. Nawet kogut przyglądał się jej obojętnie i współżycie zapowiadało się jak najpomyślniej.

Jednakże pewnego dnia uznała się za człowieka. Pojawiła się niespodzianie na tarasie, usiadła na poręczy trzcinowego fotela i, bez najmniejszej nieufności ani wahań, wzięła najżywszy udział w naszym życiu. Kiedy chciało się ją spędzić z fotela, boleśnie biła dziobem, furkotała przez chwilę obciętymi skrzydłami w powietrzu i opadała na to samo miejsce z powrotem. Była zbyt inteligentna, aby spędzić całe życie na podwórku, gdzie musiało jej być nudno. Do życia dzikiego ptactwa powrócić nie mogła, pozostali więc ludzie, najzupełniej wystarczający jej zainteresowaniom. Siedziała albo podskakiwała na poręczy fotela, śledząc wszystko bardzo uważnie. Czarny koralik oczka migotał żywo w jej semickim profilu. Czasem pochylała kokieteryjnie głowę na bok, choć oczywiście nie chodziło jej o czarowanie kogokolwiek: jedno oko miała wówczas skierowane w ziemię, drugie w niebo – po prostu pod innym kątem patrzała na świat. Przechodzących przez taras ludzi przeprowadzała przeciągłym spojrzeniem, odwracając głowę, jeżeli trzeba było, prawie na grzbiet. Dużo czasu spędzała drapiąc się i czesząc dziobem. Czasem, znudzona otaczającym ją światem, drzemała zaciągając błyszczące oczki siną błoną powieki, ale na krótko, bo wróg nie śpi.

Kota się nie bała. Jej mocny dziób był groźny albo może mięso niesmaczne, bo kot przechodził obok niej z wyniosłą miną arystokraty, dla którego jakaś podrzędna obecność znaczy tyle, co powietrze. Po prostu jej nie dostrzegał. Ona śledziła go czujnie, z dziobem w pogotowiu, ale nigdy się nie poniżyła do sromotnej ucieczki – gotowa była przyjąć walkę. Kot przesadzał zresztą: siadał w pobliżu, rozglądał się niedbale, patrząc poprzez kawkę na ogród, jak gdyby była istotą doskonale przezroczystą, a nawet ziewał bardzo sztucznie i teatralnie, jak zły aktor, chcący odegrać znudzenie. Pies natomiast czasem ją obszczekał, na co nie zwracała większej uwagi, usadowiona wysoko, niedostępna dlań, mimo obciętych skrzydeł, albo najzupełniej szczerze jej nie widział. Po pewnym czasie przyjął ją za członka rodziny czy też dodatkowy mebel i w ogóle przestał zwracać na nią uwagę.

Z biegiem czasu jednak kawka czy też, jak ją nazywaliśmy: „Kawiuchnaˮ, zaczęła się spoufalać. Najpierw skakała po stole w czasie jedzenia i skubała od niechcenia chleb w koszyku, potem zaczęła sięgać do talerzy, porywać różne kęski, zanosić je na swój fotel trzcinowy i tam zjadać. Potem – jako że istoty skłonne do pufałości nie umieją utrzymać się w należytych granicach – zaczęła bić się z nami, gdyśmy ją od talerza odpędzali. Rozkraczona, trzepocząc rozpostartymi skrzydłami, z głową schyloną nisko i rozdziawionym złowieszczo dziobem, ziejąc oddechem z piekła, waliła na oślep, w powietrze, w palce nasze, gotowa skoczyć do twarzy. To my, ludzie, musieliśmy kapitulować i kończyło się na tym, że jadła razem z nami z talerza, a ten, na kogo danego dnia padł jej wybór, powinien się był czuć tym wyróżnieniem zaszczycony. Po pewnym czasie zaczęła siadać nam na ramionach. Było to niewątpliwie miłe i pochlebne, gdyby nie to, że Kawiuchna potrafiła nagle ni z tego, ni z owego, kujnąć wybrańca z całych sił w ucho. Wtedy dostawała mocnego klapsa, obrażała się i szła na fotel, który niestety upstrzony był rokokowymi ornamentami jej wydzielin: bo ten czarny ptak robił na biało różne kunsztowne esiki-floresiki.

Czasem siadała komuś z nas na głowie i gorączkowo gmerała we włosach. Nie znajdując w nich jednak robactwa, jakiego się spodziewała, kończyła te oględziny dość bolesnym uderzeniem dzioba i odlatywała zniechęcona. Jeżeli chodzi o iskanie, ludzie sprawiali jej bezustanny i bolesny zawód.

Była agresywna i natrętna, a poza tym kradła. Mało, że kradła – rabowała. Kiedyś przyszedł do nas jakiś bardzo szanowny gość i siedział na tarasie, popijając nalewkę ze srebrnego kieliszka. Wszystko stało się w ciągu paru sekund. Kawiuchna wskoczyła mu na ramię, wyrżnęła potężnym dziobem w łysą czaszkę, wyrwała kieliszek z palców, zalała wiśniową nalewką nieskazitelny garnitur i poniosła kieliszek zataczając się w locie swoich okaleczonych skrzydeł, obarczona w dodatku ciężarem. Cisnęła go gdzieś w krzakach.

Kochaliśmy ją – jak to się często zdarza – właśnie za jej wady, za niewyczerpaną złośliwą pomysłowość, za agresywność i za wskoczenie równymi, ptasimi nogami w ludzki tryb życia. Babcia jednakże rozpaczała: wszystkie meble popstrzone były białym, kunsztownym ornamentem. Na to nie było rady.

Bo z nastaniem chłodniejszych dni Kawiuchna przenosiła swoją działalność na teren mieszkania. Nocowała zresztą – chwała Bogu – nadal w kurniku, ale rankiem siadała na parapecie okna i kiedy było zamknięte, waliła w szyby z całej siły. Trzeba jej było otworzyć, bo dobijała się, jak gestapo. Natychmiast po wpuszczeniu rozpoczynała inspekcję mieszkania.

Poczynała sobie dość planowo. Jeżeli pudło z przyborami do szycia było otwarte, robiła w nim gruntowny porządek, według swoich zapatrywań oczywiście. Igły i naparstek kradła i wynosiła najczęściej do ogrodu. Nici po jej huraganowej wizycie nie warto było brać do rąk – tworzyły po prostu kołtun. Na szczęście, nie umiała się długo skupić na jednym przedmiocie, toteż z kolei zabierała się do „czytaniaˮ gazet czy książek. Tuman białych strzępów wzlatywał w powietrze.

Bardzo lubiła lekarstwa, zwłaszcza pigułki czy proszki. Kiedyś zjadła całą torebkę salolu. Czekaliśmy z niepokojem, że zdechnie. Ale gdzie tam, nigdy się jeszcze tak nie czuła zdrowa.

Przeskakiwała ze stołu na półkę, z półki na łóżko, z łóżka na krzesło, kiwając miarowo sztywnym, czarnym sterem ogona, rozpościerając bezsilnie swoje kalekie skrzydła, z bystrym, śmiejącym się spojrzeniem koralikowych oczek i fiołkowym języczkiem, który drgał i syczał w głębi jej rozwartego dzioba. Jej główka, zdawało się, to puszysty prztyczek, służący do zatrzaskiwania tej niewspółmiernie wielkiej gardzieli, w którą każde z nas mogło zaglądać niby laryngolog. Miało się uczucie, ze jeszcze trochę, a zobaczy się gdzieś daleko, daleko, niby w tunelu, malutkie światełko otworka pod ogonkiem, że się Kawiuchnę dosłownie przejrzy na wylot. Było to oczywiście złudzenie, na wylot można bowiem było przejrzeć wyłącznie jej czarną, zaczepną i psotną duszę, duszę ptaka, który się zwichnął, zszedł z dobrej ptasiej drogi i dostawszy się w krąg zupełnie obcej, odmiennej rzeczywistości ludzkiej, stał się jej małym demonkiem, szekspirowskim Pukiem. Grasowała jednak nie w nocy, tylko w dzień. Wieczorem, wracając systematycznie do własnego wyobrażenia o sobie jako o kurze, odlatywała do kurnika i spała grzecznie na grzędzie. Nigdy nie została na noc w mieszkaniu. Rano natomiast stawiała się jak urzędnik do pracy, punktualnie, i waląc w okno domagała się swego prawa uczestniczenia w naszym życiu.

Martwiliśmy się zresztą o jej życie rodzinne. Okaleczone zwierzę odpada od razu w konkurencji erotycznej swego gatunku. Kawiuchna nie miała żadnych szans. Brały ją od czasu do czasu sentymentalne ciągoty. Siadała na balustradzie tarasu, z głową wtuloną w wąziutkie ramionka ptasie, z dziobem tęsknie zadartym do góry i od czasu do czasu wypuszczała z siebie, jak chropawy balonik, jedno żałosne: khra! niby zaklęcie mające sprowadzić gdzieś z niebios obłą, diabelsko czarną kawkę, ze spiczastymi, nie obciętymi skrzydłami, ze zwycięskim, potężnym dziobem, czarną sex-bombę przeciwnej płci, nie wiem jakiej, bo nie wiadomo, jakiej płci była nasza Kawiuchna, może w ogóle facet. Ale z letniego nieba, z rozłożystej sosny nie spływała upragniona istota i zresztą uwagę od miłości odwracała babka piaskowa, którą właśnie postawiono na stole. Żadne ze zwierząt, jakie hodowałam, ani lis, ani jeż, ani wiewiórka, nie mówiąc już o psach i kotach, nie mogło się oprzeć urokom babki piaskowej. I Kawiuchna, stojąc na rozkraczonych nogach, drygając sztywnymi piórami ogona ze zdenerwowania rąbała dziobem pulchny miąższ babki, łykając wielkie kawały, z przygasłymi z przejęcia paciorkami oczu, póki ktoś nie nadszedł i mocnym klapsem nie spędził złodziejki ze stołu.

Nie wiem, jak długo czarny szatan, demolujący domowe wnętrze, przewracający wazony, ściągający serwetki, kradnący drobne przedmioty, prowadziłby swoją destrukcyjną działalność, gdyby nie to, że musiałam się przenieść do miasta. Pierwsze walizki, ustawione w pokoju, rzeczy wyjmowane z szaf, przesuwane meble, zdziałały to, czego nie osiagnęło ani płoszenie, ani klapsy, ani wizyty obcych psów. Kawiuchna pewnego dnia znikła równie niespodziewanie, jak się zjawiła. Żadne poszukiwania nie dały rezultatu. Może zginęła tragicznie, może ją ktoś ukradł, może znalazła sobie innych ludzi, którzy nie burzyli swego życia, aby je wymienić na inne. A może lotki jej odrosły jakoś niepostrzeżenie dla mnie i frunęła w górę, powiększając grono gadatliwych kawek, wiecujących na starej brzozie i wyjadających moje czereśnie.

Małżeństwo Wobicy

Było jeszcze szaro i wiosenne krupy siekły w szyby dźwięcznie, kiedy kocica Wobo obudziła się z przykrym drgnieniem. Siadła na kominie i ziewnęła spazmatycznie, przepłukując powietrzem trójkątną różową paszczę. Potem wpatrzyła się tępo przed siebie, źle smakując ranek i niejasne rozdrażnienie. Nagle założyła łapkę za kark i umyła się śpiesznie. Zeskoczyła z komina. Wykonała zasadnicze kocie ćwiczenia gimnastyczne: łapy przednie wyciągnięte jak najdalej, rwące pazurami podłogę, zadek wysoko wzniesiony w górę, potem krok naprzód z tylnymi łapami wlokącymi się paralitycznie, dla rozciągnięcia ścięgien. Ale mięśnie dziś nie nabrały elastyczności, ogon opadł leniwie i niezrozumiałe rozdrażnienie wyrwało się na jaw w cichym mruknięciu. Podeszła do spodka z mlekiem, liznęła niedbale i otrząsnęła się ze wstrętem, otrząsnęła nawet kolejno obie przednie łapy. Rozczarowana przykro do świata, z potarganym grzbietem, sunęła do jadalni długimi, leniwymi krokami. Na progu pokoju miauknęła gardłowo, nowym zupełnie głosem, i stanęła, przysłuchując się z dystynkcją temu dziwnemu dźwiękowi. Ale wskoczywszy na okno, patrząc na mokre dachy i dym opadający w dół ociężale, miauknęła jeszcze przeraźliwiej. To nie było wykwintne i melodyjne miauczenie rozpieszczonej angory ani skrzek bezdźwięczny na widok mięsa, to był okrzyk bestialny, donośny i dziki, okrzyk dobywający się z nie podejrzewanych dotąd trzewi, gdyż Wobo była dziewicą. Po tym okrzyku przyszedł odruch zdrowej kokieterii i rozpoczęło się namiętne lizanie białej sierści. Wobica gorączkowo przerywała systematyczne mycie, aby ochłodzić, mocnymi uderzeniami języka, drgające ciało. Rozdrażnienie jej rosło, źrenice rozszerzyły się, jakby to była noc, a nerwowy zduszony skrzek wyrywał się chwilami z gardła. Jęknęła jeszcze raz i pogryzła parę listków w doniczce, ale nic nie mogło jej sprawić ulgi. I oto przestała słuchać rozsądku i swoich wytwornych przyzwyczajeń. Poszła przed siebie wzdłuż ścian, biała lunatyczka, długim tanecznym krokiem, ciągnąc niedbale białą kitę po ziemi. Szła przed siebie, obojętna na wszystko, śpiewając pieśń miłosną przypominającą turkot maszyny do szycia, kończoną przenikliwym trylem: Wrrr-au, wrrr-- au-au! Przemykała się wzdłuż ścian i mebli, jak wędrujący promień światła w ciemnym gąszczu puszczy. Podstępnie przewijała się między nogami krzeseł, szukając między nimi ukrytego może samca. Chłodziła pulsujące boki o lśniącą powierzchnię szaf, ale ta ochłoda budziła w niej jeszcze większy żar, więc odrywała się niecierpliwie i przemykała z chytrością myśliwca przez najtajniejsze zakamarki korytarzy. Gdzieś przecież musi być samiec, trzeba go tylko wytropić. Darła pazurami puszysty mech dywanu i wskakiwała na stoły, chcąc obejrzeć teren z wysokości. Nasłuchiwała strzygąc nerwowo rozpalonymi uszami. Poduszeczki przy pazurach nabrzmiały i paliły ogniem. Kosmaty języczek przysychał do podniebienia, a w ściśniętym spazmatycznie gardle turkotało jęczące pragnienie. Rrr-au! Ocierała się o meble i o ludzi, chcąc pozostawić wszędzie swój samiczy zapach, który zwabi wreszcie do niej opornego kochanka. Jak mogła go sobie wyobrażać, skoro nigdy w życiu nie widziała innego kota? A jednak wiedziała, czego pragnie, wiedziała tak dobrze, jak żadna kobieta, i krzyczała przed siebie łapczywie, pożądliwie, rozpaczliwie, jak kobiecie nie wolno jest krzyczeć. Bezwstydnie bulgocząc, jęcząc, turkocząc, snuła się, wizjonerka miłości, nie udając nawet, że ją cokolwiek innego obchodzi. Jej krzyk drapał ludziom nerwy i budził w nich zawstydzenie i niepokój. Wierzyła w zaklęcia miłości, wiedziała, że krzykiem wyczaruje sobie w końcu spośród znajomych ścian nieznajomego mocnego kocura. Zaglądała do szaf i łomotała w kredensie po talerzach: gdzieś przecież musi być. Spojrzała ze wstrętem na surowe mięso, którym usiłowano odwrócić jej tęsknotę. Któż by w takiej chwili myślał o jedzeniu. Biała kita w nerwowych skrętach biegła za nią po podłodze. Nie wolno przestać krzyczeć i wołać, może właśnie w tej chwili przemyka się gdzieś w pobliżu ciemny i mglisty cień samca. Rrr-au...

 

Pod wieczór jej zawodzenie przeszło w ryk, a w oczach zamigotały iskierki nieprzytomne. Boki jej się zapadły, sierść straciła blask, ogon walił groźnie o podłogę. Z gardła dobywał się wrzask obłędu. Morderstwo, sadystyczne rojenia, żywe mięso darte zakrwawionymi pazurami, drobne wyrafinowane tortury, wszystkie mroczne instynkty drzemiące w duszy kota rwały się na jaw w straszliwych dysonansach. Potem jęki skomlące, błagalne zaglądanie w oczy ludziom: „Męża, dajcie mi męża!ˮ Uszy przeświecały jej czerwono przez białą morę sierści. Nos płonął. I znów zaczynała się wędrówka wśród dżungli lśniących mebli i dusznych materii, skrytobójcze błądzenie między szafami, podstępne wspinanie się na bibliotekę, gorączkowe badanie terenu i coraz głośniejszy, coraz rozpaczliwszy zawód. Kiedy mrok zapadł, Wobica przestała szukać, ale już nie mogła przestać błądzić. Długa, biała, niematerialna, sunęła nisko przy ziemi z przymkniętymi powiekami, pod którymi majaczył obraz Jego. Jej jękliwe turkotanie świdrowało w uszach do szaleństwa. Obłąkana namiętność przemieniała ją w gada, w owada snującego się metrowymi zwojami przez wszystkie pokoje, a jej jęk przeciągły i bezwstydny był głosem żądzy całkowicie pozbawionej obsłonek.

Wieczorem przyniesiono w pudełku od kapeluszy Grzesia. Zdjęto pokrywę. Grześ, olbrzymi i pręgowany, z łbem jak kapusta, z bokobrodami jak lord wiktoriański, z megalomańską lisią kitą, siedział chwilę spokojnie, rozglądając się badawczo, nie okazując lęku ani niepotrzebnego zmieszania. Potem wyskoczył żelaznym, ale miękkim susem. Wobica zmartwiała. Przypadła do podłogi i spłaszczyła się na niej: bezduszne futro świeżo wypatroszonego zwierza. Tylko oczy fosforyczne utkwiła w boskim objawieniu mężczyzny. Grześ, flegmatyczny i wyniosły, nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi. Obszedł na watowanych mocnych łapach cały pokój, niedbale wąchając tu i owdzie. Przeciągnął tygrysie ciało. Roztrzepał starannie pstrokatą kitę. Kilkoma sprawnymi uderzeniami języka przygładził sierść rozrzuconą na grzbiecie. Usiadł spokojnie, obrzucając cały pokój spojrzeniem znudzonego turysty. Przymknął oczy na znak zblazowania. Ziewnął. Potem utkwił wzrok przed siebie w sennym zamyśleniu.

Wobica leżała jeszcze chwilę nieruchomo, śledząc go rozbieganymi źrenicami i z zamieraniem serca oczekując, co się teraz zdarzy. Nie zdarzyło się nic. Grześ pogrążył się w sennym znudzeniu. Przy jego wielkim, obłym cielsku Wobica wydawała się drobniutka i wątła, eterycza i niematerialna, ideał dziewicy romantycznej. Czekała jeszcze sekundę na najdrobniejszy dowód uwagi z jego strony. Na próżno. Wtedy odegrała wielką scenę.

Sprężyła się, skoczyła, wybuchła białym płomieniem w górę, najeżyła się, wyszczerzyła zęby i pazury, napluła, naprychała, zionęła ogniem i siarką, zakłuła go bryzgami elektrycznych spojrzeń. „Napastnik – krzyczała jej rozwarta bezgłośnie, plująca, straszliwie obnażona paszcza. – Przybłęda! Zbrodniarz! Gwałciciel przyszedł! Do cudzego domu! Przestępca! Morderca!ˮ

Grześ odwrócił głowę w jej stronę i patrzył na nią ze spokojnym zdumieniem.

Ona, miotana histeryczną wściekłością, skoczyła na fotel, stoczyła się z fotela, zabiegła go z boku, z tyłu, cała w konwulsjach, w drgawkach, ze spazmatycznym skurczem górnej wargi. Przyskakiwała do niego i uciekała w popłochu, panicznie kryła się po kątach, prześladowana, osaczona, gotowa na śmierć w obronie swej cnoty. „Cham! Cham!ˮ – krzyczały jej oczy. – „Gwałciciel. Ratunku! Ginę! Zginiemy wszyscy! Dom zniszczy! Zdemoluje! Gdzie się ukryć? Co czynić? Prostak! Potwór! Brutal!ˮ

Grześ, nieruchomy i milczący, wodził za nią oczami z chłodnym i pobłażliwym znudzeniem. Ten spokój, ta obojętność doprowadziłyby do szału każdą kobietę. Wobica wytrysła z kąta, gdzie nikt jej nie chciał prześladować, podpełzła do kocura gadzim podstępem i nagle przemieniła się w furię. Zionęła ohydą, przysiadła na zadzie i obiema łapami dała mu dwa potężne ciosy w pysk. Potem odbiegła, dziewiczo spłoszona, i dysząc przypadła do podłogi.

Grześ cofnął się nieznacznie, oszołomiony nagłością ciosu, i zamrugał powiekami ze zdumienia. Nie najeżył się jednak, nie plunął. Popatrzył pobłażliwie na wariatkę i w oczach jego zalśnił przelotny błysk zainteresowania. Wnet jednak przygasł i kocur okiem filozofa popatrzył w sufit. Znów zapadł w zadumę. Nie upłynęła jednak chwila, kiedy Wobica zawyła wściekle i znów zjeżona furią, spieniona białym futrem, sypiąca niewidzialne iskry z każdego włoska, skoczyła do niego i palnęła go w pysk z takim rozmachem, że potężny kocur drgnął i uskoczył lwim ruchem. W oczach Wobicy widać było heroizm: „Oto patrzcie, jak postępuje kobieta. Nie ulęknę się niczego, będę się broniła do ostatka. Gwałcić się nie dam. Skoczę do gardła. Ślepia mu wy drapię! Zamyśla się! Wstręt budzi! Ohyda!ˮ

I prała go tak długo po mordzie, aż otrząsnęła zeń resztki zamyślenia. Grześ spojrzał na nią wzrokiem mężczyzny, któremu nie dają spokoju. Nie zrozumiała niemego wyrzutu. Miotała się histerycznie, uwiedziona, zgwałcona we własnej imaginacji. Grześ przeciągnął się ospale: „Więc to na serio? No, trudno!ˮ Bez najmniejszego uniesienia postąpił ku niej kilka kroków. Obwąchał ją uprzejmie. Pozwoliła, drżąc ze zniecierpliwienia. Ale kiedy chciał odejść, dostał znów po pysku. Jego okrągłe porcelanowe oczy wyraziły niemą rezygnację. Obszedł szalejącą samiczkę dokoła. Warknął: „Niebrzydkaˮ. Powąchał ją znów przeciągle, upajając się zapachem jej rozjątrzonej kobiecości. Wobica leżała zmartwiała – wobec tak widomych oznak gwałtu po cóż się jeszcze bronić? Grześ sprężył ogon wspaniałym, puszystym łukiem. Na elastycznych łapach, lwim krokiem próbował ją zajść od tyłu. Tylne łapy wydłużyły mu się i drobiły niecierpliwy taniec pożądania. Brunatne płaskie chrapy pulsowały. Jeszcze trochę znudzony, gotów już był do skoku. Skrzek – nął niecierpliwie: „No prędzej!ˮ

Wobica przestała bić jak kobieta z ludu, stała się wampem. Nie pozwoliła mu zajść się od tyłu. On począł czyhać namiętnie, ale zamiast puszystego zadka widział przed sobą jej amarantowy z podniecenia, gorący nosek, jej oczy zwężone złośliwie, jej trójkątną twarz gada. Sprytny pyszczek Wobicy wyrażał teraz ironię: „Ach tak? Więc to ma być tak od razu? Bez wstępów? Bez trudności? Brutal! Tak łatwo? Bez żadnej poezji? Nic dla serca? Ach, nie, to nie z takimi jak ja”.

Grześ pomiaukiwał prosząco. Teraz on był zgorączkowany, płonący, niecierpliwy. Ona drwiąca, biała, wykrętna, szydziła z niego w żywe oczy. W pewnej chwili zerwała się i pobiegła lekkim krokiem, nic nie mającym w sobie z poprzedniej ociężałości, przez wszystkie pokoje. On, przykuty już namiętnością, pobiegł za nią w krok, trochę z boku, wąchając namiętnie jej ślady. Nastąpiła krótka próba wdzięku i zręczności na kredensie, na stole. Ona lotna, powiewna, on niezgrabny, ciężki, nieprzytomny. Już ją zabiegł od tyłu, dostał po pysku. Odskoczył i wskoczył na nią, wszystkimi czterema łapami, tym razem celnie. Wpił się zębami w jej kark. Sprężony wspaniałym ciemnym łukiem nad jej drobnym białym ciałkiem, z oczyma przymkniętymi ekstatycznie, zaciskając spazmatycznie szczęki na miękkiej skórze jej karku, poruszał się powoli, poważnie, z przejęciem, rytmicznie i muzykalnie. Ona bezmyślnie rozglądała się wkoło. Ani wstydu, ani uniesienia. On był wspaniały, ona – gęś. Nagle Grześ zamarł w nieruchomym zachwycie. Trwali tak sekundę, i nagle Wobica wrzasnęła przeraźliwie, zwierzęco. Przygwożdżona do ziemi, zdołała się jednak odwrócić i wymierzyć brutalny cios w ekstatyczną mordę samca. On uskoczył w bok, elastyczny i świetny, niezupełnie przytomny, ale nie oczekujący niczego innego prócz zniewagi. Pogardliwy i syty, odszedł ozięble i począł lizać się starannie. Tymczasem ona pogrążyła się w szczęściu. Wyciągnęła się na podłodze rozkosznie. Rybimi susami przewracała się z boku na bok. Tarzała się po dywanie, zarzucając łapy na kark, ocierała się łbem o puszystość i ciepło. Przybierała rozkoszne pozy wspólne kotom i ludziom. Szus, szus, z boku na bok. Szus, skręt wkoło samej siebie. Wyrzucenie wszystkich łap w górę, przypadnięcie do ziemi. Grześ pogrążył się w drzemce, ona szalała samotnie, rozradowana swoim ciałem i miłością, nieznanym uczuciem radości fizycznej i zaspokojenia. „Potężny wielki samiec. Tygrys. Zęby pozostawiły ślad na karku! Ból rozkoszy! Ciężar jego ciała! Silne łapy przygważdżające do ziemi! Ciepło i radosny płomień wewnątrz. Wypełnienie żrącej tęsknotyˮ.

Grześ drzemał. Podeszła do niego bezszelestnie i obwąchała go uważnie. Nie obudził się od dotknięcia jej gorącego noska. Pobłażliwie i spokojnie odeszła. Niech odpocznie. Położyła się na fotelu. Zaczęła głośno mruczeć. Nie czuła potrzeby, aby go mieć bodaj przy sobie. Leżeli z daleka, syci i obcy, ani wrogowie, ani kochankowie.

Potem powtórzyły się znów te same wielkie, histeryczne manewry. Wobica nie dała ani na chwilę zaznać Grzesiowi monotonii i pospolitości małżeńskiego pożycia. Pragnęła wciąż, aby ją zdobywał, i kiedy mozolnie wzbudziła jego zainteresowanie, broniła się wściekle. Nie przyznawała się do tego, że za każdym razem ona musiała rozwijać całą inicjatywę miłosną, wyrywać kocura z kontemplacji, podrażniać jego ambicję i zmysły, wzywać go niby inspicjent opieszałego aktora do wejścia na scenę. Cierpiała nad tym jak każda kobieta i jak kobieta pokrywała swoje upokorzenie wielkopańskimi gestami, zjadliwą pogardą, komplikując, kaprysząc wówczas właśnie, gdy wstawał, ospały i potężny, i szedł do niej na muskularnych łapach, waląc ogonem o podłogę, lwim zwyczajem. Wtedy paniczne ucieczki, wtedy dziewicze spłoszenia, wtedy przewrotne wymijania się ciałami. On, znudzony może tą grą, ale zawsze jej posłuszny, kukła w jej aksamitnych łapkach, wypełniał wszystkie punkty programu, zbity po mordzie, gdy należało, zaintrygowany, gdy ona tego chciała, wpięty w nią wspaniałym łukiem, gdy ona uznała za stosowne. Potem odskakiwał sprężyście, rozglądał się dumnie dokoła, wybierał poduszkę, rymującą się z kolorem jego sierści, i miejsce najbardziej dekoracyjne do spania. A ona wówczas przeżywała rozkosz frenetyczną, wolna już od niego i samotna, tarzając się po ziemi, wznosząc bezwstydnie do góry ekstatyczny biały łebek i bezsilne łapy.

 

Ale i ona, tak skomplikowana w miłości, straciła ostatecznie ambicję i dumę, i z czepnością właściwą kobietom nie umiała skończyć tego romansu. Po dwóch dniach sprzykrzyła się Grzesiowi. Czując, że marnotrawi cenne siły dla tej wiecznie niesytej samicy, czy też bojąc się wczesnego uwiądu albo może ogarnięty nudą, Grześ szusnął na szafę, a z niej na antresolę i tam zaszył się w kąt, we wspaniałym odosobnieniu. Wobica, słabsza fizycznie i nie obdarzona taką siłą skoku, nie mogła za nim podążyć na te wyżyny. Mała i nędzna, słaba i bezsilna, skamlała bezwstydnie, prosząc ludzi o pomoc, o skrzydła, o potęgę dla dorównania temu samcowi, dla dognania go w tamtych rejonach, wyższych nawet niż wierzchołek szafy. On, nieczuły na jej lament, kryjący pod pozorem siły swoją sromotną ucieczkę, zaciekł się w swej wyniosłości, w męskim strachu, i nawet mięsem nie dało go się zwabić na niziny. To, co go zjednało w kochance, teraz wydało mu się obrzydłe. Sam krzyk tej histeryczki i erotomanki przejmował go dreszczem. Czuł się pusty i wykochany do szczętu. Może nawet stał się mistykiem na ciemnych wyżynach kuchennej antresoli. Ale kiedy wiedziona solidarnością kobiecą pozwoliłam Wobicy po moim ramieniu i głowie wskoczyć do kochanka, Grześ wytrysł stamtąd szarym, zjeżonym płomieniem, susem potężnym i karkołomnym skoczył na podłogę i niby diabeł z „Pani Twardowskiejˮ, gnany panicznym lękiem, przesadził paroma skokami mieszkanie, wypadł przez otwarte drzwi na schody; dał się pojmać gdzieś dopiero na strychu, zziajany, dyszący, przylepiony do ściany, z oczami rozszerzonymi od strachu.

Tymczasem Wobica, uwolniona od jego obecności, już spokojna, wytworna i strojna, przyległa na kanapie niby spokojny mleczny obłok, niepokalana w swojej aparycji – nieziemska.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?