Mieszane towarzystwoTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Irena Krzywicka

Mieszane towarzystwo

opowiadania dla dorosłych o zwierzętach

Saga

Mieszane towarzystwo

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 1961, 2021 Irena Krzywicka i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726774306

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pan Prezes WKO

Przybycie jego do naszego domu miało charakter nadnaturalny. Zapowiedziała go Pitia. Na pewnym przyjęciu jedna z pań, znana z osobliwego daru jasnowidzenia, siadła przy mnie i poczęła mi przepowiadać przyszłość. Nie posługiwała się przy tym ani liniami dłoni, ani kartami. Ot, patrzała komuś w twarz i mówiła. Nic z tego nie rozumiem i nie próbuję wytłumaczyć. Zdaję sprawę po prostu. Powiedziała między innymi, że wkrótce będę miała zwierzę. „Niestety – odparłam – mamy umowę z gospodarzem. Nie wolno nam trzymać psów ani kotów; a ptaków w klatce nie lubięˮ. „Mimo to zwierzę będzie – odparła pani – i to takie, że dużą rolę będzie grało w waszym życiuˮ. Mieszkałam wówczas w mieście, tak że ani bydło, ani drób nie mogłyby wchodzić w rachubę. Wóciłam do domu i oczywiście nic. Minął miesiąc, dwa, i nic. W trzecim miesiącu przyjechał jeden z naszych przyjaciół z Gdyni, nie wiedzący nic o przepowiedni i...

Otworzył małą, skórzaną walizkę. Z walizki wyprysnął rudy płomyk i zaraz po chwili zalśnił na szafie. Z szafy spłynął na podłogę, no i hyc, z mebla na mebel... Wiewiórka!

Po chwili siedziała już na stole, wsparta o sztywno stojący pióropusz ogona, na każdym uszku puszysta kępka, oczki ptasie patrzące na boki, nie do przodu, zęby wystające jak u starej Angielki, wyraz małej chudej twarzyczki, właśnie twarzyczki, nie pyszczka, bardzo łobuzerski. Z cech ludzkich jeszcze ta pionowa postawa i łapki przednie w kształcie rączek, nie owłosionych i chwytnych. Podałam orzech, chwyciła w rączki, obróciła parę razy nerwowo, obejrzała dokładnie i zaczęła piłować przednimi ząbkami, aż zafurczało. Nie dopiłowawszy do końca, rzuciła orzech, rozejrzała się niespokojnie, pobiegła truchcikiem na brzeg stołu, uwiesiła się na jego krawędzi tylnymi łapkami, zajrzała pod stół, jak zestrachana paniusia szukająca złodzieja albo zazdrosny mąż szukający gacha. Tylko kita sterczała nad blatem, a cała reszta, wisząca na tylnych pazurkach w powietrzu, spenetrowała przestrzeń podstolną, po czym hyc, z powrotem na blat, i z gorączkowym pośpiechem za orzech, i znów frurr, furr, odpadła skorupka, wyłuskało się białe jąderko i znów po nim ząbkami jak tarka, już cicho, ale tam i z powrotem. Cieniutkie ostrużyny bez żucia, od razu przeznaczone do łykania. Nagle orzech cisnęła w połowie, bo niestety usposobienie miała chaotyczne, i hop, na firankę, do szczytu, na sam gzyms. Na stole zostało parę malutkich, twardych bobków.

Miała rację pani P mówiąc, że zwierzątko odegra dużą rolę w naszym życiu. Wiewiórka to małpka północy. Ruchliwość niewyczerpana, pomysłowość diabelska i tych parę cech niby-ludzkich... Skrzyżowanie ssaka z ptakiem, bo patrzy bokiem i fruwa w powietrzu, sterując ogonem. Akrobatka, bo wisi to na jednej łapie, to na dwóch, balansując resztą malutkiego, muskularnego ciałka. Gnom – bo mała i psoci. Kot – jeżeli chodzi o wdzięk! Pani Dulska, jeżeli chodzi o oszczędność.

Oszczędzanie to jej hobby, to jej szał. Pasja – obłęd oszczędzania! Mania prześladowcza na punkcie czarnej godziny. I co gorsza – bezwstydna żebranina. Cyniczna żebranina przy pełnej spiżarni. I żeby to jednej...

Siedzę w fotelu i czytam. Miękki skok i oto siedzi mi na kolanach z wyciągniętą błagalnie rączką, nadstawioną właśnie tak, jakby wpaść w nią miało parę wiewiórczych grosików. Ruch typowo żebraczy. Daję jej z roztargnieniem orzeszek, który gdzieś tam mam przy sobie. Sus w dół ze zdobyczą i ani mowy o jedzeniu. Unosi róg dywanu dwiema różowymi rączkami, trzymając orzech w zębach, włazi pod dywan, zostawia tam orzech, opuszcza podniesiony róg, zaklepuje i już jest znów na moich kolanach i znów ta głodna rączka, błagalnie wyciągnięta. Prawie się słyszy: „Litościwa osobo...ˮ Dostaje kawałek cukru. Teraz sus na obraz i z chrobotem cukier za ramkę. I znów jest na kolanach i znów żebrze. Doszło do tego, że zeskakiwała mi na stopę i wyżebrany przysmak chowała do pantofla, do tego, który miałam na nodze, wciskając go przemocą między ciało a skórę obuwia, póki rozgniewana nie odpędziłam natręta.

Taki cnotliwy walor zasługiwał na nagrodę, na odpowiednie stanowisko. Wiewiórka otrzymała tytuł Prezesa Wiewiórczej Kasy Oszczędności, w skrócie WKO, i odtąd nie wołało się na nią inaczej niż „Panie Prezesieˮ. Przyjęła to stanowisko z godnością i bez zastrzeżeń. Bardzo prędko oswoiła się ze swoim tytułem i kiedy się zawołało: „Panie Prezesie! Szanowny Panie Prezesie WKO!ˮ – przybiegała natychmiast. W chwilach wielkiej czułości nazywało się ją Prezesulkiem. Wydaje mi się, że rozumiała pieszczotliwość tego słowa, bo rozumiała niesłychanie dużo. Wcale nie była głupsza od psa.

Wkrótce wytworzyły się pewne rytuały domowe. Kiedy jedliśmy obiad czy kolację, Prezes wskakiwał na stół, ale sam nie brał niczego, tylko stawał przed każdym z nas, patrzał wyczekująco i żebrał, wyciągając tę swoją różową, małpią rączkę, z długimi pazurkami. Potem jadł skrobiąc otrzymany kawałek skórki od chleba, cukru, jabłka czy orzecha prędziutko, prędziutko, obracając go pośpiesznie w obu rączkach, napoczynając z różnych końców. Czasem się zniechęcał w połowie i ciskał jedzenie byle gdzie, częściej biegł gdziekolwiek i zakładał nową filię WKO, bardzo chętnie w kieszeniach ofiarodawcy, co było cynicznym objawem lenistwa i obierania drogi najmniejszego oporu. Założywszy nową filię WKO natychmiast wskakiwał z powrotem na stół i żebrał znowu, dowodząc raz jeszcze, że nie prawdziwą pracą zdobywa się majątek. Od pedanterii, chciwości i skąpstwa ratowała go absolutna lekkomyślność. Zapominał na śmierć o swoich filiach, gdzie jedzenie zsychało się lub gniło, podczas gdy Prezes zażarcie, gorliwie szukał wcale nie tam, gdzie posiał, i męczył się na próżno, usiłując podnieść ciężki kałamarz albo róg dużego dywanu, pod którym nic nie schował. Zresztą znarowił się z czasem, zszedł z prostej, wiewiórczej drogi i nie jadł wcale swoich zapasów, tylko żądał wciąż czegoś świeżego. Zakładał jednak nowe filie – sztuka dla sztuki, jak milioner, któremu nie chodzi o zysk, tylko o samą spekulację. Tytuł Prezesa pasował doń jak ulał.

Poprzedni państwo, ci, którzy go oswoili, trzymali go widocznie na surowej diecie, bo kiedy przybył do nas, jadł wszystko prócz mięsa. Potem zaczęły się grymasy. Wreszcie doszło, niestety, i w tej dziedzinie do zupełnego wyuzdania i cynizmu: Prezesulko jadał babkę tylko piaskową (vide niżej, na tym punkcie wszystkie zwierzęta były zgodne), zwykłej, nawet czerstwej, za nic, a poza skórką od chleba, orzechami i owocami uznawał tylko jedno: czekoladki Wedla. Istniała w owym czasie inna firma, produkująca czekoladki: „Plutosˮ, którą Słonimski nazywał „Wyplutosˮ. Prezesulko podzielał całkowicie zdanie poety. Odrzucał natychmiast czekoladkę „Plutosaˮ, natomiast chwytał chciwie czekoladkę Wedla. Nigdy się nie pomylił. Wedel mógł go używać jako reklamy.

Na moim ramieniu siadywał prawie stale, kiedy chodziłam po mieszkaniu albo siedziałam. Przestawał mnie zauważać, kiedy się kładłam. Musiałam mu w jakimś stopniu przypominać sosnę, ale co za pożytek z sosny, kiedy jest zwalona? To, co leży, jest martwe, a więc wstrętne. Prezes lubił linie pionowe.

Chrobot klucza w zamku był to znak, że mąż mój nadchodzi. Prezesulko jednym susem znajdował się w przedpokoju, wskakiwał na pana i rozpoczynał błyskawiczną rewizję osobistą: kieszonka górna od marynarki, kieszenie boczne, kieszeń wewnętrzna, kieszenie spodni, mankiet przy spodniach. Bystrość i podejrzliwość celnika. Oczywiście w końcu znajdował gdzieś orzech, gryzł go sekundę przez uprzejmość i zakładał nową filię. Po czym znudzony, wiedząc, że nic go od mego męża nie czeka, wracał do pokoju i brał się do dalszych zajęć.

Niestety, czytywał książki. Wolę nie wspominać o grzbietach i okładkach, ale nawet i kartki... Co tu dużo mówić: mimo futrzanej kity zamiast ogona, mimo przepysznego rudego trenu – prosto z rewii z Casino de Paris – jest się myszą i o tym nie pozwalają nikomu zapomnieć chytre, patrzące na boki oczki, zęby starej Angielki, wydłużony, choć ścięty tępo przy końcu pyszczek. Zresztą – sama uroda! Sublimacja myszy! apoteoza myszy, nad-mysz i super-mysz! ale jednak mysz.

Nie pozwalały o tym też zapomnieć kupki malutkich suchych bobków, zostawiane wszędzie, i małe kałużki, wielkości pięciozłotówki, jadowite, bo zżerające politurę mebli. Tak, to były ciemne strony... Ale za to ile radości!

Do największych należały chwile, kiedy Prezesulko wpadał w nastrój dionizyjski: tańczył, śpiewał, szalał! To nachodziło go od czasu do czasu i wówczas był całkowicie we władzy demona. Nagle sztywniał, wyprężał ogon poziomo, z gardła wydobywało mu się rytmiczne, głośne, dźwięczne cmokanie, łapy zaczynały drobić frenetyczne kroczki, ogon podrygiwać miarowo. Spróbujcie uderzać końcem języka o środek podniebienia, o tak! Szybciej! Tak właśnie cmokał Prezes i podrygiwał do taktu. Cmok, cmok, cmok i za każdym razem drygnięcie ogonem. Spazmatyczny taniec łap. To „cmokˮ było dźwięczne, nie zwierzęce, tylko ptasie, a taniec? Taniec był bachiczny. Trwał krótko. Prezes, zbudzony z krótkiego obłąkania, przystawał na ułamek sekundy, doznawał widocznie wielkiego wstydu, że się pokazał w takim stanie, i znikał, znikał natychmiast w którejś ze swoich kryjówek, najczęściej na gzymsie firanki. Nie wiem, czy ten śpiew i taniec były przejawami zwykłej radości życia, czy obrzędem miłosnym. Być może, iż wabił w ten sposób samiczkę. W dobrobycie i beztrosce, w bezpieczeństwie, którego tak rzadko doznaje wiewiórka, brakowało jej (może jego). To było okrutne. Ale trwała zima i nie można było wypuścić Prezesa, nie posiadającego spiżarni, gdzieś na dwór. Poza tym byliśmy w mieście. Rzecz całą odłożyliśmy do wiosny. I co za pomysł – kochać się w zimie? To dobre dla ludzi, którzy w ogóle nie mają zasad. Uczciwe zwierzę kocha się na wiosnę i dlatego myślę, że tańce Prezesulka były tylko bezinteresownym przejawem jego artystycznej duszy i jak wszelki artyzm zrodziły się z pewnej anormalności. Prezes nie spał tej zimy, jak zwykli czynić jego bracia, żył w ciepłym mieszkaniu i dobrze jadł. Cóż mu więc zostało innego niż sztuka?

 

W tych swoich tańcach i śpiewach był trochę bezwstydny, obnażał jakieś głębie swojej rudej, futrzanej duszyczki, jakieś zapamiętywanie się, podrygiwanie, jakieś niegodne ssaka odgłosy. Skądinąd rozsądne zwierzę, o tendencjach oszczędnościowych, drobnomieszczańskich, rozumiejące wołanie, odgłos dzwonka, odróżniające jakość czekoladek, i nagle: nieprzytomne spojrzenie, oszalałe cmokanie, taniec z przytupem. Trwało to jednak zawsze krótko, Prezes nie znosił monotonii, po szaleństwie następowała planowa działalność. Do niej należała ambitna chęć skrócenia wszystkich nóg od krzeseł – większość z nich była systematycznie podpiłowywana.

Jednakże demon, który objawiał się w chwilach tańca, mieszkał w Prezesie, niezależnie od momentów artystycznego zamroczenia. Pewnego dnia przybiegła do mnie sąsiadka mieszkająca piętro niżej. Trzymała się za serce, głos jej się łamał, musiałam dać jej waleriany. Doznała poważnego wstrząsu. Weszła do swojej sypialni – a przecież drzwi na schody były zamknięte – i zastała ją zdemolowaną. Doniczki z okna pozrzucane, flakony z toalety na podłodze i, co gorsza, pościel na łóżku jakaś skopana, kapa zrolowana, poduszka zaplamiona! Mało tego: kiedy stanęła w rozpaczy, badając wzrokiem niepojęte spustoszenie, z jej własnego łóżka wyskoczył demon we własnej osobie, szurnął jej na ramię, na głowę, zmierzwił włosy i znikł. Można czy nie można było dostać szoku? Sąsiadka okazała się głucha na wszelkie moje przeprosiny i tłumaczenia się. Powiedziała, że nie wolno w mieszkaniu trzymać zwierząt, które zagrażają spokojowi i mieniu obywateli, i że ten skandal musi się skończyć. Bardzo byłam jej oburzeniem przejęta, ale jeszcze więcej pytaniem, gdzie w tej chwili znajduje się Prezes WKO. Drżałam, że może spotkało go coś złego. Gdzie tam! W tej właśnie chwili drapał ostrym pazurkiem do kuchennych drzwi. Wybiegł widocznie na schody zaraz za poszkodowaną, przytaił się na razie, bo miał rozum, a potem wszedł na nasze piętro. Skąd wiedział, że trzeba iść właśnie tam, jak trafił nie do czyich innych, tylko do naszych drzwi – to już tajemnica jego niepospolitej inteligencji. A jak się dostał do sąsiadki? Po prostu skoczył z górnego balkonu na dolny. Cóż znaczy dla niego taki skok!

Trzeba było odtąd pilnować balkonu, poza tym wiosna nadeszła, jasne było, że Prezesa roznosi chęć swobody, że w murach miasta jest mu za ciasno, że las go woła. Nadchodziła tragiczna chwila rozstania, ale trzeba było zapomnieć o własnym egoizmie, o własnej miłości i zastosować najdalej posuniętą zasadę tolerancji.

Wynajęliśmy właśnie w owym czasie uroczą chałupę nad brzegiem Świdra. Była to okolica mało podówczas zaludniona. Chałupa, kryta słomą, stała na dość wysokim brzegu rzeczki, wśród bardzo zielonej łąki. Obok niej lipa, parę drzew owocowych, a tam i sam na łące stare topole, grusza na pobliskim polu, krzaki i dość daleko – las. Żadnych domów w pobliżu. Zielono, cicho, wilgotnawo. Być może, nie najodpowiedniejsze miejsce dla wiewiórki, ale z drzewa na drzewo, z topoli na topolę nie tak trudno było hycnąć aż do lasu. Przyjechałam z Prezesem w klatce, bardzo zgnębiona. Usiłowałam nadrabiać miną. Powiedziałam nawet: „A teraz koniec miedzy namiˮ i otworzyłam klatkę. Czułam się szlachetnie, bo ostatecznie nikt mnie nie zmuszał do tej straty. Prezes rudym dymkiem wyparował z klatki, jak geniusz zamknięty we flaszce, w baśni z 1001 nocy. Usiadł na stole, a że był zwierzęciem pobożnym, któremu żaden rytuał nie był obcy, więc przede wszystkim odtańczył swój dionizyjski taniec. Ogon, bardziej chyba puchaty niż zwykle, walił w stół, łapki podrygiwały jak w rock and rollu, głośne cmokanie poszło dalekim echem. Potem jeden potężny sus na słup podtrzymujący werandę i już go nie było. Żadnego sentymentalizmu, żadnych pożegnań – tak lepiej.

Był już prawie wieczór i, po trudach rozpakowania rzeczy, poszliśmy wcześnie spać. Nazajutrz zasiedliśmy na werandzie do śniadania. Ranek był rzeźwy i rosisty, pachniało rzeczką, gdakały kury. Nagle – rudy błysk i Prezes siedział na stole, jak zwykle przy śniadaniu. Z własnej woli! Co gorsza, znów żebrał, choć przecie wszędzie jedzenia było dlań pod dostatkiem. Ale o mało nie ucałowałam tej różowej żebrzącej rączki. Gdzie spędził noc? Skąd się wziął? Po śniadaniu, najedzony, obskakał nas uprzejmie, ale zaraz potem znikł. Do obiadu. O obiedzie nie zapomniał. O kolacji też. I tak było co dzień. Gdzieś tam w sobie miał dokładnie wyregulowany zegarek i nie było mowy o spóźnieniu. Kiedy jedzenie nie było gotowe na czas, siedział na stole z podniesioną kitą i patrzał z wyrzutem. Potem jadł łapczywie i żebrał. W czasie posiłku wyskakiwał co chwila i pryskał gdzieś w górę, w celu niezwłocznego założenia filii WKO. Potem wracał znowu.

Okazało się, że zrobił sobie mieszkanie w słomianym poszyciu tworzącym dach chałupy. Miał nas wobec tego na podorędziu. Wystarczyło zawołać: „Panie Prezesie! Szanowny Panie Prezesie WKO!ˮ, a natychmiast dach poczynał szumieć i sucho trzeszczeć, a Prezes spływał po nim w dół rdzawym ognikiem. Efekt dla gości pierwszorzędny. Mówiło się uroczyście:

„Chwileczkę, tylko poprosimy Prezesaˮ, cała rodzina wołała na wyprzódki: „Panie Prezesie!ˮ, gość rozglądał się, zaskoczony, i Prezes zjawiał się niechybnie, wykonywając przy tym, z małpim sprytem, wszystkie swoje popisowe numery z siadaniem na ramieniu, żebraniem, zakładaniem filii i rewizją osobistą gościa włącznie. Czasem przybiegał nawet z dość dalekich drzew na wołanie i tak się spieszył, że część odległości kicał już wprost po ziemi, nie chcąc tracić czasu.

Nie ożenił się jednak. Czyśmy za późno go przywieźli na wieś, czy nie odważał się dotrzeć aż do lasu; czy też był skażony cywilizacją i nie mógł już sobie znaleźć towarzyszki na swoim poziomie; czy chciał być zdobywany, a nie pragnął szukać, czy uważał miłość za niegodną intelektualisty; czy nie zdołał przekonać żadnymi argumentami samiczki, że można żyć w najbliższym pobratymstwie z ludźmi, nawet na dachu, że ludzie bynajmniej nie są źli?...

Jeżeli tak mówił w swoim wiewiórczym języku, to oczywiście się mylił i omal tych złudzeń nie przypłacił życiem. Pewnego ranka przybiegł do naszej chałupki zdyszany malec, bosy, w opadających porciętach, i krzyknął przeraźliwym falsetem:

– Panina wiewiórka!... Chłopaki kamieniami rzucają! O tam, nad rzeką!

Pognaliśmy galopem.

Nad rzeką stała samotna topola. Dokoła czwórka rozbestwionych chłopaków ciskała kamienie w górę, wysoko zadzierając głowy. Gdzieś u szczytu, malutka rdzawa grudka, przytulona do pnia. Jakim sposobem się tu znalazła? Musiały łobuzy wypłoszyć ją z bliższego drzewa i gnać przez pola, żeby schroniła się aż tutaj, skąd już nie było żadnej ucieczki. Dokoła łąki, piaszczysty brzeg rzeczki, woda płynąca, bełkocząca przy brzegach, w piasku. Woda i łąka – dla wiewiórki złowroga pustynia. Przez sekundę pomyślałam, że może to nie Prezes, może inna jakaś wiewiórka, ale skądże, wiewiórki mieszkają w lasach. W następnej chwili przelękłam się, że Prezes, zobaczywszy mnie zacznie ufnie schodzić po pniu w dół. Jak go ostrzec? Zawołać – to gotów przyjść. Podbiegłam bez tchu do drzewa i w napadzie dzikiej wściekłości zaczęłam walić na prawo i na lewo, po głupich głowach, po morderczych rękach, krzycząc coś z taką rozpaczą, że gromada osłupiała. Jeszcze jeden z nich cisnął kamieniem w górę, a potem zaczęli, z ociąganiem się, odchodzić. Wiedzieli, że wiewiórka jest oswojona, chcieli ją złapać – to by jeszcze można było zrozumieć. Ale czemu chcieli ją zamordować? Odpędzałam ich dalej i dalej, widocznie groźna w swoim gniewie, bo dali w końcu spokój i odbiegli. Wtedy ja z powrotem podeszłam do drzewa i zaczęłam wołać wszystkimi pieszczotliwymi słowami, jakie potrafiłam znaleźć. Żaden Prezes żadnej instytucji nie usłyszał podobnych spieszczeń od najbardziej spragnionej awansu sekretarki, jak mój nieszczęsny, uczepiony wierzchołka topoli Prezesulko. Nie przychodził jednak. Musiał być śmiertelnie wystraszony, jeżeli pozostał nieczuły na moje wołania, on, który przy pierwszym okrzyku szeleścił i szurał gdzieś w górze, i spływał w dół natychmiast, z kitą malowniczo rozłożoną na pniu drzewa, z łebkiem, podniesionym pionowo w stosunku do ciałka, z łapkami, dla których nie istniało prawo przyciągania ziemskiego. Teraz nie ruszał się nawet i najgorsze, że go nawet nie mogłam dostrzec. Gdzie się schował wśród liści? Jak go przywabić? Zostawić go tu samego? Ale przebiegnięcie przestrzeni, dzielącej nadbrzeżną topolę od innych drzew, groziło śmiertelnym niebezpieczeństwem. Ludzie, psy, koty! Stałam pod topolą i stałam, wołałam i wołałam, wszystko na próżno. Musiałam wracać, bo w domu czekało na mnie maleńkie dziecko. Jeszcze kilkakrotnie w ciągu dnia biegłam pod topolę, wołałam i zaklinałam, wszystko na próżno. Co się stało? Czy możliwe, że któryś kamień trafił jednak Prezesa i przylepił, zmiażdżonego, do jednej z górnych gałęzi, gdzie nie sposób go było dostrzec. Nie widziałam innej możliwości. Minął obiad bez Prezesa WKO, minęła kolacja. Trzeba się było wyzbyć wszelkiej nadziei. Chodziłam jak struta.

Nadszedł wieczór. Zaczęłam słać łóżko. O Boże! Pod poduszką futrzany, rudy kłębuszek. Nie wiadomo nawet, czy żywy. Nieruchomy. Bałam się go tknąć – może przetrącony. Ostrożnie, powoli wzięłam go w ręce, jak ciepłą pomarańczkę. W każdym razie był żywy, tylko mocno, szczelnie zakryty ogonem. Gładziłam go leciutko, tuliłam do twarzy, szeptałam pieszczotliwe słowa, które zwierzęta tak lubią (dlaczego lubią – zagadka, ale je rozumieją). I oto, w moich dłoniach, Prezes ożył powoli. Spod firanki ogona wynurzyło się błyszczące oczko, potem cała mordka, nieprawda, że mysia – prawie ludzka. I po tym, jak owe chińskie małe krążki, które rzucone na wodę rozprostowują się w kwiaty i motyle – calutki, żywy, nie uszkodzony Prezes wywinął się z ogona, usiadł mi na dłoni, rozejrzał się, ale nie zeskoczył. Jeszcze się bał. Zaczął najpierw sprawdzać, czy to ja aby na pewno. Obiegł mnie kilka razy dookoła, jak pień drzewa, wdrapał się na moje ramię, na głowę i wreszcie począł skakać po meblach. Odzyskał swoją ojczyznę. Jednakże tego dnia nie odważył się wyjść na werandę i trzeba mu było przynieść jedzenie do pokoju. Spał po raz pierwszy razem ze mną, wtulony w zagłębienie między szyją a ramieniem. Co pewien czas budził się i dotykał wilgotnym, malutkim noskiem mego policzka. Był wciąż jeszcze bardzo zdenerwowany.

Potem powrócił do swego gniazda na słomianym dachu, ale już przebywał stale w pobliżu domu. O małżeństwie w tych warunkach mowy być nie mogło. Ale Prezes był raźny i zadowolony. To jednak, że zerwał z prymitywem, że zakosztował słodyczy komfortu, że wzniósł się na poziom intelektualny, niedostępny dla wiewiórek, zaczął bowiem częściowo rozumieć mowę ludzką, to, że pozbył się (poza jednym wypadkiem) strachu, tak zbawiennego dla wszystkich zwierząt leśnych, zadecydowało o jego dalszych losach. Nadeszła jesień, wracaliśmy do miasta, niepodobna go było zostawić samego. Sam już zaczął traktować swoje filie WKO jako dowcip, zakładał je byle gdzie i natychmiast o nich zapominał, wiedział, z dokładnością zegarka, że u swoich zawsze zastanie stół nakryty. Zresztą żołędzi nie nazbierał, bo nie było dębów w pobliżu, orzechów mało, a czy wystarczyłaby już temu, który odrzucał czekoladki „Plutosˮ i uznawał tylko Wedla, dieta z nasionek sosny – wątpię. Nie było już dlań powrotu do natury. Zabraliśmy go więc do Warszawy.

Rozwinąwszy do gigantycznych rozmiarów swój wiewiórczy umysł, rozwinął i serce. To stało się przyczyną jego zguby. Upłynęło parę miesięcy i zachorowałam ciężko. Leżałam w odizolowanym pokoju, naprzeciwko okna, zamkniętego okna, i nagle ujrzałam za podwójną szybą rudą, podskakującą figurkę, która koniecznie pragnęła się do mnie dostać. Drzwi do mego pokoju były zamknięte, Prezes musiał być w pokoju sąsiednim i na zewnątrz muru przeskoczył widocznie z okna na okno, na blaszany, zewnętrzny parapet. Zobaczywszy mnie przez szybę, stanął po ludzku i zaczął walić przednimi łapkami, różowymi piąstkami, których dziecięcy uścisk znałam tak dobrze, w szybę okna. Zamarłam z przerażenia. Jak dać znać Prezesulkowi, żeby nie robił szaleństw, jak wytłumaczyć, że szyby nie przebije? Podskakiwał, walił, przebiegał parę kroczków i próbował w innym miejscu. Wyciągał się jak długi, myślał, że może wyżej się uda, i tłukł łapkami ponad własną głową. Dać mu jakiś znak, machnąć, żeby sobie poszedł – nic nie pomoże. Nie widział mnie długo i widocznie się stęsknił, widocznie za wszelką cenę postanowił do mnie dotrzeć. Patrzałam oczami, zamglonymi od gorączki, widziałam jego walkę z twardą, okrutną nicością – bo nicością musiała być dla niego szyba – i nic nie mogłam na to pomóc. Nie mogłam się ruszyć z łóżka, ale nawet gdybym wstała – okno otwierało się na zewnątrz – byłabym go strąciła. Prezes zbadał już wszystkie miejsca na szybie, których nie udało mu się przebić. Jego niespokojny pyszczek, gorączkowe ruchy świadczyły o rosnącej rozpaczy. I wreszcie postanowił gdzieś jednak odszukać punkt, w którym nicość nie stawiałaby takiego oporu, w którym dałaby się przełamać. Był przyzwyczajony piąć się coraz wyżej i gdzieś w górze szukać rozwiązań, których nie znajdował na dole. Skupił się w sobie, sprężył, skoczył w górę, błysnął rudym światłem w połowie szyby i odpadł...

 

Więcej go nie widziałam. Mieszkaliśmy na czwartym piętrze. Na podwórku go nie znaleziono. Czy ranny śmiertelnie zawlókł się do jakiejś piwnicy, by tam umrzeć, czy ktoś go podniósł i zabrał sobie – nie wiem.

Brak jego odczuwam dotąd.