Kroniki oporu i miłościTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Aureola

Wieczór

Statut

Ktoś czy ktoś

Szkoła

Rozstania

Dzielnica

Samotna

Paneloza

Pan A, Affi, fi

Bursztynek

Kajet Heleny

Nad przepaścią

Matka

Drzemka

Poranek

Siła rozpędu

Pranie

Trudy spotkań

Nowoczesna galanteria z tradycją

Szyld z koszulką

Jestem dzika

Bilans rodzinny

Poza domem

Duchota

Ojciec rodziny

Dom dla naszych uczuć

Barykada

Plan wieczoru

Biały kruk

Wiara

Zwykły dzień

Nowy Rok

Anna domowa

Urodziny

W połowie

Szpiclowanie

Bibliotekara

Ruchome postacie

Podejrzliwość

Obce nazwiska

Filmografia

Pryncypia

Za kolumną

Surowce wtórne

Szkoła

Rozruch

Wytwórnia

Chabrowy

Sieć

Garderoba

Uniki

Iza

Głosy

Wizyta

Kancelaria adwokacka

Ciało brata

Podział majątku

Lęk

On tam jest

Wyjście


Wydawca

Joanna Laprus-Mikulska

Redaktor prowadzący

Tomasz Jendryczko

Redakcja

Sylwia Ciuła

Korekta

Justyna Kot

Copyright © by Inga Iwasiów, 2019

Copyright © for this edition by Dressler Dublin Sp. z o.o., 2019

Published by arrangement with Beata Stasińska Literary Agency

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2019

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Laguna

Dystrybucja

Dressler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

tel. + 48 22 733 50 31/32

www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9484-0

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Aureola

Rozstanie się paćka. Krótkie dni, po szesnastej w szkołach i biurach zapalają światło. Unikam szarówki, jem dużo jabłek. Wyciekam wieczorami na Facebooku, żeby mnie Anna odczytała i wtarła w bieliznę. Robi to coraz rzadziej. Wyczekując, sporządzam notatki ze spotkań Ruchu i zerkam na ekran. Buźka, buźka, serduszko, lajk. Nie od niej. Przenoszę zdania z notesu do komputera i rozsyłam po ludziach. Robię to, zapychając palcem kurek depresji.

Przytrzymuję za łokieć ludzi i opowiadam tak, żeby usłyszała mnie Anna. Odczuwam dotkliwe pragnienie. Zalewam je litrami wody. Nie przechodzi. Od paru miesięcy, od roku. Długotrwała gorączka z przesileniami, brak snu, a potem nadmiar wolnego czasu. Mdli mnie na myśl o straconych szansach. Przypominam sobie ludzi, którzy zaczynali od zera i lecieli w dół lub szybowali w górę. Inspirują mnie. Wczuwam się w ich położenie.

*

Zimą zaczęłam chodzić do Kazimierskich na zebrania. Tamtego dnia szukaliśmy pomysłu. Chcieliśmy pogrzebać patykiem w zastanym jeziorku, zobaczyć w mętnej wodzie życie. Podejmując uchwały, czuliśmy się silni, zorganizowani i kompetentni. Jeden z wniosków dotyczył sporządzania kroniki. Przynajmniej tyle, pilnowanie naszej wersji zdarzeń. Ktoś zapytał:

– Co dla was znaczy „piszemy”? Długopisem? Program? Kontent dla mediów, a może złotą księgę gości na insta?

– Protokół, raport, plan – odpowiedziałam, ignorując Patryka, który orzekł, że z internautami nie wygramy. Brak kadr, brak środków. Dobry internet jest utopią, manipulacja złym pozostaje poza naszym zasięgiem. Możemy zadbać o scenę główną. Banery, transparenty, napisy, zgrabne wypowiedzi kierowane z tłumu wprost do dziennikarzy. Zgasiłam w sobie podejrzenie, że pije do mnie, do mojej podejrzliwości i jej skutków. Wiedziałam, że analogowy wsad do sieci, a tym była w założeniu kronika, nie zadziała, ale tak bardzo potrzebowałam romantycznej idei prawdy i roboty, na której się znam, że stłumiłam w sobie wątpliwości.

Napiliśmy się herbaty z niewielką zawartością rumu – butelka na całe zgromadzenie – i pobiegałam opowiedzieć Annie o nowym pomyśle. Zostałam kronikarką. Czekałam na nią w białej, niedopiętej bluzce, gotowa zastygnąć, gdyby wyszeptała zmysłowo: „Chwileczkę, mała, robię ci zdjęcie”. Lubię pozować Annie. W środku dnia, wśród ludzi wyobrażam sobie, że wyciąga w moją stronę kodaka, mój pierwszy prezent urodzinowy dla niej. Zrobiła mi nim setki, tysiące zdjęć. Filmowała mnie kamerą na statywie i smartfonem. Kupowała specjalnie w tym celu nowy sprzęt. To było dawno.

*

Docieram pół godziny przed czasem, dobrze wyszykowana, z twarzą sklejoną makijażem, wyposażona w notesy, laptop i czytnik. Sprawdzam scenografię. 16.49. W praktyce dwadzieścia pięć minut do startu. To mój dyżur kronikarski, bo inni odpadli, zniechęceni gęstością zdarzeń. Wolą fotki, selfiki, statusy. Nie narzekam. Spisuję fakty, które animuję. Przygotowana do obu ról – prowadzącej i sprawozdawczyni – zerkam w śluzę wypychającą ludzi. Ssie mnie nadzieja. Lekko, mdląco. Jeszcze nie czuję, czy wyleje słodzoną tęsknotą, czy odpłynie, zostawiając żelazisty muł. Przesiąka spod spodu w sztucznym świetle. Przywołuję gości po imieniu, odprawiam czary. Liczę na wiernych i ciekawych. Poprawiam się w fotelu, myśląc o Annie. Hej, popatrz, jestem. Odwracam wzrok na sekundy i przegapiam raz, dwa, trzy, może dziesięć pierwszych kroków. W obramowaniu zabytkowych drzwi stoi postać okolona niebieskawym światłem ledowym, piękna jak odpustowa figurka, męska Matka Boska razem z jaskinią, w której czyniła cuda. Tylko jego brakowało w kompozycji całości. Czeka, aż go zauważę. Wywołany? Znajomy? Nasłany? Konfident? Ktoś z Akcji Ulicznej? Emisariusz koalicji? Wariat? Odnaleziony brat? Zatrudniony przez braci opiekun matki, planujący wyłudzenie? Denerwuję się, zaczynam liczyć w myślach wolne stołki. Jest nadal luźno, a już duszno. Chcę mieć to popołudnie za sobą, wrócić przed ekran laptopa. Będę mówiła pierwsza, ponarzekam na nadmiar obowiązków i poczekam na pochwały. Cóż, że nie mam stałej pracy, skoro tak dużo robię?

 

Mężczyzna szuka dobrego miejsca, kłaniając się potrąconym niechcący ludziom. Ściąga na siebie nie tylko moją uwagę, przepraszani odpowiadają uśmiechem.

Dobrze wykonuję swoje zadania. Rozesłałam dwieście pięćdziesiąt trzy zaproszenia – z nadzieją na trzydziestoprocentową frekwencję – i zapytana powtórzę jeszcze na wyrywki całą listę adresową. Debilna pamięć, przechowująca nie to, co trzeba, grzebiąca w ciemnych zakamarkach pożyteczne dane i nieoczekiwanie eksponująca przypadki z życia nosicielki. Skupić się, skupić. Ułożyć pierwsze zdanie. Zadzieram głowę, mężczyzna jest wysoki. W niższym pomieszczeniu sięgałby głową framugi, przebudowana willa z lat trzydziestych obala optyczne dogmaty – wszystkiego jest w niej więcej: podłogi, okien, sufitu, ścian, jakby ludzie przed wojną, projektujący i użytkujący takie budynki, byli gigantami. Patrząc, udaję, że chodzi o tych, których zasłania, o napływający wciąż tłumek. Wypełniają dwie trzecie krzeseł. Gość specjalny nie wykazuje zainteresowania widownią. Kumuluje energię.

*

– Przynajmniej sto osób, mniejszych zgromadzeń Mistrz nie obsługuje. – Menedżerka nie zna lęku przed pustą salą: powinniśmy wynająć halę, zatrudnić ochronę, sprzedawać akredytacje, wykupić powierzchnie reklamowe w całym mieście. Szkoda, że nas nie stać.

– Kameralne sto pięćdziesiąt nie wystarczy? – Kobieta nie wyczuwa ironii. Sto pięćdziesiąt dla niej jest kameralne.

– Wyjątkowo zatrzymamy się u was w drodze do Berlina – brzmi jak oferta sprzedaży za półdarmo. Charytatywnie zagrają dla nas, wykazując wrażliwość społeczną. Mieszkamy na terenie tchnącym pustką, ich akcje wzrosną, gdy wrzucą relację na żywo, z zardzewiałą bramą stoczni i fajerwerkami w tle.

Czasem udaje się kogoś ściągnąć, obiecując atrakcje w stolicy Niemiec leżącej, dosłownie, przy granicy, godzina jazdy czymkolwiek.

– Kongres Ruchów Odnowy – dodała menedżerka wyjaśniająco. Cały świat ekscytuje się tym Kongresem. Miałyśmy ją na głośnomówiącym w samochodzie, Iza i ja. Zatkałam sobie usta rękawiczką, żeby powstrzymać szyderczy śmiech. Lubię ten język, „cha, cha, cha”, pauza, cudzysłów. Powinnyśmy dołączyć? Przebitka na stada bydła mlecznego kontemplującego pejzaż pomorski. Między nami a Berlinem wynudzony gość napisze rozdział poradnika oddychania.

Dużo się śmiejemy. Łapię okazje, by rozproszyć śmiechem szarówkę. Jeszcze tylko delikatnie rozgarnę nici trzymające twarz, a odetchnę pełną piersią i zaśpiewam w chórze.

*

Aureola przygasa, mężczyzna jest piękny.

Wieczór

Niezapowiedziany Olek wpadł po południu w moje ramiona jak w formę wyciśniętą przez siedmiolatka. Zawsze lubił przytulanki, przywierał do mnie nocą, niwelując cielesny dystans na współdzielonej kanapie. Rano odsuwałam się delikatnie, na centymetry. Jeśli zaspałam i dzień zastawał nas splątanych, strząsaliśmy z siebie bliskość rubasznymi wygłupami, typowymi dla okresu dojrzewania.

Pachnie opaloną skórą i plastikiem z siedzenia wypożyczonego auta. Rozpoznałam nasz letni zapach, przynoszony z podwórka, ze skweru służącego za czytelnię, nieskutecznie głuszony drogeryjnymi kompozycjami przeznaczonymi dla dojrzałych panów. O tak, jest dojrzałym panem. Usiedliśmy przy kuchennym stole, patrząc w parujące kubki kawy. Czytał, poruszając wargami, napis biegnący w poprzek swojego – „…ja …iczna” – reszta zasłonięta palcami. Przesuwał je, chcąc zobaczyć całość. Dodawałam kolejne litery, wyzierające spod kciuka, jakbym nie pamiętała, w co się złożą. Iczna? Zagraniczna? Uliczna? „Ja” nie otwierało zapadki. Sięgnął lewą ręką do kieszeni kurtki odwieszonej na oparcie krzesła. Wyjął modne okulary. Przy każdym spotkaniu ma nowe.

– Wezwij kogoś – powiedział, odstawiając kubek napisem do siebie. Stropiłam się. Dotarł do mnie warkot wentylatora. Nie lubię złotych rączek, hydraulików, elektryków. Potrafią uprzykrzyć życie. Kiedyś wyszukiwałam adresy firm, sprawdzałam opinie klientów, poznawałam mężczyzn w kombinezonach, scalałam fakty. Teraz interesuję się z obowiązku stanem mieszkań komunalnych, moje własne, a także to parę przecznic dalej, zeszły na dalszy plan.

O tej porze roku łatwo o chorobę, wirusy zagnieżdżają się w podrażnionych pyłkami płucach jak pisklęta w gniazdkach. Zapraszamy mieszkańców na odczulanie. Powstrzymałam pokusę odwrócenia do siebie kubka. Od ilu lat go u mnie nie było? Od dwóch zmian okularów, uśmiecham się bezwiednie. Nie wiem, czy potrzebuje szczepionki, stosowanej powszechnie, czy nadal ma alergię na pokarmy i pyłki. Przewlekłe choroby naszego dzieciństwa dziś uśmierza się tak łatwo. Zakaszlał.

– Jesteś innym człowiekiem – ocenił znienacka. On wydał mi się podobny do małego chłopca, z którym dzieliłam łóżko. – Dajesz radę? – zapytał głosem spoufalonego ankietera. Wiek, liczba izb, dochód, związki, sekrety, spożycie alkoholu i mięsa.

– Jasne – odpowiedziałam dotknięta jego arogancją. Nasze nazwisko pojawia się przecież nawet tam, skąd chciałabym je wymazać. Obcy widzą, że daję radę, a on udaje lepiej wiedzącego. Wyłączyłam klimatyzator, buczenie dezorientuje.

– Aaa… – skomentował przeciągle.

Mówi płynnie, co jak co, mówi płynnie, jąkanie zostawił w naszym wspólnym pokoju, wyciąga je czasem przedrzeźniając łagodnie dawnego siebie. Nie ruszył się z miejsca, gdy wystawiałam z lodówki produkty na zimną kolację. Zjadł tylko to, co mu położyłam na talerzu. Wieczór minął nam lirycznie, kilka wybuchów śmiechu i dotknięć.

– Zaglądaj częściej do rodziców, miewają się zupełnie dobrze – rzucił na odchodnym, roztrącając gestem niewidzialne obrazki układane podczas rozmowy. Rodzice? Dobrze? Jeśli ten stawiający pewne akcenty mężczyzna jest moim bratem, podmieniono nam rodziców.

– Trochę osamotnieni – dodał, odwracając się z podestu pierwszego piętra. Najlżejszego zająknięcia, płynnie nazywa uczucia. Znalazł się psycholog rodzinny. Zajmowałam się rodzicami wówczas, gdy nie był w stanie wydukać prostego zdania i przez kolejne kilkadziesiąt lat.

Wypiłam trzy szklanki melisy. Teraz zażyję półtorej tabletki ulubionego, wycofanego z aptek środka. Poleżę w płytkiej rozpadlinie, nawiedzanej przez tłum zjaw i zjawisk, stare nawyki, rozbrojone lęki. Wstaję o 6.00, więc powinnam stosować te nowe pigułki, odcinające łagodnie i na krótko. Lekarka zaleca pół dawki, przygotowuję całą, obiecuję sobie dwie, kompromisowo łykam półtorej. Recepta przychodzi do biura w białej kopercie. Sporo zachodu z łamaniem pigułek, gilotynka od Anny leży w szufladzie. Mnóstwo drobiazgów leży tam, gdzie je włożyłyśmy po zakupach parę lat temu. Wpadam stopniowo coraz głębiej, lewituję parę kwadransów między bezdechami, zwolniona z trzeźwych myśli, urwana z kalendarza. Dziś wygrzebuję z kosmetyczki coś, co skraca lot. Podobno szkodzi. Ryzykuję migreną, żeby poczuć twarde lądowanie.

Umiem odpowiedzieć na pytanie co u mnie, chłopczyku. Wracasz do mojego życia.

Statut

Im się wydaje, że pisanie przychodzi mi łatwo, taka się urodziłam, z talentem do klecenia zdań, rozwijanym od kołyski. Chwalą mnie, wyznaczając kolejny raz na protokolantkę. Przechwytuję w powietrzu pochlebstwa. Raz zwerbowana, działam niezawodnie. Mówią impulsywnie, chaotycznie, wprowadzają dużo dygresji i niezrozumiałych aluzji. Niektórzy niewyraźnie lub bardzo cicho międlą cokolwiek im przyjdzie do głowy, układają szczęki do przeżucia starego ciastka. Mężczyźni przekrzykują kobiety, choć nie muszą, bo kobiety i tak mówią ciszej. Gotowy tekst zgodnie skrytykują za brak wierności, luki logiczne, a w końcu także styl, niby czyj styl? Każdy napisałby lepiej ode mnie, tylko posłuchajcie, ale nie napisał, bo to moje zadanie. Mam najwięcej czasu, skądinąd, inni pracują na poważnych stanowiskach lub mają ogólny kocioł w firmie, albo poświęcają każdą chwilę rodzinie, chorym zwierzętom, planecie, wspólnocie sąsiedzkiej, a obecnie krajowi. Sami nie wiedzą, kiedy to robią. Nie wcisną w harmonogram ścibolenia literek. Rzucą pomysłami jak piłką na stadionie, łap dziewczyno, sprawność fizyczna nakazem epoki. Jasne, wyżywam się, zapycham papierem pustkę, tu mnie macie. Chciałabym zrezygnować z tego zaszczytu, ale muszę przyznać, że notatki innych są do niczego.

Komunikat przygotowany na próbę przez młodego kolegę nie nadawał się do upublicznienia. Uprzedzał, że ma dysleksję, ale kto dziś wierzy w taką diagnozę? Wszyscy mają zaświadczenia o dysfunkcjach i dobrze sobie radzą. Jego zaświadczenie było prawdziwe, skapitulowałam nad korektą. Klecę więc sama stanowiska, apele, przemówienia, dokumenty, posty na Facebooku, tweety i hasztagi, dla kolejnych instancji, maszynka bez przestoju. Ostatnio statut stowarzyszenia. Język prawniczy pozostaje językiem, ktoś przejrzy przedostatnią wersję i fachowo ją upstrzy, składając pod całością podpis. Jestem waszą autorką widmo, sama się zgłosiłam.

Od roku spotykamy się w barach przekąskowych, próbując nowych koktajli i sałatek, szukając apetycznych planów zdjęciowych. Twardy środek nie odpuszcza, część szuka wymówek. Latem alibi dostarcza konieczność łapania deszczówki. Faktycznie, trapi nas susza. Rozmawiamy o klimacie, jedząc sałatki nieopodal pracowni Kazimierskich. Dyskutujemy nad talerzami, zapijając warzywa napojami ekologicznymi. Nasza rewolucja ma zdrowy apetyt. Jesteśmy Frakcją Pokojową, która niemal straciła kontakt z Akcją Uliczną. Ubolewam nad tym. Uważam, że Akcja nas inwigiluje i że powinniśmy mieć swoich u nich. Iza sądzi, że taka podejrzliwość to pozostałość poprzednich lat, dziś bezużyteczna. Nie ma racji. Twardo oceniam fakty. Ludzie nadal nas mylą: FP czy AU. Wychodzimy na ulice, domagamy się, sprzeciwiamy. Nawet emblematy mamy myląco podobne. Podebrali nam kolory. Doprawdy, trzeźwo osądzam, żadnych obsesji. Wszystko ulega zmianie poza ludzką naturą, a w tej leży rycie pod konkurencją, imitowanie cudzych pomysłów. Agencje detektywistyczne dostają mnóstwo zleceń, wynajmują pomieszczenia w drogich lokalizacjach. Na pewno mamy kreta. Jaki cel ma Akcja Uliczna? Zgarnięcie chętnych do demonstrowania w danym tygodniu, a w przyszłości przejęcie władzy. Zabiegamy o przyjście ludzi na nasze zgromadzenia, walcząc z konkurencją, pogodą, promocjami i zniechęceniem.

*

– Ob-rona i roz-wój de-mo-kracji, ORD, ORD. – Każda sylaba istnieje osobno, dociera do mózgów pomnożona przez skandowanie. Zawodowy nawyk Izy: mówi tak do pacjentów po udarach, wytwarza impulsy, naprawia percepcję. Idziemy za nią, zgalwanizowane jednostki nakierowane na cel. Iza ma talent przywódczy, potrafi ucinać dyskusje, pozbierać chaotyczne paciorki naszych analiz i zbudować z nich lśniący pałac syntezy. Wchodzimy do środka zachwyceni wspólnym dziełem. Czasem coś nam spada na łby, odcina drogę powrotną. Kluczymy, przebijamy wyjście. Po takiej przygodzie godzimy się na strategię małych kroków. Orientujemy się na pozornie niepolityczne obszary, żeby wejść do twardej polityki w najbliższych wyborach.

– Nie idźcie, proszę was, do domów. Inni już tam są i biadolą – powtarza Iza.

– Mamy organizować wykłady dla trzeciego wieku? – powątpiewa jakiś rozgrzany herbatą malkontent.

Tak. Dla trzeciego, dla przedszkola, dla każdego. Coś trzeba robić, gdzieś trzeba się spotkać.

– Taktyczna przewrotka pomoże nam zachować substancję – powiedział to inaczej na sierpniowym zebraniu adiunkt z Wydziału Nauk Społecznych. On także próbował spisywać postulaty. I jego wersje też się do niczego nie nadawały. Odrzucano je jako obce duchowi narady. Zrezygnował z pisania, nadrabia wystąpieniami, nadal łatwo wpada w złość.

 

– Jeśli zaczniemy dopisywać kolejne cele, wyjaśniać pojęcia, może się okazać, że zabrakło nam wyobraźni, tak czy owak nie nadążamy za oczekiwaniami, pobudzanymi codzienną porcją komentarzy politycznych, plotek, skandali, zwrotów akcji. Podstaw nie należy tłumaczyć – stwierdziła Iza, korzystając z oferty wsparcia. We dwoje rozdmuchali nasz zapał. Trwamy w decyzji uporządkowania nieskoordynowanej wściekłości i potrzebie odczucia mocy sprawczej, choćby w kwestii interpretacji repertuaru kinowego. Topnieje nam audytorium, zostają najwierniejsi. Redaguję pierwszą wersję statutu, wysyłam do ludzi, odpowiada około dwudziestu osób. Krąży między nami gula wirtualnej papier mâché. Ugniatamy z niej dokument i wizję, konstytucję wymarzonej Republiki Siostrzaństwa i Braterstwa, Związek Dzielnic i Okolic Podmiejskich, z nadzieją na kilkuprocentowe poparcie dla naszej nie-partii, która przeobrazi rzeczywistość, jeśli uwierzymy w herezję zmiany innej niż wszystkie w historii świata.

*

Kolegialne ciała są wymagające. Otwierając dymki korekty, przypominam sobie zebrania, twarze, okrzyki, ludzi. Dopasowuję komentarze do listy obecności z zeszłego miesiąca: miała rubryki zawód/przynależność, wprowadzone na prośbę studentki socjologii, która robiła świetne transparenty. Wyciągnęłam ją z wegańskiej kawiarni. Poza parzeniem kawy, zajmowała się rysowaniem menu na pokrytej suchościeralną farbą ścianie. Zabawne rysuneczki przedstawiające głodne i spragnione ludziki przyciągały uwagę. Zapytałam o autora. Dziewczyna stała za barem i od razu zgodziła się dla nas malować. Mamy markę. Jesteśmy zbiorem niejednorodnym i kreatywnym, odpowiedzi z rubryk rozbiły zadane pojęcia: inżynier, były stoczniowiec, matka, lesbijka, pracownik kultury, pakowaczka Amazon, informatyczka Zalando, katolik, katol, ateistka, niezatrudniona, zatrudniający, student, uczennica, bezwyznaniowy. I więcej, w tym banalne nauczyciel przy żeńskim imieniu i biznesmen przy znajomym rzemieślniku. Sporo nieczytelnych oraz tych z adnotacją „Ruch”. Wszystkie i wszyscy. Na początku lepiły nas wściekłość i zdumienie, później przeszliśmy przez poczucie straty, osuwanie się kolonizowanego z każdej strony gruntu. Chcieliśmy wierzyć, że na szczegóły przyjdzie czas, a dzielenie włosa na czworo jest warte tyle, ile dzielenie skóry na niedźwiedziu. No tak. Dzielimy jednak tę skórę, a nawet coś w rodzaju jej imitacji – wchodzimy w niezamieszkane nisze. Zostałam panelistką, gdy odeszli najlepsi mówcy, wskoczyłam w środek akcji, chociaż sama sobie wydawałam się niezdolna do działania. Goiła się na mnie porażka. W rubrykę miesiąc temu wpisałam półprawdziwe „dziennikarka”. Była dziennikarka. Już nie dziennikarka. Kupuję ładne notatniki, walcząc w ten sposób z internetową kompulsją, pokusą wrzucania wszędzie i wszystkiego bez polskich znaków, bez namysłu. Nie jestem całkiem czysta, jadę kciukiem do ikonki androida, podczytuję materiały dawnych kolegów z redakcji, lecz oficjalnie robię ze wszystkiego ręczne notatki, pozorując staranność i namysł. Przecież wiem, wszyscy patrzą, a nam potrzeba jeszcze paru miesięcy wzrastającej ekscytacji eksperymentem. Piszemy prawdę. Biedzę się nad korektą, wspomagana trzema filiżankami kawy, trzema uderzeniami siekierą w mózg.